Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski rozprawa z rosja 1789 1795

Szymon Askenazy: „Książe Józef Poniatowski – rozprawa z Rosją: 1789—1795”

Arsenał 1717-1794 Skomentuj

Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski rozprawa z rosja 1789 1795 3

ROZDZIAŁ IV. NA WYGNANIU — REPRESJE TARGOWICY – POBYT W BRUKSELI — PANI VAUBAN.

Po trzechletniej niebytności Książę znalazł się znowuż na miejscu urodzenia, na dobrze sobie znanym bruku wiedeńskim, lecz śród okoliczności całkiem zmienionych i, co główna, sam w sobie z gruntu zmieniony. Niegdyś przeciętny Wiedeńczyk wielkiego świata, przeciętny oficer cesarski, powracał teraz z imieniem polskiego wodza, który bił się i cierpiał za Polskę. Wprawdzie i teraz  rozpuszczono wnet pogłoskę, że on ma wstąpić napowrót do służby austrjackiej, a nawet, wedle projektu Stanisława-Augusta, miał „szukać szczęścia” aż w służbie angielskiej.  Miałby tym sposobem szukać laurów i kar jery w  rozpoczętej właśnie pierwszej wielkiej wojnie koalicyjnej przeciw zbuntowanej Francji. Oczywiście tym sposobem tylko by go doszczętnie zgubiono, zwichniętoby niepowrotnie jego właściwe powołanie.   Prawdziwie też na szczęście było mu to oszczędzonem.  Już on nie mógł bezkarnie przerzucać się do obcej służby kondotjerskiej, po stronie dla siebie najniesto-sowniejszej, w obronie koalicji, gdzie przyszły wódz naczelny Księstwa Warszawskiego musiałby skrzyżować szpadę z bronią leg jonową, przyszły marszałek Francji — z orężem francuskim. Od przerwanej służby krajowej on tylko do niej samej mógł wrócić. Ale o tem na razie jeszcze nie mogło być mowy. Przeciwnie, nietylko zamykano mu powrót, lecz owszem coraz dalej oddalano go od kraju. Ścigała go stamtąd zacięta nienawiść Targowiczan, mszczących się jednocześnie na nim i na królu w jego osobie. A wiedziano tam dobrze, znając charakter Księcia, że nie będzie on na wzór królewski, uginając się jak trzcina, uchylał się od ciosów; że raczej, ugodzony w swoim honorze, pozwoli się sprowokować do gwałtownego wybuchu, narazi się ostatecznie wobec Rosji i poda sposobność do zastosowania względem siebie najsurowszej represji.

Zaczęło się nasampierw od sprawy krzyżów wojskowych virtuti miiitari. Generalność targowicka jeszcze uniwersałem z lipca t. r. uznała „te znaki za czcze, żadne i niebywałe”. Następnie w sierpniu ponowiła zakaz noszenia ich „pod karami osobistemi  za nieposłuszeństwo rozciągnąć się mającemi …osoby zaś z wojska wyszłe, jeśliby takowe nosić ważyły się, incapacitate honor um et muniorum sądzeni być mają”. Wreszcie we wrześniu, pomimo protestu wojska, zakaz ten utrzymała w mocy i niezwłocznie w wykonanie wprowadziła. Król naturalnie nie wziął sprawy zbyt tragicznie; chodzić po Wiedniu z krzyżykiem lub bez niego mogło w jego oczach wydawać się raczej drobnostką. Zażądał też zaraz od synowca zdjęcia zakazanej ozdoby. Ale Książę inaczej te rzeczy pojmował. Odpowiedział stryjowi, że tego krzyżyka nie pozwoli sobie zabrać, „chyba wraz z życiem i jeśli będę kiedykolwiek miał dzieci, zostawię im ten znak jako najpiękniejsze dziedzictwo”.

Jeszcze   ta   sprawa   drażliwa   była   w   toku,   a   już wynikła  inna.    Nowy regimentarz   targowicki,   Ożarowski, w   październiku   t. r.   zażądał   od   niego,   jako   komendanta gwardji królewskiej,  złożenie przysięgi  na wierność Targowicy. Przyczepka aż nadto była wyraźna wobec wziętej przez Księcia pełnej dymisji.   Odebrawszy, przysłane sobie do Wiednia wraz z rotą żądanej przysięgi, zuchwałe pismo Ożarowskiego, udzielił mu Poniatowski należytej  odprawy w słowach pełnych zasłużonej pogardy.  Lecz w generalności konfederackiej coraz nowe na niego wynajdywano sposoby: ogłaszano nielegalność jego zarządzeń podczas kampanji, kasowano wyroki sądów wojennych, przez niego zatwierdzone, zabierano się zniszczyć ręką kata stempel, użyty do ofiarowanego mu od wojska medalu. Nakoniec sam marszałek konfederacja, Szczęsny Potocki, poprzednik w szarży, nie darujący swemu sukcesorowi, uderzył na niego osobiście.   W odezwie noworocznej do wojska ogłosił go głównym winowajcą nieszczęść krajowych i w obraźliwym zwrocie całkiem przejrzyście pod jego adresem wprost dotknął jego godności żołnierskiej i obywatelskiej . Książę stracił cierpliwość i w tejże chwili, w początku stycznia 1793 r., w wystosowanem do Potockiego piśmie prywatnem odparł niegodną napaść w wyrazach prostych, a siłą prawdy i sprawiedliwego oburzenia druzgocących.   Potocki z kolei odpowiedział obelgą, zjadliwą aluzją do nieszlachectwa, wytykanego ongi dziadowi, Stanisławowi Potockiemu. Książę natychmiast replikował wyzwaniem, prosił wyznaczyć czas i miejsce spotkania. Potocki, ujeżdżając nad Newę, w odpisie bardzo spóźnionym uznał porę obecną za niestosowną, a plac spotkania zaproponował — w Petersburgu.   Książę zamknął korespondencję oświadczeniem, że podobna propozycja jest „arcyśmieszna” i że marszałek, zelżywszy go, uchyla się od udzielenia satysfakcji.

Jednakowoż teraz miano w ręku pretekst doskonały do najsurowszej represji przeciw śmiałkowi, porywającemu się na życie konfederackiego dyktatora. Poszła skarga do ambasadora rosyjskiego Sieversa; ten poszedł do króla z groźbą konfiskaty wszelkich dóbr książęcych. Król zgryzł się, nawet rozgniewał. Posłał synowcowi reprymendę dziwnie gorzką: wyrzucał mu kawalerskość zbyt krewką, zbyt kosztowną, jakby egoistyczną, na cudzy, bo królewski, rachunek; radził liczyć się więcej z względami praktycznemi; napomykał o zawieszeniu pensji. Z kolei uniósł się i Książę. Przełożył królowi zwięzły obrachunek z całego swego postępowania, wykazując, że bynajmniej nie powodował się jakimś samolubnym punktem ambicji, lecz owszem, w granicach możliwości ustępował życzeniom królewskim, że zwłaszcza w chwili krytycznej, po akcesie, powstrzymał się od jawnego oporu, „wbrew memu przekonaniu, wbrew życzeniom całego wojska, które w onej chwili moją uległość za słabość uznało”. Co zaś do samej sprawy pojedynkowej, zastrzegał wyraźnie, że jego honor do niego tylko należy. Przypominał, że jego babka, a matka króla, pani Konstancja, ongi w podobnym przypadku sama rozkazała synowi pojedynkować się z Tarła. Zaznaczał, że wiele zabrać mu nie mogą, bo wiele nie posiada, że ostatecznie i bez pensji stryjowskiej da sobie radę, że może pracować, póki ma zdrowe ręce, choćby na chleb suchy. Prosił tylko, aby nie krzywdzono mu matki, „której jedyną jest winą, że mi dała życie”. Skończyło się na tern, że nałożono mu sekwestr na Wielonę, z której dochodów właśnie żyła chora matka, oraz na starostwo żyzmorskie, zostawiając go zupełnie bez środków do życia, oprócz łaski Stanisława-Augusta.

Niestety, w tym samym czasie zawisłość od łaski królewskiej coraz nieznośniejszą zaprawiała się goryczą. .Wprawdzie król po dawnemu go kochał i po każdej swojej strachliwej admonicji tem czulej go uspakajał i głaskał. Ale cóż znaczyła gojąca dobroć stryja w dolegliwościach prywatnych wobec gorszącej bierności monarchy w dopełniającej się klęsce publicznej ? Znikały wyrywane z korzeniem prace Sejmu Czteroletniego, upadało redukowane wojsko krajowe, nadszedł drugi podział Rzpltej. Stanisław-August w Warszawie i Grodnie, jedną ręką przykładając się ulegle do tego dzieła zniszczenia, drugą posyłał synowcowi zasiłki, czerpane nieraz wprost z funduszów mocarstw rozbiorowych.   Odbierał od niego Książę wraz z zapomogą listy częste i czułe, ale w samej tej czułości bolesne, bardzo okrutne.   Tłumaczył się przed nim z grodzieńskiego sejmu Stanisław-August, czemu we wszystkiem ulega, czemu do ostatka oburącz trzyma się korony: „Muszę zapłacić długi moje i Twoje, et les vôtrest zapewnić byt Twój i Twojej siostry.” Odtrącał przecie podobne tłumaczenie synowiec.   W serdecznych, ale też mocnych wyrazach ze swej strony monitował starca młodzieniec już dojrzały na męża:   „Kocham Cię, Najjaśniejszy Panie, nad życie, ale droższym jeszcze, niż Ty sam, jest mi Twój honor, Twoja dobra sława”.   Sam zresztą dawał mu wszak przykład z siebie w owych rozgrywających się właśnie gwałtownych swoich zatargach z Targowicą, gdzie o własną jego chodziło osobę, a gdzie przecie pomimo całego nacisku moralnego pozostał niewzruszony.   Impetycznie rozdzierał wiotkie sofizmaty, jakiemi Stanisław-August, oszukując sam siebie, silił się uśpić, znieczulić jego młode sumienie, drażliwe i czujne. Król mu prawił o długach, starostwach, pensjach, on odpowiadał z boleścią, że to jest nieporozumienie, że nie w tem teraz rzecz, że teraz o to chodzi, aby się ratować z otchłani hańby”. W tych jego listach wiedeńskich, tchnących niewysłowioną męką, przebija się cała skala ostrych wzruszeń świeżej, wrażliwej duszy, targanej niemiłosiernie między lojalnem uczuciem synowskiej wdzięczności a wyższym nakazem honoru, którego pogwałcić on nie może, choćby i chciał, fizycznie wprost nie może, bo to przechodzi jego siły, bo byłoby negacją samej jego  natury,   byłoby szarpnięciem, zerwaniem tego  nerwu duchowego, który go utrzymuje przy życiu. Nie było wątpliwości żadnej: jeszcze on był nazywany od króla „ukochanym Pepi”, jeszcze sam króla nazywał „dobrym ojcem”, ale już był dla niego niepowrotnie stracony, już był zabrany, był zdobyty dla armji, dla kraju, dla historji.

W Wiedniu długo miejsca zagrzać mu nie dano. Dokonywał się drugi rozbiór Polski między Rosją a Prusami. Austrja, całkiem w tym akcie pominięta, podejrzywana była o rozmyślne odwetowe podniecanie emigracji polskiej. Ks. Józef, przyjmowany „najgrzeczniej” przez starego kanclerza Kaunitza, wyróżniany ostentacyjnie przez dworskie sfery wiedeńskie, w szczególności ściągał na siebie podobne podejrzenia. Z drugiej strony równocześnie gotowano w Grodnie redukcję wojska, t. j. faktyczne zniesienie armji polskiej. Z tego znów względu obecność byłego jej wodza w Wiedniu, ledwo o parę dni drogi od kordonu polskiego, wydawała się zbyt bliską, prowokacyjną, niebezpieczną. Zażądano tedy urzędownie przez posła rosyjskiego przy dworze cesarskim, Razumowskiego, niezwłocznego wydalenia Księcia z Wiednia. Sam król, skłopotany trudnościami domowemi, przerażony awanturą z Potockim, pragnął teraz niewygodnego synowca mieć jak najdalej, gonił go, naglił do najodleglejszych wojażów, do Niederlandów, Anglji, Włoch. Wzdragał się naprzód Książę, wreszcie musiał usłuchać.

W lipcu 1793 r. udał się do Brukseli, gdzie przebywała wtedy jego siostra, pani Wincentowa Tyszkiewiczowi. Raz jeszcze aż tak daleko dosięgło go z kraju drobne a bolesne ukłócie przez odnowioną aferę krzyża wojskowego. Sejm grodzieński na ostatniej swej sesji w końcu listopada zniósł zakazy targowickie i przywrócił krzyże. Ta niespodziana uchwała stała się powodem okrutnego hałasu, pretekstem odwołania Sieversa i ostatecznie niebawem, już w grudniu, została skasowana przez Radę Nieustającą. Tem samem rzecz cała została uczyniona znów aktualną, zakaz targowicki ponownie uświęcony i z całą surowością do egzekucji przywiedziony. W styczniu 1794 r. wypadło Księciu ulec w tej sprawie natarczywości Stanisława-Augusta. Odesłał mu z Brukseli swój krzyż Virtuti militaria ale zarazem, pomimo wszelkich protestów królewskich, odesłał także inne ozdoby, jakie z łaski, nie dla zasługi, mu dano, ordery Stanisława i Orła Białego.

Dymisjonowany wódz polski, odcięty od kraju, uczyniony prywatnym wojażerem bez celu i przyszłości, wysiadywał w Belgji jako bezczynny świadek toczącej się w pobliżu tytanicznej walki Rewolucji z Europą.   Belgja świeżo właśnie, wiosną 1793 r., dostała się napowrót w ręce wojsk austrjackich pod ks. Koburskim, przez zdradę generała francuskiego, dawnego generała barskiego, Dumouriera. Dumourier zdradzieckie swoje rokowania był prowadził bezpośrednio z zaufanym sztabowcem Koburczyka, — pułkownikiem Maćkiem.   Zaś wnet musiał sam uciekać do Austrjaków przed salwą własnych żołnierzy, skierowaną w pierś zdrajcy generała na rozkaz prostego kapitana rewolucyjnego, surowego patrjoty, — początkującego Davouta.   Ks.  Józef po kilkunastu dopiero leciech pozna się z Davoutem w Warszawie i dosyć wtedy będzie miał trudu, zanim przełamie uprzedzenia cesarskiego marszałka, byłego wolontarjusza Konwencji, przeciw ministrowi Księstwa, byłemu gościowi kwatery koalicyjnej.

Tymczasem teraz w tej kwaterze spotykał się ze starym swoim przyjacielem pułkowym, Mackiem, prowadzącym pierwsze skrzypce w rozgrywającym się tutaj rozgardjaszu militarno-politycznym. W istocie, tędy, od północy, spodziewano się wówczas wziąć za rogi rewolucyjnego potwora francuskiego. Bruksela stała się chwilowo głównem ogniskiem strategji i dyplomacji przeciwrewolucyjnej i antyfrancuskiej. Tutaj założył swoją rezydencję namiestnik i brat cesarski, młody arcyksiążę Karol; pełno kręciło się dostojników wiedeńskich, agentów angielskich i pruskich, wychodźców francuskich. Nie wątpiono tu o bliskim zupełnym tryumfie nad Francją królobójczą. Kiedy Wt Paryżu Komitet Ocalenia Publicznego milcząco gotował armje stutysięczne, w Brukseli spędzano zimę 1793 r. jak za najlepszych czasów na hałaśliwej dworskiej pustocie, urządzano bale, biesiady, teatry, polowania i t. p. Jeszcze wiosną następnego 1794 r. zabawiano się świetnym wjazdem cesarza Franciszka II do Brukseli, ze wspaniałością największą obchodzono akt hołdowniczy stanów brabanckich, odprawiano ostatnią Joyeuse entrée Habsburga w belgijskiej odtąd stolicy. Ks. Józef znalazł się tutaj w kole dobrych przyjaciół, wciągnięty został w te brabanckie zapusty i w tej dosyć mieszanej kompanji zaraz na wstępie jedną fatalną zrobił znajomość. Znużony, zgorzkniały, wyczerpany i przeczulony doznanemi przejściami, a tem bardziej bezbronny, poznał wówrczas w domu siostry w Brukseli tułającą się Francuskę, Henrjetę z Barbantanów „margrabinę”, czy też „hrabinę”, Vauban. Nie żyła ona wtedy z mężem, z którym przecie później zejść się miała wybornie, sprowadziwszy go do domu Księcia w Warszawie. O tym nieciekawym jej mężu mało co wiadomo, chyba że to on niegdyś, jako oficer inżynierji i przyjaciel Ponińskiego Adama osławionej pamięci, pełnił razem z nim grubo popłatne rzemiosło zdrajcy konfederacji barskiej, że później jako agent burboński, lecz w cichem porozumieniu z paryskiem ministerjum policji Fou-chego, zdradzi Wandejczyków, pośrodku zaś będzie się skromnie zgłaszał po drobne datki do plenipotentów książęcego wielbiciela swojej żony. Sama pani nie pierwszej już była młodości, spazmatyczna, grymaśna, w dodatku bardzo interesowna, ale nadzwyczaj subtelna, udrapowana w cierpienie nieszczęśliwej, niezrozumianej istoty, ujmująca chorobliwym, mdlejącym jakimś urokiem. Zadzierzgnięty został węzeł na życie całe, z wielu względów z niemałą krzywdą dla reputacji Poniatowskiego.

Nagle, z wiosną 1794 r., z tych niezdrowych wywczasów brukselskich wytrąciła ks. Józefa wieść o powstaniu Kościuszkowskiem.