Wśród wstrząsów nawałnicy

Arsenał Varia Skomentuj

Dziś święto niepodległości. Warto przy tej okazji przypomnieć ostatnie dni pierwszej Rzeczypospolitej, która zniknąć miała z map Europy na lat sto dwadzieścia i trzy. Okazję po temu daje mi lektura, którą znalazłem w małym antykwariacie na jednym z warszawskich bazarów: „Dawna Polska w opisach podróżników” pióra Mieczysława Smolarskiego. Wydana w roku 1936 przez Książnicę ATLAS Lwów-Warszawa jest sama w sobie pamiątką czasu minionego. Tym bardziej cenną, że jest głosem II Rzeczypospolitej. W rozdziale XIII jest to omówienie wspomnień dwu francuskich podróżników. Oddajmy jednak głoś autorowi.


„W roku 1792 z Rosji, drogą ze Smoleńska jechało do Polski jeszcze dwóch turystów.

Byli to dwaj emigranci, arystokraci francuscy, hrabia de Piles i kawaler de Boisgelin, którzy dwa lata temu opuścili ojczyznę, uciekając przed płomieniem rewolucji. Uczynili to w czasie, gdy mogli swobodnie zabrać z sobą część dostatku, i od tej pory jeździli po świecie, chcąc zapomnieć o własnym kraju, z którego coraz posępniejsze dochodziły ich wieści.

Przebyli Niemcy, Danję, Szwecję, Rosję. Zwiedzali z namiętnością, choć powierzchownie, wszystko, co wy­dało się im uwagi godnem. Zapytywali się o liczbę ludności w miastach, przepisywali inwentarze zbiorów, prosili w obserwatorjach o spostrzeżenia meteorologiczne, by­wali na dworach książąt, oglądali nowe pałace i spoglądali nieco zgóry na stare zabytki, dowiadywali się o przeszłości przebywanych krajów i przypatrywali się obyczajom.

Uwagi ich były często cierpkie, krytyczne, wypowia­dane z wielką pewnością siebie, sądy niekiedy trafne, nieraz zupełnie fałszywe. Nie mieli pogody w duszy, choć oddawali się nauce i podróżom z takim pozornym spokojem, jakby nie ob­chodziło ich nic więcej. Owocem ich wędrówki stała się książka p. t. „Vo­yage en Allemagne, Danemark, Suede, Russie et Pologne, fait en 1790—1792″. Wyszła w Paryżu w roku 1796, gdy z ulic spłynęła krew i nie było już króla, królowej, Dantona ani Robespierre’a. Napisał ją hrabia Fortia de Piles, wypełniając wspo­mnieniami ze wspólnej podróży pięć niewielkich tomów. Część ostatniego z nich poświęcona była przejazdowi przez ziemie Rzeczypospolitej.

Przypatrzmy się wjeżdżającym emigrantom.

Przybywali z państwa carowej, jednej ze sprawczyń upadku Polski. Nie zachwycili się niem wprawdzie, ale słyszeli tam napewno niejedną złą opinję o kraju, który mieli odwiedzić. Sami uciekli z ojczyzny i mało zdawali się rozumieć, co to znaczy patrjotyzm. Świadomi tego, co rodzinom ich i przyjaciołom groziło we Francji, żyli gorączkowo, jak przed wybuchem wulkanu. Domyślali się losu, który Rzeczpospolitą czekał, więc i tędy przejeż­dżali szybko, jakby się lękali, że tryśnie nagle płomień i ziemia zapadnie się pod ich stopami.

 

Więc to państwo, na które teraz patrzyli, chce opie­rać się, walczyć, zmieniać ustrój? Dziwił się hrabia de Piles. Czyż nie byłoby lepiej, gdyby, skoro jest otoczone trzema potęgami ambitnemi i wojowniczemi, wybrało jedną z nich i rzuciło się ku niej z otwartemi ramionami, zawierając pakt rozsądny? Polska szlachta zmieniłaby się w szlachtę pruską, austrjacką lub rosyjską. Cóżby z tego złego wynikło?

Tak rozumował pan de Piles. Zapisać miał tę myśl złotą w książce, która wyszła już po ostatnim rozbiorze Polski. Potępił w niej nawet konstytucję 3-go maja, uznając ją za myśl „wzniosłą i godną wielkiego narodu”, lecz przytem i za szkodliwe przyśpieszenie jego upadku.

Wykwintny emigrant filozofował niekiedy, ale gdy po­czynał myśleć o naturze ludzkiej, popełniał wielkie błędy. Nie dorósł do głębszego ujmowania zagadnień. Nie znał też dobrze historji polskiej. Posłyszał coś o rewolucjach, które „we wszystkich wiekach wstrząsały tym nieszczę­śliwym krajem”. Wyobrażał sobie niezawodnie, że było to coś podobnego do tego, co za jego czasów działo się w Paryżu, a jego zmusiło do porzucenia świetnego królew­skiego dworu, do pozostawienia na opiece losu swego zamku. Napisać przecież nawet miał, że powstanie polskie po drugim rozbiorze wybuchło pod wpływem „francuskiej propagandy jakobinów”.

Upłynęło od tej pory półtora wieku i nikt podobnych błędów popełniać już nie będzie, wybaczmy zatem nie­rozsądne uwagi lekkomyślnemu turyście. Nie dowodziły one ani wrażliwości jego serca, ani głębi umysłu. Był z pewnością jednym z tych, którzy egoizmem swym, cia­snotą poglądów i brakiem poczucia obowiązku spowodo­wali we Francji wybuch rewolucji. Był jednak przytem dość zręczny i przebiegły, by uciec przed widmem, które sam wywołał.

W roku 1792 zatem stanął w zimie na granicy Polski i zatrzymał się w miejscowości zwanej Tołuczynem. Nazwy jej uchem nie schwycił dobrze i zapisywał ją upar­cie „Tolitzinem”. W środku miasta, a nad rzeką, koń­czyła się Rosja. Dalej rozciągały się już ziemie Rzeczy­pospolitej .

Udał się więc wraz z towarzyszem do rosyjskiego bu­dynku celnego, gdzie musiał załatwić wiele uciążliwych formalności i poddać się badaniu niezmiernie szczegóło­wemu. Byłoby to trwało jeszcze dłużej, gdyby nie okupił się napiwkiem, którego od niego jawnie i otwarcie zażą­dano. Nie czyniono mu potem dalszych kłopotów, nie mógł jednak utaić zgorszenia, gdy zobaczył, w jaki sposób kozacy, rozmieszczeni na moście i przy barjerze, trakto­wali nieszczęsnych wieśniaków, gdy przechodzili przez gra­nicę na drugą stronę tej samej miejscowości i przenosili z sobą trochę siana, drzewa i słomy.

Tuż obok w drugiem państwie było cicho i spokojnie. Nie zauważył tam scen podobnych i nie doznał zbytnich przy wjeździe trudności. Uznał to za rzecz naturalną. Po złożeniu niewielkiej opłaty trzech florenów, czyli jednej szóstej dukata, otrzymał wraz z kawalerem de Boisgelin nowy paszport. Wsiadł zpowrotem do sań i pojechał nową już, polską drogą.

Skarżył się, że jest wąska i, choć wyłożona drzewem, nie naprawiana nigdy. Ostatecznie zrozumiał, że w tak ciężkich i wyjątkowych czasach trudno się temu dziwić. Nie omieszkał jednak także, jak i inni podróżni, spraw­dzić, że i wsie w tej stronie Litwy, przez którą jechał, miały wygląd niezmiernie pożałowania godny, a wszę­dzie pełno było żydów, którzy nawet, jakby z jego opo­wiadania wynikało, zajmowali wszystkie lub co najmniej większość domów. Tak sądził, bo nocował w karczmach.

Dziwniejszem się wydaje, że dworu żadnego na całej drodze od Litwy do Warszawy nie spotkał. Notował natomiast skrzętnie rzecz, znaną cudzoziemcom, że wie- lekroć musiał spać w izbie razem ze stałymi jej mieszkań­cami, zwierzętami domowemi i kurami, że wszędzie mógł dostać wódki lub bardzo niedrogiego piwa, lecz żywności tylko w miastach, które spotyka się nieczęsto, a są raczej ubogiemi wioskami.

Dopiero od Bielicy nad Niemnem domy, zdaniem jego, stały się znośnemi do zamieszkania. Grodno przedsta­wiło się oczom jego jako obraz nieszczęścia i nędzy.

Z pieniędzmi po długiej podróży poczynał widocznie się nieco liczyć, więc zapisał przykrość, jaka go spotkała w Bielsku, gdzie rosyjskich monet od niego po raz pierw­szy nie przyjęto, choć przedtem płacił niemi nawet z pewną korzyścią. Pocztyljoni niekiedy żądali od niego zapłaty o piątą część wyższej, niż im się należało, a jakaś poczt- mistrzyni chciała mu podobno nawet ukraść wszystko, co dał jej do przechowania. Ponieważ jednak przejeż­dżał z innego kraju, gdzie „miłość cudzego dobra” — jak to określił — rozwinęła się w sposób zupełnie niesłychany, ponieważ także przed samą granicą rosyjską musiał wynagrodzić pocztyljona za milę, choć wieziono go tylko wiorstę, więc przybył do Warszawy nienajgorszym du­chem ożywiony, choć na dobitek przed samym wjazdem trzasło coś i pękło w wozie, którym jechał.

Nie zaznaczył, niestety, w jakiej stanął oberży lub za­jeździe. Prawdopodobnie zamieszkał u posła francuskiego, przez którego miał zostać przedstawionym królowi.

W Warszawie nie zwrócił uwagi na kontrasty ubóstwa i dostatku. Wydała mu się miastem dość wielkiem, lecz brudnem i nieoświetlonem. Co do straszliwego stanu brudów porównywał ją zgryźliwie z oglądanym niedawno Berlinem. Na bruk jednak i brudy skarżył się niemal wszędzie, także w Hamburgu i Stockholmie, a na złe i brudne oberże w Wiedniu.

Zapisał oczywiście liczbę mieszkańców stolicy. Jak powiedziano mu, było ich siedemdziesiąt pięć tysięcy. Nieco więcej zatem było niż w Pradze, dwa razy więcej niż w Monachjum, o dwadzieścia pięć tysięcy mniej niż w Hamburgu, a zaledwie trzecia część tego, co w Wiedniu.

Nie wymagajmy od pana de Piles, który i tak odzna­czał się wielką wszechstronnością zainteresowań, by znał się również na architekturze. Dość dużo natomiast wie­dział o malarstwie. Chciwie ładował w książkę całe inwen­tarze osobliwości i rzeczy cennych w muzeach i pałacach, dzięki czemu zostawił nam wiele szczegółów o zbiorze medali i monet króla Stanisława Augusta, o sprzętach i obrazach w zamku, w Łazienkach i w pałacach Stani­sława Potockiego oraz księżny Lubomirskiej. Wyliczał chętnie ilość dzieł, które posiadały bibljoteki, np. kró­lewska, Załuskich (zwał ją Zalewskich) i Czackiego, oraz wymieniał cenniejsze egzemplarze. Nie zaniedbywał wyli­czenia szpitali, nawet zwiedzał je i zestawiał wiadomości o ich wewnętrznem lepszem lub gorszem urządzeniu.

Zajął się szczegółowo dochodami i wykładami w uniwer­sytecie krakowskim. Zaciekawiała go organizacja pracy w kopalniach. Ponieważ jednak czasu na zbadanie wszyst­kiego miał zbyt mało, zwłaszcza iż śpieszył się widocznie z wyjazdem, zwracał się zatem po objaśniania do osób znających się na rzeczy, jak np. księdza Albertrandiego, bibljotekarza królewskiego.

Wraz z kawalerem de Boisgelin uzyskał posłuchanie na dworze. Stanisław August uczynił i na nim wrażenie władcy wykształconego, bardzo miłego i obdarzonego rozumem politycznym, gdyż wyłączył z rozmowy omawia­nie wypadków, jakie zaszły we Francji. Wiedział, że opinje emigranta musiałyby być odmienne od zdania ofi­cjalnego posła, który przy posłuchaniu był obecny, z tak­tem zatem uniknął poruszenia drażliwego tematu.

Na tych odwiedzinach skończyło się jednak.

Była zima, bardzo ważne sprawy państwowe zaprzątały umysły, stolica nie roztoczyła zatem tych czarów przed hrabią Fortia de Piłeś i kawalerem de Boisgelin, któremi olśniła lorda Herberta i pana Coxe. Nie urządzano dla nich uroczystych przyjęć, nie przenoszono ich w świat cudow­nych, tajemniczych marzeń. Mimo to nawiązali jakieś stosunki towarzyskie. Nie zaniedbał przecież autor „Po­dróży dwóch Francuzów” zapisać, że „panie polskie cieszą się opinją najlepiej wychowanych w Europie” i wszystkie, podobnie jak mężczyźni, władają jego mową rodzinną. Zdumiewały go polskie zdolności lingwistyczne. Spotykał dwudziestoletnich młodzieńców, którzy roz­mawiali biegle i z doskonałym akcentem trzema lub czte­rema obcemi językami. Zauważył, że Polacy mają pyszne konie i znakomicie na nich jeżdżą.

Ludzie, ich charaktery, usposobienia, skłonności inte­resowały go mało. Nie opisywał ich naogół, nie starał się dusz ich poznać, a życia ich odgadnąć. Wobec tego szukał w Warszawie innych rozrywek, ale ich nie znalazł. Opera włoska była, jego zdaniem, zła, a teatr narodowy nieznośny. O tem jednak, że sam był na jakiemś przedsta­wieniu, nie wspominał. Poszedł jedynie z towarzyszem na dość mierny koncert.

Poza tem zajął się zwiedzaniem miasta, nie zaniedbu­jąc wyrażać swoim obyczajem uwag cierpkich. Zamek uznał za budowlę pełną zdumiewającej prostoty, „żeby nie powiedzieć więcej”. Z lekceważeniem, pomnąc o świet­ności drogiego sobie Wersalu, wyraził się o apartamen­tach królewskich. Wartość zbiorów ocenił snać należycie, gdyż szczegółowo je obliczył.

Rozdzielił jednak także i trochę pochwał. Łazienki spodobały mu się więcej niż zamek, pałacowi prymasow­skiemu przyznał piękny wygląd i urządzenie w dobrym smaku, a w pałacu księżny Lubomirskiej zauważył nawet apartamenty bardzo ładne, małe pokoje czarujące i sprzęty bogate, i w najlepszym guście. O Wilanowie nie umiał wiele powiedzieć. Uznał tylko, że zasługuje na zwiedzenie szczegółowe.

Opisał jeszcze pałac Saski, ogród, w którym są rzeźby z drzewa lub „ze złego kamienia”. Poświęcił trochę miej­sca szpitalom, pałacowi Ujazdowskiemu, archiwom, ko­szarom i malarzom królewskim. Coś zapisał bardzo szcze­gółowo, to znów czemuś powierzchownie się przypatrzył, na coś nie spojrzał zupełnie i rad z opisu stolicy Polski pośpiesznie podążył do Krakowa.

Nie jest zbyt trudno dojść, jak długo w Warszawie pozostawał. Śniegi topniały, gdy do niej podążał, a roz­topy trwały jeszcze, gdy wśród równin i lasów jechał dalej. Czas nie sprzyjał przyjemnej podróży. Deszcz lał, więc pan de Piles, otulony w ciepły płaszcz, zauważył tylko, że ziemia jest bardzo tłusta, musi zatem być i uro­dzajna, i z wrodzoną drażliwością przeklinał zaniedbane drogi, pełne dziur i korzeni.

Po długiej a pośpiesznej drodze, gdyż miał jeszcze przebyć Austrję, a przed upałami chciał dotrzeć do Włoch, ujrzał wreszcie zubożałe przedmieście Krakowa, o którym słyszał zbyt wiele, by nieco dłużej się w nim nie zatrzymać.

Wjechał w główne ulice. Pod kołami wozu poczuł bruk. Mruknął swoim zwyczajem, że jest ohydny. Rozej­rzał się potem w jedną i w drugą stronę, uświadomił so­bie położenie geograficzne i stwierdził nie bez zdziwienia, że handel w mieście mógłby się doskonale rozwijać. Spraw­dził jednak później, że upadający stary gród, który li­czył już zaledwie dwadzieścia tysięcy mieszkańców, gdy ongi miał ich osiemdziesiąt, posiada zaledwie fabryki sukna, malowanych płócien i materjałów z jedwabiu, złota i srebra. Wśród innych szczegółów nie zaniedbał podać, że butelka najlepszego wina węgierskiego koszto­wała tu dukata, co nie wydało mu się drogo, oraz że łat­wiej było dostać piwa niż wódki, którą fabrykują głównie na Podolu.

Pociągnięty namiętnością zwiedzania i nie dbając na znużenie, uznał, że warto przejść się po ulicach. Zachęcił go widok wyniosłego zamku, wieże i kopuły kościołów. Słyszał też przecież coś o uniwersytecie, jednym z naj­starszych w Europie, opowiedziano mu o nowozałożonem obserwatorjum, o ogrodzie botanicznym. Ktoś wyjaśnił mu, iż obowiązkiem jego jest pojechać do Wieliczki.

I oto w panu de Piles obudziło się znowu coś z eru- dyta, zbierającego powierzchowne choćby wiadomości do książki o obcych krajach i narodach. Coś zatrzymało go, po­ciągnęło do świetności zabytków, by zobaczyć je i ocenić.

Przy wejściu do katedry spojrzał na kości zwierząt przedpotopowych, na łańcuchach zawieszone. Zadumał się. Co to jest właściwie? Pochodzenia tych olbrzymich kości nie umiał sobie wyjaśnić. Nie wydając zatem wła­snego sądu, zapisał: Tradycja twierdzi, że są to kości olbrzymów.

Wszedł dalej. Jakoś nawet nie uskarżał się na ten mrok, który go miał razić w kościele św. Szczepana w Wied­niu. Kościół ocenił jako dość piękny i godny uwagi dzięki bogactwu pomników.

Względnie szczegółowo opisał kaplicę Zygmuntowską, nie zaniedbując wyliczyć, co w niej wykonane zostało z marmuru, ze złoconego srebra lub bronzu. Stwierdził, że niektóre rzeczy są w niej piękne, inne w dobrym gu­ście. Obszedł następnie inne kaplice, obejrzał pomnik ku czci Sobieskiego, osądził znów nieraz: piękne, w do­brym smaku, przedewszystkiem notował, co jest z mar­muru białego, czerwonego, czarnego, ze stiuku, z miedzi złoconej lub żelaza.

Skarbca nie oglądał. Na zbyt wiele kluczy był zamknię­ty. Należy nam tego szczerze żałować, gdyż zawdzięcza­libyśmy mu zapewne szczegółowy inwentarz wielu rze­czy, które przepadły. Wnętrze zamku zostało już ogoło­cone i zajęte częściowo przez żołnierzy artylerji. Zawód ten rozgoryczył go tak widocznie, że nie zauważył nawet wspaniałości jego architektury, którą tylu cudzoziemców nieraz dawniej podziwiało. Spojrzał zgóry na miasto, czy na Wisłę. Widok był piękny. W jednej z sal zobaczył ogromną ilość głów drewnianych, co czyniło wrażenie dość nadzwyczajne.

Z kościołów opisał tylko klasztor franciszkanów, „bardzo dobrze ozdobiony portretami biskupów krakow­skich” wśród posągów ze złoconego drzewa lub innych dekoracyj. Za jeden z najpiękniejszych uznał portret biskupa Sołtyka. Obejrzał inne obrazy, chór, jedno spo­dobało mu się, inne nie. Dziwił się, że świątynia jest jed- nonawowa i dość wąska. Zajrzał do małej bibljoteki, liczącej do sześciuset tomów, ale katalogu nie mógł otrzy­mać i dowiedział się, że wiele dzieł cenniejszych zabrały bibljoteki warszawska i krakowska.

Wydaje nam się dziś rzeczą dziwną, iż nie opisał innych kościołów, rynku, Sukiennic, istniejącego jeszcze wówczas pięknego, starego ratusza, kościoła Panny Marji. Czyż do nich nie zajrzał? Zdawał się nie wiedzieć nawet o istnieniu mogił Kraka i Wandy. Nie ulega wąt­pliwości, że był w Krakowie. Wymienił nawet zajazd Francuzki pani Le Bon, „jedyny znośny”, w którym za­mieszkał. Stosunkom jej zawdzięczał możność zwiedzenia Wieliczki. Ale gruntowności jego opisów przeszkadzała wszechstronność. Nie wyczerpawszy jednego tematu, śpieszył, by przypatrzeć się i opisywać inne. W zapale podawania najrozmaitszych wiadomości, a nie chcąc przedłużać pobytu, pobiegł do uniwersytetu, gdzie zdo­był zapewne od któregoś z urzędników notatkę o docho­dach i wykładach w sławnej akademji.

Gdy urzędnik pośpiesznie wykonywał zadanie, pan de Piles podążył już do bibljoteki Jagiellońskiej. Zapytał, ile ma ksiąg i ile rękopisów? Odpowiedziano, że tomów jest w zbiorach pięćdziesiąt tysięcy, a manuskryptów cztery tysiące. Przeszedł sale i z miną uczonego sprawdził, iż podana ilość może być prawdziwa, potem poprosił o pokazanie sobie dzieł ciekawszych. Położono przed nim rękopis Pawła z Pragi, filozoficzne dzieło Seneki, manu­skrypt z XIII wieku jednego z utworów łacińskiego poety Lukana, jakąś księgę jeszcze, drukowaną w Kra­kowie w 1532 roku, i zbiór dzieł astronomicznych, grec­kich i łacińskich z 1499 roku. Zapisał wszystkie w notat­niku, jak i uwagę, że niema w Krakowie biblji Radziwiłłowskiej, o której słyszał już coś w Warszawie.

Palony ogniem wiedzy, zwiedził jeszcze zbiory Sołtyka, złożone głównie ze sztychów, medali, minjatur i różnych okazów przyrodniczych.

Wkrótce potem widziano go już w ogrodzie botanicz­nym. Z powodu mroźnej jeszcze pory niewiele tam poza cieplarniami mógł zobaczyć, lecz urządzenia i położenie ogrodu pochwalał. Przeszedł potem do znajdującego się tuż obok szpitala, gdzie zauważył dobre łóżka, salę i ap­tekę, bardzo czyste, doskonały dozór lekarski i ładną kaplicę. Pojechał następnie jeszcze do Wieliczki, by obej­rzeć i opisać jej saliny. Dano mu tam przewodnika, ka­zano dlań kopalnie oświecić i ugoszczono go obiadem, lecz kosztowało go to pięć dukatów, co uznał za cenę zbyt wygórowaną.

 

Na Podgórzu, na drugim brzegu Wisły, czuwały już od dwóch dziesiątków lat placówki austrjackie i strze­gły części kraju oderwanej od Polski po pierwszym roz­biorze. Stał tam także budynek celny i poczta cesarska. Pan de Piles minął je, jadąc do Wiednia, a nad granicą zamyślił się nader poważnie, dlaczego na Polskę spadają tak wielkie klęski, skoro szlachta jej, sprawująca rządy, ma jednak niemało zalet i jest dumna, szlachetna, dzielna, śmiała, a przedewszystkiem pełna poczucia swej niezależ­ności.

Nie rozumiał, mimo tych pochwał, duszy polskiej. Nie mógł pojąć, dlaczego mieszkańcy Rzeczypospolitej nie chcą stać się Austrjakami, Prusakami lub Rosjanami, ani wyrzec się swej wielkiej przeszłości historycznej, dlaczego zawiązują jakieś konfederacje barskie lub czy­nią powstania pod wodzą nieznanego generała.

Brakło czegoś w duszy pana de Piles, jak brakowało także w dziełach wielu filozofów wieku oświeconego, któ­rzy chłodnem rozumowaniem starali się rozwiązać wielkie zagadnienia. Był egoistą, czuł się kosmopolitą, cenił za­pewne nad wszystko dostatek i spokojne używanie ży­cia. Zrozumiał jednak, a raczej wyczytał to już niewąt­pliwie w dziełach innych uczonych, że przyczyną nieszczę­ścia Polski było połączenie władzy demokratycznej i ary­stokratycznej, bezsilność króla, ograniczonego tak, by mógł poddanym czynić tylko dobrze, rządy nie jednego człowieka, nie dziesięciu, nie stu nawet, ale całej szlachty, czego wynikiem stała się właściwie zupełna samowola i anarchja.

Ogromna część obywateli stanęła właściwie ponad prawem, skoro skutków jego mogła łatwo ominąć. Wolna elekcja stała się przyczyną waśni, targów, ościennych wpływów, intryg i przekupstwa. Władcy — myślał za­pewne o królach saskich — mało dbali o kraj, którego synom swym nie mieli zostawić, handel mógł się rozwi­nąć, gdyż Rzeczpospolita miała dobre położenie i natu­ralne bogactwa, lecz gardziła nim szlachta, a nie mógł zajmować się nim lud, zbiedniały i doprowadzony do nie­woli ostatecznej.

Ogromne na owe czasy siły wojenne pospolitego ru­szenia, mogącego zgromadzić przeszło sto tysięcy konnych, stawały się niemal bezużytecznemi przez przepych jego uczestników i ogromną ilość towarzyszących im wozów. Istnienie dwóch armij, polskiej i litewskiej, oraz nieza­leżność od siebie dwóch hetmanów uniemożliwiały Pol­sce stawianie takiego oporu, jakiego spodziewać się nale­żało na podstawie odwagi, siły i biegłości jej obrońców.

Cała jej słabość i grzechy wynikały z jej ustroju. By uniknąć ich, należało go zupełnie zmienić.

 

Tak rozmyślał pan Fortia de Piles, gdy z towarzyszem swym mijał placówki na brzegu Wisły i oglądał dawną Rzeczpospolitą w ostatnim blasku słońca wolności, które umiłowane, utęsknione, okupywane krwią serdeczną nie miało świecić przez czas długi. Zapomniał, pisząc to później, iż rozwiązanie wielu zagadnień osiągnęli Polacy, uchwalając konstytucję 3-go maja, którą sam jako nie­polityczny czyn potępił.

Długo jeszcze jechał przez kraj już cesarski, drogą na Wadowice, Kęty, Białą, Bielsk, a jeszcze widział i słyszał ludność, mówiącą ciągle tym samym językiem, szlachtę konno, w długich kontuszach, żółtych butach i cieszył się, że z pocztyljonem i ludnością wiejską nieraz łatwo mu rozmawiać, gdyż doskonale rozumieją łacinę. Miał wrócić do Francji po uspokojeniu się rewolucji i stać się auto­rem wielu książek, które nie przyniosły mu jednak sławy zbyt rozgłośnej. Jego „Podróż dwóch Francuzów” byłaby dla nas dziełem bez wielkiego znaczenia, gdyby nie to, że możemy z niej zaczerpnąć garść szczegółów, dotyczą­cych dawnych polskich zbiorów.”