Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski rozprawa z rosja 1789 1795

Szymon Askenazy: „Książe Józef Poniatowski – rozprawa z Rosją: 1789—1795”

Arsenał 1717-1794 Skomentuj

Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski rozprawa z rosja 1789 1795 2

Aleksander Orłowski „Książe Józef Poniatowski pod Zieleńcami”

ROZDZIAŁ II KAMPANJA UKRAINNA — ODWRÓT — RAPORT Z LUBARU — BITWA POD ZIELEŃCAMI.

Wyjeżdżał z Warszawy na Ukrainę, przekonany o nie-podobieństwie skutecznego dotrzymania trzykroć naogół, w linji zawsze dwakroć liczniejszemu a nierównie sprawniejszemu przeciwnikowi. Prosił Stanisława-Augusta, „aby powierzył dowództwo jakiemu bieglejszemu ode mnie (plus an fait que moi) obcemu wodzowi… chętnie pod nim służyć będę.” Mówił królowi na wyjezdnem: „Mamy czem się bić, nie mamy czem wojować”. Szedł w 20 tysięcy niedoświadczonego i źle opatrzonego żołnierza na 60-tysięczną w ogólnym składzie, blizko 40-tysięczną w linji bojowej, doskonałą armję generała Kachowskiego, wracającą z kilkoletniej zwycięskiej wojny tureckiej. Odbywał tę kampanję, jak sam powiada, bez „kwatermistrzostwa głównego, bez intendantury, bez sztabu generalnego.” Co gorsza, na samym kresowym terenie walki, podkopanym przez wrogie wpływy targowickie, spotykał się ze złą wolą w najżywotniejszych sprawach prowiantowych i wywiadowczych. A nawet, co najgorsza, spotykał się z niekarnością we własnych szeregach.

W połowie maja ogłoszoną została konfederacja w Targowicy pod protektoratem Katarzyny II. Wojska nieprzyjacielskie przeprawiły się przez Dniestr, rozpoczęły się kroki wojenne. Natychmiast, po paru dniach, z obozu pod Tulczynem musiał donosić ks. Józef do Warszawy o dostrzeżonych objawach niesubordynacji. „Trudno mi coś pomyślnego okazać, pisał — gdy w korpusach, w moją komendę oddanych niema prawdziwego ducha skwapliwości i posłuszeństwa”. Przewidywał już nawet, że może być „przymuszonym do użycia najostrzejszych środków”.   Istotnie zmuszony był niebawem ten straszny szczegół jest stwierdzony przez świadka naocznego, ks. Eustachego Sanguszkę, — osobiście przebić pałaszem żołnierza z kolumny Lubomirskiego, który za innych odpowiedział, że w ogień nie pójdą. Śród rusińskiego ludu prostego w tej stronie żarzyły się jeszcze gdzieś w głębi stare popioły hajdamackie z przed ćwierćwiecza, świeżo ręką Potemkina wzruszone. Na obywatelstwie zaś tamecznem ciążyła presja a po części i sugestja zadomowionych tutaj królewiąt magnackich Targowicy. Tedy z jednej strony przekonywał się zgorszony Książę, że w kraju własnym „nigdzie szpiegów dobrych znaleźć nie można” i prawie niepodobna dostać języka o liczbie i poruszeniach przeciwnika. Z drugiej, — że „uprowidowanie żołnierza trudne, gdy cywilny żadnej pomocy w tem nie daje”, kiedy natomiast nieprzyjaciel obficie jest żywiony. A tu w zaopatrzeniu bojowem wojska co dnia nowe, dokuczliwe odkrywały się braki, za które pewnie i sam wódz był poniekąd poczytalny, lecz w nieskończenie mniejszym oczywiście stopniu od naczelnej władzy rządowej i sejmowej. „Wielka część parku —      biadał Książę w pierwszych zaraz swoich raportach — bez koni; kilka korpusów bez namiotów i polowych rekwizytów; kasa bez pieniędzy… broń od piechoty zła, kulbaki, ekwipaże końskie w najniegodziwszym stanie, lazarety nieopatrzone… umundurowanie zaczęte, ale dla spóźnienia sukna niemal nigdzie nie ukończone… Laudon z trudnością by sobie dał radę, tak wszystko oporem idzie”.

Wedle pierwotnego, ułożonego w Warszawie planu, Książę, ściągnąwszy wszystkie swoje komendy, a wsparty przyobiecanym mu corychlej rezerwowym korpusem wołyńskim ks. Michała Lubomirskiego, miał oprzeć się i obwarować w Połonnie. Rzecz wnet okazała się niewykonalną. Lubomirski, w potajemnem z przeciwnikiem porozumieniu, ściągał w słabej liczbie, manewrując najwolniej i najopaczniej i wedle świadectwa Poniatowskiego „więcej mi nierównie szkodził, niż sam nieprzyjaciel”. Co główna, wielka przewaga liczebna Kachowskiego umożliwiała mu ofensywę zarazem forsowną szeroko rozwartą. Ułatwiała, w myśl planu jego zdolnego kwatermistrza Pistora, równoległy marsz postępowy w kilku silnych kolumnach,  zagrażający bezustanku oskrzydleniem i odcięciem słabego przeciwnika, a tem samem wodza polskiego do ciągłego zmuszała odstąpienia. Ustępował Książę spiesznie pod naporem oczywistej konieczności, ledwo ucierając się w strażach przednich, na Tywrów, Winnicę, Lubar, coraz bardziej tracąc otuchę, czując ogarniającą go beznadziejność i bezradność. Dopominał się usilnie instrukcji z Warszawy, „żeby mi nikt nic zarzucić nie mógł, gdyż więcej jak samo życie niosę na ofiarę Waszej Królewskiej Mości i ojczyźnie mojej, bo honor i reputację”. Naglił króla o posiłki „prośbą najmocniejszą, aby W. K. M. zlitował się nad moim biednym stanem, nad tą garstką żołnierza, ochoczego wprawdzie, ale bardzo szczupłego”. Zapowiadał, że inaczej pozostanie mu „w ostateczności szukanie chyba tylko śmierci”.

Stanąwszy od początku czerwca obozem w Lubarze na pierwszy dłuższy,  dwutygodniowy,  w odwrocie spoczynek, odebrał tutaj niecny ordynans hetmana polnego Rzewuskiego Seweryna, nakazujący wojskom koronnym łączyć się z Targowicą.   Odpisał zwięźle a dobitnie, jak „żołnierz przysięgły, honor kochający i powinności swojej zadość czyniący”, „jak obywatel…, człowiek poczciwy, nie ukrywający swych myśli, wzgardę dla podłych mający za prawidło”.   Dowiedziawszy się w tym czasie o smutnym stanie wziętych w pierwszych potyczkach jeńców polskich, natychmiast, pod groźbą represaljów, zażądał dobrego ich traktowania i przesłał na ich wygody generałowi Kachowskiemu 500 dukatów.   Skarcony zresztą został zaraz przez Stanisława-Augusta za ten „postępek szlachetny”, lecz zdaniem króla zbyteczny, bo „i złota szkoda i łatwiej się dadzą brać, jak im wygodnie będzie w niewoli”. Niedługo wszakże mógł wytrwać na tem stanowisku lubarskiem.   Miał tu przy sobie razem około 14 tysięcy zaledwo ludzi,   przed  sobą główną potęgę   Kachowskiego.   Wtem nagle oskrzydlany gwałtownie przez silną kolumnę generała Lewanidowa, w jednej chwili, w połowie czerwca, uznał się niemal zgubionym i nawet w raptownym dalszym odwrocie wątpliwą już tylko ujrzał szansę ratunku.  Posłał tejże nocy do króla raport rozpaczliwy z Lubaru o swojej sytuacji prawie bez wyjścia, podkreślony jeszcze w ustnych pojaśnieniach, wysłańcowi na drogę przydanych.

Ten akt depresji był błędem szkodliwym. Ale był popełniony przez odprawiającego pierwszą kampanję młodzieńca, w chwili istotnie nadzwyczaj krytycznej, kiedy przeraziłby się i zachwiał każdy prawie inny wódz owoczesny.   Był popełniony śród najniepomyślniejszych okoliczności faktycznych, a pod naciskiem obowiązujących pojąć strategicznych epoki, w jakich Książę był chowany, przepisujących nasampierw porządne „zabezpieczenie sobie tyłów” i wobec sakramentalnej groźby „oskrzydlenia” nie dozwalających zgoła na ryzyko kolejnej dywersji ofensywnej przeciw rozszczepionym nieprzyjacielskim oddziałom.  Tyle, bądź co bądź, zdaje się nie ulegać wątpliwości, że w tym groźnym momencie Książę poddał się odruchowi ciężkiego przygnębienia.   Nazajutrz, nad samem ranem, z największym pośpiechem Opuścił Lubar, cofając się dalej na Zasław, nie bez dotkliwej w jednym z oddziałów straty części taboru i kilku armat na grobli boruszkówieckiej.  Lecz już po kilku dniach, 18 czerwca, wypadło mu samemu z głównym korpusem wydać pod Zieleńcami bitwę ścigającej awangardzie generała Markowa.   Tutaj to,   ze skutkiem nadspodziewanie pomyślnym odparłszy nieprzyjaciela, utrzymał pole.   Zaskoczony był poniekąd i samem starciem i wygraną. „Ten bój — tak sam ze zwykłą przyznawał prawdomównością — był bardziej przypadkowem spotkaniem się, niż wydaną własną bitwą”. Skutkiem tego niezupełnie zorjentował się w możliwych jej skutkach. Mógłby zapewne lepiej ją wyzyskać, a bodaj zniszczyć przeciwnika, w tem miejscu mniej licznego. Czuł podobno później tę pomyłkę i po wielu jeszcze latach mawiał „z westchnieniem, że Zieleniec sobie nigdy nie daruje.” Ale niejedno miał na swoje usprawiedliwienie, choćby to, że po bitwie wygranej znalazł „tylko po dwanaście ładunków działowych, a w magazynach tylko na dwa dni żywności”, przede wszystkiem zaś to, że nie był jeszcze z nowej szkoły wojowania, która dopiero po kilku leciech objawić się miała na Zachodzie w osobie generała Bonapartego. W każdym razie ten pierwszy, tak szczęśliwy a poważny, chrzest ognia na dużą miarę pod własną komendą naczelną podziałał na Księcia zbawiennie, orzeźwił go, podniósł na duchu, dał mu wiarę w siebie i wojsko, złączył go właściwie z wojskiem mocą wzajemnego szacunku i zaufania.   Tutaj, pod Zieleńcami, w najgorętszej   chwili   osobiście  prowadził w ogień zachwiany bataljon imienia Potockiego: stałym odtąd swoim zwyczajem, dając z siebie przykład szeregowcom, dając też upust swojej impetycznej brawurze żołnierza, biorącej aż górę nad [oględnością, wskazaną wodzowi.  Ponieważ w raportach swoich o sobie stale przemilczał, więc i w tym wypadku najkrócej, tylko ubocznie, wzmiankował, podnosząc natomiast obszerne zasługi podkomendnych: Kościuszki, Mokronowskiego,

Wielhorskiego. To też wiadomość o osobistej jego brawurze i tym razem, jak zazwyczaj, dochodząc króla dopiero z boku, zachwyciła go, ale też przeraziła. „Życie twoje — pisał mu Stanisław-August — jest koniecznie potrzebne mnie i państwu..-. Zaklinam Cię, jeśli mnie kochasz, nie oddawaj się rozpaczy… Pamiętaj, że jesteś duszą armji i jeśli ona utraci tę duszę, trupem się stanie.”

Ale już w tym samym czasie król ku tej rozpaczy go prowadził, na swoisty, niekrwawy sposób śmierć tego wojska gotował.  Jeszcze od końca maja przez zauszników i kobiety toczyły się najtajniejsze układy między Zamkiem a posłem rosyjskim w Warszawie, Bułhakowem, otwierające drogę do poddania się. Król, widomemi postępami inwazji coraz bardziej trwożony, nigdy w siłę odporną samego kraju nie ufny, o zawodzie zdradliwej pomocy pruskiej zawczasu w głębi przekonany, warował sobie zawczasu furtkę do odwrotu.   Już on tylko przyzwoitego czekał pretekstu, aby co rychlej ją sobie otworzyć i tędy, coby jeszcze się dało, ratować.  Owóż teraz właśnie pomściła się okrutnie chwila depresji ks. Józefa z przed kilku dni.   Jego pesymistyczny raport nocny lubarski, wraz z przydanym ustnym komentarzem, użyty został za dogodny ów pretekst przez  Stanisława-Augusta.   Król, natychmiast wniósłszy tę beznadziejną relację przed przyboczną swoją Radę wojenną, na tej zasadzie, za zgodą tej fikcyjnej Rady, a naprawdę od razu na własną rękę, posłał Księciu odwrotnym kurjerem rozkaz kategoryczny: prosić generała Kachowskiego o zaprzestanie kroków wojennych i rozejm czterotygodniowy, niezbędny dla bezpośredniego porozumienia się między Warszawą a Petersburgiem.   Złośliwa ironja trafu mieć chciała, że ten kur jer wyprawiony został do Księcia z Warszawy tego samego dnia, kiedy Książę wygrywał bitwę pod Zieleńcami. Rozminęły się w drodze hasła do zawieszenia broni i wiadomość o pierwszej i jedynej w tej kampanji wygranej.

Książę, wypełniając odebrany rozkaz, ze smutkiem prosić musiał Rosjan o rozejm. Otrzymał od nich oczywiście odmowę. Cofać się dalej musiał na Ostróg, Dubno, Dubienkę. Stanisław-August natomiast z głośną pociechą wziął do wiadomości zwycięstwo pod Zieleńcami. Głośno wysławiał „tę od króla Jana pierwszą batalję wygraną przez samych Polaków”. Posłał też do obozu złote medale Virtuti militari, a najpierwszą odznakę nowego tego zaszczytu przeznaczył mężnemu synowcowi, — który zresztą, wyrzekając się pierwszeństwa, wszystkie zrazu otrzymane w liczbie dwudziestu znaki między zasłużonych kolegów rozdał. Aliści pocieszająca wieść zieleniecka, przywieziona do Warszawy przez Sanguszkę, naprawdę, pomimo tych pozorów ukontentowania, nieciła raczej w królu mieszane uczucie niepokoju. Nie wstrzymała go też bynajmniej na raz obranej drodze. W istocie, tego samego dnia, kiedy wynurzał swą radość i medale wysyłał ks. Józefowi do obozu, Stanisław-August wystosował do Petersburga wymowny apel do serca imperatorowej, zapowiadając powrót pokorny pod kuratelę rosyjską.