Z ziemi wołoskiej do Polski – zapomniane legiony gen. Ksawerego Dąbrowskiego

Z ziemi wołoskiej do Polski – zapomniane legiony gen. Ksawerego Dąbrowskiego

Arsenał 1717-1794 0 Komentarzy

Z ziemi wołoskiej do Polski – zapomniane legiony gen. Ksawerego Dąbrowskiego

Legion wołoski

W 1797r. miało dojść do niezwykłego spotkanie dwóch polskich legionów dowodzonych przez generałów Dąbrowskich – z ziemi włoskiej i ziemi wołoskiej.

Po upadku Powstania Kościuszkowskiego ruszyła z Rzeczypospolitej pierwsza większa fala emigracji politycznej. Byli wojskowi udali się przede wszystkim do Francji i Włoch, do formujących się tam legionów gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Nie wszyscy jednak trafili na Zachód. Tuż pod bokiem znajdowała się gościnna kraina, która już wcześniej przyjęła konfederatów barskich – turecka Wołoszczyzna.

Osamotniona wówczas Turcja znacznie ostudziła swe wojenne zapędy wobec Rosji. Mimo to nie zawahała się udzielić polskim emigrantom gościny na swym terytorium. Do akcji przeciw Rosji pobudzali sułtana kolejni francuscy ambasadorowie Verninac i Aubert de Bayet. W związku z sytuacją polityczną Europy Francja okazywała duże zainteresowanie Polakami koncentrującymi się na Wschodzie. „Okoliczności były wówczas jeszcze daleko przyjaźniejsze jak dzisiaj – pisała o tych wydarzeniach w 1834r.  ,,Kronika Emigracji Polskiej” – Turcja udzielała nieobojętny przytułek, zezwalała na uzbrojenie; świeży rozbój kraju nie zyskał jeszcze milczącego przyzwolenia Europy.” Francja doszła do przekonania, że zamyślona przez polskich emigrantów na tych ziemiach antyrosyjska dywersja jest korzystna dla jej interesów. Toteż Dyrektoriat w Paryżu nie mógł nie przyjąć przychylnie aktu zawiązanej 6 stycznia 1796r. Konfederacji Patriotycznej (Krakowskiej) nawołującego „aby wszystkich wojennych jeńców i dezerterów z ziem polskich wyprawiono na granicę Tureczyzny dla tworzenia tamże kadrów wojska gotowego na pierwsze hasło do działania przeciw Rosyi.”

W Konstantynopolu nie próżnowali także wysłannicy Konfederacji , gen. Rymkiewicz i Jabłonowski. Rezultaty tej aktywności nie dały na siebie długo czekać: hospodar mołdawski otrzymał polecenie od Porty w osobie wezyra Bekir Paszy, by wszelkimi sposobami nieść pomoc Polakom znajdującym się w Mołdawskiej Rai. Udzielano im stałych zasiłków, a niektórym przyznawano stałe pobory, zapewniano żywność i kwatery. Poczta w obu hospodarstwach – mołdawskim i wołoskim bezpłatnie obsługiwała polskich kurierów i przywódców ruchu emigracyjnego. Powołano tu rodzaj rządu tymczasowego, czyli Zgromadzenie Narodowe. Na skutek odezw Konfederacji zewsząd spieszyły do Mołdawii i na Wołoszczyznę rzesze Polaków, a także kozaków i polskich Tatarów. Wówczas to popularnym stało się powiedzenie: „Kto kocha Ojczyznę, niech idzie na Wołoszczyznę.”

Mimo wstąpienia wielu Polaków do Legionów gen. Jana H. Dąbrowskiego we Włoszech, gromadzenie się i organizowanie polskich wojskowych poza południowymi rubieżami Rzeczypospolitej mogło być ważnym zapleczem dla planu dowódcy Legionów.

Tymczasem, w Galicji aktywnie działały utworzone przez Konfederację tzw. Kluby. Protekcja Turcji, a przede wszystkim Francji, czyniły nawoływanie  do zbierania się na tych ziemiach niezwykle atrakcyjnym i racjonalnym. Emigrantów zaopatrywał w pieniądze na drogę hr. Walerian Dzieduszycki, a jego kozacy przeprowadzali ich przez granicę w okolicy Multan, pod Filipowce. Stąd łańcuchem ciągnęły się nieprzerwanie stacje legionistów, których głównym przytułkiem stał się Bukareszt. W tym czasie przybywało tu ich nawet więcej niż podążało do Francji.

Emigracja polska na Południu, mimo braku silnej ręki i umiejętnego kierownictwa zaczęła przekształcać się w kadry regularnej armii. Poza ochotnikami werbowano nawet włóczęgów dając każdemu po 5 piastrów na miesiąc oraz oręż. Przyjmowano zbiegów z armii austriackiej i rosyjskiej i parobków zbiegłych na Pokuciu przed branką. Komisja werbunkowa działała jawnie w Hercy werbując nie tylko Polaków lecz i Rusinów, Tatarów, Wołochów i kozaków. Polacy urządzali narady wojenne, bratali się z Turkami i uczyli się manewrów artyleryjskich.

Pierwszym przywódcą polskich wojskowych, którzy stawili się w Mołdawii okazał się przebywający najczęściej w Filipowcach brygadier Joachim Denisko, jak opisał go W. Dzieduszycki: „kozakowaty i dość złą mający reputację.” Ten młody, gorący, rzutki oficer, niedoszły wódz powstania wołyńskiego, tytułował się teraz generałem wojsk Polski i Litwy. Najważniejszą jednak postacią tych wydarzeń, na tym etapie, stał się wielkopolski partyzant z 1794r., płk Ksawery Dąbrowski ps. „Powała.” Młody, przystojny, mówiący świetnie po francusku, niemiecku, turecku, mołdawsku i po łacinie szybko uznany został przez Turków za naczelnika wychodźstwa polskiego i dowódcę oddziałów polskich na Wschodzie.

Gdy jeden z oficerów, Józef Tański przybył w 1796r. na Wołoszczyznę, odnotował obecność tam przeszło 500 żołnierzy i oficerów rozmaitych stopni. Przebywali oni przeważnie w dobrach Turkułła w Filipowcach i Hercy. Stan liczebny Polaków na tych terenach wzrósł jeszcze tego samego roku do 2 tys. żołnierzy, w tym 50 oficerów rozmieszczonych na obu brzegach Prutu i nad Dniestrem. Wielką zasługą Dąbrowskiego było sprzedanie za 900 dukatów swych brylantów na zakup oficerskich siodeł i czapraków. Inni oficerowie też znosili na sprzedaż sygnety herbowe, spinki itp. W Bukareszcie przystąpił do prac organizacyjnych. Kupował konie, lance i mundury. Płk Kosmowski i mjr Tremo zamawiali w okolicznych kuźniach groty do lanc kute przez Cyganów, skupywali kulbaki, a Denisko i Korycki dokonywali skupu koni. Dużą pomoc okazał miejscowy książę Ipsylanty podarowując polskim legionistom 100 siodeł. Część wychodźców przyjeżdżała tu już konno, lecz większość koni zakupywano na miejscu. Forteca chocimska miała dostarczyć prochu. Polskie patrole konne zaczęły pojawiać się na granicy.

Te, tak wyraźne przygotowania wojenne zatrwożyły kunktatora i promotora rosyjskich wpływów w tym rejonie Michała Ogińskiego. Pisał on o „zatrważającej” liczbie Polaków na Wołoszczyźnie, zaklinał Dąbrowskiego, by powstrzymał „kroki mające skompromitować nasza sprawę”. Pisząc o krokach miał na myśli to, co Dąbrowski i Denisko – atak na Galicję. Istotnie, Dąbrowski zamyślił użyć pieniędzy z zdobytych austriackich komór celnych na wyekwipowanie i powiększenie swego oddziału i zaatakowanie Lwowa. Patronujący polskiej akcji francuski poseł Aubert de Bayet, naglił do wyprawy.

Rosnące wpływy rosyjskie w Stambule, wspierane hojnie przez datki posła hr.  Koczubieja, zaczęły dawać znać o sobie. W Jassach aresztowanych zostało 9 polskich oficerów dążących do punktu zbornego w Bukareszcie. Porta zaprzestała wszelkich istotnych kroków na rzecz znajdujących się na jej terytorium polskich legionistów. Pozostawiono jednak Polakom swobodę działań, co mimo trudności, pozwalało im na organizowanie się legionu. Dąbrowskiemu udało się w tej często przypadkowej masie ludzi zaprowadzić ład i wojskowy porządek. W organizowaniu się wydatnie pomagał przysłany tu dla szkolenia legionistów instruktor Beaupoile.

Plany zaatakowania Galicji z południa i dalszego  może pochodu do Polski wydawały się dość realne nie tylko z powodu nieobecności wojsk austriackich w Galicji. De Bayet przywiózł ustną obietnicę przysłania przez Francję 30 tys. korpusu dla wspomożenia wspólnej walki Turków i Polaków przeciw Rosji. W tym czasie Francja nie myślała już o ewentualnym aliansie z Rosją; planowała stworzyć przeciw niej szerszą koalicję złożoną z Prus, Szwecji, Turcji i Danii oraz w oparciu o powstanie w Polsce. Francja pragnęła przymusić Turcję do wojny z Rosją, popchnąć ją na wojenną ścieżkę poprzez skompromitowanie jej działaniami zaczepnymi Polaków z jej terytorium. Najważniejszym wsparciem dla planów legionu na Wołoszczyźnie było oczekiwane przybycie tu Legionów Polskich gen. Jana H. Dąbrowskiego w związku z jego przedstawionym Bonapartemu planem przedarcia się do Polski przez terytorium osmańskie. Miał on po drodze zabrać z Mołdawii polski legion gen. K. Dąbrowskiego. Do tego niezwykłego spotkania i współdziałania legionów obu generałów Dąbrowskich nie doszło z powodu zawarcia 18 kwietnia zawieszenia broni w Leoben i przystąpienia do układów pokojowych w Campo Formio, w których ani słowem nie wspomniano o Polsce. Wraz z tą wieścią nadszedł z ambasady Francji w Konstantynopolu rozkaz rozwiązania Konfederacji na Wołoszczyźnie i rozpuszczenia legionu na Wołoszczyźnie.

Polscy żołnierze na Wschodzie stali się teraz dla Francji niewygodnym balastem. Podobnie zresztą jak polscy legioniści z Włoch, których czekała wyprawa za ocean, na San Domingo. To do nich wszystkich razem odnieść można starą, niestety prawdziwą maksymę: „Poloni armis victores, tractatibus victi” („Polak zwycięża orężem, traktatem pokonany”). Sytuacja polskich wychodźców na Wschodzie stawała się bez wyjścia. Musieli zdać przyznane im francuskie kokardy i zacząć przedzierać się do Legionów we Włoszech. Decyzja Porty o wydaleniu polskich emigrantów zredukowała ich ilość na tych terenach do 700 ludzi. Sam Ksawery Dąbrowski nieoczekiwanie skierował do cara zaaprobowaną prośbę o przyjęcie go do rosyjskiej służby wojskowej.

Niewielka liczba pozostałych w Mołdawii legionistów postanowiła zaprotestować przeciwko pominięciu sprawy polskiej w układach pokojowych w Campo Formio. Opuszczeni przez Dąbrowskiego skupili się wokół brygadiera Deniski ważąc się na „czyn szalony”. Nie mogąc pogodzić się z koniecznością rezygnacji z dotychczasowych planów postanowili na przekór wszystkiemu iść do Polski. 26 czerwca, Denisko z 200-osobową garstką pozostałą rzucił się wpław przez Dniestr w okolicy Zaleszczyk i wtargnął na Bukowinę, do ogołoconej z wojsk Galicji. Podzieleni na oddziałki po 20 koni, pod komendą Deniski, Ilińskiego, Rzodkiewicza, Berezowskiego, Przybyłowskiego i innych, napadli na strażnicę i komory celne w Trupczynie, Witkowcach, Olechowcach, Toporowcach i Dobronowcach. Większa bitwa rozegrała się właśnie pod Dobronowcami. Doszło do szeregu potyczek (byli zabici i ranni), po czym Polacy cofnęli się na terytorium Turcji. Nazajutrz ponowili wypad. Odczytano odezwę powstańcom, a chłopom obwieszczono wolność, po czym powstańcy zapadli w lasy chocimskie, skąd pociągnęli na Horodenkę, mając siły w ilości 160 konnych i 32 pieszych karabinierów. Doszło do ponownego starcia z wojskiem, Pod szarżą powstańczej konnicy dwukrotnie zachwiały się szeregi austriackich dragonów, a atak oddziału byłego oficera gwardii koronnej Fryderyka Melforta (który dostał się do niewoli) wywołał popłoch piechoty austriackiej. Ostatecznie jednak starcie z regularnym wojskiem przyniosło klęskę. 15 ludzi poległo, a 12 dostało się do niewoli. Brygadier Denisko z konnicą uszedł do Turcji. Choć pobici i skłóceni, parę dni po powrocie do Filipowców, część oddziału dowodzona przez Ilińskiego dokonała napadu na komorę w Bojanie. Był to ostatni atak zbrojnym legionu wołoskiego.  Teraz Denisko, w ślad za Dąbrowskim, zwrócił do cara się z prośbą o łaskę. Został nawet radcą przy dworze rosyjskim i uzyskał ziemię z kilkuset chłopami. Denisko, choć dzielny patriota, nie był typem bohatera narodowego, a raczej żołnierza-zabijaki znanego wcześniej na Wołyniu z sąsiedzkich zajazdów organizowanych ze swoimi kozakami.

Nad ujętymi do niewoli odbył się sąd, który usunął jednak ze sprawy polityczny jej kontekst. Podsądnych sądzono jak rozbójników. W ten sposób uwolnieni zostali od odpowiedzialności obywatele Augustyn Trzecieski, Dzieduszycki i inni. Tylko mjr Melfort ujęty z bronią w ręku, powieszony został w Lwowie. Pozostałych osadzono w fortecach, a niebawem ułaskawiono.

Tak zakończył się mało znany epizod legionowy, jaki rozegrał się tuż pod bokiem Rzeczpospolitej, w czasie gdy cała uwaga opinii publicznej skupiona była na poczynaniach legionów gen. J. H. Dąbrowskiego w odległych Włoszech. Historia legionu wołoskiego dobrze odzwierciedla losy polskich uchodźców wojskowych, postawy poszczególnych żołnierzy i oficerów oraz skomplikowane uwarunkowania polityczno – wojskowe w jakich przyszło im działać.

Jacek Jaworski