Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski minister wojny ksiestwa warszawskiego 1806

Szymon Askenazy: „Książe Józef Poniatowski – MINISTER WOJNY KSIĘSTWA WARSZAWSKIEGO 1806”

Arsenał 1717-1794 Skomentuj

Szymon askenazy ksiaze jozef poniatowski minister wojny ksiestwa warszawskiego 1806

ROZDZIAŁ I. POKUSA ROSYJSKA. — PROPOZYCJE PRUSKIE. — FRANCUZI W WARSZAWIE. — MURAT I DAVOUT. SPÓŁZAWODNICTWO DĄBROWSKIEGO. OBJĘCIE WYDZIAŁU WOJNY. PRZYBYCIE NAPOLEONA.

 

Jak gdyby z długiego letargicznego uśpienia zbudziły ks. Józefa podstępujące coraz bliższą i górniejszą falą potężne odgłosy epopei napoleońskiej, coraz jaśniej, coraz konieczniej ogniskowane ze światowej zachodniej oddali w samym ośrodku ziem i rzeczy polskich. Ale przyszły one do niego nasampierw wprost z przeciwległego wschodniego krańca.

Od lata 1805 r. gotowała się trzecia wielka wojna koalicyjna, austro-rosyjska wyprawa przeciw Francji. Lecz jej ostrze od strony rosyjskiej kierowało się naprawdę nie tyle przeciwko młodemu cesarstwu Bonapartego i jego odległym zdobyczom wojennym, ile przeciw sąsiedniemu królestwu Hohenzollernów i jego dawniejszym nabytkom podziałowym, mierzyło nie tyle gdzieś daleko nad Ren i Sekwanę, ile tuż pod ręką nad Narew i Wisłę. Podniesienie sprawy polskiej w najszerzej zrozumianym interesie rosyjskim, w duchu pierwotnej wszechobejmującej koncepcji Piotra Wielkiego, przemyśliwającego o zagarnięciu wszystkiej Polski, a wbrew rozbiorowej praktyce Katarzyny II, dopuszczającej dwóch sąsiadów do spółki podziałowej, stanęło na porządku dziennym. Rachowano w tym względzie na pomocne współdziałanie samej Polski, na porwanie za sobą zagarniętych i uciskanych przez Prusy najrdzenniejszych dzierżaw byłej Rzeczpospolitej. Rachuba taka w owej chwili nie była pozbawioną niektórych podstaw wcale poważnych. Zdawały się przemawiać za nią okoliczności zewnętrzne i wewnętrzny nastrój kraju. Mgliste, tajemnicze, a ożywcze i Świetne, zapowiedzi z tej strony znajdowały grunt podatny w zmęczonej próżnym oczekiwaniem Warszawie. Po tylu zawodach od Europy, tylu rozczarowaniach od Pierwszego konsula, zabójcy legionów, wciąż jeszcze za siódmą rzeką widziano nieznanego imperatora Zachodu. A tymczasem dobrodzieja Litwy, imperatora Wschodu, widziano nadciągającego na Wilno i Brześć na czele licznych i bitnych wojsk, z łaskawym słowem na ustach, otoczonego urokiem zbrojnej potęgi i wspaniałych zamysłów restytucyjnych, niosących niebawne wyzwolenie od znienawidzonych rządów pruskich. Poruszyła się stolica, zatrwożyły się miejscowe władze pruskie. Zjawił się tutaj także ks. Antoni Radziwiłł, główny rzecznik polsko-pruskiego porozumienia, wyczuł groźne oznaki niebezpiecznego nastroju duchów i niepokojące wieści zawiózł do Berlina.

 

Z końcem września t. r. cesarz Aleksander I, ciągnąc na pierwszą swoją walną z Napoleonem rozprawę, stanął kwaterą główną w domu książąt Czartoryskich w Puławach.   Cesarz szedł na Francję, ale przede wszystkim podówczas myślał on iść na Prusy, na pruską Warszawę.  Wielki plan odnowienia Królestwa Polskiego pod berłem domu Romanowów, częściowo tylko urzeczywistniony po latach dziesięciu na kongresie wiedeńskim, wtedy to właśnie, na naradach puławskich, pod kierownictwem rosyjskiego ministra spraw zagranicznych, ks. Adama Czartoryskiego, gotował się w całej pełni.  Za pośrednictwem Czartoryskiego wtajemniczony został w ten plan ks. Józef. Już nawet miał on sobie powierzone stanąć na czele akcji w Warszawie. Lada dzień spodziewano się tutaj wjazdu monarchy z Puław. Tam tymczasem dokoła niego zbiegali się najwybitniejsi ludzie z całego kraju, bez różnicy stronnictw, z przedwstępnym niejako aktem hołdowniczym. Zaś śród nich, z pobliskiego Kurowa, pamiętnego ze smutnych scen obozowych z lipca 1792 r., stawił się przed oblicze wnuka Katarzyny i łaskawie został przyjęty główny nawet, ongi nieprzejednany przeciwnik Rosji i zwolennik Prus na Sejmie czteroletnim. Stawił się marszałek Ignacy Potocki, który wszak jeszcze po katastrofie ostatniego powstania  był rozwijał śmiele przed Suworowem na dymiącej się Pradze tę samą myśl ratunkową, jaka obecnie dojrzewać się zdawała na pokojach puławskich.

 

Jeden tylko Poniatowski, choć uprzedzony i do sekretu — zresztą nie bez pewnych chyba zastrzeżeń — dopuszczony, lecz bacznie pilnowany przez władze pruskie, wysiadywać musiał w Warszawie, gdzie czekano tylko znaku do rozpoczęcia działań przeciw Prusakom. Tymczasem jednak w nader kłopotliwym swojem położeniu tutejszym na próżno wypatrywał zapowiadanej z dnia na dzień ostatecznej decyzji.  W niecierpliwym naprężeniu oglądał się na cesarza, przeciągającego śród wahań ustawicznych kilkotygodniowy pobyt puławski, wstrzymującego się z podaniem hasła, z rozpoczęciem akcji, odciąganego przez Prusy. Dopiero w drugiej połowie października mógł powitać osobiście monarchę, przecież nie z zapowiedzianym wjazdem w Warszawie na Zamku, tylko przejazdem, z ominięciem stolicy, na przelotnej gościnie w pałacu wilanowskim.

Cesarz, zmieniwszy najzupełniej postanowienie, zarzuciwszy myśl tak długo pieszczoną, podawszy ucha głosowi przestrzeżonego Berlina, nagle wyruszył z Puław. W Kozienicach, z równą serdecznością, jak wczorajszych hołdowników polskich, powitał królewskiego wysłańca pruskiego, generała Kalkreutha. Wystosował stąd pismo najczulsze do Fryderyka-Wilhelma III, gdzie zapewniał, iż te ostatnie dni puławskie były „najnieszczęśliwszą epoką jego życia, okresem cierpień największych” i donosił, iż spieszy „wypełnić najdroższe pragnienie swego serca”, rzucić się w braterskie objęcia króla-sprzymierzeńca. Dopiero wtedy, w postaci z gruntu odmienionej, nie jako nowy władca, lecz jako prosty podróżnik otarł się dyskretnie o polską stolicę, zajechał przed wieczorem do Aleksandrostwa Potockich do Wilanowa. Spożył tu kolację w najściślejszym kole obojga gospodarstwa, Czartoryskiego, nieodstępnego już Kalkreutha i pani Tyszkiewiczowej, unikając wszelkich rozmów politycznych. Zaraz po noclegu udał się w dalszą podróż, nie przez Warszawę, lecz lin ją okopów, na Czyste, gdzie na chwilę tylko podczas przeprzęgu wysiadł dla powitania nielicznej stropionej garstki, przybyłej z miasta pod czujnym okiem asystujących urzędników i oficerów pruskich. Ks. Józef, który poprzedniego wieczora, również proszony do Wilanowa, był wymówił się przez siostrę, tego dnia nad samem ranem stawił się na to pierwsze i ostatnie swoje spotkanie z cesarzem Aleksandrem I. Doznał przy tym widzeniu się dowodów zaufania monarchy. Odprowadzał go stąd konno ku Nieborowu, — ale już na drogę wiodącą do Berlina, do sojuszu, nie do wojny z Prusami, a tym samem wiodącą do odroczenia, właściwie zaś do zaniechania tamtego wielkiego odnowicielskiego planu.

Miewał jeszcze Książę przez kilka tygodni następnych u siebie Pod Blachą przyjazne odwiedziny generałów rosyjskich, Michelsona, Wołkońskiego, Suchtelena, Essena, Bennigsena, spieszących za cesarzem na plac boju. Jednak na zwycięską ich otuchę nie mógł już zapatrywać się bez wewnętrznej rezygnacji, ani też bez wstrzemięźliwej rezerwy brać do wiadomości ich zachęcających przyrzeczeń, zwłaszcza zaś niebezpiecznych kuszeń sprytnego Bennigsena, dotychczas generał-gubernatora Litwy, dobrego znawcy stosunków i ludzi polskich, skłonnego wyzyskać iluzje puławskie w sposobie jak najmniej pożądanym.

Wkrótce potem, z początkiem grudnia, nastąpiła bitwa pod Austerlitzem. Aleksander, pospołu z Austriakami sromotnej od Napoleona doznawszy porażki, w ucieczce powrotnej do Petersburga pędem i po kryjomu przebiegł ziemie polskie. Zatrzymał się na krótkim jeno i smutnym w Międzyrzeczu u Konstantego Czartoryskiego popasie, jakże odmiennym od niedawnej, świetnej gościny puławskiej. Na razie prysły doszczętnie wszystkie z tej strony widoki. Poddana została zaprzeczeniu naprzód sama idealna chęć odnowicielska, potem realna potęga, mająca ją urzeczywistnić. Płynąca stąd nauka zapadła głęboko w duszę ks. Józefa.

Ledwo jednak spaliła na panewce ta niefortunna próba i pokusa, a już niebawem, po kilku miesiącach, otwierała się inna, całkiem pokrewna, z wręcz przeciwnej strony pruskiej, skoro zaraz w następnym 1806 r. dobiegał wybuchu nowy zatarg wojenny Prus z Napoleonem. Zjawiły się w tej samej chwili rozległe propozycje polskie od dworu i gabinetu berlińskiego. Ks. Antoni Radziwiłł wspólnie z Feliksem Łubieńskim redagowali w Berlinie latem t. r. projekt ustawodawczy na podstawie liberalnych „Prawideł”, aprobowanych uprzednio przez Fryderyka-Wilhelma III. Zarazem za zgodą królewską układany był pospiesznie przez Radziwiłła plan legii prusko-polskich. Zaś oczywiście przede wszystkim pomyślano znowuż o pozyskaniu ks. Józefa, najpierwszej w Warszawie osoby. Starano się zabezpieczyć sobie „przystąpienie dobrze myślącego Poniatowskiego”. Znowuż więc, tym razem przez Radziwiłła jak poprzednio przez Czartoryskiego, został on mimo woli wtajemniczony w te nowe konsyderacje i widoki. Aliści i tym razem miecz napoleoński inaczej rozstrzygnął. Jak przedtem Austerlitz, tak teraz Jena przecięła jednym zamachem wszystkie te, tak sztuczne atak kruche i śliskie, pomysły. Prusy same legły u nóg zwycięzcy. Francja stanęła nad Wisłą. Dziejów polski porozbiorowej nowa otwierała się era.

Zakotłowała się nieznanym od dawna, gorączkowym życiem Warszawa. Opuszczone przez Prusaków miasto zajęli Francuzi pod Muratem. Wnet pojawiły się tutaj oddziały wielkopolskie Dąbrowskiego, zjechał wreszcie Napoleon. Śród tych warunków nadzwyczajnych drażliwym niezmiernie stawało się raz jeszcze położenie ks. Józefa. Tego człowieka, tak na wskroś prostego, stale, jakby z umysłu pogrążało przeznaczenie w coraz zawilsze i trudniejsze komplikacje. On onegdaj miał przeciw Francji tryumfalnie wprowadzić do Warszawy króla Fryderyka-Wilhelma; dzisiaj przeciw Rosji i Prusom wstępował tu zwycięzcą Napoleon. Był w tym zgrzyt bardzo ostry, rzut bardzo gwałtowny i niebezpieczny.

Jeszcze przed pojawieniem się Francuzów, już z chwilą ustępowania Prusaków zaczęły się kłopotliwie powikłania. Wojska i władze pruskie, jak najdłużej ukrywając wiadomość o październikowej klęsce jenajskiej, gotowały się na gwałt do opuszczenia Warszawy. Przeciągały forpoczty rosyjskiego korpusu Bennigsena, przeznaczone pierwotnie nad Bzurę, potem znów wycofane na Pragę. Kozacy i maruderzy pruscy przebiegali ulice; wywożono pospiesznie efekta skarbowe, gotowano się do spalenia mostu. Samo miasto zostawiono bez rządu, niebronne, narażone na wszelkie wybryki swawoli, może nawet na rabunek generalny ze strony cofających się wojsk pruskich. Zaniepokojony magistrat nagląco upominał się u wychodzących władz pruskich o złożenie przynajmniej w czyjeś pewne ręce bezpieczeństwa miasta. Samo stanowisko ks. Józefa jego mianowicie powoływało do objęcia tego obowiązku. Lecz zarazem jego zażylszy od lat kilku stosunek do rządu i dworu pruskiego w tym wypadku na naturalnego obrońcę losów oddanej sobie Warszawy rzucał pewien cień, jak gdyby na urzędowego depozytariusza interesów pruskich.

W połowie listopada 1806 r. Fryderyk-Wilhelm, sam w ucieczce przed pościgiem francuskim, wystosował z Grudziądza pismo odręczne do Księcia. Oddawał mu w opiekę Warszawę, zalecał utworzyć „milicję obywatelską” i stanąć na jej czele. Tytułował go tutaj król po raz pierwszy mon cousin, przemawiał do niego z niezwykłą serdecznością, z naciskiem podnosił, iż jego „patriotyzm jest mi równie dobrze znany, jak przywiązanie do mojej osoby i monarchii”. Było to poniekąd przedstawienie rachunku za dobrodziejstwa berlińskie. Była rzecz w obecnej porze, w przededniu ukazania się Francuzów i powszechnego podniesienia się kraju przeciw Prusakom, dość niemiła i kompromitująca.

Książę władzę sobie powierzoną objął, polecenie spełnił, milicję utworzył, uzbroił, odwachy nią obsadził, bezpieczeństwo stolicy zapewnił. Ale zarazem wyraźnie objawu, że czyni to dla miasta, nie dla „monarchii”, z ramienia współobywateli, nie Prusaków. „Przyjąwszy stosownie do życzenia mieszkańców Warszawy, — oświadczał w wydanej z tego powodu proklamacji — zezwoleniem władz rządowych zatwierdzonego, powierzoną mi od nich zwierzchność w mieście końcem utrzymania porządku i bezpieczeństwa wewnętrznego… z uczuciem wdzięczności przychodzi mi dziękować współobywatelom moim za chlubny ten dowód ufności i zapewnić ich uroczyście, że w oczekiwaniu swojem zawiedzeni nie będą”. W takiej to, bądź co bądź nader drażliwej sytuacji, a w charakterze wcale skromnym, jako dowódca paruset uzbrojonych w piki „milicjantów” warszawskich, dawny wódz naczelny powracał na scenę publiczną.

Już po kilku dniach, w końcu listopada, był skrępowanym, milczącym świadkiem entuzjastycznego przyjęcia, zgotowanego przez Warszawę pierwszym oddziałom awangardy francuskiej. Dnia następnego, o zmroku, sam witał u rogatki miejskiej wjeżdżającego Murata. Zaś z właściwym sobie rycerskim uporem, brzydząc się wszelką postacią tchórzostwa, niczego nie chcąc wypierać się ani ukrywać, witał go z zawieszonymi na piersi orderami pruskimi.  Nazajutrz wkroczył do Warszawy surowy marszałek Davout, główny Prusaków pogromca, wsławiony świeżo zwycięzca z pod Auerstedt, a dawny prosty wolontariusz Dumourierowski z czasów brukselskich ks. Józefa. Wywiązał się obecnie między nimi obydwoma pewien doraźny stosunek naprężenia i nieufności.  Natomiast szybko zeszedł się Książę z impulsywnym Muratem, pociąganym ku niemu niektórymi wspólnymi rysami charakteru. Zresztą szwagier Napoleona rywalizował wtedy z Davoutem.  Nie bez rozmysłu uprzedził on w Warszawie rozżalonego marszałka, a objąwszy tutaj  tymczasowo godność namiestniczą, przemyśliwał dla siebie o koronie polskiej.

Książę zaraz na drugi dzień rozmówił się z Muratem poważnie o sytuacji ogólnej i swojej osobistej. Dal wyraz swemu poczuciu odpowiedzialności wobec narodu; wystawiał niepodobieństwo powszechnego poruszenia powstańczego przeciw Prusakom i Rosjanom bez udzielenia wprzódy należytej rękojmi, zapewniającej losy kraju i zabezpieczającej od niemiłosiernego w następstwie odwetu. Żądał tedy takiej rękojmi pod postacią publicznej deklaracji cesarza Napoleona o przywróceniu Polski. Wzmiankował też o zeszłorocznych zamysłach puławskich cesarza Aleksandra. Mówił o królestwie i o królu polskim, a uchylając wszelkie pozory ambicji własnej, stwierdzał, że w okolicznościach obecnych korona oczywiście spocząć może jedynie na skroni cudzoziemca, czym utrafił zapewne w widoki kandydackie samego Murata. Deklarował się wreszcie osobiście z chęcią zupełnego poświęcenia się, lecz na rzecz poręczonej sprawy narodowej, a nie na łaskę i niełaskę obcej służby cesarskiej.

Murat zrozumiał czystość tych pobudek, ocenił ich słuszność, w tym samym duchu w raporcie do cesarza przełożył oświadczenia książęce. Z wrażliwością południowca, może już trochę z sympatią przyszłego monarchy, malował wybuchową serdeczność doznanego od Warszawy przyjęcia, opisywał łzy, okrzyki, iluminacje. „Nie mogę lepiej oddać tego widoku, jak przypominając dzień, kiedy Wasza Cesarska Mość odbywałeś swój wjazd do odzyskanego Mediolanu”. Zarazem zaś niedwuznacznie solidaryzował się z wyniszczeniami Poniatowskiego, którego nazywał „człowiekiem rozsądnym, niesłusznie podejrzewanym o sprzyjanie Prusom i Rosji, lecz naprawdę dobrym Polakiem”.

Równocześnie jednak Davout, zasięgnąwszy informacji z postronnych, gorętszych a nieprzyjaznych Księciu źródeł warszawskich, z podejrzliwą niechęcią piętnował nieoczekiwane i niedogodne zastrzeżenia Poniatowskiego. „Duch w Warszawie jest wyborny — donosił ze swej strony do sztabu głównego, — ale magnaci korzystają ze swego wpływu dla uciszenia zapału, jaki ogarnął żywioły mieszczańskie. Przerażeni niepewną przyszłością, dają oni dość wyraźnie do zrozumienia, że nie wystąpią otwarcie, póki przez ogłoszenie niepodległości kraju nie będzie im dostarczona gwarancja jej utrzymania”.

Tymczasem dokoła Napoleona, rezydującego naprzód w zdobytym Berlinie, teraz już w uwolnionym Poznaniu, zbiegali się Dąbrowski, Zajączek, widzowie legii, przedstawiciele oswobodzonej Wielkopolski. Przychodzili do głosu ludzie zapału i czynu, a odzywały się też niewątpliwie echa zadawnionej nieufności, rozżalenia i spółzawodnictwa przeciw ks. Józefowi. Sam cesarz miał powody do niezadowolenia. Pierwotną jego myślą była insurekcja w Warszawie, rozbrojenie i uwięzienie załogi pruskiej i wyprawienie tam natychmiast Dąbrowskiego, celem niezwłocznej formacji gwardii narodowych i werbunku batalionów liniowych na wielką skalę. Już nawet był wydał zawczasu Davoutowi rozkaz w tej mierze o wsparciu insurgentów warszawskich przez trzy dywizje jazdy, zalecając mu jednak bezwarunkowo unikać wszelkich zobowiązań i bodaj zachęt na piśmie, czynić wszystko sans écrire”.

Zamiast tego nie tylko załoga warszawska uszła cało, miasto się nie ruszyło, lecz jeszcze w dodatku Poniatowski dopominał się o rękojmie. „Polacy, okazujący tyle .ostrożności — odpisał cesarz gniewnie z Poznania Muratowi, — i domagający się tylu gwarancji, zanim się zdeklarują, są to egoiści, których nie rozpala miłość ojczyzny… Znam lepiej od Ciebie Poniatowskiego, gdyż od lat dziesięciu zajmuję się sprawami Polski. Jest to człowiek lekkomyślny, niekonsekwentny,… cieszy się on w Warszawie małym zaufaniem”. Nazajutrz posłał do Warszawy Dąbrowskiego „dla udzielenia wszelkich wskazówek niezbędnych do organizacji wojska”, przez co właściwie czynił Poniatowskiego zupełnie zbędnym. Jeszcze po dniach kilkunastu wysłał tam w jego tropy Zajączka, dyszącego nienawiścią dla Księcia.

Położenie od razu zaostrzało się nadzwyczajnie. Przemożny nacisk okoliczności dotykalnie obejmował ks. Józefa. Ale on rezygnować dłużej ze swych obowiązków nie chciał, nie mógł. Jeszcze przez tydzień, jak się zdaje, ważył w sobie nieuniknione, nieodwłoczne postanowienie. A tu tymczasem w początku grudnia stawił się w Warszawie lecący z Poznania Dąbrowski, okryty narodową zasługą i zaufaniem cesarskim, gotowy do objęcia naczelnej władzy wojskowej. Wystąpił on tu nawet w pierwszej zaraz chwili już w charakterze naczelnika. Tworzył własną kancelarię, gotował od siebie odezwę od stolicy. Warszawa z uwielbieniem przyjęła spracowanego, a sprawiedliwie ambitnego, twórcę legionów, ongi dzielnego, szczęśliwszego od Księcia obrońcę Powązek. W rzeczy samej po Kościuszce, który Napoleonowi odmówił, Dąbrowski był niezaprzeczenie jedynym wodzem, powołanym do objęcia teraz naczelnego stanowiska, gdyby go nie objął Poniatowski. Dłużej namyślać się nie było sposobu. Nie było sposobu upierać się przy warunkach, zapewne nader zasadnych, dyktowanych przez dobro publiczne, lecz, jak się okazało, niewykonalnych. Książę tym razem nie mógł, jak w 1794 r., zostać podkomendnym już nie dyktatora, lecz legionisty, zostać niczym. Nie mógł, jak przed dwunastu laty, pójść na miejsce drugorzędne. Nie był już na to dosyć młody, a zbyt wiele miał do odrobienia. Miał do wyboru albo stanąć na czele, albo zniknąć na zawsze. Wybrał pierwsze, po długich zewsząd, a zwłaszcza od Murata, naleganiach. Wybrał po głębokim namyśle, a z zupełną świadomością, że po raz ostatni przestaje być człowiekiem prywatnym, że całego siebie nieodwołalnie oddaje nowym losom sprawy publicznej na życie i śmierć. Im dłużej rzecz w sobie wprzódy ważył, im swojej odpowiedzialności był świadomszy, tym ściślej i jaśniej postanowienie swoje wreszcie objawił. Zapadło ono ostatecznie tegoż wieczora grudniowego, kiedy przybył do Warszawy Dąbrowski, kiedy zatem chwili dłużej nie było do stracenia.

Ta data 6 grudnia 1806 r. ważną była w jego życiu. Rozpoczynała nowy siedmioletni okres jednolitej, dozgonnej, służby dla kraju, końcowy okres najcięższego i najświetniejszego wysiłku, kiedy miał on nareszcie okazać pełną miarę swojej wartości, wzejść stopień po stopniu na swoje miejsce pomnikowe w sercu i dziejach narodu.

Książę tego wieczora otworzył się przed Muratem. Wyraził gotowość objęcia wydziału wojny, zastrzegając się przeciw ubieżeniu go przez Dąbrowskiego na tym odpowiedzialnym posterunku. Ale zarazem zastrzegł stanowczo, że żąda od Murata wyraźnego na to rozkazu w imieniu Napoleona. Żądanie było razem roztropne i godne: okrywało poczytalność moralną Księcia, precyzowało polityczną cesarza. Znamionowało w powziętej decyzji nie samą tylko odruchową pobudkę żołnierską, ale głębsze ujęcie racji stanu. Powziąłem tę decyzję — w tych wyrazach odezwał się wtedy ks. Józef przed Muratem — nie jak „entuzjasta, nie mający nic do stracenia”, ale „z dojrzałą rozwagą” człowieka, na którego „można liczyć”. Odtąd czynem nieprzerwanym, wreszcie krwią serdeczną przypieczętuje on te proste wyrazy: że na niego liczyć można. Szlachetny Francuz, który od razu ocenił go i pokochał, natychmiast zaszczytnym rozkazem dziennym na mocy najwyższej swej władzy zastępczej polecił mu urzędownie przywdziać z powrotem dawną rangę w stanie czynnym jenerał-lejtnanta, jaką piastował w b. armii Rzeczpospolitej, objąć komendę sił}’ zbrojnej polskiej i zająć się jej organizacją w tych prowincjach, gdzie to jeszcze uskutecznionym nie zostało. Zniweczone zostały tym sposobem w zarodku spółczesne kroki warszawskie Dąbrowskiego. Nazajutrz, na mocy tej prawomocnej uchwały namiestnika cesarskiego, wystąpił Książę w przywróconym sobie charakterze urzędowym. Utworzył sztab przy swojej osobie, wydał gorącą odezwę do „kochanych kolegów i towarzyszów broni”, zarządził powołanie dawnych oficerów* polskich. Rozpoczął jednym słowem natychmiast powierzone sobie, acz jeszcze nie dość ściśle określone, czynności organizacyjno-wojskowe.

Jednakowoż na doraźnej powadze namiestniczej Murata niepodobna było ustatkować działalności tak doniosłej, a z tylu stron kwestionowanej.   Wypadało zyskać przede wszystkim wyższą sankcję osobistą samego cesarza. W drugiej połowie grudnia powitał Poniatowski przybyłego do Warszawy Napoleona.  Przyjęty był w pierwszej chwili dość chłodno, nawet surowo. Usłyszał od cesarza wyrzut bardzo ostry, że stawiał ów warunek, ów uprzedni rozkaz w imieniu cesarskim, zażądany i otrzymany od Murata. Nie zrażał się jednak, nie oglądał na dobrze sobie wiadome zatrute podszepty do cesarskiego ucha.  Nie występował jako dworak, lecz jako sługa swego kraju.   Zdał cesarzowi ścisłą sprawę techniczną ze stanu rzeczy wojskowych.  Nie wahał się spełnić także wyższego obywatelskiego obowiązku, przedkładając mu zarazem otwarcie i mocno ogólniejsze zagadnienia narodowe. Ks. Józef spokojnie, jak mu każe sumienie, referujący po raz pierwszy przed chmurnym, nieufnym jeszcze, cesarzem Napoleonem na Zamku królewskim: — jakiż to obraz uderzający myśl i wyobraźnię.   Jakież uczucia w takiej chwili musiały budzić się i burzyć w górnej duszy Poniatowskiego.  On stał, świetny, dorodny mężczyzna, pogromca serc niewieścich z Pod Blachy, przed tym małym, szarym człowiekiem,  pogromcą państw i ludów z pod Piramid, Marengo, Austerlitzu i Jeny, który z krańców świata przyszedł rządzić w tym Zamku, w którym on się prawie wychował.   Stał, polski książę krwi, bogato uposażony od samej kolebki, przed tym ubogim korsykańskim szlachcicem, upośledzonym przez urodzenie, który był porucznikiem artylerii, kiedy on był naczelnym wodzem, który był jeszcze w mroku i tłumie, kiedy on był już u wielkiego ołtarza, a który potęgą geniuszu i woli wyniósł się na najpierwszego wodza, najpierwszego Francuza, najpierwszego Europejczyka.   Stał, 44-letni, a poczynający dopiero, przed tym 38-letnim, przed młodszym, który już doszedł. A tu za nim widział młodzieńcze, śmiałe, twarze oficerów rodaków, opalone prochem stu bitew, znaczone zaszczytnymi blizny, promieniejące sławą i nadzieją.   Cała szlachetna ambicja, tak długo ściągnięta w cuglach, ukrócona, upokorzona, musiała w nim stanąć dęba w tym mgnieniu i odtąd, niby pełnokrwisty rumak, niewstrzymanym rozpędem ponieść go na nowe życie, na piękną śmierć i chwałę nieśmiertelną.

Tymczasem położenie powszechne niesłychanie było trudnym. Wszystko było dopiero w stanie tworzenia. Losów ostatecznych wojny, ani kraju, niepodobna było przewidzieć. Napoleon zniweczył Prusy, ale nie przełamał jeszcze Rosji.

A miał pod bokiem pobitą w roku zeszłym Austrię, gotową zerwać w każdej chwili narzucony jej pokój i poszukać na nim odwetu, skoro tylko powinie mu się noga. Tedy pomimo dotychczasowych tryumfów nie przesądzał on końca wyprawy. Oceniał na chłodno grożące niebezpieczeństwo i z oględnością wielką, rezerwując sobie odwrót zarówno militarny, jak polityczny, prowadził tę pierwszą swoją kampanię polską na ziemi polskiej z ominięciem stanowczej decyzji w sprawie polskiej.

Już w grudniu, po kilku dniach zaledwo, wyleciał z Warszawy do wojsk nad Narew. W początku stycznia 1807 r. znowuż na dłuższy czas, tym razem blisko miesięczny pobyt, wrócił do stolicy. W parę dni po jego powrocie, ks. Józef, nieco bardziej zbliżywszy się do niego i lepiej dawszy się poznać, złożył mu zasadniczy memoriał polityczny. Przemawiał tutaj ze szczerością roztropną i silną. Przedstawiał rzecz ze spokojną i przekonywującą powagą, „z punktu widzenia czysto francuskiego”. Apelował nie do sentymentu, ale do logiki. „Przyszłość Polski oczywiście myśl moją pochłania, moja krew, moje życie do niej należą, lecz okoliczności obecne nakazują mi przytłumić w głębi mej duszy uczucia wyłącznie polskie”. Tym dobitniej natomiast wystawiał argumenta czysto rozumowe, domagające się ziszczenia tamtych pragnień uczuciowych, wykładał interes francuski i europejski, najściślej zgodny z interesem polskim. Odwoływał się też do przyrzeczeń, danych przed dziesięciu laty Józefowi Sułkowskiemu we Włoszech przez jenerała Bonapartego. Wspominał doznane ciężkie i zbijające z tropu zawody; usprawiedliwiał wstrzemięźliwość Kościuszki jego „wielką i uzasadnioną odpowiedzialnością moralną”. Dosadnie malując niejasne, rozstrzelone, położenie kraju, „ja sam — pisał — czyliż nie jestem jenerałem rosyjskim, austriackim, pruskim?” Zalecał Ustawę majową, zalecał objęcie rządów nad 14-miljonową ludnością, jeśli nie przez samego cesarza, to przez członka jego rodziny, wyrzekając się na razie co najwyżej Obojga Galicji ze względu na niebezpieczeństwo austriackie. To był czysty, mężny i mądry głos obywatela.

Ale w tym samym czasie z innej strony inaczej także odzywano się do Napoleona. Generał Zajączek, śmiertelnie nienawidzący Poniatowskiego, złożył cesarzowi pismo, całkiem odmiennie brzmiące, tchnące nie tyle już krajową myślą obywatelską, ile dworacką, partyjną, emigracyjną.    Dopraszał się on ustawy i praw francuskich, nie bez słuszności zapewne oskarżając Ustawę majową o niedostateczną dla włościanina troskliwość.  Lecz przede wszystkim podsuwał ludzi do rządu, do dostojeństw, po staremu do wakansów. Oczywiście radził oddać władzę Kołłątajowi, „jedynemu człowiekowi z głową”. Natomiast odsuwał zupełnie ks. Józefa, zaciekle oskarżał, wprost denuncjował w czambuł całą Familię Czartoryskich, która „od wieków” spiskuje i pretenduje do tronu, której dziełem była Konfederacja barska,  panowanie  Stanisława-Augusta, uwięzienie Kołłątaja i wszelakie zbrodnie, której „kreaturą i agentem” był Kościuszko i którą też należy „stale trzymać pod dozorem” i oddalić raz na zawsze od wszelkich urzędów. Ten głos zasłużonego żołnierza, ale tylko żołnierza, głowy na pozór postępowej, radykalnej, ale naprawdę po  staroświecku  wstecznej,  mętnej  i ciasnej, — to był w odnowionej postaci stary, anarchistyczny, głos fakcji i prywaty.   Jeszcze nie było nic, nie było kraju, a już podnosił się zawczasu ten głos fatalny, monopolizując z góry dla jednych dobro i prawość publiczną, odsądzając z góry innych, najlepszych, od rady i służby publicznej, dzieląc to, co należało jednoczyć, osłabiając to, co należało wzmocnić, podnosił się i wciskał zgrzytliwym, przeczącym echem samobójczych błędów przeszłości pomiędzy czyste i twórcze hasła przyszłości społeczeństwa.