Wigilia Bożego Narodzenia i Kantyczki

Wigilia Bożego Narodzenia i Kantyczki.

Arsenał Varia 0 Komentarzy

Wigilia Bożego Narodzenia i Kantyczki

Z pism Lucyana Siemieńskiego (ur. 1809, zm. 1876 r.).

Wigilia Bożego Narodzenia, nie wyłączając nawet Wielkiejnocy, ma u nas ze wszystkich świąt cechę najbardziej rodzinną, domową, serdeczną, odpowiadającą zwyczajom i charakterowi mieszkańców, które są towarzy­skie, gościnne, otwarte; a jeżeli dziś reguła ta mniej jest powszechną, niż przed laty bywało, przypisać to raczej należy przeobrażeniu się stosunków towarzyskich, wpływowi obcych manier, aniżeli zupełnemu przekształceniu się przyrodzonych skłonności i usposobień.

Trudno zaiste byłoby zrozumieć polskiego szlachcica, trzymającego się wiejskiej strzechy, żeby wrót jego pilnował odźwierny lub szwajcar, a w progi domu nie śmiał nikt wstąpić, kto nie otrzymał formalnej inwitacyi na obiad lub wieczerzę.

Szlachcic ziemianin bez stosunków z ludźmi, bez zażyłości sąsiedzkiej, wolnej od ceremonii, niekrępowanej rachowaniem się z długów wizyto­wych i obiadowych, to ptak przelotny, który korzysta z wody, powietrza i innych darów bożych, ale się na wsi nie wywodzi. Jak wrota jego dworu zamknięte, tak i przystęp do jego serca. Żyje on na powierzchni, lecz nie krzewi się i w głąb nie zapuszcza korzeni; obywatelstwo świata tak prze­istacza jego fizyognomię, że od razu przestaje być podobnym do siebie i do drugich. A przecież gdzie rzadkie są różnice w zwyczajach i obycza­jach, tam zawsze panuje największa jednolitość; a przytem i ta jest ko­rzyść, że człowiek nosi na sobie swój własny charakter.

Wracając do Wigilii Bożego Narodzenia jako do głównego tematu niniejszej gawędki, przyznam się, że o ile nie radbym na Wigilię błądzić w śnieżnej zamieci, który to rodzaj podróżowania wcale nie jest przyje­mny, — o tyle markotnoby mi było, acz zziębłemu i głodnemu, zajechać w tym dniu przed ganek obywatela świata; nie dla tego, żebym miał być źle przyjęty, lub nie opatrzony w wykwintne nawet wygody. — O! bynaj­mniej! przecież ten rodzaj łudzi należy do wielkich czcicieli komfortu, — ale czegobym nie znalazł, jak dwa a dwa są cztery — to powitania z opła­tkiem w ręku, życzeń Dosiego roku, rybnej uczty spożywanej na sianku, w licznem gronie rodziny i przyjaciół, piosnki śpiewanej przez pastuszków, która się nazywa kolędą, a nadewszystko tego uroczystego spokoju, we­sela i niebiańskiej harmonii, jak gdyby chór aniołów przegrywał na mul- tankach i wiolach Nowonarodzonemu Dzieciątku. Zresztą, kto wie, możeby się znalazło z tego jedno lub drugie, a nawet i jeszcze coś więcej, bo do wykwintnego tonu należy tolerować zwyczaje, nieledwie przesądy miejscowe,— ale co byłoby najtrudniej, to znaleźć tę atmosferę patryarchalną, tę poezyę swobody i wesela pod słomianą strzechą, która w »cudownej tej nocy« napełnia powietrze pieśnią: »Chwała Panu na wysokościach, pokój ludziom dobrej woli!«

Nie powiem, czy to było dawno, lub nie bardzo dawno, atoli przy­pominam sobie szczegół czy rys, mający z tego względu związek z Wigilią Bożego Narodzenia i opłatkiem, że do tej ceremonii czy zwyczaju łączyło się i coś więcej.

 

Na Wigilię był mróz trzaskający, a pod wieczór zerwała się zadymka. Jakiś podróżny saneczkami i parą zhasanych koni kopał się przez zaspy; w głuchem polu nie było ani jednego drzewa, któreby wskazywało drogę. Nic więc osobliwego, że podróżny zaczął błądzić, i byłby niechybnie całą noc błądził, gdyby nie światełko ukazujące się w oddaleniu, podług któ­rego kierując się, na raz zajechał przed ganek nieznanego sobie dworu.

— Gość! gość! — rozległo się w mieszkaniu, sługi powybiegały, wy­biegł i sam gospodarz. Podróżnego jak był w wilczurze, osypanego śnie­giem, wprowadzono do izby, gdzie liczne grono osób siedziało przy wigi­lijnym stole… Gdy zdjęto z niego futro, a blask od świec oświecił fizyognomię… gospodarz odskoczył, a nieznajomy także się cofnął. Między nimi stanęła pani domu, trzymając w ręku opłatek, i ofiarowała go przybyłemu do przełamania, co ten po niejakiem wahaniu się spełnił; to samo za jej przykładem wypadało uczynić i gospodarzowi…

Przenikliwym wzrokiem popatrzyli na siebie, i półgłosem z ust ich wyszło: »Dosiego roku!« Byli to dwaj zawzięci nieprzyjaciele, którzy się od lat kilkunastu procesowali. Po przełamaniu opłatkiem nastąpił kom­promis: »Chwała Panu na wysokościach, pokój ludziom dobrej woli!«

Tak wesołej Wigilii nie pamiętano w tym domu od dawna. Wspo­mnienie »cudownej nocy«, to skarb poezyi, o którą każdy powinien się starać, aby ją nosić przez całe życie.

Nasi poeci, nie wiem dlaczego, ominęli ten motyw w swoich obrazach z życia domowego, szczególniej gdy wieś chcieli malować. Wigilia Bożego Narodzenia w wiejskim dworze, w tem kole serc zbliżonych do siebie, upojonych szczęściem widzenia się po długiem rozstaniu, może pogodzo­nych przy opłatku, wyciska się w pamięci serca i należy do najrzewniej- szych wspomnień późnej starości.

Same te kolędy, kantyczki śpiewane pod oknami przez czeladź go­spodarską na nutę staroświecką, półkościelną, tak dziwnie sympatyczną, wydają się być dźwiękami spływającymi z nieba, i serce twoje wierzy, że tej »cudownej nocy« niebo łączy się z ziemią: Bóg się rodzi, aniołowie dają znać pasterzom, pasterze spieszą powitać Pana, a tak cudowna rze­czywistość w tej samej chwili odgrywa się wszędzie, gdziekolwiek ciepło wiary nie skrzepło.

Na wsi, jeśli gdzie niema kościoła, gromadzi się grono domowe, tak państwo jak czeladź, i do późnej nocy wyśpiewują kolędy. Jeżeli zaś jest kościół, wszystko spieszy na mszę pasterską, odbywaną o północy lub nad ranem. Mnóstwem świateł goreją świątynie pańskie, miliony ust śpie­wają nad żłóbkiem Nowonarodzonego.

Pomysł tego nabożeństwa i jasełek wyszedł od jednego z najwięk­szych Świętych.

Św. Bonawentura w żywocie św. Franciszka Serafickiego taką opo­wiada legendę:

»Święty Franciszek na trzy lata przed śmiercią przemyśliwał o tem, jakby odświeżyć pamięć narodzin Dzieciątka Jezus i jakby je odprawiać z największą uroczystością, celem wzbudzenia nabożnego ducha w powiecie Grecio. Żeby zaś nie wzięto tego za żart, co on chce przedsiębrać, prosił i otrzymał na to pozwolenie Ojca św. Poczem kazał zrobić jasełka, nanieść siana do groty i przyprowadzić tam wołu i osła. Mając to wszystko, za­wołał braciszków, ludność się zgromadziła i las zabrzmiał pieśniami; a tak cudowna ta noc równie była świetną jak uroczystą, już tysiącem goreją­cych lamp, już rozlegającemi się pieśniami. Słowem, były to dźwięki pełne harmonii i jasność iście niebiańska. Sługa zaś boży Franciszek klęczał nabożnie tuż przy jasełkach, zalewając się obfitemi łzami i promieniejąc weselem. Msza odprawiała się w jasełkach, a dyakon Chrystusów Franci­szek śpiewał św. Ewangelię. Nakoniec miał kazanie do ludu o narodzeniu się ubożuchnego Króla; a ilekroć chciał Go nazwać po imieniu, nazywał Go pieszczotliwie betleemskiem Dzieciątkiem«.

Legenda dodaje jeszcze, jako jeden cnotliwy i prostego ducha żoł­nierz, imieniem Jan, który dla miłości Chrystusa porzucił był stan żoł­nierski, utrzymywał, iż widział na jawie śpiące w jasełkach małe dzieciątko cudnej piękności.

Była to pierwsza msza pasterska i pierwsze jasełka. Jeden z no­wszych religijnych malarzy niemieckich, pobożnego i wzniosłego ducha artysta, wziął temat z tej legendy do swego obrazu i stworzył dziełko wielkiej prostoty i rzewności, tak iż bez wzruszenia nie można patrzeć na tę scenę.

Okolica górzysta, zarosła lasem; w otworze pieczary widać jasełka; przy nich po jednej stronie Najśw. Panna, po drugiej św. Józef; dalej wół i osieł. Przed jasełkami otoczonemi wieńcem lamp, kapłan mszę odmawia; służy mu grono braciszków zakonnych. Na wzniesieniu klęczy św. Fran­ciszek z podniesionemi rękoma w ekstazie. Dokoła na kolanach lud prosty: niewiasty, starcy, dzieci, w tłum wmieszani pastuszkowie górale grają na multankach, a drożyną wijącą się między górami, widać śpieszące pary na tę uroczystość wyprawianą pod gołem niebem, w otoczeniu tej uroczej natury włoskiej, z którą święty Franciszek miał tak ścisłą zażyłość, że ją wciągał do wspólnej modlitwy u stóp Zbawiciela. Wszystko stworzenie, ptaszki, drzewa, skały, zdawały się z nim razem klękać do pacierza i słu­chać muzyki aniołów. Obraz ten, — to kantyczkowa poezya z całym swoim naiwnym wdziękiem i spokojem, tchnącym ową wesołością, której źródłem serca niewinność.

Każda epoka, jak to wiemy, ma swoich sławnych malarzy, którzy jednak po pewnym czasie ustępują miejsca innym; bywają i tacy, co swem imieniem nigdy nie robili wiele hałasu koło siebie, a jednak obrazy ich tak są sympatyczne, tak przemawiające do duszy, jak woń skrytego w trawie fiołka, lub jak śliczna melodya piosnki gminnej.

Religijnym malarzem tej pasterskiej mszy św. Franciszka jest Steinie; ćmi go wiele głośniejszych imion w dziedzinie sztuki, ale i najgłośniejsi nie budzą tyle co on sympatyi.

Z zakonem franciszkańskim, który prędko po swoim założycielu przy­szedł do polskich krajów w wieku trzynastym, i do nas dostał się zwy­czaj jasełek i pieśni na cześć betleemskiego Dzieciątka.

Jak wszędzie, tak i u nas, nowość ta przyjęła się od razu. Św. Fran­ciszek miał niezrównany dar popularyzowania wszystkiego, a właściwie zamieniania najszczytniejszych pomysłów w codzienną praktykę życia prostego, ubogiego ludu.

Cudowny jego geniusz świętości przenikał tajemnicę serca ludzkiego, kiedy prosił papieża Honoryusza o pozwolenie wystawiania w jasełkach aktu narodzin Zbawiciela. Wiedział on, że maluczcy i ubodzy noszą w sercu jakby uczucie żalu do sprawiedliwości bożej za nierówny rozdział darów tej ziemi; — zagoić tej rany nie było w jego mocy, aczkolwiek ubóstwo miłował nad wszystkie skarby i sam się zrobił najuboższym z ubogich. Nie pozostawało mu nic innego, tylko pokazać ludowi tryumf ubóstwa w tych jasełkach biednej stajenki, które obrał sobie za kolebkę Syn Boży, nowonarodzony. Komuż anieli oznajmiają najpierw tę wielką nowinę? czy mocarzom świata? O nie! — pastuszkom, ubogim rolnikom, którzy słysząc, że Zbawiciel »narodził się w ubóstwie«, dzielą się z Nim swoją chudobą i znoszą mu dary. Ubóstwo obdarzające Boga, uprze­dzające w tej ofierze samych królów Wschodu, jakaż to dla serc pociecha! Prostaczek, nędzarz tak podniesiony w duchu, nie ma już czego zawiścić bogatym tego świata. Widowisko żłóbka, bydlątek, przygrywających pa­stuszków, wyprawione przez św. Franciszka, przyjęło się między ludem. Religijny ten dramat miał z początku tylko symboliczną prostą formę: żłóbek, sianko, parę bydlątek; kapłani intonowali hymn ambrozyański o Narodzeniu Pańskiem, a lud może śpiewał chórem jedną z tych prostych, a tak śpiewnych sekwencyi św. Bernarda.

Forma dla tego kościelno-popularnego dramatu była już wynaleziona; teraz przyszła kolej na duszę i serce ludu, żeby się weń przelało. W miarę jak rosło zamiłowanie jasełek, mnożyły się osoby na scenie, rodziły się piosenki w dyalekcie ludowym. Sam akt Bożego Narodzenia zakreślał sobie coraz szersze koło, jak kropla spadająca na czystą szybę jeziora: z jednej strony sięgał aż do grzechu pierworodnego, do wypędzenia Adama i Ewy z Raju; z drugiej aż do męki Zbawiciela i Zmartwych­wstania. Tym sposobem utworzył się szeroki cykl misteryów, odgrywanych z udziałem pospólstwa podczas uroczystości Narodzin Zbawiciela i w Wiel­kim tygodniu na pamiątkę ukrzyżowania i śmierci Jego.

Zwyczaj ten, jak już wspomniałem, przeniósł się do nas, zapewne w trzynastym wieku, i przyjął się tak samo jak we Włoszech, Francyi, Hiszpanii, Anglii i Niemczech. Świetną epoką misteryi był wiek XV-ty i część XVI-go; z przyjściem reformy Lutra, misterya zaczęły popadać w dyskredyt, z tego mianowicie powodu, że augsburski reformator od razu dociekł bystrym swoim rozumem, jak dzielnym czynnikiem do sze­rzenia jego nauki były te popularne widowiska, które rad nazywał, »Diese guten, ersten, tapfern Tragödien« albo »die freien, lieblichen, gottselige Komödien«, osnute na tle Starego i Nowego Testament . Im więcej zatem reformacya zaczęła uciekać się do tego środka, tem żywsze nastąpiło od­działywanie ze strony duchowieństwa i rządów katolickich.

Władze duchowne postrzegłszy, że przeciwnik przybrawszy maskę liberalną, zaczyna przeciągać gmin na swoją stronę, coraz więcej ścieśniały zakres kościelnych widowisk, albo też nie dozwalały ich wcale. Czy u nas stawiono z tej strony tak silny opór, jak np. w Austryi? — niema na to jeszcze wyraźnych dowodów, lubo przypuszczać można, że jak tylko prze­ciwnik zaczął ciągnąć korzyść z tego rodzaju widowisk i wsuwać w nie swoje satyry i podrzeźniania, niezawodnie przeważająca opinia katolicka odjęła im kredyt i ogłosiła za ubliżające powadze Kościoła. W Niemczech poddano te misterya energicznej cenzurze; policya krajowa zreformowana w r. 1542 i 1552 przez cesarza Ferdynanda, ścigała nie już same druki, lecz włóczęgów wiejskich, śpiewaków, wierszokletów, przez którą to suro­wość zaginęła cała ta literatura. Przechowywały się jedynie jeszcze tu i owdzie niektóre dawniejsze misterya z czasów przed reformacyą, a lubo i w tych znalazło się niemało nieprzyzwoitości i satyr, lecz te nikogo nie raziły i były tolerowane, dopóki duch opozycyi nie przybrał formy odszczepieństwa. Tym sposobem i te dawniejsze kościelne zabytki popadły w dyskredyt; niszczono je lub zarzucano, ocalając niektóre z nich ułomki, to jest piosneczki, czyli kantyczki, przechowane w pamięci gminu. Skoń­czyło się na tem, że widowisko jasełek usunięto za progi kościoła. Ducho­wieństwo zostawiło tę zabawkę rzemieślniczej gawiedzi i żakom, którzy skleiwszy sobie szopkę z tektury i porobiwszy lalki wystawiające Naj­świętszą Pannę, Świętego Józefa, Heroda, pastuszków, chodzą z nią po kolędzie od domu do domu i śpiewają kantyczki, a niekiedy wkładają w usta figurek jakieś intermezzo, będące okruszyną większej scenicznej kompozycyi.

Zbiór naszych kantyczek — który nie ręczę czy wyczerpał wszystko, co w tym rodzaju mogłoby się znaleźć, gdyby zaczęto szukać na prawdę,— mieści jedną kolędę, zdającą się być fragmentem większego scenicznego widowiska, i to wcale niepospolitej wartości. Nie pisał jej lada klecha, albo organista, ale ktoś, co doskonale znał język i obyczaje ludu; a nie jest to utwór nowszych czasów, bo cała rozmowa pasterzy nic a nic nie przekracza poza granicę zwykłych kolęd. Sam wiersz, albowiem czuć tu i rymy i miary, nosi charakter pieśni gminnej ze wszystkiemi zaniedba­niami i assonancami; a obok tego panuje dosadność i trafność wyrażeń, jakiś nieszukany dowcip i humor, że zaprawdę osobliwość to w swoim rodzaju, a co większa, wskazówka niemylna, że dalszy rozwój w tym kierunku byłby doprowadził do komedyi prawdziwie ludowej.

Jest to nocna rozmowa ze snu zbudzonych pasterzy. Jeden z nich, Bartek ockniony wielką jasnością na niebie, budzi Wojtka, ten wmawia w niego, że mu się coś przyśniło; ale on przecież nie spi, i nie tylko widzi światłość: »słysę i śpiewanie, i prześlicne granie, han za górecką«. — »Nie pleć plotka!« woła na niego Wojtek, lecz daje się nakoniec przekonać i podnosi głowę… «Gwałtu! Gwałtu!« krzyczą oba na śpiących towarzyszy: »przebóg wstańcie, a cem prędzej uciekajcie, bo idzie o zdrowie«. Pasterze w strachu chcą już odbieżeć swych owiec… Wstrzymuje ich Wałek i radzi wprzód wyrozumieć, co to są za dziwy, a o wytłómaczenie zapytać Bar­tosza, »bo to człowiek stary, wiem, żeś mądry, boś ty z młodu chodził z tablicą do fary».

Bartek przypatrzywszy się dobrze tej światłości na niebie, wypro­wadza rzecz od grzechu pierwszych rodziców wygnanych za to z raju, ale Bóg zlitował się i przyobiecał posłać na świat swego Syna, aby owym grzechem zarażone ludzkie plemię uzdrowił. Otóż właśnie zjawił się ten ojcom naszym obiecany Messyasz, »przyjął na się ciało, aby się dość stało za grzech Jadama«. Uwierzyli słowom Bartosza pasterze, atoli nie mogą pojąć: »Cego ci janieli, co się tam zlecieli, po nas żądają?«

—       Żądają po nas, odpowiada Bartosz, abyśmy biegli do szopy po­witać Pana.

—       Dobrze, ale kędyż go szukać? »My drogi nie wiemy, jesce gdzie zbłądziemy, do srogiej kaźni«.

—       Och prostacy! prostacy! woła Bartosz: przecież »janieli dość wyraźnie powiadają, że narodzonego trzeba szukać w Betleem Judzkiem«. Idźmyż więc, a gospodarzów uprośmy, aby pilnowali trzody razem z kondysami.

—       Iść nie sztuka, mówi Tomek: »ale z cem iść to stuka! Co damy tak wielkiemu Panu, kiedy nic godnego dla niego nie mamy. Chyba jak charłacy, że mu z nasej pracy co darujemy«.

Na to Bartosz: »Nie taki to Pan jak nasi, ażeby miał cego potrze­bować, bo on na ochotę, a nie na złote patrzy podarki«. A zatem »cy mało, cy wiele, zabrawsy w kobiele«, zanieśmy.

Tu dopiero ulubiona następuje scena, powtarzająca się niemal we wszystkich kolędach: pasterze przesadzają się w podarkach,,i każdy opo­wiada, co Panu zaniesie. Wszystko tu się znajduje od cielątka, koźlątka do drobiu; od gruszek i jabłuszek, do miseczki i łyżeczki; od mleka i miodu, do ptaszków w klatce, aż do mąki na kluseczki i kaszki tatarczanej.

Stary Bartosz gra rolę mistrza ceremonii: »A słuchajcie, jak tam przyjdziemy, upadniecie zaraz na kolana. A potem wasemi colami grzesnemi, bijcie przed Panem«.

– »Ucynimy jak mówis«, odpowiadają pasterze, ale ty bądź oratorem od nas wszystkich, bo my nie umiemy.

Idą tedy, a przyszedłszy pytają: — »A kędyż Pan? wszak nie widać domowstwa żadnego«?

—       Oto w tej stajence.

—       — Co zaś! tam Panience ma być spocznienie?

Wchodzą tedy pasterze do szopy i widzą narodzonego. Bartosz każe im uklęknąć przed świętem Dzieciątkiem i mówić za sobą: »Dziękujemyć po tysiąckroć za tak wielkie dobrodziejstwa twoje, żeś ty sobie będąc Panem, Stwórcą, na wszechmocność swoją nic nie respektował, aleś się darował nam mizerakom. Porzuciłeś śliczne niebo tak pięknemi osute gwiazdami. Opuściłeś i janiołów; a tu między temi bydlętami raczyłeś leżeć w żłobie, mogąc wszelką sobie zrobić wygodę«. Robak biedny ma swój kącik, mają swoje łożyska zwierzęta: ryby w wodzie lochy, gniazdo w krzakach mają wygodne ptaszęta. »A ty Pan stworzenia, nie masz się gdzie przytulić, zewsząd tu wieje, biedno cię zagrzeje ten osieł z wołem«.

Po skończonej oracyi Bartosz każe składać dary: »więc na jakie stanie podarki nas Panie, takieć dajemy«. Poczem odzywa się do parobków: »Pójdźcie i wy parobcy, a na wasej muzyce zagrajcie«. Tylko »nie ciśniejcie się jak bydło pod sam cebuch ze swojemi basami«. »Ty zaś Sobku chudy, podle nich graj w dudy, a zgadzajcie się!« Po skończonej muzyce, nad którą się tu nie rozszerzył autor, jak to zwykle bywa w kolędach po­święconych opisowi takiego koncertu, następuje pożegnanie. Bartosz, który ciągle głos zabiera, mówi: »Żegnamy was nasi Święte Państwo; my pastuchy z parobkami wierne wasych miłości poddaństwo. Wprzód jednak niż stąd pójdziemy, prosimy was, a najbardziej Ciebie, utajony w małem ciałku Wielki Boże, aby nam na chlebie nigdy nie schodziło, wszystko się darzyło po nasej myśli. Lecz to fraska! o coś więcej prosimy Ciebie jedyny. Ucyńże to dla staruska tego i twej matuchny przycyny: Jak światu pomrzemy, niech z tobą żyjemy na wieki w Niebie«.

Na tem kończy się ta scena pastuszków, pełna życia i serdecznej prostoty. Porównywałem ją z innemi tego rodzaju dyalogowanemi kolę­dami włoskiemi, francuskiemi i niemieckiemi : atoli naszej pozostanie pierwszeństwo kolędzie. Włoskie mają wiele wdzięku i czułości, trafiają się w nich strofki pełne poezyi, francuskie (Noels Bourguignons) mają pretensyę literacką; niemieckie są zbyt rubaszne, albo moralizujące.

Możnaby wnosić, że powyższa scena jest urywkiem większego dra­matu na uroczystość Bożego Narodzenia, i że niegdyś była przedstawiana przez osoby. Sądząc ze stylu i zwrotów językowych, dałaby się odnieść do XIV-go wieku, i gdyby ta okoliczność mogła być dowodami stwier­dzona, wypadałoby to na korzyść tej literatury, która nie była książkową.

W kilku jeszcze kawałkach wchodzących w skład kantyczek dałoby się dostrzedz ślady wyraźniejsze należenia do większej udramatyzowanej całości; są to bowiem jakby odłamki ról pojedyńczych. I tak, jest jeden ustęp, bardzo piękny, cały mówiony przez Najśw. Pannę, która snadź zmęczona drogą przybyła z Józefem do Betleemu i szuka noclegu.

»Pomaluśku Józefie, pomaluśku proszę,

»Widzisz, że ja nie mogę bieżeć tak prędko w drogę,

»Wyrozumiej proszę, wszak widzisz co noszę…

»A tak myślę sobie, i chce mówić tobie

»O gospodę spokojną, mnie w taki czas przystojną;

»Bo teraz w miasteczku i w lada domeczku

»Trudno o kącik będzie, gdy gości pełno wszędzie;

»Wolą pijanice szynkarskie szklanice

»Niźli mię ubogą, strudzoną wielką drogą;

»Wnijdźmy, rada moja, do tego pokoja,

»Do tej szopy na pokój, Józefie opiekunie mój« i t. d.

Prześliczna to sielanka, i ktoby pisać chciał poemat z dzieciństwa Chrystusa, nie mógłby się utrzymać w innym tylko w tym tonie, każdy inny byłby już manierą.

Znajduje jeszcze urywek wyjęty jakby z roli Heroda, który woła w rozpaczy:

»Ach biada, biada mnie Herodowi, Utrapionemu wielce królowi,

Żem ja takiemu, czasowi złemu, podpadł kłopotowi«.

— Nie wiem, czy to prawda, czy bajka, mówi dalej, ale głoszą, że się urodziła jakaś dziecina, która ma Żydom królować.

Przerażony tem każe zbroić się ludziom swoim:

— »Na koń co prędzej wszyscy wsiadajcie, A do Betleem miasta biegajcie;

Tam dla jednego dzieciątka małego wszystkie wyścinajcie«.

Jest jeszcze wiele innych kawałków, które wydają się prologiem otwierającym widowisko i przygotowującym do niego publiczność. Między innemi:

»Nuż my chrześcijanie serdecznie się radujmy »Dnia dzisiejszego,

»Że się raczył narodzić z czystości panieńskiej

»Syn Boga żywego;

»Aby szatańską moc,

»1 jego wszystką złość

»Wiecznie zagubił,

»A nas chrześcijany

»Za swe własne syny

»Poślubił«, i t. d.

Jeżeli wolno robić wnioski i szukać przyczyn tego sfragmentowania większych dyalogowych kompozycyi, tedy bardzo być mogło, że odkąd duchowieństwo zaczęło nie sprzyjać tego rodzaju widowiskom, a może i surowo zabraniać, zachowały się w pamięci nieczytających i niepiśmien­nych aktorów tylko te kawałki, które lepiej nadawały się do śpiewu, i były wzięte do kantyczkowego zbioru ogłoszonego drukiem, tymczasem większe kompozycye będąc w rękopismach, na zawsze przepadły.

W zbiorze niemieckich »Weihnachtspiele«, osobliwie przedrukowa­nym ze starych rękopisów XIV lub XV wieku, możnaby znaleźć pierwo­wzór, a raczej to, czem był z kroju i układu taki »ludus de nativitate Domini«.

Najpierw co do osób, wchodzą tu: Mojżesz, Balaam, Dawid, Salomon, Judasz, Jeremiasz. Z tymi prorokami łączą się zaślubiny Józefa i Maryi, Zwiastowanie, Narodzenie, przybycie trzech królów, trzej królowie przed Herodem, spotkanie się ich z pasterzami, rzeź niewiniątek nakazana przez Heroda, ucieczka do Egiptu, żale Racheli i t. d. Z osób tych można sądzić, z jakich ustępów składała się całość. Nie wszystkie atoli dyalogi, czy misterye, zakreślone były na tę obszerniejszą skalę; większa ich część tra­ktowała tylko jeden epizod.

Jedno tylko misteryum francuskie z XV wieku, z manuskryptu St-Gallen, jest założone na obszerniejszą jeszcze skalę niż powyżej przy­toczone niemieckie. Znajduje się ono w zbiorze Achilla JubinaFa: »Mysteres inedits du XV siecle«, T. II, i zaczyna się od stworzenia świata i upadku pierwszych rodziców, z czem łączy się przepowiednia przyszłego odku­pienia w głosach proroków. To pierwsza część. Druga otwiera się zaślu­binami Maryi i dalej idzie w wiadomym porządku historycznym.

Ślad jest, przynajmniej dla mnie niewątpliwy, że nasze jasełkowe misterye były zakreślone także podług tego planu i być nie mogło inaczej, gdyż dla wszystkich służyło tło jedno.

Niektóre urywki w zbiorach kantyczek świadczą o tem najdowodniej, a sądząc z ich wyrażeń i stylu, pozwalają się odnieść co najmniej do XV wieku. Można też powiedzieć, że mają piętno wcale oryginalne, jak między innemi to narzekanie na grzech Ewy dającej się zwieść wężowi, i obraz smutnego jej stanu po wypędzeniu z Raju:

W rajuś miała, coś jeno chciała, Rozkoszyś zażywała, boś wszystkiego dość miała…

Uczesałaś się, przemuskałaś się, Chodziłaś jak łąteczka, a nigdy przez wianeczka…

Bogaś wzgardziła, raj opuściła, Niebogo, nieboraczko! zapłaczesz sobie oczko.

Uszargana, uchlastana, Nie kiedy będziesz chciała, robić będziesz musiała.

Zdejm manele, pójdź do kądziele; Niebogo, nieboraczko! zapłaczesz sobie oczko.

Zdejm forboty, pójdź do roboty; Niebogo, nieboraczko! zapłaczesz sobie oczko.

Weźmij motyczkę, także przęśliczkę, Zarabiaj sobie chleba, boć go Bóg nie da z nieba.

Zapłaczesz sobie obie, rozmyślając o sobie i t. d.

Podobnych ustępów jak ten, jest kilka, a wszystkie bez wyjątku piękniejsze, poetyczniejsze, niż cały zapas rymów Mikołaja Reja i innych z epoki przed Kochanowskim. U tych znać aż nadto sadzenie się na styl i formy literackie; w kantyczkach i język lepszy, i formy oryginalniejsze, bo mające zacięcie pieśni gminnej. Przyglądając się też początkom naszej literatury, nie możemy wyjść z podziwienia, jak się to dzieje, że myśl najprostsza chodzi jak opętana w niedołężnem słowie; czy autorowie dopiero liczą się tego języka, aby nim pisać mogli? Czy ten język, którym wszyscy od wieków mówią, jest rzeczywiście tak niezdolnym do wyrażania myśli, że aż tak łamać się z nim potrzeba, aby coś wydobyć, i to jeszcze niezgrabnie, z a wikłanie, ciężko? Mniemam, że przyczyna tej niesposobności nie leżała w języku, bo ten istniał od dawna i rozwijał się odpowiednio do potrzeb, jakie przynosiła cywilizacya w duchu Kościoła, — ale właśnie zrobił się przełom, tak zwana epoka odrodzenia klasycyzmu zaczęła tworzyć inną literaturę, inne mieć wymagania, inne podawać wyobrażenia, i stąd przyczyna, dlaczego ci, co pierwsi zaczęli w ojczystej mowie książki pisać i drukować, znaleźli się w konieczności tworzenia sobie stosownego do nowych pojęć i form języka, tem więcej, że należąc cło rzędu uczonych humanistów, musieli tem samem bieglejsi być w łacinie niż w polszczyźnie, a przeto myśleć okresami Liwiusza i Cycerona.

Kantyczki zupełnie inny noszą charakter, nic a nic nie widać w nich klasycznego wpływu; taka swoboda i naturalność słowa, tyle wdzięku nie wiedzącego nic o sobie, tyle ciepła, a takie bogactwo form poetyckich, że czujesz w nich odrazu, jak muzyka podała ręką poezyi.

Wogóle wszystkich kantyczek o Bożem Narodzeniu jeden jest temat, ale w jak nieskończenie rozmaity sposób wyzyskany, i to nie tylko co do treści, lecz i formy. Wszystkie tu przewijają się i obrazy i tony — od najpoetyczniejszego do hulaszczo-rubasznego. Bogactwo tak wielkie, jakie- gobyś może i nie znalazł w dawniejszej literackiej poezyi, a co o humor prawdziwie domorodny, jaki w niektórych kantyczkach panuje, to i nie pytaj, chyba u pana Paska, który był żołnierzem a nie literatem.

Ta strona szczero-ludowej muzy, odpowiadająca upodobaniom pro­staczków, widocznie rozkoszuje się w niektórych tematach, poświęcając im często całą kolędę. I tak w każdej prawie kolędzie pastuszkowie śpieszą z darami do Nowonarodzonego, ale kilka jest takich, co wyliczają całą litanię przysmaczków; inne znowu opisują koncert, w którym figu­rują najrozmaitsze instrumenta; nie dość na tem, jest tu i koncert wszel­kiego rodzaju ptaków. Zapewne dawna to kolęda, w której ktoś pierwszy wspomniał o ptaszkach.

Pastuszkowie w lesie śpiewali, o Jezusie się pytali: Gdzie się Jezus narodził? drogę do Nieba otworzył?

Posłużyło to zaraz na nowy motyw: ptaszkowie zaczynają grać nie­poślednią rolę w kantyczkach, gdyż pomysł ten widzimy już szerzej roz­winięty w następującej bardzo ładnej kolędzie.

W dzień Bożego Narodzenia Radość wszystkiego Stworzenia, Ptaszki się w szopę zlatują, Jezusowi przyśpiewują. Słowik zaczyna dyszkantem, Szczygieł mu dobiera altem, Szpak tenorem krzyknie czasem, A gołąbek gruchnie basem, Wróbel, ptaszek nieboraczek, Uziąbłszy, śpiewał jak żaczek. Dziw, dziw, dziw, dziw nad dziwy, Bóg i człek razem prawdziwy, i t. d.

Jest jeszcze jedna kolęda, i to prawie najdłuższa ze wszystkich, gdzie przeciąga cały gabinet historyi naturalnej:

Więcej tam było wszystkiego, Niżeli’ w arce Noego.

Trafna charakterystyka połączona tu z wesołym humorem, prawdziwy jarmark ptasi, gwar nieprzeliczonych rozmaitych głosów, oddających hołd Nowonarodzonemu Dziecięciu.

Zając siedząc z królikami,

Bębnił swojemi nóżkami,

Wróble zaś gwarzyły, gdy sobie podpiły

Z dzierlatką, z czeczotką,

Papuga też gaworzyła,

Coś z cudzoziemska mówiła.

Żółna z indykiem była tam syndykiem.

Bażant był szafarzem,

Paw ogon śliczny rozłożył,

Lecz sprośnym wrzaskiem wykroczył,

Sęp siedział jako sęp,

A jeleniowe zaś czoło, Na rogach mając świece w koło, Tam wszystkim świeciło, aby widać było, Cieszyć się, cieszyć się, i t. d.

Tej swobody nie łatwo spotkać u starych naszych poetów, którzy ciągle są jakby spętani, myśląc, do kogo mają być podobni, żeby nie być samymi sobą. W tych kantyczkach robiąc się pastuszkami i czerpiąc w ży­wiole gminnym, mają świeżość fantazyi, a niekiedy prawdziwe uniesienie liryczne, jak w tej ślicznej kolędzie.

Hej nam hej! Wszystek świat dzisiaj wesoły, Wszystek świat dzisiaj wesoły, Ujrzawszy z nieba anioły. Hej nam hej! Dzieciątko się narodziło, Dzieciątko się narodziło, Niebo ludziom otworzyło. Hej nam hej! Panna idzie ozdobiona, Panna idzie ozdobiona, Słońcem, gwiazdy ustrojona, i t. d.

W niejednej kolędzie spotykają się wiersze i obrazy, którymiby nie pogardził i najpierwszy poeta; szczególniej pieszczoty z Bożem Dziecią­tkiem mają urok macierzyńskiej miłości, coś tak chwytającego za serce, jak wspomnienie lat dziecinnych:

A tam osieł z wołem, pod nieba okołem,

Parą weń swą puchają, Dzieciąteczko rozgrzewają.

Wejdę w szopę: mali anieli strugali

Złotą wierzbkę i lipkę Dzieciątku na kolebkę.

Jeden kąpiel grzeje a drugi się śmieje,

Trzeci pieluszki suszy, każdy rad służy z duszy.

A tenże drugi obrazek ubóstwa: —* Jego łóżeczko? Żłóbek kamienny. —

Obicie? Ze strzech wisząca pajęczyna:

W jakiej odzieży Pan z nieba leży? Za purpurę, perły drogie, Ustroiła go w ubogie Pieluszki nędza, pieluszki nędza. Co za bankiety, co miał za wety? Piersi niewinnej mateńki, Nad kanar słodsze maleńki, Kosztował Panic i t. d.

Jest i inny podobny obrazek a jeden i drugi zapewne z XVII wieku lub jeszcze dawniejsze:

Kto się nie dziwi ze łzami, Widząc Pana z bydlętami? Pająki snują obicia, Ze słomy dywan drogi, Z chust podłych zimne okrycia, Zamiast puchów — barłogi.

Każdy przedmiot otaczający Dzieciątko nowonarodzone staje się przedmiotem wyłącznej pieszczoty i ma sobie poświęconą jedną piosnkę, jak np. sianko:

O siano, siano, kwiecie drogi, Że się na tobie kładzie Bóg ubogi! O siano, siano, o nieprzepłacone! Godne, byś było w raju pokoszone!

Wesołość, świat iście dziecięcy tryska z kolędy, która i dziś jeszcze bywa śpiewana na skoczną nutę:

Przyskoczę ja do tej szopy z cicha,

Aleć Dziecię małe się uśmiecha,

Ten śmiech oczu tych niechaj będzie dla wszystkich.

I pocznę przed Dzieciątkiem skakać,

By nie chciało na tem zimnie płakać.

Więc iść pocieszyć, przed Nim czołem nizko bić, i t. d.

Nie można się nie rozrzewnić tą śliczną kołysanką włożoną w usta Najśw. Panny:

Witaj synu naj śliczniej szy,

Witaj Jezu naj wdzięczniej szy,

Li, li, li, li, memu Dzieciątku małemu.

Nie trzeba zapominać, że te kolędy składali po większej części or­ganiści, bakałarze szkółek parafialnych, a zatem nie należy się po nich spodziewać ani wytworności stylu, ani wyszukanych rymów, ale zato jest takie życie, tyle uczucia, że bez wahania się kantyczkom sprawiedliwość każe dać miejsce pomiędzy lirycznemi poezyami w naszej literaturze. Nie zrobią one wstydu nawet poetom złotego wieku. Imiona tych autorów tak są nieznane jak imiona tych malarzy średniowiecznych, u których pobożne natchnienie, a raczej wzniesienie duszy do Boga, zastępowało samą umie­jętność akademicką. Możnaby też powiedzieć, że sztuka była wtenczas od Boga, a w Bogu była sztuka. Kto złożył pieśń, namalował obrazek, wykuł posążek, nie śmiał głosić swego nazwiska, bo raz, że utwór jego dany był na ofiarę, a potem, że artysta nie uznawał go za swoją własność. Najpe­wniej kantyczki nasze, których liczba dość znaczna, były składane przez duchownych, lub przez ludzi należących do kościoła, to jest kantorów, rybałtów, organistów. Było to niejako rodzajem współzawodnictwa i po­pisu, żeby na nadchodzące święta Bożego Narodzenia, w tej lub innej parafii, dała się słyszeć nowa kolęda z akompaniamentem chóru śpie­waków lub organów. Nutę brano najczęściej ze światowej muzyki zasły­szanej na pańskim dworze, gdzie mistrz kapeli starał się o nowe, modne tańce, jak paduany, galardy, menuety i inne, które pod różnemi nazwi­skami dostawały się do nas z Włoch i Francyi, lub w kraju były kompo­nowane.

Stąd taka nadzwyczajna ilość form wierszowych, jak może w żadnym języku, spotyka się w naszych kantyczkach.

Mickiewicz na jednej prelekcyi w College de France pierwszy zwrócił na nie uwagę; inni historycy literatury i estetycy najczęściej pomijali je milczeniem, kładąc w kategoryi rymów częstochowskich, na które jeszcze wiek XVIII jak rzucił wzgardliwe spojrzenie, tak dotąd cięży na nich, a przynajmniej nie dość ożywiło się zajęcie, na jakie istotnie zasługują. Bo jeżeli pieśń gminna znalazła tylu nawet przesadnych admiratorów, to kolędy przecież nie należą do rodzaju arystokratyczno – manierowanego rymotwórstwa. Zawsze to lud śpiewa, a z tą różnicą, że nie w karczmie, lecz w kościele. Zasługiwałyby te drogie zabytki na staranne zebranie i uklasyfikowanie podług swojej treści; jedne bowiem noszą charakter zwięzłej prostoty i te są oryginalne, inne niechybnie będą naśladowaniem tamtych, dają się łatwo odróżnić lżejszym, niekiedy nawet rubasznym tonem i nadużyciem maniery.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *