Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski od moskwy do lipska 1810 1813 3

Szymon Askenazy: „Książe Józef Poniatowski – Od Moskwy do Lipska – 1810-1813”

Arsenał 1795-1815 Skomentuj

Szymon Askenazy: „Książe Józef Poniatowski – Od Moskwy do Lipska – 1810—1813”

ROZDZIAŁ I.

NIEDOSZŁA KONWENCJA PRZECIW POLSCE. —   WZMOCNIENIE ARMJI KSIĘSTWA. — KŁOPOTY FINANSOWE. — TAJNA OFERTA ALEKSANDRA PRZEZ CZARTORYSKIEGO. — ODMOWA KS. JOZEFA. — PRZESTRZEŹENIE NAPOLEONA. – PODRÓŻ DO PARYŻA.

Już ery napoleońskiej ostatnia następowała faza, już zbliżał się kres. Rok ledwo upłynął od ostatniej wojny austrjackiej, a już zawisł w powietrzu nieskończenie groźniejszy zatarg francusko-rosyjski. Wyrastał on właśnie z polsko-rosyjskich zatargów tamtej wojny. Stanowił dalszą, szybko dojrzewającą, .konsekwencję całego jej przebiegu i rozwiązania w zakresie warszawsko galicyjskim. Był w bezpośrednim związku przyczynowym z tutejszą akcją wojenną i polityczną ks. Józefa.

 

Wnet po zawarciu pokoju schoenbruńskiego wszczęte zostały w Petersburgu z inicjatywy i pod kierunkiem osobistym cesarza Aleksandra nader znamienne rokowania poufne z Francją względem zawarcia formalnej antypolskiej i antywarszawskiej konwencji francusko-rosyjskiej. Taka konwencja miała rzekomo położyć tamę groźnemu wezbraniu zapędów odnowicielskich polskich, ujawnionych w czasie minionej kampanji, dostarczyć poręki w pierwotnym ograniczającym duchu tylżyckim, wzamian za nadmierny jakoby przyrost, przyznany Księstwu przez świeży traktat schoenbruński. Mała, słowem, zabezpieczyć Rosję raz na zawsze przeciw odbudowaniu Polski wogóle, a dalszemu rozwinięciu Księstwa w szczególności. Miała tym sposobem przywrócić i utrwalić szczęśliwą harmonję sprzymierzeńczą między Napoleonem a Aleksandrem. W gruncie rzeczy jednak te rokowania petersburskie miały na celu wydobycie od Napoleona zobowiązań wyraźnych, kompromitujących go nieodwołalnie wobec opinji polskiej, która ledwo ochłonęła od dotkliwych zastrzeżeń, [ rzuconych przez niego strapionym wysłańcom galicyjskim, która była poniekąd zniechęcona otrzymanym z jego ręki połowicznym wynikiem pokojowym, a która niezawodnie zostałaby całkiem do niego zrażona na wypadek jego zgody na podsuwaną mu konwencję.

Układając w takiej mianowicie wytycznej poszczególne warunki żądanej od Napoleona umowy w sprawie polskiej, nie przepomniano też w Petersburgu o osobie Poniatowskiego. Z jednej strony, od czasu kategorycznej odmowy, udzielonej przez Księcia na uczynione mu niedawno śliskie propozycje krakowskie, stracono te przyjemne złudzenia, jakie żywiono względem niego jeszcze z czasów puławskich. Z drugiej strony, jeśli odtąd wystrzegano się go pilnie, przecie tym bardziej  życzono sobie pozyskania go za jaką bądź cenę, a zarazem tym bardziej  starano się doprowadzić do radykalnego odstręczenia go od Napoleona. Tym sposobem pośród warunków, postawionych posłowi francuskiemu Caulaincourtowi przez kanclerza rosyjskiego Rumiancewa w przedmiocie projektowanej konwencji, umieszczono także na miejscu wybitnem formalne żądanie, iż Poniatowski nie będzie mógł nigdy zostać namiestnikiem Księstwa Warszawskiego. Napoleon napozór wdał się powolnie w te układy i dopuścił do zredagowania konwencji w styczniu 1810 r. Poczem nagle rozrzucił karty, odmówił ratyfikacji, obrócił się ku Austrji, poślubił arcyksiężniczkę austrjacką. Stanął teraz w niezawisłej postawie, wyczekującej względem Rosji, zachowując w swym ręku nienaruszoną a niezbędną obronno-zaczepną broń sprawy polskiej. Od tej chwili stosunek między Francją a Rosją wszedł w chroniczny stan wysokiego i coraz potęgującego się naprężenia, skąd po dwuletniej już tylko pauzie wystrzelić musiał piorun wielkiej wojny o Polskę.

 

Te dwa lata chmurnego napięcia przed burzą musiały z samej natury położenia zaciążyć przedewszystkiem na Księstwie Warszawskiem, przeznaczonem do wyładowania nieuniknionego wojennego wybuchu. Zarazem we własnym interesie samozachowawczym i w charakterze najdalszej awangardy napoleońskiej, wystawionej niechybnie na pierwszy ogień, musiało ono dotąd więcej niż kiedykolwiek ześrodkować wszystkie siły na podniesienie swojej zbrójności. Urosły też odtąd niepomiernie obowiązki ministra wojny a naczelnego wodza. Wzmogła się nadzwyczajnie jego odpowiedzialność osobista. Rzeczą najpilniejszą była zasadnicza reforma wadliwej pod niejednym względem organizacji ogólnej wojska. Brana pod uwagę jeszcze w przededniu ostatniej wojny, obecnie stała się ona nieodzowną wobec znakomitego rozrostu tery torjum Księstwa. Odpowiedniemi czynnościami reorganizacyjnemi zajął się Poniatowski jeszcze podczas pobytu w Krakowie po zawarciu pokoju, więc po ustaleniu zatrzymanych nabytków galicyjskich i zwiększonej tym sposobem stałej podstawy poborowej. Rozkazem dziennym z końca listopada 1809 r., zamiast dotychczasowego trójpodziału legjonowego, zaprowadził prowizoryczną formację całego wojska w dwóch wielkich dywizjach, liczących po pięć brygad, każda pod dowództwem Zajączka i Dąbrowskiego.

Kiedy następnie dekretem królewskim z początku grudnia t. r. liczebność wojsk Księstwa na stopie pokojowej oznaczoną została nominalnie na 60 tysięcy ludzi, można było przystąpić do organizacji ostatecznej. Po kilkutygodniowych jeszcze pracach przygotowawczych za powrotem do Warszawy, udał się Książę w lutym 1810 r. do Drezna, z wygotowanym w tej mierze szczegółowym projektem, który niebawem za jego tutejszej bytności na mocy dekretów królewskich z marca t. r. uzyskał sankcję prawodawczą. Całe Księstwo Warszawskie podzielone zostało na cztery okręgi wojskowe pod dowództwem czterech generałów dywizji komenderujących. Dwa były okręgi pierwszej klasy, obejmujące po trzy departamenty: warszawski, płocki, łomżyński i poznański, kaliski, bydgoski, z kwaterą główną w Warszawie i Poznaniu; oraz dwa drugiej klasy, obejmujące po dwa departamenty: lubelski, siedlecki i radomski, krakowski, z kwaterą główną w Lublinie i Radomiu.

Podczas tego pobytu w Dreźnie bez trudu usunął Poniatowski wszelkie ślady owych niesłusznych obaw i podejrzeń, jakie z powodu rzekomych jego ambicji królewskich umiano zaszczepić w sercu Fryderyka-August a podczas minionej wojny. Zacny monarcha przywrócił mu odrazu całą dawną ufność. Pragnął nawet obdarzyć go odznaczeniem wyjątkowem i mianować feldmarszałkiem saskim, wedle starego precedensu Fleminga, który ongi za Augusta II był łączył taką rangę z regimentarstwem w Rzpltej. Jednak skutkiem wątpliwości, z natury politycznej pochodzących, jak się zdaje, ze strony Napoleona, porzucono myśl tej nominacji, mniej zresztą pożądanej dla samego ks. Józefa.

Powróciwszy w początku kwietnia t. r. do Warszawy, wydał Książę w dzień pierwszej rocznicy bitwy raszyńskiej gorącą odezwę do wojska. W krótkich i silnych wyrazach oświadczał tu żołnierzowi „wdzięczność króla i ojczyzny”, wzywał do -wytrwania i otwierał „choćby nieprędko” widoki

„nowego wawrzynu”. W początku maja t. r. pospieszył na spotkanie Fryderyka-Augusta, wraz z królową i królewną przybywającego do kraju, celem objęcia osobiście w posiadanie nowonabytych dzielnic. Pośrodku departamentu krakowskiego, na zdobytej przez siebie ziemi, przy bramie tryumfalnej w Bro-nowicach witał Książę szanownego monarchę. Okazywał mu z lojalnym naciskiem wszelkie oznaki należnego hołdu. Jechał konno przy jego karecie, eskortując go do Krakowa. Poczem dyskretnie usunął się na stronę, unikając nawet pozoru zaćmiewania króla swoją osobą wobec nowych poddanych. Po przybyciu następnie Fryderyka-Augusta do Warszawy oczekiwał go znowu ks. Józef w Czerniakowie i konno wprowadzał do stolicy. Odbywał przed nim następnie piękny przegląd wojska na polu pod Wolą, okazywał mu udoskonalenia, poczynione w arsenale i innych zakładach wojskowych, woził go do Modlina dla przedstawienia postępów wznoszącej się ważnej warowni.

Równocześnie nie przerywał głównej odtąd swojej roboty koło urzeczywistnienia i rozwinięcia zawartej w dekretach marcowych doniosłej reformy wojska. Urządziwszy na nowych jednolitych zasadach biura ministerjum wojny i sztabu głównego, zabrał się energicznie Poniatowski do wszechstronnej reorganizacji i skompletowania broni. Zwracał przytem, skutkiem ponawianych zaleceń Napoleona, szczególną uwagę na bronie specjalne, korpus artylerji i inżynierów, jakoteż na przyspieszenie rozpoczętych robót fortyfikacyjnych. Wszystko to jednakowoż wymagało nader znacznych, zastraszająco ro-snących, nakładów pieniężnych. Koszta ogólne utrzymania wojska wyniosły wr r. 1810 około 40 miljonów złp., w następnym r. 1811 dosięgły już blisko 50 miljonów, a większych jeszcze ofiar wymagać będzie fatalny rok wojenny 1812. Pomnożył się tym sposobem gwałtownie, w czwórnasób i wyżej, skromny jedenastomiljonowy budżet wojenny, preliminowany pierwotnie, w 1807 r., przez Poniatowskiego jako poczynającego dyrektora wrojny. Lecz i niniejsze, o tyle wyższe, preliminarze ministra nie były wygórowane bynajmniej, b3rły tylko przystosowane do wyższego przymusu okoliczności. Raptowny przyrost wydatków jak najdokładniej odpowiadał niezwykłej a koniecznej aukcji wojska i nieodbitym potrzebom ciągłej w czasie pokoju gotowości zbrojnej.

Zapewne, było to z uciążliwością okrutną dla zbiedzonego kraju. I zapewne łatwo tam było biadać z goryczą po ówczesnych politykujących salonach warszawskich, uskarżać się zjadliwie w opozycyjnych kółkach sejmowych, albo najlepiej, poufnie gderać przed potomnością w surowych pamiętnikarskich relacjach na rozrzutną, niepraktyczną, wadliwą administrację kochanego, bohaterskiego, ale pono w rzeczach administracyjnych zbyt swobodnego, zbyt łatwego, Księcia-ministra. Tej rzekomej karygodnej łatwości nie widać wcale w aktach. Widać przeciwnie, że on prowadził osobiście czujną kontrolę we wszystkich głównych gałęziach rozchodowych, że okazywał przykładną dbałość o ciągłe dostosowanie budżetu wojennego -do istotnej miary zarówno potrzeb armji, jak możności kraju. W szczegółach gospodarczych mogły być i były błędy, nawet poważne, — rzecz nie dająca się uniknąć przy ustawieniu i puszczeniu w ruch tak ogromnej i złożonej machiny, jaką była pierwsza prawdziwa, stała armja polska. Na ogół jednak gospodarka budżetowa Poniatowskiego w wydziale wojennym była ścisła, sumienna, porządna.

Zresztą, jeśli chodzi o krytykę 50-miljonowego budżetu wojskowego pod ks. Józefem dla 60-tysięcznej armji Księstwa Warszawskiego, należałoby koniecznie pamiętać, iż dla dwa razy mniejszej, 30-tysięcznej armji Królestwa Kongresowego przeciętny budżet wojskowy wynosił 30 miljonów złp. pod znaną z surowości rachunkowej administracją W. Ks. Konstantego. Zaś nadomiar trzeba by przytem uwzględnić niektóre duże nakłady wyjątkowe, zwłaszcza fortyfikacyjne i mobilizacyjne, wypadające na niekorzyść Księstwa w porównaniu z Królestwem. Godzi się także zaznaczyć, że ze wszystkich pozycji wydatkowych pod rządami Poniatowskiego najmniej podniosły się koszta utrzymania ministerjum wojny, wyrachowane nader oszczędnie, nie przekraczające nigdy stałej kwoty trzechkroć-kilkudziesięciu tysięcy złp. Sam ks. Józef zresztą z zasady nie podnosił nigdy dla siebie ze skarbu Księstwa swojej pensji ministra ani generała dywizji, zleciwszy raz na. zawsze przelewać ją na potrzeby wojska. Znaczne ministerjalne koszta reprezentacyjne, a częstokroć nawet służbowe, np. poufniejsze wywiadowcze, z własnej pokrywał kieszeni. Jedynie w r. 1813, jak widać z jego „rachunków percepty”, za kilka miesięcy pobrał pensję jako dowódca korpusu na żołdzie francuskim. Za służbę dla swoich ze szczupłego grosza rodaków nie chciał być płacony..

A przecież jego osobiste stosunki materjalne w tych ostatnich latach życia nie były wcale świetne. Raczej nawet pogarszały się stale, gdyż pochłonięty nadmiarem obowiązków publicznych, nie miał on już teraz zupełnie czasu i głowy troszczyć się o swoją fortunę. Wypadło mu znowuż, jak w najkłopotliwszej dobie dawniejszej, wdawać się w długi bez końca i to nie na pohulanki, jak bywało dawniej, lecz na ciężkie służby powinne. Musiał pożyczyć znaczną kwotę w kwietniu 1811 r., żeby mieć na ostrzegawczą podróż do Paryża, tak ważną dla losów Księstwa. Podobnież wiosną 1811 r. musiał zapożyczać się na wszystkie strony, wystawiać obligi po kilkaset talarów, żeby mieć na wyprawę bojową do Moskwy. I jeszcze w końcu stycznia 1813 r., opuszczając po raz ostatni kraj i Warszawę, musiał zaciągnąć uciążliwe długi, żeby mieć co włożyć do trzosa na drogę wygnania i śmierci.  Kiedy zaś nazajutrz po jego zgonie nieodstępny od jego boku osobisty kasjer obozowy, skrupulatny Józef Aksamitowski major, zamknie rachunki ostatniej jego kampanji, wtedy okaże się, że w kasie prywatnej Księcia — którego majątki w kraju były wtedy oddawna pod nieprzyjacielskim sekwestrem — nie było już nic, że on umarł jak ubogi bezdomny żołnierz, nie posiadając nic, prócz chyba trochy klejnotów, zaszytych podobno w ubraniu i utopionych w Elsterze.

Ale te sprawy swoje prywatne Książę-minister i wódz naczelny bez namysłu odrzucił zupełnie na plan ostatni, przestał dbać o nie zgoła, opanowany całkowicie wyższą troską o doniosłe potrzeby swego wydziału.  A troskać się przychodziło coraz częściej, gdyż te potrzeby zwiększały się coraz bardziej, kiedy natomiast coraz mniej była w stanie za niemi nadążać ograniczona zasobność skarbu krajowego.   Pokrycie budżetu wojskowego stawało się z każdym rokiem coraz trudniejszem zadaniem skarbowej sztuki ekwilibrystycznej. Żadna zaś sztuka administracyjna biur wojennych nie mogła skutecznie dać rady przy ciągłym niedoborze rzeczywistych wpływów bieżących.* Połowiczny środek ratunkowy, jakiego chwycono się w poprzednim okresie, zyskawszy mocą konwencji bajońskiej wzięcie części wojska Księstwa na żołd francuski, przy obecnym etacie zwiększonej w dwójnasób armji całkiem przestał wystarczać. W dodatku tę ulgę bardzo pożądaną, lecz w niniejszych warunkach niewiele stosunkowo ważącą na szali, jakże ciężkim haraczem krwi polskiej przychodziło okupywać. Z bolesnem uczuciem patrzył się Poniatowski na rannych, wyniszczonych, żołnierzy polskich, których jako niezdatnych do boju zaczęto od 1810 r. tłumnie odsyłać z Hiszpanji z powrotem do kraju. Pospieszył natychmiast wejść z gorącem, wstawienniczem za nimi, przełożeniem do Rady ministrów, „wzruszony smutnym ich stanem, kazawszy im zapłacić żołd za czas podróży z Hisz-panji do Warszawy i do miejsca urodzenia albo pobytu z po-‚ drożnią odesłać, a tych, którzy żadnego przytułku nie mają, do korpusu inwalidów dla pobierania żywności tymczasowie przywiązać, co uczynił także z ludźmi legjonu nadwiślańskiego, z Hiszpanji z żołdem odstawkowym przysłanymi”. Nadto z uwagi, że „po większej części są to ludzie z urwanemi częściami ciała lub tak ranami skaleczeni, że do żadnej roboty przydać się nie mogą”, przez usilne osobiste swoje starania u rządu i samego monarchy uzyskał minister wojny specjalny dekret królewski z marca 1811 r., zabezpieczający dożywotnio los tych nieszczęśliwych, bez oglądania się na zwykłe warunki kwalifikacyjne, przepisane dla inwalidów i weteranów.

Chroniczny brak funduszów w kasach wydziału wojennego pociągał za sobą dotkliwe trudności wr należytem opatrzeniu, wyżywieniu, opłaceniu wrojska. To zaś z kolei oddziaływało niepomyślnie na całą będącą w toku robotę organizacyjną, a w szczególności przyczyniało się do wywołania najopłakańszego zjawiska, do wzmożenia dezercji. „Znaczna dezercja wewnątrz kraju — donosił Radzie Stanu strapiony minister wojny latem r. 1811 — i niestawienie się napowrót wojskowych urlopowanych uszczupla znacznie liczbę wojska, przez co nigdy do postanowionego kompletu doprowadzonem być nie może, tylko przez zbyt częste pobieranie popisowych, co zawsze spo-kojność publiczną nadwerężając, szkodliwem staje się dla kraju”. Wypadło z konieczności dawrniejszą w tym względzie uchwałę Komisji Rządzącej 1807 roku i dekret królewski 1808 r. uzupełnić i obostrzyć przez surowe przepis}r karne przeciw dezercji ze stycznia 1812 r. Właściwe źródło choroby nie dawało się usunąć. Uginała się ciągle postawa finansowa, szwankował ten kardynalny nerw rzeczy wojennych, w przeżywanym przez Księstwo stanie zbrojnego pokoju mający niemniejszeznaczenie, jak w czasie samej wojny. Zalegano z najpilniejszemi wydatkami, zalegano z żołdem, bo z wypłatami zalegał skarb. W podobnych wypadkach następny wódz naczelny wojska polskiego, W. Ks. Konstanty, będzie posyłał do Lubeckiego adjutanta Kurutę, aby odbić kasy i wziąć przemocą potrzebne pieniądze. Ks. Józef oczywiście nie używał takich sposobów na Matuszewicza. Wiedział dobrze, że tu nie winien minister skarbu; wiedział, że tak wynikało z fatalności położenia; więc radził sobie i łatał jak mógł, :a gryzł się i wysilał ponad wszelki wyraz.

Tymczasem pośrodku tych wszystkich aż nadto męczących kłopotów administracji wewnętrznej nagle został zmuszony Poniatowski obrócić najwyższe napięcie myśli ku nieskończenie donioślejszym zagadnieniom wielkiej polityki światowej. Losy Europy a razem sprawa bytu i niebytu Księstwa Warszawskiego i Polski dobiegały swego rozwiązania. Francja i Rosja powolnym, niemal mimowolnym, lecz niewstrzymanym dłużej krokiem schodziły naprzeciw siebie w szranki. Rozumiano już wszędzie, że żadna siła ludzka nie jest w stanie zażegnać żywiołowego starcia dwóch znoszących się nawzajem potęg Zachodu i Wschodu.  W naprężonem oczekiwaniu wyglądano nieuniknionego pojedynku między Napoleonem a Aleksandrem. Cesarz rosyjski postanowił uprzedzić przeciwnika, śmiało cisnąć mu rękawicę, uderzyć na niego wiosną 1811 r. Chodziło o to, aby porwać za sobą Polskę, skoro Polska w gruncie rzeczy była główną sprężyną zatargu, przedmiotem przyszłej walki i nagrodą zwycięstwa.  Tutaj w Polsce musiał być punkt wyjścia ofensywy rosyjskiej przeciw Napoleonowi, jak ongi w projektach puławskich 1805 r., jak świeżo w zamysłach lwowskich 1809 r., tak samo obecnie w planach zaczepnych petersburskich 1811 r.

Chodziło tedy przedewszystkiem o to, aby porwać za sobą Księstwo Warszawskie.  W styczniu 1811 r. pismem własno-ręcznem do Czartoryskiego Adama otworzył się przed nim Aleksander, żądając wysondowania w tym względzie mężów kierowniczych Księstwa. W osobnej „instrukcji” własnoręcznej, dołączonej do tego najpoufniejszego wynurzenia, zatytułowanej „Środki, dotyczące Polaków”, zalecał Czartoryskiemu udać się niezwłocznie pod pozorem interesów do Warszawy i wskazywał mu szczegółowo główne „punkta” jego misji tutejszej. Owóż z tych dwunastu „punktów”, przepisanych przez cesarza i widocznie zredagowanych z najdojrzalszym rozmysłem, najważniejsze, rzecz prosta, dotyczyły ministra i wodza naczelnego Księstwa Warszawskiego, ks. Józefa. A więc Czartoryski winien był „7. jeśli będzie sposobność (!) widzenia się z Poniatowskim, w takim razie 8. postarać się go pozyskać, przekładając mu trudność odnowienia Polski przez Francję, srogość nieuniknionej stąd wojny, zniszczenie całego kraju i surowe środki, jakich musiałaby chwycić się Rosja dla swojej obrony; przeciwnie, 9. jeśli Polacy oddadzą się Rosji, to istnienie ich byłoby niewątpliwem…   Polska odbudowuje się przez przyłączenie jej do Rosji, Austrja wynagradza się (za Galicję) Wołoszczyzną, częścią Mołdawji, oraz swemi staremi posiadłościami: Dalmacją, Wenecją, częścią Włoch i Tyrolem; 10. jeśli te i podobne wywody wstrząsną przekonaniem ks. Poniatowskiego i będą przez niego przyjęte, w takim razie 11. przygotować w tej mierze papiery i umówić się z nim o działaniach”. Najgłówniej oczywiście zależało narazie na owych „papierach”, t. j. zobowiązaniach pisemnych, żądanych od Polaków przeciw Napoleonowi. Te zobowiązania miałyby odegrać poniekąd, tylko na wspak, rolę analogiczną do niedoszłej konwencji zeszłorocznej, żądanej od Napoleona przeciw Polakpm, gdyż, raz mając je w ręku, możnaby zużytkować je stosownie do okoliczności.

Czartoryski, odebrawszy w Puławach w drugiej połowie stycznia to niespodziane a tak niezmiernie doniosłe polecenie monarchy, odpowiedział mu natychmiast, podejmując się wykonania nie bez pewnych zresztą poważnych zastrzeżeń i wątpliwości, wyrażonych dość jasno i otwarcie. Poczem w pierwszych dniach lutego udał się do Warszawy, gdzie doszło go następnie drugie dopełniające pismo Aleksandra, przeznaczone do rozproszenia podniesionych w jego odpowiedzi wątpliwości, z dokładnem podaniem zgromadzonej nad granicą Księstwa zbrojnej potęgi rosyjskiej, gotowej w każdej chwili do uderzenia na Napoleona. Czartoryski pokazał Poniatowskiemu odebrane pisma i przełożył mu życzenia i widoki cesarskie. Ks. Józef udzielił odpowiedzi przeczącej. Skutkiem tej jego stanowczej odmowy misja Czartoryskiego odrazu padła o czem tenże, wróciwszy do Puław w początku marca, zaraz uwiadomił monarchę. Zarazem wyniszczył usłyszane w Warszawie argumenty odmowy, w których treści spokojnej i rzeczowej odbijała się całkiem wyraźnie prosta myśl niewymienionego zresztą imienia Poniatowskiego.

Położenie ks. Józefa w tej chwili było takie: Odebrał rewelację ściśle poufną. Ale ta rewelacja wagi najwyższej zapowiadała nieodwłoczny atak na powierzone mu Księstwo. Odkryć ją Napoleonowi znaczyło narazić doznane zaufanie. Nie odkryć — znaczyło gubić armję i kraj. Musiał bardzo się męczyć. 18 lutego napisał do Napoleona. Przemilczał zupełnie o uczynionem odkryciu. Unikał wszelkich pozytywnych szczegółów, jakie był wyczytał w piśmie cesarza Aleksandra. Powoływał się jedynie na informacje ogólne, z różnych stron i źródeł wywiadowczych czerpane, o gotowości wojennej i widokach Rosji. Ale ostrzegał mocno i stanowczo, błagał o przedsięwzięcie naglących środków obrony przed bliską ofensywą rosyjską.   „Honorem moim ręczę, — pisał — że taki plan ofensywny w tej chwili istotnie zajmuje myśli cesarza Aleksandra”.

Ale Napoleon tego ogólnikowego ostrzeżenia nie wziął na serjo. On wojny nie chciał, nie tracił nadziei, że potrafi, jeśli nie uniknąć, to odwłóczyć ją jak najdalej. A nie miał zaufania do „słabych głów” polskich, marzących o niej dla odbudowania swego kraju, zatem skłonnych do przyspieszenia jej postrachem nieistniejących upiorów zaczepnych ze strony rosyjskiej. Podobnież i w tym wypadku zlekceważył ostrzegawczą zapowiedź Poniatowskiego, wziął ją bądź za przywidzenie, bądź za prowokację.

Książę przeczekał kilka tygodni w stanie wysokiego niepokoju.   Posyał ponawiane ostrzeżenia, oparte na wywiadach pogranicznych, zaprzyjaźnionemu marszałkowi Davout, wodzowi naczelnemu armji francuskiej w Niemczech, więc zainteresowanemu tu bezpośrednio, gdyż na niego nasampierw zwaliłby się skombinowany atak rosyjsko-pruski. Przypominał mu precedensa ostatniej wojny austrjackiej i swoje . ówczesne, niesłusznie zlekceważone a wnet najdokładniej sprawdzone, obawy najścia Austrjaków na Księstwo. Potem ostrzegał, ciągle w wyrazach ogólnych, swego monarchę, Fryderyka-Augusta.   Wszystko napróżno.     Wreszcie, widząc, że mu nie wierzą, otworzył się przed Bignonem, dawnym swoim znajomym z Berlina, przysłanym obecnie na miejsce Serry, w marcu 1811, nowym rezydentem francuskiem przy rządzie Księstwa.  W parę dni po przybyciu Bignona do Warszawy, w końcu marca, miał z nim Poniatowski dwie rozmowy stanowcze. Odkrył przed nim prawdziwka groźbę w formie całkiem już określonej i ścisłej, ciągle przecież i teraz przemilczając dyskretnie źródło, lecz oświadczając wręcz, że jest to rzecz tak absolutnie pewna, „jak gdyby wyznanie pochodziło od samego cesarza Aleksandra.”  Poczem w początku kwietnia, korzystając z nadarzonej właśnie okazji urodzin króla rzymskiego, pod pozorem złożenia powinszowań imieniem Księstwa, osobiście udał się do Paryża. To poskutkowało. Otwarły się oczy Napoleonowi.   Natychmiast  zarządzone  zostały  nadzwyczajne  środki  ostrożności  w  Księstwie Warszawskiem, a następnie rozpoczęte olbrzymie zbrojenia we Francji.  Sytuacja wywróciła się odrazu.   Zaniechaną została tegoroczna ofensywa rosyjska, zluzowana przez przyszłoroczną francuską.

Zachowanie się Poniatowskiego w tych przejściach krytycznych 1811 r. tym większej nabywa doniosłości, im jaśniej, okazuje się cały dalekonośny zakrój niniejszego przesilenia. Przedsięwzięcie zakulisowe, okryte zasłoną głębokiej tajemnicy, niedostrzegalne dla ogółu, w rzeczywistości sięgało bardzo daleko na zewnątrz i zdążyło nawet roztoczyć nadspodzianie rozległe kręgi wewnątrz samego kraju. W drugiej połowie lutego t. r., w tym samym czasie, gdy jeszcze Czartoryski dobadywał się. nastroju, Warszawy, Aleksander zwrócił się do króla pruskiego, Fryderyka-Wilhelma III, z najpoufniejszem .również wynurzeniem swoich zamiarów zaczepnych przeciw Napoleonowi i zaproszeniem do wzięcia w nich czynnego udziału, a bez żadnej choćby jednem słowem wzmianki o Polsce. Domyślono się jednak snadnie w Berlinie, w czem była istota rzeczy. Zapewne też przez Radziwiłła zasięgnięto tam języka o usiłowaniach, podjętych przez cesarza w stolicy Księstwa. Pamiętano zresztą zbyt dobrze o własnych propozycjach kłajpedzkich, czynionych Poniatowskiemu przed czterema laty. W odpowiedzi swojej cesarzowi Fryderyk-Wilhelm podnosił znienacka, pominiętą całkowicie przez Aleksandra, sprawę „odbudowania Polski, którą W. C. M. miałeś już na widoku”. Zarazem upominał się w tym względzie o „zupełną bezinteresowność” Rosji. Żądał „zostawienia Polakom zupełnej swobody wybrania sobie króla wedle swego życzenia”; zastrzegał się bezwarunkowo przeciw „przyłączeniu Polski do imperjum (rosyjskiego), pod jakąkolwiek postacią miałoby nastąpić to złączenie”.

Jeśli z podobną ewentualnością naówczas, wiosną 1811 r., tak serjo liczono się w Berlinie, nie brakło po temu dostatecznych powodów. Jakoż odpowiednie starania rosyjskie, podjęte wtedy w Księstwie Warszawskiem, nie ograniczały się bynajmniej do uczynionych Poniatowskiemu przełożeń, lecz poza tym w najrozmaitszych rozchodziły się kierunkach. A więc z jednej strony, niezawiśle od próby Czartoryskiego, były one zasilane między magnaterją i częścią obywatelstwa przez wpływy, idące od Litwy, gdzie właśnie pod przewodem Ogińskiego Michała zajmowano się budowaniem nowego Wielkiego Księstwa Litewskiego i układaniem nowej unji. Z drugiej strony umiano zręcznie wytwarzać sobie styczność z dążeniami niezadowolonej z rządu opozycji warszawskiej, z gorącem a niewytrawnem stronnictwem patrjotyczno-emigracyjnem, wyzyskując nawet echa powstańcze 1794 r., zawody połowicznych rozwiązań tylżyckich i schoenbruńskich, oraz pomysły „Czynnej Rady” dawnych republikantów o podniesieniu kraju przeciw Francuzom dla odbudowania całej Polski, , o dyktaturze narodowej, o sprowadzeniu Kościuszki; Umiano trafiać do duchowieństwa w Księstwie, odczuwającego dotkliwie walkę Napoleona z Kościołem i radykalne nowości kodeksowe,  a oddanego pod opłakane, zalatujące jeszcze Targowicą, rządy arcybiskupa Ignacego Raczyńskiego. Usiłowano zresztą, poza osobą naczelnego wodza, trafiać do generalicji, do Rożnieckiego, Zajączka, może aż do Dąbrowskiego. Jakże łatwo było w tej mętnej wodzie wyłowić co się chciało, jakże łatwo w tym rozgardjaszu powszechnym dać sprowadzić się na manowce. A jakże trudno — zaraz dodać potrzeba — winić tutaj w czambuł, zaprzeczać dobrej wiary i woli, której napewno nie brakło, choć brakło dostatecznie jasnej orjentacji i świadomości położenia. W tym kraju — pisał życzliwy Bignon z Warszawy swemu ministrowi spraw zagranicznych — rodzice a dzieci żywią częstokroć wręcz przeciwne przekonania (polityczne)”. A mocniej jeszcze ujął bolesną prawdę sam Poniatowski w tych do Bignona wyrzeczonych gorzkich słowach: „Położenie Polaków jest bezprzykładne w dziejach, ich klęską jest mianowicie, iż są skazani niejako mieścić w swem sercu dwa sumienia”.

Ale tym ważniejszą było rzeczą w podobnem, stworzonem przez fatalność dziejową, równie wyjątkowem, jak niebezpiecznem, powikłaniu pojęć i dążności służyć narodowi nieomylną busolą i prowadzić go jedynie możliwą i dobrą, jaką dopuszczały okoliczności, chociażby najcięższą drogą istotnych jego przeznaczeń. Ten trudny obowiązek w tej trudnej dobie z zupełnem zaparciem się siebie, a co większa z rdzennie narodowem przeczuciem z mądrością serca, pełnił Poniatowski.

Pobyt ks. Józefa w Paryżu, pierwotnie obliczony na czas krótki, przeciągnął się ponad spodziewanie. Towarzyszyło wodzowi w tej podróży ośmiu oficerów i liczna świta, między innymi, rzecz wcale znamienna, książęta Konstanty Czartoryski, brat Adama i Michał Radziwiłł, brat Antoniego. Wziął również ze sobą pułkownika Rautenstraucha, szefa wydziału działań wojskowych w ministerjum wojny, a zabrał też mnóstwo memorjałów i zapisek dla przełożenia Napoleonowi. Po drodze przez tydzień zatrzymał się w Dreźnie, gdzie otrzymał urzędowe pismo wierzytelne od króla do cesarza. W Paryżu stanął pod koniec kwietnia 1811 r. Przybył wieczorem, a nazajutrz miał przez posła saskiego Einsiedla zostać prezentowany ministrom, cesarzowi, zaś przedstawić się dopiero na dragi dzień, przeznaczony na ogólną audjencję gratulacyjną }z powodu narodzin następcy tronu. Tymczasem tegoż jeszcze wieczoru; odebrał rozkaz stawienia się u Napoleona nazajutrz w.pałacu Saint-Cloud o 7 zrana. Na tym posłuchaniu trzymany był przez niego przeszło dwie godziny. Oczywiście cesarzowi pilno było oświecić się jak najdokładniej o rzeczywistem położeniu rzeczy na-swoich dalekich forpocztach warszawskich.

Odtąd Książe całkiem wyjątkowym sposobem stale był wyróżniany na dworze cesarskim.  O „prezentacjach” przez ; Einsiedla nie było więcej mowy.  Książę wszędzie wprowadzany był wprost, co dość  gorszyło dyplomatę saskiego, a niepokoiło go też potrochu, jako skazówka pewnego niepraktykowanego dotychczas wyodrębnienia Polaka i polskości od rządów saskich. Sas formalista gotów był łączyć to nawet »z dawniejszym odgłosem o zamierzanej przez cesarza zmianie dynastji w Księstwie, albo też z pojawieniem się w Paryżu Murata, dawnego kandydata do korony warszawskiej. Murat i Talleyrand, ściśle zaprzyjaźniony z obecną w Paryżu siostrą Księcia 1 panią Tyszkiewiczową, skwapliwie czynili honory wielkiego świata paryskiego swemu niegdy gościnnemu gospodarzowi z Pod Blachy. Ostentacyjnie odznaczał go sam cesarz, wzywał często na posłuchania prywatne, polował z nim w Fontainebleau, zaszczyt, który cudzoziemcowi nieczęsto się dostawał, a opublikowany zaraz w małomównym zwykle Monitorze, zwrócił aż podejrzliwą uwagę cesarza Aleksandra. Jako przedstawiciel króla saskiego i Księstwa asystował Poniatowski w czerwcu w katedrze Notre-Dame przy odbytym z największą wspaniałością akcie chrztu króla rzymskiego. Uczestniczył w świetnych uroczystościach, jakiemi z tego powodu rozbrzmiewał Paryż. Stałym bywał gościem w domach rodziny napoleońskiej i najwyższych dostojników wojskowych i cywilnych cesarstwa. Przekonał do siebie sztywnego Berthiera, ks. Neufchätelu, szefa sztabu wielkiej armji., Poznał się lepiej z Maretem, ks. Bassano, świeżo właśnie w kwietniu t. r. z powodu groźby rosyjskiej mianowanym ministrem spraw zagranicznych, gorącym przyjacielem sprawy polskiej, lecz dotychczas jeszcze z dni Warszawy i Finckensteinu nieco sobie nieufnym; odtąd dopiero szczerym swoim zwolennikiem. Na ogół, rzecz w interesie dobra kraju niemało ważna, mocniej utrwalił swoje stanowisko osobiste przy tronie i rządzie francuskim, z tyłu stron i względów rozlicznych na szwank narażone. Wszędzie zresztą, gdzie się ukazywał, rycerską postawą, ujmującem obejściem, bijącą w oczy szlachetnością zdobywał sobie serca. Zbliżył się też podczas tego pobytu w Paryżu do Pauliny Borghese, pięknej i zalotnej siostry Napoleona.

Śród wiru zabaw światowych nie zaniedbywał przecie interesów swego kraju i wydziału.   Był on wtedy w stolicy Francji bardzo potrzebny, tyleż jako najpowołańszy reprezentant sprawy Polski i Księstwa, ile jako kompetentny rzeczoznawca w zagadnieniach technicznych przyszłej wielkiej wojny, mającej sie rozegrać w przeważnej części na terenie byłej Rzpltej.   Skutkiem ostatnich jego rewelacji, poczynionych Bignonowi na wyjezdnem z Warszawy, oraz pierwszych pojaśnień ustnych, udzielonych po przybyciu do Paryża Napoleonowi, wobec nagłej groźby przemożnego ataku rosyjskiego na nieprzygotowane Księstwo Warszawskie, powzięta została najpierw przez cesarza w połowie kwietnia i początku maja jedynie wykonalna decyzja obronna. Na wypadek wtargnięcia nieprzyjaciela nakazaną została niezwłoczna ewakuacja linji Wisły, ułożony gwałtowny rzut w tył z myślą prowadzenia kampanji na zachód od Odry.   Kiedy następnie okazało się, iż pierwotny plan zaczepny Aleksandra, chybiony w znacznej mierze skutkiem odmowy Poniatowskiego, na wiosnę tegoroczną ostatecznie został zaniechany, przystąpiono z większym spokojem do obmyślenia w razie konieczności wielkiej akcji zaczepnej francuskiej na rok następny.   Że ta konieczność ominąć się nie da, o tym nikt bardziej nie był prze-świadczony, jak ks. Józef, stawający w przedniej straży naprzeciw Rosji.   Nie unosił się on bynajmniej temperamentem bojowym.  Przeciwnie wstrzymywał się od wojowniczego hałasu ówczesnej niezwykle licznej kolonji polskiej w Paryżu. Bez gorączki i nienawiści, z umiarkowaniem zupełnem po prostu stwierdzał, że  fatalnego wybuchu ani uniknąć, ani już dłużej   odwlec   niepodobna.    Stoimy naprzeciw siebie — mówił — z nabitą i wycelowaną bronią; nareszcie z którejkolwiek strony musi ona sama wypalić.

Zdaniem swojem rozważnem, informacją dokładną przykładał się pożytecznie do ostatecznego rozjaśnienia sytuacji. Był bardzo przydatny do odparcia błędnych, nieprzychylnych dla Polski relacji Caulaincourta, przybyłego w czerwcu do Paryża po odwołaniu z ambasady petersburskiej, gdzie w sposób dosyć podejrzany przejął się pojęciami samego Aleksandra. Przykładał się też do rozwiania przywiezionych przez szczególnego tego posła szkodliwych namów i złudzeń. Był bardzo na rękę do skutecznego poparcia przysłanego z Warszawy ministra skarbu Matuszewicza w jego staraniach o niezbędną dla Księstwa pożyczkę francuską. Przede wszystkiem jednak zajęty był robotą zawodową w najaktualniejszych obecnie rzeczach czysto wojskowych. Pracował z ministrem wojny, ks. Feltre, szefem wielkiego sztabu ks. Neufchatelu, samym cesarzem Napoleonem. Owocem tych prac jego paryskich było: uzupełnienie fortyfikacji Modlina na podstawie szczegółowego jego raportu, złożonego cesarzowi o stanie twierdzy; nowa dyzlokacja wojska polskiego na wypadek działań wojennych; aukcja V, X i XI pułku piechoty przez czwarte bataljony i formacja z nich, wraz z IX jazdy, nowej dywizji, pomnożenie wszystkich jedenastu pułków piechoty konsystujących w Księstwie o jedne kompanję zakładową każdego; utworzenie artylerji pułkowej na wzór francuski przez przydanie dwóch dział do każdego pułku piechoty itd. Oprócz tego z gabinetu cesarskiego, wielkiego sztabu, minister jum wojny, zwracano się „codziennie” do Poniatowskiego ze szczegółowemi zapytaniami w niezliczonych doniosłych kwestjach, dotyczących ogromnego, wziętego już na warsztat napoleoński, planu przyszłorocznej kampanji rosyjskiej. Do wypracowania samego tego planu pociągnięty był również ks. Józef.

Jednak w rzeczy bardzo ważnej, a jak się wnet okazać miało najważniejszej, nie znalazł posłuchu. Książę na ówczesnych konferencjach w Paryżu z cesarzem kładł nacisk na prowincje południowo-zachodnie jako pierwszorzędny objekt strategiczny. Sam ofiarował się z całą armją Księstwa Warszawskiego maszerować na Wołyń. Znał tamten teren, a łaknął zapewne powetować swą nieszczęśliwą z przed dwudziestolecia kampanję ukrainną. Wyobrażał sobie widocznie z tej strony przedsięwzięcie analogiczne do swej ostatniej szczęśliwej wyprawy galicyjskiej. Ale ta myśl ks. Józefa, podobnież jak pokrewny plan Michała Sokolnickiego, została odrzuconą przez cesarza. Sokolnicki od czasu kampanji galicyjskiej, gdzie tak dzielnie się sprawił, choć posunięty na generała dywizji, czuł się ciągle pokrzywdzonym i boczył się na naczelnego wodza. Duch śmiały i twórczy, ale niespokojny, porwany wysoką ambicją,  świadomą niepospolitych istotnie swoich zdolności, nie chciał zalegać pola ua dowództwie okręgiem wojskowym radomskim. Wyrwał się w niniejszej chwili przełomowej do Paryża, do ogniska olbrzymich robót przedwojennych. Dostał się do Napoleona, zajął go, a zarazem ponowił na ostre rywalizację z Poniatowskiem. Doprowadził do przykrego z Księciem zatargu, zakończonego ustąpieniem swojem z armji Księstwa i przejściem do służby francuskiej. Ks. Józef następnie, podczas kampanji 1812 i wiosną 1813 r., miał nieraz jeszcze dotkliwej doznawać nieprzyjemności skutkiem nie-chętnych przy boku cesarza wpływów Sokolnickiego, jednego więcej objawu szkodliwej dążności spółzawodniczej wśród własnych szeregów polskich.

Tymczasem w początku sierpnia już miał Książę opuścić stolicę Francji, ułatwiwszy się z najpilniejszemi zajęciami tutejszymi, a spieszno mając do domu, gdzie wypadało zabrać się corychlej do pilnych przygotowrań wojennych. Doznał na wyjezdnem uprzejmych dowodów łaski osobistej Napoleona. Otrzymał z rąk jego piękną, sadzoną brylantami, tabakierę.  Natomiast rozpuszczona pogłoska o darze pieniężnym nie była zasadną i sprowadzała się do pożyczki zwrotnej, udzielonej mu na zapłacenie długów pani Tyszkiewiczów ej. W ostatniej jeszcze chwili na życzenie cesarza został przez ministra spraw zagranicznych skłoniony do odłożenia wyjazdu. Stało się to zapewne z   powodu sensacyjnego  wystąpienia  w sprawie  rosyjskiej i polskiej, do jakiego gotował się Napoleon. Jakoż niebawem, na uroczystem przyjęciu ciała dyplomatycznego w dniu imienin cesarskich, w połowie sierpnia, nastąpiła słynna owa scena, kiedy Napoleon wobec zgromadzonych przedstawicieli wszystkiej Europy wybuchnął piorunującemi słowy do posła rosyjskiego, Kurakina, obnażył ukrytą ranę, odsłonił istotę zatargu, objawił, iż chodzi tu o Polskę i dobitną rzucił zapowiedz: „Chociażby armje wasze obozowały już na wysokościach Montmartru, ja nie ustąpię ani jednej piędzi z terytorjum Księstwa Warszawskiego”. W kilka dni potem, w końcu sierpnia ks. Józef, zatrzymany widocznie dla usłyszenia jeszcze tych znamiennych wyrazów, wyjechał z Paryża z powrotem do kraju.