Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski rozprawa z rosja 1789 1795

Szymon Askenazy: „Książe Józef Poniatowski – rozprawa z Rosją: 1789—1795”

Arsenał 1717-1794 Skomentuj

Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski rozprawa z rosja 1789 1795

Książę Józef Poniatowski na manewrach pod Bracławiem 1791 r. Kopia W. Kossaka wg Bacciarellego.

ROZDZIAŁ I. WEJŚCIE W SŁUŻBĘ POLSKĄ — ROZRYWKI WARSZAWSKIE — ŻYCIE OBOZOWE — USTAWA 3 MAJA

Uchwała Sejmu Wielkiego warszawskiego o wojsku stutysięcznem spowodowała konieczność wezwania oficerów rodaków z obcych służb, w myśl uchwały sejmowej z grudnia 1788 r. Ks. Józef podczas ostatniej swojej bytności w kraju musiał ponowić przed stryjami, królem i prymasem, pierwotne zobowiązanie, dane przy wstąpieniu do armji austrjackiej, że wróci na pierwsze zawołanie. Zresztą zdaje się także, iż w ówczesnej niezwykłej i obiecującej konjunkturze krajowej miano na niego głębsze widoki polityczne. Chciano podobno użyć go w sejmie, a nawet zaślubić z jaką możną dziedziczką polską. Jego te widoki, te rachuby, wytrącały zupełnie z równowagi. „Czyliż dlatego, — pisał boleśnie rozżalony do starszej jedynej siostry Tyszkiewiczowej latem 1788 r. — że nie posiadam nic, że żywię gorące i serdeczne uczucie wdzięczności do króla za jego tkliwość i dobrodziejstwa, że jestem z należnym respektem dla mojej rodziny, winieniem zostać jej ofiarą? Krępują mnie w przyszłej mojej egzystencji, mówią mi o ślubie, o obowiązkach”. Tych obowiązków prywatnych, familijnych, partyjnych, on obawiał się najwięcej.

Obawiał się owych śliskich robót dynastyczno-politycznych, do których żadnego nie czuł powołania w prostej, żołnierskiej swojej naturze, a o które wszak wyłącznie jeszcze chodziło narazie w ówczesnej przedwstępnej dobie pokojowej. Obawiał się tych intryg zakulisowych, dwuznacznych, o których pełno słyszał dokoła, a na które mógł napatrzeć się dosyta za pobytu w Kijowie „Kłócić się w sejmie, słuchać ustawicznego skrzeczenia istot bezrozumnych, powodowanych prywatą, znosić obelgi, ciskane pod osłoną patrjotyzmu, udawać przed pierwszym lepszym, nie być nigdy sobą — jest to rzemiosło zgoła niezgodne z moim charakterem…   Sądzę, że tyle tylko winienem mojej rodzinie, by być człowiekiem poczciwym, dobrym, walecznym i lojalnym.  Widoki ambicji i polityki są nazbyt dla mnie wysokie.” Wyobrażał sobie widocznie przyszłość własną na wzór ojcowski, regularnym, bez wstrząśnień trybem służby w schematyzmie wojskowym cesarskim. Jeszcze widocznie był skłonny swoje życie i świat w oficerskim austrjackim zamykać widnokręgu.  „Poczucie delikatności wzdraga się we mnie na ten rodzaj oszukaństwa, jakie popełniam. Nagrody udzielone mi (przez cesarza) wydają mi się prawie kradzieżą na kolegach, poświęcających się całkowicie służbie (austrjackiej)… Wyznaję, że marzyłem, iż będę mógł kiedyś poślubić kobietę miłą, której charakter byłby mi doskonale znany, która mogłaby mi być przyjaciółką, osłodzić mi wycofanie się z życia czynnego do cichego spoczynku, której zawdzięczałbym moje szczęście i którą sam mógłbym uczynić szczęśliwą.   Karolina  (Thun)  zdaje mi się posiadać większą część tych zalet i wyznaję, że gdyby na mnie czekała i gdybym był niezależnym…   byłbym w niej znalazł ustalenie losów swoich”.  Ale — dodawał z goryczą — ,,zbyt dobrze wiem, że istnieję i żyję jedynie z dobrodziejstw (królewskich), abym potrafił zdobyć się na jakiś projekt”.   Trzymała go jeszcze rozlicznemi węzły obczyzna, mocno trzymał Wiedeń, służba, sentyment.   Tej karjery politycznej  ani małżeńskiej, jaką mu gotowano w Warszawie, jaką mu stamtąd narzucano, on nie chciał. „Cierpię, — pisał z rozpaczą w duszy, rozstrojony, wyczerpany fizycznie, bo jeszcze rekonwalescent z tureckiej rany, — jestem nieszczęśliwy, życie mi ciąży, kiedy myślę o ofiarach tyrańskich, jakich wymagają odemnie”. Ale warował wyraźnie w tej samej chwili: „Gdybym mógł przez swoje wiadomości wojskowe być w czemkolwiek użyteczny ojczyźnie, gdybym z narażeniem życia mógł .zachować jej prawa i przywileje, — wtedy nie chcę spoczynku, pogody, wszystko poświęcę”. To też nie zawahał się teraz, kiedy pora po temu nadeszła kiedy wezwany został już nie na ławę poselską ani na ślubny kobierzec, lecz do gromadzących się szeregów nowej, prawdziwej armji krajowej.

Na sesji Sejmu warszawskiego, w początku czerwca 1789 r. Deputacja do egzaminowania etatu wojskowego, zalecając przywołanie oficerów polskich z zagranicy do wojska Rzpltej, upomniała się w szczególności o ks. Józefa Poniatowskiego, „w służbie wojskowej cesarskiej zostającego, który i sobie i narodowi przynosi sławę, ażeby ten w krajowem wojsku mógł być pomieszczonym”. Poparli tę rekomendację liczni posłowie, Butrymowicz piński, Górzeński poznański, Jabłonowski wołyński, Rzewuski podolski. Stanisław-August pisał nazajtrz do synowca: „Wczoraj senatorowie i posłowie, przez Sejm wyznaczeni do utworzenia projektu o składzie wojska, żądali ode mnie publicznie na sesji sejmowej, abym Cię odwołał do służby ojczyzny… Po tym publicznym kroku nie mogę, jak tylko oświadczyć Ci życzenie i wolę moją, abyś nam tu powrócił”.

To zdecydowało ostatecznie o losie ks. Józefa, który ledwo na kilkanaście dni przedtem wybierał się jeszcze na Turków. Po ułatwieniu przeszkód formalnych przez pismo królewskie do cesarza, natychmiast, w początku Hpca, wniósł podanie o dymisję ze służby austrjackiej. Stosownie do przepisów obowiązujących musiał dołączyć wystawiony przez siebie tegoż dnia rewers dymisyjny, w którym składał oświadczenie formalne, iż „nigdy nie będzie obcemu mocarstwu służył przeciw Najdostojniejszemu Domowi austrjackiemu”. Aliści, czyniąc zadość tej koniecznej formalności, równocześnie ze swojem podaniem dymisyjnem wystosował prośbę o zwrot owego rewersu, a tem samem o „zwolnienie od rzeczonych zobowiązań”. Niezwłocznie, już w dni kilka, otrzymał żądaną dymisję, lecz, na wyraźny rozkaz cesarski, z odmową żądanego zwrotu rewersu. Jednakowoż, z właściwym sobie w sprawach honoru wojskowego ścisłym rygoryzmem, nie dał bynajmniej na tym punkcie za wygraną. Nie przestawał i nadal upominać się o zwrot swego rewersu. Istotnie, po ponawianych w tym względzie naleganiach, w kwietniu następnego roku wymógł zgodę cesarza Józefa na wydanie mu tego cyrografu na ręce posła polskiego w Wiedniu, Woyny. Przyszły wódz z pod Raszyna i z pod Lipska jak gdyby przewidywał przyszłe swoje zadania i żadnej, choćby najbłahszej przeszkody nie chciał zostawić na drodze przyszłego swego obowiązku.

Tym sposobem nareszcie znalazł się na stanowisku właściwem, w służbie kraju własnego. W sierpniu 1789 r. stanął w Warszawie. Już 3 października t. r. uchwałą sejmową był mianowany generał-majorem wojsk polskich, wraz z Kościuszką i innymi. Został szefem gwardji pieszej koronnej i członkiem Deputacji do ułożenia regulaminu wojskowego.

Wszedł w dużą, niewprawnie jeszcze prowadzoną, a pierwszorzędnej wagi, czynność organizacyjną.   Tem samem zaś pośrednio wszedł w zawiłą robotę polityczną, toczącą się dokoła wielkich przedsięwzięć sejmowych. Wszedł przecież także w nowe a niebezpieczne dla nowicjusza stosunki  towarzyskie i obyczajowe.   Dopiero zaczynał dorabiać się u dźwigającego się ciężko narodu, a już uwieńczony został w rozbawionym wielkim świecie warszawskim.   Święcił tutaj błyskotliwe i łatwe tryumfy, królował w tanecznem kole świetnych rozrywek i tanich afektów, przodował w salonach, przewodniczył w harcach. Przelatywał przez Warszawę w wysokim kabrjolecie (whisky), w cztery albo i ośm koni ognistych, w poręcz zaprzężonych, z wielką zręcznością i wdziękiem powożąc z siedzenia stojący. Był to bądź co bądź, dla obcego, nawet niemieckiego widza, „obraz bardzo malowiczny, przypominający woźniców igrzysk klasycznych…   Zwykle stawał pośrodku, mając obok siebie dwóch przyjaciół: Wielhorski (Michał), jego towarzysz broni z kampanji tureckiej, stale mu asystował; potem najczęściej jeździł z Kościuszką.   Ta grupa, tak pociągająca dla oczu polskich, nie mogła nie przykuwać wszystkich spojrzeń”. Dotychczas w austrjackim garnizonie,  obozie,  czy nawet Wiedniu, był jednym z wielu, w kole wprawdzie wybranem, lecz obok innych lub poza innymi; żył skromnie i skromne też miewał potrzeby oficera wysokiego urodzenia a środków ograniczonych.   Teraz nagle został najpierwszym, obwołany jednomyślnie przez piękny świat warszawski prawodawcą mody, pustoty i zbytku. Został pieszczonym prince charmant z bajki, albo „Szarmanckim” w uszczypliwej komedji Niemcewicza, wprawiającym w podziw stolicę, „gdy do butów srebrne przypnie kolce i przed pałac zajechać każe karjolce”.  Było od czego dostać zawrotu głowy.   Oddał się też z całą bezbronnością s w egowieku w szalony wir ówczesnego dworskiego i pańskiego życia warszawskiego, biorącego płochy nastrój u góry, od samego króla, które świeżego młodzieńca porwało aż zanadto, rozpalając śpiące w nim dotychczas namiętności.  Wzięto go tu w edukację powabną, doświadczoną, forsowną, gdzie wnet starły się puchy marzycielskiego sentymentu, a rozbujał się krwisty temperament.   Zmienił się Książę szybko, dojrzał, zmężniał fizycznie, wypiękniał. Ale też wypuścił sobie wodze, rozwichrzył się, — choć zresztą w myśl zasady on prête aux riches, dla plotki lub konceptu, obciążono jego rachunek niejednym grzechem niepopełnionym; — zasmakował w rozkoszy, którą po raz pierwszy pełnemi pił usty. W każdym razie to życie gorączkowe nie wychodziło mu na pożytek. To też szczęśliwie się stało, że z tych pokus stołecznych wyrwany został niebawem przez obowiązki zawodu.

Wiosną 1790 r. objął dowództwo IV dywizji bracławskiej, następnie i kijowskiej, z kwaterą główną w Tulczynie. Dobrze mu to zrobiło i na ducha i na zdrowie, jeszcze wtedy mocno szwankujące bądź z rany tureckiej, bądź z wziętej po ojcu skłonności do choroby piersiowej. Lepszem oczywiście na to lekarstwem od burzliwych rozrywek warszawskich było powietrze ukrainne i trud obozowy. Tutaj, na kresach, od kwietnia t. r. zajął się czynnie wyćwiczeniem wojsk sobie powierzonych, zwłaszcza kawalerji, broni dobrze sobie znanej ze służby austrjackiej. Szczególną uwagę zwracał na kozaków granowskich, przysłanych mu od ks. Czartoryskiego. Objeżdżał ich i musztrował często, znał każdą sotnię. Połączył ich z kozakami berszadzkimi, korsuńskimi i in., wcielił później na mocy prawa o milicjach kilkuset po Szczęsnym Potockim, utworzył zaraz osobny pułk z dziesięciu sotni, pięknie umundurował, trzymał przy swojej kwaterze na biwakach, czterdziestu mołojców po swego dobrał boku. Później jeszcze, podczas przygotowań wojennych 1811 r., z żalem będzie wspominał ten pułk ulubiony, przeformowany przez konfederację targowicką na lekko-konny bohski i wnet oczywiście stracony.

Naogół jednak dość miernie przykładając się dotychczas do teoretycznej nauki wojskowości, wyższych wiadomości militarnych z aplikacji austrjackiej nie wyniósł. Posiadał natomiast wyborną znajomość techniki kawaleryjskiej. Zaś przedewszystkiem przyniósł wrodzony orjentacyjny instynkt bojowy, uzdatniający do wyrobienia się z czasem na wybitnego, nawet na wielkiego wodza. Jeśli przychodzi w tem miejscu stwierdzić wyraźne   braki przygotowania pod względem teoretycznym i  praktycznym, dające się spostrzegać w Poniatowskim w chwili niniejszej, kiedy wypadło mu w niedoświadczone jeszcze ręce wziąć niepomierne brzemię rozległej akcji organizacyjnej, a niebawem kapitalnej akcji wojennej, to przecież zarazem należy stwierdzić natychmiast i tę ostatnią okoliczność, należy podnieść istotne, utajone w nim, wyższe uzdolnienie militarne, które z biegiem czasu, w miarę nabywanego doświadczenia, miało stopniowo dorastać do zadań największych, do najtrudniejszych wymagań strategji napoleońskiej. Należy tem bardziej nacisk położyć na tę okoliczność, że nawet w swojskich ocenach fachowych nieraz pod tym względem działa mu się krzywda. Chwalony zazwyczaj jako bitny żołnierz.

bywał niedoceniany jako dobry wódz. Bywał usuwany na plan drugi wobec znamienitych zasług rodaków, Dąbrowskich, Zajączków, Sokolnickich i innych, którym przecie w swoim zawodzie nie ustępował zgoła, którym w pewnych rzeczach technicznych niewątpliwie nie dorównywał, ale których skądinąd na swój sposób przewyższał większą przenikliwością i szerszem objęciem w trudnych momentach wojennych. „Istnieją w tym względzie świadectwa, nie ulegające zakwestjonowaniu, pochodzące od rzeczoznawców najpierwszych a sędziów naocznych i najpowołańszych.  Istnieje zaszczytne świadectwo pośmiertne, wydane talentom wojskowym Poniatowskiego przez Napoleona na św. Helenie, albo lapidarne świadectwo samego Davouta, który pomimo pierwotnych uprzedzeń osobistych doszedł wkońcu do przeświadczenia, że ks. Józef więcej niż którykolwiek z generałów polskich, nie wyłączając doświadczonego Dąbrowskiego, posiadał w sobie materjału na naczelnego wodza. Nie należy też przepominać, że wielu naj celniej-szych generałów napoleońskich nierównie bardziej jeszcze szwankowało pod względem ukształcenia militarnego, co nie przeszkodziło im wszakże wyrobić się w ogniu na mistrzów sztuki wojskowej.

To wszystko jednak wyhodować miała dopiero przyszłość. Na razie, jak się rzekło, braki głębszej wiedzy zawodowej w dwudziestokilkoletnim Poniatowskim były znaczne i niepomału też utrudniały obecne jego zadanie.  Sam on przecie najlepiej zdawał sobie z nich sprawę i nad niemi ubolewał.   „Bardzo jest dla mnie pochlebnem zaufanie, — pisał z piękną skromnością królowi latem 1790 r. — jakie we mnie pokładają, ale wyznaję, że mam największą niespokojność co do sposobów, jakiemibym potrafił nie zawieść go… Może doszedłem do tego, że potrafię z dobrą wolą i rozumem pułk prowadzić w ogień, ale nie miałem czasu dojrzeć na generała komenderującego i pozyskać dość wiadomości i talentów na zapełnienie tak ważnego miejsca… Nie łudzę się wcale pod tym względem i z drżeniem czuję, jak wielkie zobowiązania mam wypełnić; nie śmiem odmówić stanowiska, jakie mi dają; oby okoliczności nie sprawdziły obaw moich.  Użyję wszelkich sił, jakie mi niebo dało, aby rzeczy szły najmniej źle; ale aby one szły dobrze, na to potrzeba ludzi innej miary, niż ja jestem”. Możnaby nawet powiedzieć, że w tem poczciwem zaparciu się siebie, ostrej świadomości swoich braków, Wysokiem poczuciu własnej  odpowiedzialności, szedł on niekiedy aż za daleko. Będzie też w rzeczy samej robił sobie wyrzuty jeszcze po bitwie raszyńskiej. Będzie sumitował się po objęciu dowództwa nad skrzydłem Wielkiej Armji. Będzie niejednokrotnie posuwał się aż do braku pełnego w sobie zaufania, do podawania w wątpliwość tego autorytetu, jaki dla innych, a zwłaszcza dla samego siebie, szczególnie w obliczu nieprzyjaciela i chwilach krytycznych, niezbędną rzeczą jest w wodzu. Tym sposobem nieraz wprost własno-wolnie się zmyli, a nieraz kiedyindziej najtrafniejszą decyzję drożej od innych nękającem zwątpieniem okupi.

Jesienią 1790 roku udał się do Warszawy, zastąpiony w obozie przez niestrudzonego Kościuszkę. Sam go do zastępstwa przedstawił; gdyż jakkolwiek przez odmienność zasadniczą usposobień nie dochodził do zupełnego z nim zbliżenia, ale stanął z nim odrazu na stopie szczerego przyjacielskiego stosunku, wcześnie ocenił jego zalety i nietylko w korespondencji urzędowej, lecz i poufnej z królem, z naciskiem podnosił, że ten niepospolity zastępca „posiada wiele wiadomości i skromności i jest nadzwyczajnie kochany przez korpus, którym dowodzi”. Do Warszawy tymczasem ciągnęła Księcia młodość i zakosztowane stołeczne uroki, ale też powoływał arcydoniosły obrót sprawy publicznej. Oddawna już w tajemnicy największej prowadzone przygotowania do zrzucenia hegemonji rosyjskiej i pozbycia się narzuconej przez Katarzynę II zgubnej anarchji rządów Rzpltej, dojrzały nareszcie w dniu wiekopomnym Trzeciego Maja. W przepełnionej sali sejmowej na Zamku królewskim, ks. Józef u stóp tronu, jak na posterunku, wyprostowany, przejęty, z ręką przy szpadzie, asystował podniosłemu widowisku ogłoszenia historycznej Ustawy Majowej 1791 r.

W lipcu t. r. wrócił do swej kwatery w Niemirowie. Zabrał z sobą królewską obietnicę zjechania osobiście do obozu. Przypominał ją odtąd natarczywie, choć nadaremnie, gdyż Stanisławowi-Augustowi nie kwapiło się zbytnio do niewygód obozowych w pokojowym bodaj czasie. Dopraszał się Książę, aby przysłano mu przynajmniej kogoś z Sejmu do zwiedzenia obozu, rewizji dokonanych napraw i stwierdzenia naglących potrzeb wojska. „Wybór osoby jest absolutnie obojętny — pisał z czystem sumieniem ścisłego służbisty, zastrzegając się wyraźnie przeciw wszelkim dla siebie protekcjom, — ale rzecz sama wydaje się bezwarunkowo konieczną i wszyscy tego pragniemy gorąco”.

Zresztą z takim samym ścisłym rygoryzmem służbowym równocześnie i przy innych poczynał sobie okazjach.  Kiedy w tym samym czasie, w początku września t. r., zażądał od niego Potemkin wydania dwóch aresztowanych kapralów kozackich z pułku małorosyjskiego, Poniatowski w najgrzeczniejszych wyrazach odpisał wszechwładnemu księciu Tauryckiemu, którego wola podówczas była prawem dla monarchów, tytułował go „przezornym wodzem i współziomkiem ojczyzny mojej”, czyniąc aluzję do polskiego jego indygenatu, — ale wydania mu aresztantów odmówił. We wrześniu i październiku t. r. w obozie pod Bracławiem odbył większe manewry. Wykazały one niemały postęp w wyrobieniu wojska, więcej jednak w gatunkach broni, opracowanych głównie przez generała Kościuszkę, w piechocie i artylerji, aniżeli w jeździe, która dość pozostawiała do życzenia. Wbrew wyraźnemu zastrzeżeniu Księcia uprzedził go król, do zbytku troskliwy, że „w ten sposób się urządzi, aby Sejm posłał do obozu kogoś takiego, który mógłby dobrem służyć świadectwem”. Przysłany na manewry komisarz wojskowy, Michał Starzeński, starosta brański, zdał istotnie o stanie wojska ukraińskiego opinję naogół nader pochlebną. Postrzeżono się jednak zapóźno, że na manewrach podobno asystowało także incognito czterech oficerów rosyjskich po cywilnemu, przysłanych od feldmarszałka Rumiancewa. Zaraz po tych ćwiczeniach zaczął Książę znowuż wyrywać się do Warszawy, dopraszał się urlopu, wstrzymywany nawet od króla wobec nawisłej od wschodu groźby. Skorzystał z nagłej śmierci Potemkina, odsuwającej na czas jakiś bezpośrednie niebezpieczeństwo i w połowie listopada 1791 r. przybył ponownie na pobyt dłuższy do Warszawy.

W obozie i tym razem zastępował go Kościuszko. Utrzymywał on z Księciem korespondencję poufną i serdeczną, gdzie oświadczał, że „zawsze chce być pod Jego komendą”. Z przedziwną swoją sumienną ścisłością informował Księcia o potrzebach armji, o niepokojących ruchach wojsk sąsiedzkich, o podejrzanych czynnościach hetmana Branickiego i Szczęsnego Potockiego w Białocerkwi i Jassach. Zanosiło się już w rzeczy samej, pomimo zwłoki wywołanej przez zniknięcie Potemkina, na straszliwy odwet za Ustawę Majową. Obecność ks. Józefa w Warszawie stawała się użyteczną dla poparcia nieodwłocznych już dłużej obronnych zarządzeń wojskowych. Uczestniczył on także przy układaniu ogólnej awansowej listy t. zw. forsztelacji, dokonanych z ramienia Komisji wojskowej na wiosnę 1792 r.   Sam również podówczas, w drugiej połowie marca t. r., za „zdatność, zasługi i prace w pilnem ćwiczeniu żołnierza” posunięty został na „szarżę generał-lejtnanta, po urodzonym  Stanisławie-Szczęsnym Potockim, generał-lejtnancie wakującą i do dyspozycji Naszej przypadłą”. Przez potępionego, odsądzonego od urzędów Potockiego nigdy mu ta sukcesja nie będzie zapomniana. Wtedy także, wbrew swojej woli, otrzymał Książę nowy dowód troskliwości królewskiej w postaci niekoniecznie dla siebie przyjemnej, a nawet wręcz jego drażliwemu poczuciu godności i taktu przeciwnej. Wniesiony był mianowicie do Sejmu projekt względem zrzeczenia się przez króla prawa patronatu w królewszczyznach oprócz miast, a wraz rozdawnictwa dwóch starostw, do jego szafunku ongi pozostawionych, lecz nie nadanych.   Owóż wzamian za to zrzeczenie się obecnie ofiarowano królowi do dyspozycji, na rzecz osoby przez niego obranej, intratę 100 tysięcy złp. rocznie. Król postanowił przeznaczyć ten dochód ks.   Józefowi. Napróżno wzbraniał się  Książę,  tłumaczył królowi, że od Rzpltej „ma awans, pobiera płacę za służbę i tego ma dosyć”, że nie uważa za właściwe odbierać nagrody, zanim jeszcze sobie na nią mógł przed krajem zasłużyć. Stanisław-August, nie oglądając się na te skrupuły rycerskie, a bacząc po swojemu więcej na stronę praktyczną, postawił na swojem. „Rozumiem, — oświadczył na Sejmie — że nie uchybię nikomu, gdy przypomnę, że mam bliskiego synowca, który jest nieobdarzony   dotychczas,   a  który   zagranicą   starał się nabyć wiadomości, których teraz używa na usługi ojczyźnie.   Ale na klęczkach byłem proszony od niego, aby jego imię nie było wymienione w prawie, gdyż, mówił mi, nie chce, aby   imię  swoje w księdze prawa umieszczone było w taki sposób, iżby zdawało się, że nagroda uprzedziła zasługę.” Nie obeszło się bez dość przykrej w sejmie dyskusji. Znaleźli się posłowie, którzy przypomnieli nadane już Księciu dziedzictwo starostwa chmielnickiego, choć z niego żadnych nie miał dochodów, a nawet nie bez słuszności upierali się owszem przy imiennem wyszczególnieniu w konstytucji sejmowej beneficjarjusza intraty niniejszej, „bo chcemy, aby prócz wdzięczności dla stryja i króla był jeszcze Rzpltej wdzięczny”.

Koniec końcem, czułość stryjowska tyle tylko osięgnęła w tym wypadku, że postawiła synowca w położeniu niemiłem. Zresztą nie przydała się na nic, gdyż naprawdę nie miał on już od Rzpltej żadnego zgoła z tego tytułu otrzymać zasiłku, skutkiem niebawnej kasaty uchwał sejmowych, rozdartych ręką Targowiczan. A tymczasem owa zawierucha targowicka postępowała coraz bliżej. Wiosną tego feralnego 1792 r. już wojska sąsiedzkie nad samą ściągały granicę. Ks. Józef asystował jeszcze w Warszawie przy ostatnich, tak bardzo spóźnionych, zarządzeniach zbrojnych. Doczekał się uchwał z kwietnia t. r. o niezwłocznem doprowadzeniu „do skutku i zupełności” wojsk stutysięcznych, dotychczas ciągle w znacznej części na papierze będących. Wreszcie, w początku maja, w ostatniej niemal godzinie, wprost ze stolicy podążył na rozprawę orężną z wkraczającą w obręby Rzpltej potężną armją rosyjską.