Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski rozprawa z rosja 1789 1795

Szymon Askenazy: „Książe Józef Poniatowski – rozprawa z Rosją: 1789—1795”

Arsenał 1717-1794 Skomentuj

Akt przystąpienia Stanisława Augusta Poniatowskiego do konfederacji targowickiej

Akt przystąpienia Stanisława Augusta Poniatowskiego do konfederacji targowickiej

ROZDZIAŁ III. AKCES  KRÓLA  DO TARGOWICY.   —  PLANOWANY ZAMACH NA OSOBĘ KROLEWSKĄ. — DYMISJA.

O tych kombinacjach ubocznych, wnet przeistoczonych na stanowczą kapitulację, połowicznie już tylko, wieloznacznie i po niewczasie, powiadamiał król synowca. Nie usuwał go całkiem za nawias, lecz pozbawiał wszelkiej możności kontroli i wpływu, a przygotowywał go zwolna, stopniowemi dozami, na przewidywany wynik ostateczny. Pisywał mu ciągle, z początku bardzo często, prawie codzień, niekiedy parę razy dziennie, z otuchą i szczerością; potem i rzadziej i coraz mniej jasno. Otwierał mu tajemnicze jakieś, bałamutne widoki osobiste. A zarazem donosił o zniechęceniu opinji, o rozgoryczeniu Warszawy przeciw cofającemu się wodzowi, przeciw któremu już paszkwile rozrzucane są po Ogrodzie Saskim. Nie było tam w tych listach królewskich żadnych instrukcji wprost zdradzieckich, jak później głoszono w skrajnym kącie emigracyjnym, gdzie nawet cień tej rzekomej zdrady ośmielono się rzucać na samego ks. Józefa. Ale była w tych listach cała wątłość duszy królewskiej, napewno niesposobna do podniesienia na duchu w tak ciężkiej potrzebie stroskanego wodza. Była nawet jak gdyby pewna subtelna a demoralizująca dążność stryjowska do obrócenia, do zwarzenia tej troski w synowcu na rodzaj rozżalenia przeciw fizycznej niemożności sukcesu i przeciw niesłusznym wyrzutom domagającej się sukcesów opinji, do sprowadzenia go tędy, w stosunku do niewyrozumiałej opinji, na wspólny poziom z samym królem. Istotnie szemrano mocno w Warszawie na ciągłą Księcia rejteradę, wytykano mu uleganie „złej radzie pewnych ichmościów” — miano tu zwłaszcza na myśli generał-adjutanta, podpułkownika Ludwika Kamienieckiego, — zarzucano nieudolność, trwożliwość, jeśli nie gorsze bodaj winy. Stanisław-August skwapliwie komunikował mu te krzywdzące zaskarżenia, pocieszając go, że „wszystkie kobiety żywo przemawiają (plaident) w jego obronie”, że zresztą i on sam, król, „przyzwyczajony jest od 27 lat do niesprawiedliwych krytyk”.

Nieświetna zaiste perspektywa: kobiece za powabnym winowajcą plaidoyers i miejsce obok starego króla na wspólnej ławie oskarżonych. Książę uczuł się ugodzonym w samo serce. „Nie dostawało jeszcze — odpisał w największem wzburzeniu — krzywdzących mnie podejrzeń i ostrej krytyki względem sposobu mego postępowania, aby mi dać uczuć całą gorycz i okrucieństwo stanu mojego. Tak jest, miłościwy Panie, roz-pacz zajęła duszę moją… O Boże! możnaż po ludzku oprzeć się obrotom nieprzyjaciela tak znacznie przewyższającej siły?… Niech ci waleczni i odważni ichmościowie przyjdą tu sami komenderować; będę z chęcią służył pod nimi za prostego żołnierza, a wtedy sami uznają, czy bo jaźń mną rządzi, czy zaś roztropność miarkuje kroki moje… Jeśli źle jestem radzony, trzeba mi odebrać komendę, bo sam sobie radzę. Jeśli nie-sprawiedliwie moją w kim pokładam ufność, nie wiem, co już mam czynić, bo się i ta nie rozciąga daleko: Bóg jest spraw moich świadkiem a sumienie sędzią”.

Nasyłano mu tymczasem ciągle do obozu rewidentów i cenzorów z Warszawy. W początku lipca przybył z taką urzędową misją cenzorską, by dopilnować jego ostrości bojowej przeciw armji cesarzowej Katarzyny, poseł sejmowy Aleksander Linowski, wtedy mało Księciu znany — ten sam, który po dwudziestu leciech przybędzie do jego obozu w Krakowie z tajną misją ugodową, by skłonić go do złożenia broni przed armją cesarza Aleksandra. Zaraz w kilka dni potem stawił się inny znowuż kontroler, Feliks Lubieński, poseł sieradzki, wtedy „dużego znaczenia śród gorliwców” patrjotycznych, — odmieniony niebawem fatalnie za rządów pruskich, wreszcie zręcznie ustatkowany na krześle ministerjalnem za Księstwa Warszawskiego. Wcale doprawdy zabawne było to spotkanie dwóch późniejszych kolegów z Rady Stanu, przyszłego ministra sprawiedliwości, zjeżdżającego na egzamin przyszłego ministra wojny, w obozie Rzpltej pod Dorohuskiem. „Przyprowadzili mnie — opowiada nie bez zgorszenia Lubieński — do Księcia, który leżał na stole wielkim, fajkę palił i przypatrywał się, jak w drugiej połowie izby w karty grali. Przywitał mnie: „Jak się ma pan sieradzki? Ale, ale, miałem powiedzieć Jaśnie Wielmożny Komisarz sejmowy; to my tedy jesteśmy wszyscy pod Twoją komendą — na te słowa skoczył ze stołu — „cóż pan komisarz każe?” Swoją drogą, niezwłocznie pokazał mu wszystko, bo nic nie miał do ukrywania. Jednak te ciągłe cywilne najazdy warszawskie grubo go niecierpliwiły. I trudno brać mu to zbytnio za złe. Zapewne, w tym samym czasie zjeżdżali podobnież groźni komisarze cywilni paryscy od Konwencji do generałów armji rewolucyjnych, aleć tam oni, choć nieraz samowolą bróździli, przywozili ze sobą moc nieograniczoną, dostarczali rekruta, broni, prowjantu, orzeźwiali walczących potężnym realnym posiłkiem. Tutaj ci goście od Sejmu, ludzie zresztą zasłużeni i dobrze myślący, zjawiali się ze zmarszczoną brwią cenzorów i z pustemi rękoma, niewiadomo właściwie cui bono.

A natomiast przy tych wszystkich zbytecznych wizytach doprosić się nie mógł Książę na czas rzeczy nieskończenie ważniejszych: prochu, kul działowych — część dano fałszywego kalibru —, namiotów, siodeł dobrych, ludzi wreszcie do kompletu. Skarżył się gorzko i z większą pono zasadą, aniżeli go tam winowano, na te braki opłakane, na tępość broni, jaką mu do ręki dano, a której ostrzyć nie było już nawet sposobu, zasłaniając się nią od razów, co chwila zagładą grożących. Wtedy to mianowicie, pod rosnącą grozą położenia, prawie w przededniu przeczuwanego rozwiązania, wyrzucił z siebie skargę najśmielszą, koncepcję nadspodziewanie obszerną, z jego ust tak wcześnie zgoła nieoczekiwaną. „Gdybyś W. K. M. — pisał do króla w połowie lipca ze Swirczy nad Bugiem — na początku tej kampanji, ponieważ ona nie była przygotowana we względzie militarnym, był poruszył kraj cały, siadając na koń ze szlachtą, uzbrajając miasta i dając wolność chłopom, albobyśmy byli zginęli z honorem, albo Polska byłaby mocarstwem”. Policzyć mu koniecznie potrzeba pod tą datą lipcową 1792 r. tę myśl, to słowo zadziwiające, rozcinające po żołniersku wielką sprawę usamowolnienia włościanina, ledwo tykaną trwożliwie przez Sejm Czteroletni.

Ale już przesilały się inaczej sprawy wojska, sejmu, kraju. Po okazanej niemożności obrony linji Bugu przez krwawą walkę pod Dubienką, Książę w drugiej połowie lipca cofnął się dalej na Chełm do Lublina. Przejmował go coraz żywszy niepokój. Oto mijał równo miesiąc, odkąd król, zleciwszy mu prosić nadaremnie o rozejm, był pisał do Petersburga z propozycją pokojową, odkąd jemu zapowiadał oczekiwaną stamtąd z godziny na godzinę odpowiedź i rezolucję cesarzowej. „Czekam z wielką niecierpliwością na dalsze rozkazy”, pisał Książę królowi z obozu pod Lublinem.

A tymczasem w Warszawie właśnie padły losy. Król dniem pierwej odebrał surową odprawę i ultimatum cesarzowej Katarzyny. Niezwłocznie, wedle jej życzenia, złożył Bułhakowowi projekt swego akcesu do Targowicy, nazajutrz go podpisał. Przez dwa dni wstrzymywał się jeszcze z udzieleniem swojej decyzji synowcowi; zakomunikował mu ją dopiero po ostatecznem jej wykonaniu. Ale wcześniej wieść o niej doszła ubocznie do Ks. Józefa w obozie pod Kurowem, dokąd ściągnął z Lublina. Z sąsiednich o dwie mile Puław księżna Izabela Czartoryska posłała mu tę wieść do obozu. Był rażony jak gromem. „Na wszystko byłem przygotowany — odpisał księżnie — lecz nie na podobną nikczemność… Jestem zgnębiony, oszołomiony. Raczej należało bić się do zgonu, niż oddychać hańbą”. Pobiegł osobiście do Puław z generałami Kościuszką, Mokro-nowskim, Wielhorskim. Tutaj rozważana była myśl, popierana, jak się zdaje, przez księżnę Izabelę, — pomnącą wszak jeszcze barskie porwanie króla przed laty dwudziestu, — a przyniesiona pewnie z Warszawy od zaciętszych głów stronnictwa majowego, aby Stanisława-Augusta siłą wziąć do armji i zmusić do wytrwania.

Ks. Józef, jak się zdaje, w pierwszej chwili przechylał się ku tej myśli, choć nie decydował się wykonać jej z całą bezwzględnością przeciw swemu monarsze i dobroczyńcy. Od króla ciągle jeszcze nic nie miał. Odezwał się sam pierwszy do niego na podstawie „wieści”, po obozie krążących. „Same takowe wieści wzbudziły już w wojsku niezmierne szemranie i nieukontentowanie. Konsekwencjom stąd wynikającym żadnym sposobem zapobiec nie mógłbym, ponieważ nie taję się W. K. M., że jestem ten, który podobnem że oddycha czuciem. Przybliżyliśmy się w tej ufności do W. K. M., że wojsko to, które żadnej skazy, żadnej plamy, na siebie nie ściągnęło, będzie tak szczęśliwe, że oglądać będzie W. K. M. na czele swojem, że go własnemi piersiami okrywać będzie. O to W. K. M. prosimy wszyscy, o to błagamy, — o to nakoniec będziemy się dobijać”. W ten sposób poszedł środkiem: uprzedzał króla, a nie zabierał go wprost i odrazu choćby przemocą, jak pragnęli gorętsi; ale żądał kategorycznie przyjazdu do obozu, a ostatniem mocnem słowem — groził. Wyprawił to pismo do Warszawy przez Mokronowskiego i Wielhorskiego. Posłał ich w stroju cywilnym, nie w mundurze, bo nie jako żołnierzy z czynem niesubordynacji do głowy siły zbrojnej, lecz jako obywateli z pozwem do monarchy-elekta.

Popołudniu, już po ich wyjeździe, odebrał nareszcie ekspedycję od króla. Było w niej potwierdzenie pogłosek i obaw najgorszych. Była wiadomość urzędowa o przystąpieniu króla do Targowicy i rozkaz: zaprzestać działań wojennych, cofnąć się na lewy brzeg Wisły, odprowadzić wojsko do Kozienic, skąd wedle nowej ubezwładniającej dyslokacji będzie rozproszone aż do Wielkopolski z kwaterą książęcą aż w Poznaniu, samemu po spełnieniu pierwszych tych zarządzeń zdać komendę w ręce Kościuszki i udać się do Warszawy. Stanisław-August dołączył obszerny wywód usprawiedliwiający, przeznaczony dla oficerów. Zaś osobno do swego „drogiego Pepi” pisał krótko i czule, jak gdyby chodziło o drobnostkę; upewniał, że rzeczy nie stoją tak źle, jak się pierwotnie wydawało: „Przybądź, aby odebrać moje uściśnienia, na które sobie zasłużyłeś… Co do Twojej osoby urządzimy się w taki sposób, żebyś nie miał wcale zmartwienia”.

Cios, aczkolwiek już przewidywany, niemniej przecie był piorunujący w tej dotykalnej swojej jawie. „Najjaśniejszy Panie, — odpisał tegoż wieczora Książę — gdyby były wyrazy dość mocne na okazanie Ci rozpaczy, którą dusza moja napełnioną została, wybrałbym je wszystkie, przekonawszy się z własnego Twego listu, że łączysz się (z Targowicą)… Wielki Boże, czemuż doczekałem się tego dnia nieszczęśliwego! Mógł-żebyś wahać się, Najjaśniejszy Panie, wybrać raczej chwalebny zgon!” Pierwszą myślą jego była wtedy może śmierć, —albo może słaba nadzieja sprowokowania jeszcze walki orężnej i utopienia w niej postanowień warszawskich. Nie objawiając jeszcze wojsku o treści odebranej ekspedycji, po nieprzespanej pewnie nocy, nazajutrz z brzaskiem, o piątej rano, zaproponował kilku przyjaciołom dla rozrywki mały rekonesans, gdzie omal nie zginął. Dopiero potem obwieścił armji fatalną wiadomość warszawską. Zjechał się tegoż dnia na forpocztach po dwakroć z generałem Kachowskim. Z hamowaną pasją pisał królowi: „muszę mu ustąpić do Wisły i przeznaczonego mi punktu, t. j. do Kozieniec, lecz gdy tam przyjdę, już się nikomu nie umknę”.

Tymczasem w tej samej chwili Mokronowski i Wielhorski przybywali na Zamek z tamtem pismem Księcia, wołaj ącem króla do obozu, ostrzegawczem, grożącem. Król struchlał. Nie poznawał swego łagodnego, posłusznego Pepi. „Jeśli, broń Boże, Ty wraz z Twymi wysłańcami będziesz się przy tem upierał, co mi piszesz, jestem zgubiony, je suis im homme perdu, — odpisał drżącą ręką — a co więcej, państwo jest zgubione”. Zaklinał go na „przywiązanie i wdzięczność, jaką mi jesteś winien, jeśli nie chcesz być przyczyną mojej śmierci, bo tego nie przeżyję… Na Boga… Pepi, Pepi, pamiętaj, że tu chodzi o mój honor, o moje życie, co więcej, o całe państwo”.

Niebezpieczeństwo ż tej strony dla Stanisława-Augusta było rzeczywiste, może większe, niż on sam przypuszczał. Myśl porwania jeszcze przez kilka dni następnych trzymała się umysłu ks. Józefa i nawet chwilowo przybierała kształty zgoła namacalne.   Układano już przy nim w Puławach, że Sanguszko Eustachy miałby dla pozoru udać się z parkiem artyleryjskim z Kozienic do Warszawy, wystąpić paradą pod Ujazdowem, prosić króla na przegląd, otoczyć go niespodzianie i zabrać przemocą do obozu, co zapewne ze względu na konwój królewski nie obeszłoby się bez krwi rozlewu. Zbierał się Książę do zamachu, znów wahał się, ważył.  Wreszcie uległ zaklęciom królewskim i własnej roztropności wskazówkom. Odstąpił ostatecznie od pierwotnej myśli porwania króla. I odtąd to właśnie datuje się głęboki, zadawniony i zatruty, zatarg pomiędzy nim a tej myśli inicjatorami, Kołłątajem, Zajączkiem, w pewnej mierze i Potockim Ignacym, zatarg, który jeszcze znacznie później miał wyrządzić niemałą krzywdę sprawie publicznej.    Dziś,  spokojnie rozważając  sytuację,  możemy orzec, iż ks. Józef, zaniechawszy w ostatniej chwili doradzonego mu zamachu, którym już niczego naprawić nie było podobna, uczynił roztropnie i dobrze, iż w tem pierwszem już swojem tragicznem przesileniu publicznem, jeśli poszedł za osobistym pociągiem uczucia, poszedł także za trafnym in-stynktem obowiązku obywatelskiego i zdrowego rozumu stanu. Postąpił wedle słów własnych, „w sposób, jaki przystoi temu, który wprzód się uczył być posłusznym, nim zaczął rozkazywać”. Ale w posłuszeństwie zatrzymał się ściśle u granicy, nakazywanej przez obowiązek i honor.  Podał się natychmiast do dymisji wraz z całą generalicją.

Stanisław-August, ledwo co pocieszony ustępstwem, które ratowało jego osobę, strasznie był dotknięty tą decyzją, która obnażała jego fatalne odosobnienie. Wzywał do subordynacji tych złych oficerów, co mu zbałamucili synowca: „Gdzie ja jestem, gdzie ze mną będą, tam honor ich zawsze ocalonym zostanie”. Samego egzaltowanego synowca próbował na wszelki sposób odwieść od niepraktycznej, niepotrzebnej dymisji, uśpić jego sumienie łzawą prośbą, gorzkim wyrzutem, a nawet osobliwszą pokusą. Ale tym razem wszystko nie zdało się na nic. 30 lipca w obozie pod Sieciechowem podpisał ks. Józef podanie o dymisję: „Żołnierz nie ma tylko jedno słowo, a poczciwy człowiek jedne przysięgę; i jedno i drugie nas wiązało do tej sprawy, której broniliśmy krwią i życiem naszem. Z tego powodu upraszam W. K. M. o łaskawe przy-chylenie się do not tu przyłączonych, jakoteż niemniej o akor-dowanie dymisji tym wszystkim oficerom, którzy równego z nami są przekonania”. Z tem podaniem posłał do Warszawy Kościuszkę. Król odebrał je „jakby nowe pchnięcie sztyletem”. Raz jeszcze spróbował zmiękczyć upornego synowca. W tym celu natarł jaknajmocniej na równie twardego Kościuszkę. Powołał się na rzekomą jego zgodę zdania się na taką lub inną decyzję wodza; złożył w jego ręce nowy „wywód przekonywających racji”, posłany zaraz sztafetą do obozu do Kozienic. Nadaremnie. Książę pozostał nieugięty. „Wszystkie ofiary byłyby mi łatwe, ta jest mi niepodobną. Powinność, przekonanie, przysięga, zaufanie publiczne, honor wojskowy, wszystko mnie wiąże, zmusza być stałym w powziętem postanowieniu… Skoro uporządkowanem będzie co należy, skoro mieć będziemy podpis W. K. M. (na dymisji), pośpieszę ucałować dobroczynne ręce W. K. M., którego kocham więcej, niż życie własne”. A tymczasem nie ruszał się ze swojej kwatery w Kozienicach. Posłał do Warszawy Kamienieckiego ze stanowczą, nieodwołalną od-mową. „Boże mnie uchowaj, — wzdrygał się — ażebym kiedykolwiek miał nadużyć zaufania godnych ludzi, których los w moich ręku jest złożony”.

Nie było z nim rady, trzeba było nareszcie dać mu tę dymisję. Dopiero po podpisaniu jej przez króla, nazajutrz, mając pewną o tem wiadomość, przyniesioną do Kozienic przez Kościuszkę, wybrał się do Warszawy. Na samem już wyjezdnem serdecznie pożegnało go i godnie uczciło wojsko. Doręczyło mu piękny adres zbiorowy, podpisany przez ośmiu generałów, z Kościuszką na czele, przez adjutantów i oficerów d la suitę, oraz przez wszystkie komendy, conajmniej po jednym sztabs-oficerze, oficerze i szeregowcu z każdej brygady i każdej jednostki korpusowej, okryty ogółem przeszło setką podpisów wszelkiego stopnia, wyobrażających co tylko wtedy było najdzielniejszego z broni polskiej. „Dopóki imię żołnierza nie wygaśnie, — brzmiały słowa tego szacownego świadectwa, ofiarowanego od towarzyszów dywizjonerowi Poniatowskiemu — dopóki cnota wdzięczności ludziom miłą będzie, zaręczamy Mu tem pismem naszą nieśmiertelną wdzięczność, głębokie uszanowanie i niczem niezatarte przywiązanie nasze. Aby zaś niniejszy hołd, który męstwu, cnocie, talentowi i szlachetności duszy Jego oddajemy, całemu światu był wiadomy, medal bić zalecamy, na którym z jednej strony ma być wyryty biust Jego, a na drugiej ten napis: „miles imperałori”. Po tem zaszczytnem rozstaniu się, tegoż dnia o północy, wyjechał ks. Józef z obozu do stolicy.

W Warszawie, zajętej przez wojska obce, bawił krótko, trzy tygodnie niespełna. Załatwiał ostatnie obowiązki byłego wodza. Składał obrachunki, przekazywał papiery, wydawał poświadczenia i rekomendacje zasłużonym, likwidował jednem słowem, kładąc wszędzie swój podpis już tylko jako „bywszy generał-leutnant”. Posyłając stąd Kościuszce dymisję, przydawał, że „największy prezent, jaki mu teraz zrobić może, jest, że mu abszyt posyła”. Zarazem jednak, choć już jeno ekswódz bez władzy i głosu, nie umiał Książę wyzbyć się troski o dobro służby. Czynił usilne przełożenia względem zmiany zabójczej nowej dyslokacji wojska, aby przynajmniej w 48 godzinach cała dywizja zgromadzić się mogła. Prosił o pozostawienie armat przy bataljonach, „gdyż to jest smutny widok dla żołnierza, kiedy się będzie widział bez nadziei być użytym do szlachetniejszego celu”. Starał się jeszcze na odchodnem możliwie uchronić od zniszczenia ten tak mu drogi, stworzony z takim trudem, organ obronny, powołany wszak niebawem znowuż do najsilniejszego działania.

Ale i temi reklamacjami i całem zachowaniem się, samą swoją obecnością, narażać się musiał i razić w ówczesnej Warszawie, zapełnionej rozbitkami upadłego dzieła sejmowego, dymisjonowanymi oficerami rozbrojonej armji polskiej, mściwymi pełnomocnikami tryumfującej Targowicy, zwycięskiem wojskiem obcem. Pośród takiego naprężenia przeciwnych żywiołów popularny Książę, w postawie śmiałej i nieprzejednanej, ogniskował na sobie powszechną uwagę stolicy. Kiedy w parę dni po przybyciu do Warszawy ukazał się wieczorem W teatrze, zgromadzona publiczność przyjęła go  burzliwą owacją, rozległy się grzmiące oklaski i wiwaty, na rękach go obnoszono po sali. To wszystko jak najmniej dogadzało nieszczęśliwemu królowi, gdyż pośrednio w niego samego boleśnie trafiało, kompromitowało go podwójnie, wobec opinji publicznej i wobec konfederacji targowickiej, rozżalało go razem i trwożyło. Już po kilku dniach, po pierwszych czułościach przywitania, zaczął surowo karcie nazbyt krewkiego synowca: „Mógłbyś przynajmniej — skarżył się — nie zabierać mi tych, którzy chcą przy mnie pozostać”. Wyrzucał mu, że daje ze siebie zły przykład, że rozzuchwala swoich przyjaciół, że któryś z nich nie zdjął kapelusza przed Kachowskim, że inni namawiają do dymisji i teroryzują spokojniejszych kolegów.

Tymczasem Książę w połowie sierpnia, w odpowiedzi na kozienicki adres pożegnalny od wojska, rozpisał z Warszawy dziękczynną odezwę okólną do wszystkich korpusów, które były pod jego komendą. Oznajmując tu o swojej dymisji, bez ogródek jej powody wyłuszczał, bezwzględne potępienie na Targowiczan ciskał, pamięci i wytrwania żądał, niedalekiej przyszłości prawo odwetu warował. „Śmiało oświadczam mój sposób myślenia, prześladowanie wzgardę tylko wywołać może, a zemsty czekam, nie cofając przed nią kroku”. Tego już było zanadto. Stanisław-August po tym okólniku poradził Księciu lapidarnie: „allez-vous-en”. Wydalił go natychmiast bez pardonu z Warszawy i kraju, wyprawił zagranicę, opatrzywszy zresztą po ojcowsku na drogę wygnania. Wziął na siebie jego długi, wynoszące wtedy około 19 Y2 tysięcy dukatów. Wyznaczył mu nadto ze swojej szkatuły pensję, jak na trudne stosunki ówczesne dość znaczną, około 12 tysięcy rocznie, skąd po strąceniu V3 na rozmaite obciążenia, zostawało mu około 8 tysięcy dukatów.

Z końcem sierpnia wyjechał Książę z Warszawy. Udał się zrazu podobno do Lwowa, potem do Wielkopolski, gdzie zamieszkał u księżny Jabłonowskiej czas jakiś i wypoczywał po meczących przeprawach obozowych i warszawskich. Stąd pod koniec września udał się przez Drezno do Czech, do zamku Doxan, na krótkie widzenie się z matką. W początku października 1792 r. stanął w Wiedniu.