Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski rozprawa z rosja 1789 1795

Szymon Askenazy: „Książe Józef Poniatowski – rozprawa z Rosją: 1789—1795”

Arsenał 1717-1794 Skomentuj

wawrosz-wp-po-1700r-02

ROZDZIAŁ V. POWSTANIE KOŚCIUSZKI — WYŁĄCZENIE KS. JOZEFA — POWRÓT DO KRAJU — PORAŻKA POD POWĄZKAMI — UPADEK INSUREKCJI.

Przywódcy Sejmu Wielkiego, emigrując z kraju latem 1792 r., wynieśli byli ze sobą ideę powstania, która poniekąd kiełkowała już w owej niedoszłej, improwizowanej w Kurowie i Kozienicach, obozowej myśli porwania króla. Niejeden z nich brał za złe ks. Józefowi, że jej wówczas nie uskutecznił; byli tacy, którzy mu nigdy tego nie wybaczą. Lecz nie podobna było kwestjonować czystości jego pobudek, szlachetności postępków, tej wreszcie okoliczności, że on sam koniec końcem został również emigrantem, choć w znaczeniu raczej biernem. Na ogół też emigracja nie odmawiała uznania lojalnemu jego zachowaniu się, a liczyła się także z jego popularnością śród wojska. Równocześnie atoli przenosiła zawczasu punkt ciężkości na postać najpowrołańszą, na innego wodza, lepiej odpowiadającego wymaganiom okoliczności i chwili, na Tadeusza Kościuszkę.

Wysoce znamiennem w tej mierze było pierwsze w większym stylu programowe wystąpienie emigracji przed opinją w zbiorowrem dziele emigracyjnem O u stanowi emu i upadku Konstytucji 3 maja. Wypadło tutaj przedstawić, między innemi, kampanję 1792 r. A nawet poniekąd w przedstawieniu całej rzeczy był to przedmiot wagi kapitalnej, bo właściwej całej rzeczy probierz i epilog. Owóż aktor główny tej tragedji wojennej, ks. Józef, wkrótce po wyjeździe z Warszawy, najpewniej już jesienią 1792, a nie później jak wczesną wiosną 1793 r., spisał swoje Wspomienia z tej kampanji. Jest to jedyne tego rodzaju pismo, jakie on pozostawił po sobie. Z natury mało pochopny do pióra, oprócz chyba koniecznych raportów urzędowych, nie wdawał się nigdy potem w opisywanie swoich późniejszych czynów wojennych, jakkolwiek nierównie rozleglej szych pod względem militarnym. To też kreśląc podówczas w roku 1792—3 we Lwowie i Wiedniu Mes souvenirs sur la campagne de 1792, działał zapewne pod wpływem określonej pobudki zewnętrznej, a być może właśnie w związku z tamtą obszerniejszą inicjatywą pisarską, o której nie mógł nie powziąć wiadomości.  Wywiązał się z zadania w sposób zwięzły, prawdomówny, godny, choć nie bez pewnego zbytniego odcienia subjektywnej żałości, pewnego retrospektywnego pesymizmu, kładąc silny nacisk na beznadziejność przegranej sprawy w samem jej pierwotnem założeniu militarnem. Ale ten jego głos pominięto. Zwrócono się natomiast po relację do Kościuszki i z dostarczonego przez niego latem 1793 r. Opisania kam-panji 1792 r. celniejsze ustępy wprost interpelowano w urzędowej niejako wykładni zbiorowej, przeznaczonej dla oświecenia i inspiracji ogółu. Kościuszko, któremu w Souvenirs ks. Józefa dostała się zasłużona pochwała obok pewnych przecie technicznych zarzutów, w swojem własnem lakonicznem opisaniu krytykował z kolei niektóre zarządzenia Poniatowskiego. Bardzo ostro wyrażał się zwłaszcza o jego sztabowych faworytach, lecz stwierdzał przytem wyraźnie, że „książę-generał sam dał dowód przywiązania największego do kraju”. Stanisław  Potocki, redaktor odpowiedniej części zbiorowego dzieła emigracyjnego, usunął prawie zupełnie krytykę, zostawił, a nawet z powodu akcesu królewskiego skwapliwie podkreślił, pochwałę: „Nie wstrzymał swego w tej okoliczności czucia generał Poniatowski, którego nietylko osobista waleczność, lecz nieodmienne do kraju przywiązanie szlachetnej duszy są cechą”. Bądź co bądź jednak, pomimo tych komplementów, już wtedy jasną było rzeczą, że bohaterem tej kampanji, mężem zaufania emigracji, stawał się nie ks. Józef, ale Kościuszko, a tem samem stawał się w najbliższym czasie naczelnym sternikiem gotowego powstania.

W istocie, po pewnych jeszcze wahaniach, główną przygotowawczą robotę przedpowstańczą ześrodkował na sobie obrońca Dubienki, towarzysz Waszyngtona, obdarzony świeżo obywatelstwem Republiki francuskiej, na której poparciu tyle pokładano nadziei. Jednak Kościuszko, wyprawiony z tajną misją do Francji w początku 1793 r., po kilkumiesięcznych rokowaniach nie uzyskał żadnych zobowiązań pozytywnych od rządu rewolucyjnego; opuszczając zaś Paryż, w drodze powrotnej zjechał stąd do Brukseli. Niezawodnie brano też na uwagę, zwłaszcza wobec zawodu francuskiego, możliwość życzliwego stosunku ze strony Austrji, nieobecnej wszak przy drugim podziale kraju. Niewątpliwie przytem interesowano się sympatyczną postacią namiestnika Niederlandów, arcyksięcia Karola, którego swatano z małoletnią infantką saską Augustą, niedoszłą sukcesorką korony polskiej i który tym sposobem za młodu tykał się nasampierw kandydatury królewskiej polskiej, jaka raz jeszcze pod starość będzie mu podsuwana w 1831 r. Ks. Józef, stosunkami i powinowactwem tak blisko z Austrją związany, z otoczeniem samego arcyksięcia ściśle zaprzyjaźniony, nie byłby zapewne tutaj do ominięcia; lecz niepodobna stwierdzić dokładnie, czyli był wtedy bezpośrednio odszukany przez Kościuszkę.

W każdym razie o żadnem postanowieniu konkretnem nie mógł jeszcze wtedy być powiadomiony, już dla tej bodaj prostej przyczyny, że wtedy, latem 1793 r., sami przywódcy emigracyjni nie wiedzieli jeszcze bynajmniej, jak wyraził się Kołłątaj, „czy z tej chmury będzie deszcz”. Dopiero jesienią t. r., widocznie już zgoła poza Poniatowskim, stanowcza zapadła decyzja. Kościuszko ostatecznie objął kierunek naczelny. Szybko odtąd potoczyły się wypadki; dojrzały pod wiosnę następnego roku czynności związkowe w kraju. Wreszcie z końcem marca 1794 r. nastąpił wybuch w Krakowie, w połowie kwietnia w Warszawie.

Wiadomość o tych zajściach doszła ks. Józefa w ciągu kwietnia i maja 1794 r.  Rzecz była postanowiona, ułożona, urzeczywistniona bez jego udziału.  On, który przed dwoma niespełna laty trzymał w ręku losy armji i kraju, naraz ocknął się wobec czynu, dokonanego ponad jego głową przez kraj i armję. Poczuł się nagle jak gdyby wyrzuconym za nawias, jak gdyby skreślonym z pamięci narodu.  Poczucie było nie-oczekiwane i bolesne; lecz sam fakt wypływał z nieodbitej logiki położenia.  Tak mieć chciały głębsze historyczno-polityczne czynniki, które nietylko narazie odbierały Księciu buławę, lecz długo jeszcze po nią sięgnąć mu nie pozwolą. Zaciążyła na nim klątwa pochodzenia, które go było tak raptownie wysunęło na czoło, a które odtąd przez długą dobę spychać go będzie w cień. Zaciążyła wina Stanisława-Augusta, a także, mimo wszystko, pewna duchowa i materjalna od króla zależność. Król, po przelotnym porywie, jaki mu był narzucił Sejm Czteroletni, tem głębiej obecnie zapadał się w zupełnej, ostatecznej, kapitulacji.  Jeśli dotychczas był znienawidzony przez oligarchów, teraz został wzgardzony przez uświadamiający się naród. Reakcja opinji tak była powszechna, tak silna, tak obostrzona przez okropne wrażenia agonji państwowej, że musiała swoim kręgiem zagarniać cały dom królewski. Zagarnięty też został w pewnej mierze i ks. Józef, a tem samem zaćmiony, podważony, zwątlony w opinji i stanowisku publicznem. Można było natenczas co najwyżej zachować dla niego szacunek; nie było dłużej sposobu złożyć w nim pełnej i najwyższej ufności, tej ufności jedynej w jedynym przewodniku, jakiego wymagało nadchodzące śmiertelne przesilenie sprawy i duszy narodowej. Po trzydziestoletnich rządach Poniatowskiego, który tak jak Stanisław-August na tron był wszedł, tak się tam był trzymał, a tak teraz stamtąd schodził, powierzać Poniatowskiemu najwyższy zakład ocalenia publicznego było niepodobieństwem. W tem tkwiło sedno rzeczy. Zapewne, obok tego były też pośledniejsze czynniki fakcyjne i prywatne. Był odziedziczony wstręt oligarchiczny Potockich do dzieci Familji, kołacący się spóźnionem echem nawet po głowach obywatelskich Ignacego i Stanisława Potockiego. Było tłumione rozżalenie kuzynowskie Czartoryskich dla Poniatowskich, chowające się jeszcze po Puławach i Sieniawie. Była doktryna Kołłątaja, zawiść Zajączka, ambicje, współzawodnictwa, pretensje, uprzedzenia najrozmaitszego gatunku. Ale w gruncie rzeczy, poza tem wszystkiem była tamta fatalna sukcesja dziejowa, która później dopiero, na gruzach państwa, straci swoją władzę nad wodzem naczelnym odrodzonego Księstwa, lecz teraz jeszcze obracała się jak najmocniej przeciw wodzowi ginącej Rzpltej, strącając go nielitościwie z komendy do szeregu. On zaś, czując się osobiście bez winy, a za młody jeszcze, aby konieczność uznać i z nią się pogodzić, uświadomił ją jako krzywdę i gorycz niezasłużoną.

Wybuch 1794 r. nie był zapewne zupełną niespodzianką dla Stanisława-Augusta. Podobno przez niedyskrecję jednego z głównych uczestników, Działyńskiego, król zawczasu dostał nieco wiadomości o spisku. Zresztą głuche wieści dość wcześnie przenikały do zagrożonych sprytniejszych Targowiczan, a stąd do władz rosyjskich. Ale nie brano, a może po części nie chciano brać, sprawy na serjo, mianowicie w rządzącej na własną rękę partji fawroryta Zubowra i jego adherentów, których później głęboki Sievers wprost oskarżał przed cesarzową o pożądania prowrokatorskie, a śród których istotnie życzono sobie dogodnego pretekstu do nowego podziału i konfiskat, żywiono pewność łatwego stłumienia pożaru, przewidywano rozruch, nie przewidywano powstania. Co się tyczy Stanisława-Augusta, to on, który ongi kilkoletnią zawieruchę barską był przetrwał w osłoniętej Warszawie, teraz wziął sprawę całkiem na serjo dopiero po wpadkach kwietniowych warszawskich. Natychmiast też po opróżnieniu stolicy przez wojska rosyjskie, zdając swoją osobę na łaskę zbliżającego się Kościuszki, w szalonem przerażeniu pospieszył z krańca świata ściągnąć wydalonego synowca, który był mu cierniem wczora w dobie targowickiej, a dziś w rewolucyjnej jedyną stawał się tarczą.

Położenie ks. Józefa niezwykle było trudne.  Był zaskoczony przez wypadki, rozrastające się tak potężnie ponad wszelkie jego spodziewanie.  Wszak w samą robotę nie był zgoła wtajemniczony.  Rzecz wydać mu się musiała rozpaczliwą, beznadziejną. Wzwyczajony do karności, do broni linjowej, nie mógł żywić zaufania do wojny insurekcyjnej, do przedsięwzięcia ludowego, którego przygotowanie i zakres były dlań tajemnicą.   Nie miał więc wiary.   Miał jednak niewątpliwie osobistą natychmiast gotowość. Już w kwietniu, wnet po wypadkach krakowskich, wiedziano w Petersburgu i Wiedniu o jego zamiarze przystąpienia do ruchu. Był oczywiście gotów każdej chwili oddać się na usługi sprawy powszechnej. Lecz czyli podjęta w Krakowie inicjatywa istotnie ogarnie powszechność?  Czyli raczej nie będzie odrazu stłumiona w zarodku? Pod tym względem musiał mieć wątpliwości poważne, które dla niego, podobnież jak i dla innych niewtajemniczonych, jak dla Dąbrowskiego, usunęła dopiero swojem wystąpieniem Warszawa.   Zresztą ks. Józef,   ekswódz naczelny, w nierównie drażliwszej niż Dąbrowski, niż ktokolwiekbądź inny, znajdował się sytuacji. Dymisjonowany dotychczas tylko z urzędu, teraz naprawdę odbierał dymisję — od narodu.  Samem pojawieniem się swojem mógł mimowoli przybrać barwę pretendenta do utraconego naczelnictwa, mógł wprost nie być pożądanym. Tak też poniekąd stać się miało w rzeczy samej. Ta okoliczność niepomału krępowała ks. Józefa. Wysokie względy delikatności i interesu publicznego wstrzymywały jego kroki. Ale król, który go tak niedawno przegnał, aby uwolnić się od jego nieprzyjemnego moralnego nagabywania, teraz z tych samych pobudek samolubnych, osamotniony pośrodku wzburzonej Warszawy, na gwałt wzywał go do powrotu, aby okryć się jego moralną osłoną. Ciężko to było śród takich warunków, pod dwuznacznemi auspicjami królewskiemi, wracać do wstrząśnionego, rozpalonego kraju. Czuł to dobrze ks. Józef, lecz się nie uchylił i bez dłuższej zwłoki postanowił stawić się przed ciągnącym na Warszawę Kościuszką, niedawno podkomendnym, teraz Naczelnikiem.

W towarzystwie dwóch nieodstępnych z Wiednia i Brukseli towarzyszów, generałów Wielhorskiego i Bronikowskiego, wyruszył Książę w drogę. Nie bez przygód, w przebraniu, przedostał się przez Galicję. Wrażliwą duszę musiał podniecać urok, uciskać smętek, tego powrotu do kraju. Była wiosna, był maj. Rozkwitem pachniało w powietrzu, ale też parną burzą. Wszystko ciągle jeszcze trwało w zawieszeniu, pod grozą możliwej, co chwila niweczącej katastrofy. Było po wygranej racławickiej, a tuż przed klęską szczekocińską.

W końcu maja Książę przybył do obozu Kościuszki pod Jędrzejowem. Uprzedzony był zawczasu, że nie może liczyć na zbyt gorące przyjęcie, że nawet „od wojska nie jest lubionym”. Na szczęście zaraz u wstępu trafił tutaj w szeregach powstańczych na dobrego przyjaciela, ks. Eustachego Sanguszkę, poczciwego i uczynnego pośrednika, — skoro już tak losy chciały, iż trzeba mu było pośrednika u swoich. Przez niego natychmiast zaprowadzony został do Kościuszki. Spotkanie odbyło się w opactwie jędrzejowskiem. Było suche ze stron obydwóch. Książę był w cywilnym stroju podróżnym, we fraku czarnym; Naczelnik w przywdzianej od kilku tygodni, od Racławic, szarej sukmanie. Poginęły, nawet w takim szczególe, różnice stanu i szarży. Pierwsze słowa miały paść takie: „Czego Książę sobie życzysz?” „Służyć prostym żołnierzem”. Kościuszko zaraz zaofiarował mu dowództwo na Litwie; Poniatowski odmówił, ustępując je Wielhorskiemu, sam wyraził życzenie udania się niezwłocznie do Warszawy, gdzie najbliżej swego boku chciał go mieć wystraszony król. Na tem też stanęło. Podczas tej rozmowy Sanguszko w obozie przygotowywał starszyznę i żołnierza na obecność Poniatowskiego. „Zrazu szlachta zacięła się, milcząc”; skoro przecie pokazał się Książę, nagle na jego widok szeregi wystąpiły pod broń, po staremu ozwały się wiwaty, — za dużo pewnie dla gościa w cywilu, trochę bodaj wbrew subordynacji; potem wnet nastąpiła znów reakcja, cofnięto się. Książę zamknął się w namiocie Sanguszki, gdzie przenocował. Nazajutrz udał się do Warszawy. W tem wrszystkiem były niedomówienia, niejasności, dysharmonja:  aleć trudno w tych okolicznościach było o równowagę.

Nie bez trudności — gdyż droga z obozu do stolicy poprzecinana była przez nieprzyjaciół — dostał się Książę w początku czerwca do Warszawy. Smutne być musiało powitanie z nieszczęsnym królem. Nieufność kraju i miasta ołowianą chmurą zaległa nad Zamkiem. Ks. Józef znalazł się w opuszczeniu zupełnem. Od jednego tylko generała Mokronowskiego. wtedy komendanta Warszawy, spowinowaconego z domem królewskim, od niewielu jeszcze przyjaciół osobistych, serdeczniejszego doznawał przyjęcia. Zresztą powszechną spotykał oziębłość, często otwartą nieprzyjaźń. Niebawem też, gdy po objęciu komendantury warszawskiej przez generała Orłowskiego w połowie czerwca Mokronowski ze swoją dywizją wyruszył w pole przeciw Prusakom, podał Książę prośbę, aby mu wolno było uczestniczyć w tej wyprawie w charakterze zwyczajnego ochotnika. Nad tą prośbą podobno „długo rozmyślano”; w końcu uczyniono jej zadość. Uczestniczył Książę pod Mokronowskim w szczęśliwych potyczkach pod Błoniem na początku lipca. Komisarz Rady Narodowej, asystujący przy tym oddziale, Józef Wybicki, niebardzo zapewne mądry, ale bardzo zacny, który niedawno z rąk obłąkanego tłumu był uratował rzekomego zdrajcę, Henryka Dąbrowskiego, nie zawahał się z kolei „obywatelowi generałowi ks. Józefowi Poniatowskiemu” przypisać część zasługi w swoich relacjach o starciu pod Błoniem, ogłoszonych w Gazecie Wolnej Warszawskiej gdzie tym sposobem pojawiło się po raz pierwszy, przemilczane dotychczas, nazwisko książęce.

Wkrótce jednak wypadło cofnąć się do Warszawy, regularnie oblężonej przez Prusaków od połowy lipca.  Wraz pogarszało się z dnia na dzień położenie Księcia w zamkniętej, zgorączkowanej stolicy.   Poczciwina Wybicki, później jeszcze w swoich pamiętnikach oddając mu sprawiedliwość — z czyst-szem pono sumieniem od wielu innych, co chwalili Poniatowskiego po śmierci, a wtedy za życia nękali, — stwierdza ze szczerem ubolewaniem, jak bardzo synowcowi królewskiemu szkodził wówczas w opinji „grzech pierworodny urodzenia” i jak bardzo „cierpiał na tem ten mąż bez skazy”. Było to po klęsce szczekocińskiej, po zajęciu Krakowa przez Prusaków.   Trwożne wzburzenie umysłów znalazło sobie ujście okropne w krwawych scenach czerwcowych warszawskich, a coraz burzliwszą falą kierowało się, było kierowane, przeciw domowi Stanisława-Augusta.   Podejrzywany był oczywiście również i ks. Józef o wspólne z „fakcją dworską” podstępne intrygi, o podkopywanie powagi Naczelnika, o rozmyślne wątlenie ducha publicznego.  Był słowem na spółczesny sposób francuski posądzany o zbrodnię zamiaru „kontrrewolucji”. Nieraz też do przykrych dochodziło zatargów osobistych, do ostrych zwłaszcza z gburowatym Zajączkiem przymówień, za którym stal namiętny Kołłątaj i inni.  Sam Kościuszko po przybyciu do Warszawy, nieomylnem poczuciem sprawiedliwości wiedziony, jak mógł, ochraniał Księcia od krzywdy. Po odesłaniu Mokronowskiego na Litwę, komendę jego korpusu z początkiem sierpnia Poniatowskiemu oddał. Powierzył mu obronę ważnej części linji obronnej od Powązek do Młocin. Nadto z właściwą sobie, gdy za własnym szedł popędem, dobroduszną delikatnością starał się osobisty utrzymywać stosunek, zjeżdżał sam do niego na pozycję, koleżeńską prostotę kładł w czynności doglądającego Naczelnika. Zacinał się przecie z pewną uporczywością Książę, który poza dobrocią Kościuszki widział zawziętość mniej szlachetnego jego otoczenia. Czuł się krzywdzonym, zdegradowanym. Co najgorsza, czuł się niezdolnym zestroić się zupełnie z atmosferą powstańczą. Został „obywatelem-generałem” ; pisywał stylem „cywicznym” raporty, ogłaszane w Gazecie Rządowej i Korespondencie Narodowym; ukazywał się niekiedy w sukmanie. Ulegał posłusznie wymaganiom chwili i sprawy. Ale był stropiony przez ten cały przewrót, ten wywrót gwałtowny w swojskich obyczajach, nastrojach, stosunkach, był do niego nieprzygotowany. Pamiętać trzeba, wiele w nim jeszcze wtedy bądźcobądź z urodzenia, wychowania, służby,* tkwiło pojęć monarchiczno-arystokratyczno-zachowawczych, nawyknień ancien regime, tradycji szczątkowych starej Europy. Skok z koalicyjno-rojalistycznej Brukseli do rewolucyjno-republikańskiej Warszawy jakże był karkołomny. Jakże trudne przeobrażenie z talon rouge na bonnet rouge. Zapewne w swojej naturze szlachetnej, wolnej od samolubstwa osobistego, dynastycznego lub stanowego, w ofiarnej gotowości służenia swemu społeczeństwu na każdy sposób i każde zawołanie, posiadał Książę dosyć warunków, aby zrozumieć i uznać uprawnione hasła nowoczesne, aby przystosować się do kardynalnych postępów ducha i doby nowożytnej. Wszak to on sam przed dwoma laty mówił był królowi o podniesieniu mieszczan, o wolności chłopów. Wszak po niewielu leciech potrafi zżyć się doskonale ze zdemokratyzowanym bytem Księstwa Warszawskiego. Ale do tego trzeba mu było okoliczności pomyślniej-szych. Pod naciskiem niepomyślnych natura tego zakroju, zamiast się nagiąć, nałamać, przeciwnie stawiała się oporem.

Pod takim zaś fatalnym naciskiem moralnym znajdował się on wtedy bez ustanku w obleganej Warszawie powstańczej. Wstrzymywane poczciwością narodu i powagą Kościuszki, widmo terorystyczne na modłę paryską, widmo losówT rodziny Ludwika XVI, wciąż wygrażało zbliska rodzinie Stanisława-Augusta. Szczędzeni byli do czasu Poniatowscy, lecz pogrążeni ryczałtem w nieufności powszechnej. Poszlakowany był szczególnie o zdradę, o tajne porozumiewanie się z nieprzyjacielem, prymas książę Michał, głowa mocna i skryta, charakter dumny, twardy, niewątpliwie najtęższy z sześciu braci Poniatowskich. Teraz nagle, nocy sierpniowej, zmarł on w pałacu prymasowskim na Senatorskiej ulicy, dobrowolnie podobno schodząc z drogi losowi Kossakowskich i Massalskich. Wystawiano przez tydzień ciało w sali pałacowej, potem w katedrze Świętojańskiej, śród ponurego milczenia nieufnego ludu, ściągającego zieloną kitajkę z zeszpeconej twarzy zmarłego dla upewnienia się o jego tożsamości, w oczach osamotnionej rodziny królewskiej, przy codziennej asyście starego pochylonego nieszczęściem Stanisława-Augusta, wylewającego łzy żalu i przerażenia nad trupem najmłodszego brata. Jakże przygnębiająco te sceny tragiczne działać musiały na ks. Józefa.

Ulgę od nich jedyną znajdował w trudzie wojennym. Z kwatery swojej na Powązkach kierował energicznie czynnościami swego kilkotysięcznego korpusu. Na stanowisku bardzo z tej strony narażonem ucierał się prawie co dnia z nieprzyjacielem, osobiście prowadził śmiałe wycieczki, wziął trochę niewolnika. A nawet wobec tego złego nieprzyjaciela pruskiego, wczorajszego zdradliwego sprzymierzeńca Rzpltej, nie umiał wrodzonej sobie wyzbywać się rycerskości. „Posyłam Ci, generale, — pisał do komendanta Warszawy, Orłowskiego, — ośmiu aresztantów pruskich, za którymi mocno Cię proszę, aby nie byli źle traktowani i, jeśli być może, w kajdany nie-okuci; nadewszystko zaś rekomenduję Ci starego kaprala huzara, którego sposób wzięcia wzbudza moją dla niego tkliwość”.

Zrazu istotnie działał z powodzeniem, żwawo atakował Prusaków, spędził ich placówki aż za Górce, pod sam obóz nieprzyjacielski. Pośpieszył Kościuszko udzielić mu publicznie należnej pochwały, podwójnie wtedy właśnie, w parę dni po zgonie prymasa, szacownej. Oświadczył mu swoje podziękowanie, posłał mu dla oficerów upominki w tabakierze złotej i pierścieniach.

Ale niebawem odwróciła się fortuna. W drugiej połowie sierpnia Prusacy, rozpoznawszy słabe strony pozycji Poniatowskiego, przypuścili do niej całą siłą niespodziany atak nocny, opanowali Góry Szwedzkie i Wawrzyszew, zdobyli baterję z ośmiu dział. Była w tem poczęści wina podwładnego dowódcy baterji na Górach Szwedzkich. Lecz poczęści był także błąd taktyczny i nieopatrzność Poniatowskiego, który nadto przypadkiem w chwili rozpoczęcia ataku nie był przytomny. Gdzie był tej nocy, próżnoby dociekać, próżno złe plotki sprawdzać. Tyle pewna, że po pierwszych wystrzałach znalazł się natychmiast na stanowisku, walczył do dnia, miał konia pod sobą postrzelonego, mundur i kapelusz przeszyte kulami, odniósł lekką kontuzję. Rozpacz jego, wedle świadków naocznych, była nadzwyczajna Rozumiał, że ze stratą szańców i armat tracił resztę powagi, że jemu nic nie będzie darowane.

Istotnie, zewsząd podniosły się na niego gwałtowne oskarżenia i wyrzuty, poszedł odgłos potwarczy aż daleko zagranicę. Usunął się nazajutrz Książę, głęboko dotknięty, zdawszy dowództwo Dąbrowskiemu, którego gwiazda wzejść miała na tym samym posterunku marymonckim, gdzie zaćmiła się Poniatowskiego. Jednak już we wrześniu do komendy powrócił, ograniczając się odtąd do drobnych rekonesansów.

Po raz ostatni, już w październiku, odebrał ostatni dowód zaufania Kościuszki. Na czele kilkutysięcznego oddziału wyprawiony został pod Bzurę, aby utrzymać czucie z generałem Dąbrowskim, działającym już w Wielkopolsce i przez wzięcie Kamionny zapewnić mu otwór do odwrotu; lecz manewrował niefortunnie i chybił celu.

Tymczasem Kościuszko padł pod Maciejowicami, Wawrzecki objął naczelnictwo nad sprawą straconą, Suworow uderzył na stolicę. Po wzięciu Pragi w początku listopada, ks. Józef, za przyzwoleniem Wawrzeckiego powróciwszy do Warszawy, zdesperowany zupełnie, a zapewne także nie bez wpływu presji od Stanisława-Augusta, pierwszy zdał komendę niepopularnemu generał-majorowi Kamienieckiemu. Pierwszy też jego korpus natychmiast poszedł w rozsypkę. Zaczem z kolei poszła całkowita dezorganizacja armji, prowadząc wnet do ostatecznej kapitulacji radoszyckiej.

Naogół ta kampanja była najnieszczęśliwsza dla ks. Józefa. Jakkolwiek bowiem pozwoliła mu niejednokrotnie stwierdzić swoją, wyższą ponad wszelką wątpliwość, brawurę i lojalność osobistą, lecz naraziła na szwank jego reputację wodza, a w każdym razie nietylko nie podniosła go, lecz nawet zepchnęła na plan drugi w opinji wojskowej i krajowej z tego stanowiska naczelnego, jakie był zajmował jeszcze tak niedawno. Inaczej zresztą być nie mogło.  Związany swojem położeniem z gruntu fałszywem względem króla i względem samego przedsięwzięcia, nie mógł on tutaj dać właściwej miary swojej indywidualności publicznej i bojowej, śród warunków, tak bardzo do niej niedostosowanych.

To nie był człowiek insurekcji.

 


W tekście wykorzystano następujące ilustracje zamieszczone przez użytkowników forum w wątku Ikonografia XVIII wieku oraz ze źródeł publicznych, w tym z Wikipedii.