Somosierra z wysokosci siodla somosierra 2008 zaproszenie

Somosierra z wysokości siodła

Koroniarz Batalie i pokazy Skomentuj

Somosierra z wysokosci siodla somosierra 2008 zaproszenie

Czas leci na złamanie karku. Od dwusetnej rocznicy minęło już cztery lata. Niżej opis uroczystości rocznicowych z 2008-ego roku:

„Hiszpanie męstwo cenić umieją”

Adam Mickiewicz „Alpuhara”

Marcin Piontek

W rooku 2008-ym temu mieliśmy honor uczestniczyć w uroczystościach upamiętniających szarżę pod Somosierrą. Ich zapis publikowaliśmy wówczas na łamach DO BRONI. Mimo, iż czas biegnie nieubłaganie, ówczesne myśli i wrażenia, wciąż są nad wyraz żywe i mimo upływu czas, wydają się nieodległe. Przypomnijmy je raz jeszcze:

30-ego listopada 1808 r. 3-ci szwadron 1-ego pułku szwoleżerów gwardii na rozkaz Napoleona szarżował hiszpańskie armaty w wąwozie Somosierra. Niebywały ten wyczyn dał początek legendzie, która stała się nieodłączną częścią naszej narodowej tradycji.

 

Historia

 

Mimo, iż od szarży minęły dwa wieki, każdy kolejny rok przynosi nowe ustalenia, a to co wiemy o samej bitwie, zaczyna być coraz mniej oczywiste. Po części złożyły się na to fakt, że po stronie polskiej szersze relacje uczestników szarży pojawiły się dopiero po powstaniu listopadowym na fali wszczętej przez Niegolewskiego polemiki z zupełnie bałamutnym opisem wydarzeń opublikowanym przez Thiersa w wydanej w Paryżu w 1849 r. „Historii konsulatu i cesarstwa”: „Świetny oficer jazdy jenerał Montbrun wystąpił na czele szwoleżerów polskich młody hufiec wyborny, który Napoleon utworzył sobie w Warszawie, ażeby miał w swojej Gwdy coś ze wszystkich narodów i ze wszystkich strojów”. Po stronie hiszpańskiej, osoba najbardziej predestynowana do zabrania głosu, w osobie gen. Benito San Juan, zginęła zaś wkrótce po bitwie z rąk własnych żołnierzy. Warunki wojny hiszpańskiej, która łączyła wojnę z Francuzami z walką pomiędzy poszczególnymi frakcjami hiszpańskimi nie sprzyjały też usystematyzowanym studiom po stronie obrońców, a pozostałe dokumenty nie wyjaśniają szeregu ważnych wątpliwości. Mamy więc zapis francuski będący mieszanką faktów i propagandy opublikowanej przez Napoleona w Biuletynie Armii Hiszpańskiej z 2 grudnia 1808 r., w myśl którego szarżę prowadził francuski generał Montbrun. Późniejszej pracy Thiersa, który rewelacje biuletynu rozwinął o kolejne, w myśl których szwoleżerowie cofnęli się w panice po pierwszym ataku. Wspomnieniach de Ségura, który korzystając z wpisania go przez cesarza do biuletynu napisał wspomnienia z szarży, w której nie uczestniczył, a podle których miał jechać dziesięć, a nawet czterdzieści kroków przed szwoleżerami i paść 30 kroków od hiszpańskiej baterii, po czym szwadron miał zostać rozbity i tylko resztki polskiego pułku wspierane przez 96 pułk piechoty ponowiły atak[ii]. Mamy zapis polski w którym zależnie od interpretacji wydarzeń przełęcz została zdobyta przez 3-ci szwadron Régiment de cheveau-légers (Polonais) de la Garde Impériale pod komendą Andrzeja Niegolewskiego (dokonywał reorganizacji szwadronu przed szarżą na ostatnią baterię), bądź też 1-szy szwadron pod komendą Tomasza Łubieńskiego (który przyszedł w sukurs niedobitkom pierwszego szwadronu gdy szarża wytraciła impet a obrońcy zaczęli zawracać do opuszczonych dział, co pozwoliło szwoleżerom zdobyć samą przełęcz i popędzić wroga aż do Buitrago), oraz hiszpański, mocno niekompletny, który po części kwestionuje zapisy francuski i polski. Jakkolwiek wyjaśnienie wątpliwości i różnic przekracza ramy tego artykułu i niechybnie wymagać będzie jeszcze wielu lat badań i niejednej książki, warto pokusić się o przypomnienie głównych faktów, jak też i ostatnich ustaleń w tym zakresie[iii]. Przenieśmy się więc do roku 1808-ego:

Napoleon popiersie muzeum wojska polskiego

Napoleon jest u szczytu sławy. Ostatnim niepokonanym przeciwnikiem wydaje się być Anglia. Po klęsce francusko-hiszpańskiej floty w bitwie pod Trafalgarem, cesarz wprowadza blokadę kontynentalną. Po wygranej kampanii 1806-1807 włącza w nią Rosję i Prusy. Kolejnym krajem, w którym chce tego dokonać jest Portugalia, którą zajmuje wraz ze sprzymierzonymi z nim wojskami hiszpańskimi. Korzystając z wewnętrznych problemów dynastycznych Hiszpanii, postanawia sięgnąć również po koronę hiszpańską. Napoleon wierzy, że tym śmiałym ruchem osiągnie dwa cele: obejmie blokadą kontynentalną całą Europę, oraz przejmie pełną kontrolę nad półwyspem iberyjskim obalając zarazem ostatnich z Burbonów, których panowanie postrzega jako naturalne zagrożenie dla tworzonej przez siebie dynastii Bonapartych (we Francji Burbonów zmiotła rewolucja, we Włoszech do ich upadku Napoleon przyczynił się jeszcze jako generał). Plany te krzyżuje ludowe powstanie, które wybucha w maju 1808 roku w Madrycie. Wojska francuskie doznają upokarzającej klęski pod Bailen, a osadzony na hiszpańskim tronie Hieronim Bonaparte uchodzi z Madrytu. Cesarz postanawia więc interweniować osobiście. Odnosi zwycięstwo pod Tudelą i kieruje się na Madryt (jak pisał Marian Kukiel):

 

„wybierając drogę najbliższą, wiodącą poprzez odnogę zachodnią gór Guadarrama wąwozem Somosierrą i przełęczą tejże nazwy. Na przestrzeni 3.000 m. droga wznosiła się w tym wąwozie o 300 m.; po obu stronach szerokiego wąwozu wznosiły się na 600 i 800 m.; wzgl. wysokości strome zbocza gór Cebollera i Barancal. Przejście to, trudne do sforsowania, bronione było przez kilka tysięcy Hiszpanów: dwie mocno okopane baterje broniły, jedna wyjścia północnego z wąwozu, druga przełęczy samej, oddalone o 2.000 m od siebie; dwie inne zajęły stanowiska pośrednie, ostrzeliwując załamania gościńca. Rankiem 30 listopada korpus marszałka Victora rozpoczął natarcie. Tyraljerzy francuscy mozolnie wdzierali się pod ogniem piechoty hiszpańskiej na zbocza wąwozu. Atak samym wąwozem rozchwiał się w ogniu kartaczowym czołowej baterji. Po dłuższem osobistem rozpoznaniu położenia Napoleon rozkazał swojej eskorcie, 3-mu szwadronowi szwoleżerów pod Kozietulskim (125 koni) szarżować wąwozem na baterje przeciwnika. Teren uniemożliwiał sformowanie (głazy zaścielały dolinę), szarżę musiano wykonać czwórkami. Ze stratą dowódcy, jednego z oficerów, znacznej części ludzi i koni szwadron przeleciał przez baterje czołową; pod dowództwem kapitana Dziewanowskiego, ze stratą nowego dowódcy i dalszych dwóch oficerów wzięto drugą i trzecią. Szarżę na ostatnią baterje poprowadził kapitan Krasiński, ranny przytem śmiertelnie; porucznik Niegolewski z kilku jeźdźcami dopadł baterji i legł sam okryty ranami. Szwadron przestał istnieć, ale baterje milczały; nadciągały dalsze szwadrony, a na zbocza, darły się, za pierzchającymi w popłochu Hiszpanami, bataljony piechoty francuskiej. Ze stratą kilkudziesięciu ludzi i tyluż koni osiągnął Napoleon w ciągu 7-8 minut ogromny rezultat taktyczny; normalnie potrzebowałby był w tym celu kilku godzin walki i straty w ludziach poszłyby w tysiące.”[iv]

Opis zwięzły i co do istoty prawdziwy, jednak nie wolny od błędów. Po pierwsze szwadron nie przestał istnieć: całkowite straty pułku wyniosły tego dnia łącznie 20 zabitych i śmiertelnie rannych szwoleżerów oraz 4 oficerów, a ciężej rannych około 60 spośród ponad 200 atakujących w pierwszej fali[v]. Wielu było dotkliwie potłuczonych po upadku z konia. Po wtóre pułk włączał się do szarży stopniowo: najpierw połowa trzeciego szwadronu z Kozietulskim, potem druga z Niegolewskim, pierwszy szwadron Łubieńskiego[vi] stanowiący drugą falę, a na koniec szwadrony 2 i 4 wraz z marszałkiem Bessieres. Łącznie daje to przybliżoną liczbę 125-250-500-900 szwoleżerów, którzy uczestniczyli w różnych fazach bitwy. Te stosunkowo niskie straty wymagają bliższej analizy. Jak to możliwe, by w tak trudnym terenie, w silnym ogniu wroga ostrzeliwującego szarżujących szwoleżerów do frontu, ogniem armat, a od flank ogniem piechoty? Inskrypcja na zniszczonym 1940 r. przez Niemców pomniku w Niegolewie[vii] głosiła:

 

3 SZWADRON SZWOLEŻERÓW POLSKICH

GWARDYI CESARZA ZDOBYŁ WAWOZ

SOMOSIERSKI, PRZETRZYMAWSZY

40 000

STRZAŁÓW KARABINOWYCH

I 40 DZIAŁOWYCH NA MINUTĘ

Jeśli dodamy, że ogień ten był skupiony na wąskiej górskiej drodze, której ograniczenie kamiennymi murkami narzuciło atak w kolumnie czwórkowej, tak niskie straty zdają się na pierwszy rzut oka być trudne do wyjaśnienia. Zwłaszcza, jeśli wiemy, że „Taktyka, którą Napoleon stosował z pozytywnym skutkiem w czasie poprzednich bitew, polegająca na posuwaniu się nocą i atakowaniu na godzinę przed świtem, wykorzystując efekt zaskoczenia, kończy się fiaskiem w przypadku Somosierry, bowiem Hiszpanie byli na to przygotowani.” [viii] a „Grad (…)  kul z góry spadający, który wszystko, co się na gościńcu znajdowało, zmiatał, musiał przecież wkrótce cesarza przekonać, że piechotą wąwozu nie zdobędzie.”[ix]

La bataille de omo sierra polscy jezdzcy pod somosierra

Po części odpowiedzi dostarcza ukształtowanie terenu, w którym droga nie idzie prosto, po części gęsta mgła, która jeszcze o świcie sprawiała, że widoczność była bliska zeru, a która w chwili rozpoczęcia szarży ponoć nie rozwiała się do końca. Na ten element wskazał płk Juan José Sañudo Bayón w wykładzie „Szarża pod Somosierrą według źródeł hiszpańskich i francuskich”[x], który twierdzi, że baterie hiszpańskie rozpoczęły ogień na oślep, oddając salwy w poranną mgłę. Podobny widok przedstawia również sławny obraz pędzla Lejeune’a, który tej szarży był świadkiem (choć tam trudno z całą pewnością stwierdzić, gdzie kończy się mgła, a gdzie zaczyna dym z baterii hiszpańskich), a nawet wspomnienia szwoleżerów, które podają, że w pewnym momencie nie było widać dalej jak na trzy kroki. Tak też pokazują to hiszpańskie filmy, w których o rozpoczęciu szarży świadczy jedynie narastający tętent, a polska kawaleria wyłania się wprost z mgły, dopiero przed samymi lufami armat. Temu obrazowi przeczą jednak relacje, w myśl których mgła się przed szarżą rozwiała (oficer 9e légère Girod de l’Ain), a droga w kierunku dział tonęła w promieniach słońca[xi]. Przeczy temu również relacja Niegolewskiego, który pisał w liście do Zwierkowskiego, że widział jak:

„szwadron szybko podążał czwórkami w górę, na czele z Kozietulskim. Widząc, że mój szwadron zaczyna szarżę, wskoczyłem na konia i z ludźmi, którzy towarzyszyli mi w czasie patrolu próbowałem dołączyć do kolumny i ustawić się na czele plutonu…szwadron kontynuował pochód, bez rozkazu walki, rzucił sie do ataku z okrzykiem „Naprzód, niech żyje Cesarz!”, nie zważając na grad wystrzałów, który spadł na czoło i flanki ani na bezlitosny ogień hiszpańskiej piechoty z pobliskich szczytów … miejsce poległych natychmiast zajmowali inni, później następni, nikt nie zwracał uwagi na martwych towarzyszy… po usunięciu przeszkód w postaci czterech baterii dotarliśmy na szczyt, gdzie szablami zaatakowaliśmy artylerzystów, którzy nie mieli szans by ponownie naładować swoje działa…właśnie wtedy dotarły jeszcze trzy polskie szwadrony i strzelcy konni z Gwardii Napoleońskiej w pościgu za wrogiem. (…) Najmniejsza wątpliwość, chwila wahania pozwoliłaby artylerzystom ponownie naładować działa; zdziesiątkowany w wyniku pierwszej serii wystrzałów szwadron, zostałby unicestwiony gdyby druga doszła do skutku…  rzeczywiście gdy starałem się dogonić szwadron po zdobyciu pierwszej baterii, widziałem wielu wahających się jeźdźców… w rogu pierwszej zdobytej właśnie baterii…Ci, widząc jak pędzę nie zwracając uwagi na ich krzyki: „Niech pan się zatrzyma, poruczniku!”, „ogień jest straszny”, na które odpowiedziałem z wyrzutem, przyłączyli się do mnie i w mgnieniu oka dołączyliśmy do szwadronu z okrzykiem ” Naprzód, niech żyje Cesarz!”

Somosierra droga z burg

Z tej i innych relacji wynika dobra widoczność i silny ogień ze strony wroga (należy jednak zaznaczyć, że Niegolewski w innych listach również wspomina o mgle). Płk Juan José Sañudo Bayón w powołanym wyżej wykładzie wskazuje dwie inne przyczyny dlaczego ogień hiszpańskiej obrony nie unicestwił napastników: niemożność prowadzenia celnego ognia z ówczesnych armat przy nachyleniu drogi sięgającemu 15-20 stopni, jak też wyskakiwanie armat z lawet. Stawia również hipotezę, że szarża nie była na całej swej długości prowadzona drogą królewską, lecz począwszy od drugiej hiszpańskiej baterii: wzdłuż tej drogi, a więc poza linią ostrzału armat. Hipotezę tę opiera o twierdzenie, że niemożliwym było przeskoczenie przez szarżujących kawalerzystów armat. Z obrazu Wajdy, wiemy, że to możliwe. Warto przy tym dodać, że wysokość armaty (około 120-140 cm) nie odbiega specjalnie od wysokości przeszkód pokonywanych podczas Saut d’obstacles [xii]. Przy armatach ładowanych odprzodowo artylerzyści musieli również pozostawić między nimi co najmniej minimalne odstępy (w tej mierze obraz Kossaka, który ściska cztery działa, pozbawiając przy tym dwa położone centralnie kół wydaje się zupełnie niewiarygodny), którymi przemknąć mogli nacierający jeźdźcy. To z kolei pokrywa się z relacjami o konieczności porządkowania szyku, po zdobyciu kolejnych baterii. Badania w myśl których część armat stała na lawetach, podczas gdy pozostałe spoczywały na łożach ziemnych[xiii], również wskazują, że szarża po osi drogi była możliwa. Jakkolwiek celność armat na łożach ziemnych po oddaniu pierwszego wystrzału mogła być niewielka, a ze względu na prawa balistyki prowadzenie celnego ostrzału w dół jest rzeczywiście trudniejsze niż przy ogniu na płaskim terenie, czy ostrzale pod górę, nie wydaje się to być wyjaśnienie satysfakcjonujące. Okoliczność, że hiszpańska artyleria była też najlepiej przeszkoloną częścią armii hiszpańskiej wskazuje, że poszczególne baterie musiały być starannie przygotowane. Podobnie ustawienie armat powinno wykluczyć wyskakiwanie z lawet. Teorii o szarży wzdłuż drogi przeczą też wszystkie chyba dostępne źródła francuskie i polskie. Na dobrą sprawę wyklucza to nawet ukształtowanie terenu, który w miarę postępowania ku przełęczy staje się coraz bardziej zdradliwy. Od wysokości trzeciej baterii droga królewska ograniczona jest też z prawej strony idącą pod górę stromizną, a z lewej podobnym spadkiem.

Somosierra szarza

W ślad za Marianem Kujawskim[xiv] i Andrzejem Nieuważnym[xv] zauważyć należy, że w parze z wyszkoleniem hiszpańscy artylerzyści poszczycić się mogli odwagą, która nie pozwoliła im porzucić armat do samego końca i przy nich zginęli. Prowadzony przez nich ostrzał nie był też chaotyczny i tam gdzie mieli możność oddać strzał, salwy przynosiły krwawe żniwo wśród koni i jeźdźców. Wajda w „Popiołach” przedstawia co prawda przy armatach cywilów, jest to jednak nie tyle obraz historyczny, co zabieg artystyczny, który miał pokazać, że wojna w Hiszpanii, była wojną przeciwko całemu narodowi. Obraz cywilów broniących Somosierry jest natomiast po części prawdziwy w odniesieniu do piechoty. Benito San Juan zgromadził do obrony przełęczy szereg jednostek, w tym Pierwszy Ochotniczy Pułk Piechoty z Madrytu, Trzeci Batalion Gwardii Walońskiej, Drugi Batalion Pułku Piechoty z Jaen, Pierwszy i Trzeci Batalion Pułku Korony, Pierwszy i Drugi Batalion Pułku Liniowego z Kordoby, Resztki Pułku Piechoty z Badajoz, Pierwszy i Trzeci Batalion Pułku Królowej, Pułk Milicji z Prowincji Toledo,  Pułk Milicji z Prowincji Alcázar, oraz Trzeci Batalion Ochotników z Sevilli, z których tylko część była jednostkami regularnymi. Pierwsza z wymienionych jednostek, Pierwszy Ochotniczy Pułk Piechoty z Madrytu – Voluntarios de Madrid była niemal w całości sformowana z nieprzeszkolonych cywilów z Madrytu, których przyodziano w mundury, wręczono broń i powiedziono do walki. Podobnie rzecz się miała z wszystkimi właściwie jednostkami ochotniczymi, jak i oddziałami milicji. Poziom wyszkolenia nawet regularnych jednostek piechoty hiszpańskiej w najlepszym przypadku pozostawiał wiele do życzenia. Jeśliby dodać to do okoliczności, że brak celności wynikający z braku wyszkolenia spotęgowany był brakiem celności broni ręcznej[xvi] (wyliczono, ze w okresie wojen napoleońskich zabijała jedna kula na dziesięć tysięcy wystrzelonych), możemy spekulować, czy w odróżnieniu od hiszpańskiej artylerii, ogień piechoty nie stanowił stosunkowo niższego zagrożenia. W każdym jednak przypadku podziurawione mundury i nabite niczym ćwiekami z kul kulbaki wskazywały, że było to zagrożenie wciąż realne „Z płaszcza, który zwykle zawieszaliśmy na sobie w kształcie chustki złożonej na krzyż na piersiach i związanej w tyle, nie można było jednej pary rękawic wykroić, a kontrola szwadronu, którą miałem w kaszkiecie, tak była posiekana kulami, że nie można jej było użyć do apelu.” wspominał po latach Wincenty Toedwen[xvii]

Somosierra droga do madrytu

Mając te wszystkie okoliczności na uwadze można również zadać pytanie, czy powodzeniu szarży i stosunkowo niewielkim stratom sprzyjała jej gwałtowność w połączeniu utrzymującą się miejscami mgłą, oraz załamaniami drogi, które nie pozwalały na równoczesny ogień wszystkich baterii artylerii oraz całej zgromadzonej wzdłuż drogi piechoty.

 

Powyższy opis nie wyczerpuje całości, ani też nie dostarcza pełnej odpowiedzi na dręczące nas wątpliwości, w niektórych przypadkach je mnoży, ale może po części da obraz owego dramatycznego poranka, 30 listopada 1808 r. kiedy to (by użyć sarkastycznego stwierdzenia Niegolewskiego, użytego podczas polemiki z Łubieńskim, przy ich spotkaniu podczas powstania listopadowego), Hiszpanie bynajmniej karmelkami nie strzelali.

Somosierra guerilla

 

Dwieście lat później

 

Z legendą nie sposób się mierzyć, świat dzisiejszy jest też inny od tego sprzed lat dwustu. Odkąd, około czterech lat temu [artykuł był pisany na przełomie roku 2008 i 2009, , chodzi więc o rok 2005 – przyp. M.P.] p. Jerzy Lubomski, a z czasem i inni, w tym i niżej podpisany, przystępowali do prac nad zorganizowaniem tej niezwykłej rocznicy, towarzyszyło nam pytanie, w jaki sposób godnie ją uczcić. Z razu towarzyszyła nam również wątpliwość czy Hiszpanie, będą chcieli do wydarzeń tych wracać. Wątpliwość tę rozwiał  p. Jose Manuel Guerero, przewodniczący towarzystwa Voluntarios de Madrid, który z czasem objął również i funkcję przewodniczącego hiszpańskiego komitetu organizacyjnego Somosierra 2008, przywołując słowa Lelewela: „Los Polacos tenian que combatir en Espana contra personas que no habian heczo ningun mal a ellos…”. Nie trzeba dodawać, że takie postawienie sprawy zwiększało, tylko stojące przed nami wyzwania. Musieliśmy więc cel jakim było współuczestnictwo w obchodach przełożyć na konkretne zadania, obejmujące prace nad umundurowaniem, wyposażeniem i wyszkoleniem rekonstruowanej jednostki szwoleżerów gwardii. Wiązało się również z rozwiązaniem niezliczonych problemów logistycznych i organizacyjnych wymagających przy tym koordynacji tak w Polsce i Hiszpanii, jak też Wielkiej Brytanii i Francji.

 

Gwardia szwolezerowie

 

Mundury i wyposażenie

 

Umundurowanie żołnierzy pułku uregulowano mocą dekretu tworzącego Pułk Lekkokonny Gwardii.[xviii] Mundur swym krojem i kolorystyką nawiązywał do tradycji Kawalerii narodowej okresu I-ej Rzeczypospolitej[xix]. Mundur dzielił się na wielki i paradny dla szeregowców, w wersji oficerskiej dochodziły jeszcze dodatkowe dwa warianty munduru paradnego: wielki – z kurtką kroju polskiego, oraz mały- z frakiem na modłę francuską. Mundur wielki szwoleżera to kurtka granatowa z kołnierzem, wyłogami i mankietami karmazynowymi. Wyłogi obszyte były srebrną taśmą. Do tego dochodziły granatowe rajtuzy podszyte skórą z pojedynczym karmazynowym lampasem. Czapka szwoleżerska karmazynowa, z przodu blacha „półsłońce” z koroną nad literą N. Z boku czapki „kokarda franków” a na niej krzyż konfederatów barskich. W warunkach polowych wyłogi zapinano, aby chronić je przed wypłowieniem i zanieczyszczeniem. Mundur paradny szwoleżera to ta sama kurtka, zakładano jedynie białe akselbanty i epolet. Do czapki przytwierdzano 47 cm(!) kitę z piór kapłonich oraz biały kordon. Zamiast podszytych skóra rajtuzów na paradę szwoleżer wkładał granatowe spodnie z podwójnym karmazynowym lampasem.

Mundur szwoleżera obejmował również biały płaszcz, woskowany pokrowiec zakładany na czapkę w niepogodę i w warunkach polowych, furażerkę granatowy lejbik i białe płócienne rajtuzy tego samego kroju jak te podszyte skórą stosowane przy mundurze wielkim.

Gwardia szwolezerowie na piechote

Trębacze szwoleżerów oczywiście nie mogli być „gorsi” i ich mundur także był niezwykle bogaty. W latach 1807-10 mundur paradny trębacza zwierał karmazynową kurtkę z białymi wyłogami, mankietami i kołnierzem oraz karmazynowe spodnie z podwójnym białym lampasem. W mundurze wielkim spodnie były zamieniane na granatowe rajtuzy. W latach 1810-14 mundur wielki miał kolor niebieski z karmazynowymi wyłogami, mankietami i kołnierzem oraz z karmazynowym pojedynczym lampasem przy rajtuzach. Mundur paradny zaś wyglądał następująco: kurtka biała z kołnierzem, mankietami i wyłogami karmazynowymi oraz spodnie karmazynowe z podwójnym białym lampasem. Czapki białe z obszyciem karmazynowym i z czerwona kitą z białą końcówką.

Wszystkim tym, którzy już mają mętlik w głowie z natłokiem informacji, przypominam, najlepsze przed nami, czyli mundury oficerskie gdzie wodze wyobraźni „panów szlachty” przekroczyły wszelkie granice. Mundur oficerski dzielił się również na wielki i paradny, z tym, że paradny miał dwie wersje, wielką z kurtką kroju polskiego oraz małą, z frakiem na modłę francuską.

Kurtka granatowa z karmazynowymi wyłogami, mankietami i kołnierzem, kołnierz i wyłogi obszyte srebrnym wężykiem. Spodnie karmazynowe z podwójnym srebrnym lampasem. Srebrne są również akselbanty, epolety, kordy do czapki. Na początku istnienia pułku mundur paradny był też w wersji białej z karmazynowymi wykończeniami, jednak gdy przekonano się, że oficerowie spędzać będą więcej czasu w polu niż na paryskich salonach, zrezygnowano z tego wariantu.

Do fraka noszono jako nakrycie głowy „konfederatkę” karmazynową z miękkiego sukna, obszytą czarnym barankiem. Rogatywka oficerska miała blachę złoconą, zaś krzyż konfederatów srebrny.

Kita była z piór czaplich. Oprócz tego były jeszcze mundury wyjściowe i balowe. Jako nakrycie głowy używano do nich kapelusza stosowanego, do munduru balowego zamiast szabli noszono szpadę.

 

Pasy główne wykonane były ze skóry białej, bielonej. Klamry mosiężne z orłem cesarskim, u szeregowców na pasie była także żabka na bagnet. Ładownica ze skóry czarnej z białym pasem, na niej zaś orzeł cesarski. Pas do ładownicy oficerskiej obszywany był czerwoną „marokańską „ skórą.

Szable początkowo pruskie, potem zamienione na francuskie takie jak strzelców konnych gwardii, karabinki kawaleryjskie oraz pistolety pruskie, z czasem wymienione na francuskie. W 1810 Pułk uzbrojono w lance długości 2,08 m do których mocowano karmazynowo-białe proporczyki. Zmieniono też wtedy nazwę Pułku na szwoleżerów-lansjerów. Czapraki granatowe obszyte białą taśmą z orłem cesarskim i cyfrą Napoleona w kolorze białym dla szeregowych i trębaczy( czaprak karmazynowy), u oficerów orzeł, cyfra i obszycie srebrne. Końcówki czapraka z cyfrą Napoleona i jego orłem podczas przemarszów „zaginano” aby chronić je przed ubrudzeniem.

Jakkolwiek jednostka szwoleżerów gwardii jest stosunkowo dobrze opisana, to staranne odtworzenie mundurów wymagało wizyt i kontaktów w Instytucie gen. Władysława Sikorskiego w Londynie oraz w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, jak też przejrzenia dość rozproszonych i niekiedy mylących materiałów ikonograficznych pośród których w pierwszym rzędzie należy wymienić prace Mirosława Gembarzewskiego, Lucien’a Rousselot, Edouarda Detaille oraz ilustratorów z epoki. Nieoceniona pomocą okazały się tu materiały zebrane już wcześniej przez p. Jerzego Lubomskiego z Wielkiej Brytanii składające się łącznie na parę opasłych tomów opisów i rysunków wraz miarami branymi oryginałów. Do tego doszły publikacje Roberta Bieleckiego (w szczególności „Encyklopedia wojen napoleońskich”, „Somosierra 1808” oraz „Szwoleżerowie gwardii”), Andrzeja Ziółkowskiego („Pierwszy Pułk Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej 1807-1815”, oraz „Polskie formacje wojskowe epoki napoleońskiej w malarstwie Jana Chełmińskiego”), wybrane tomy z serii Osprey czy Histoire & Collections i wiele, wiele innych, których nie sposób tutaj wymienić. Niejako po wszystkim, bo już w Hiszpanii mieliśmy też okazję porównać efekt naszych ustaleń z pracą dr Andrzeja Nieuważnego pt. „Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia: szwoleżerowie, Tatarzy, eklererzy, grenadierzy.”, zawierającą podobny materiał ikonograficzny w formie gwaszy Ryszarda Morawskiego.

 

Morawski szwolezerowie tablica

 

Wyszkolenie

 

Kwestie związane z wyszkoleniem podzielić można na dwie części: z których pierwszą było i jest stałe podnoszenie umiejętności jeździeckich nad czym czuwa p. Robert Woronowicz, który w ramach jednostki objął funkcję komendanta wyszkolenia w stopniu Maréchal-des-logis chef, jak też opanowanie musztry konnej i pieszej, w czym pewien udział miał również kol. Woronowicz jak i niżej podpisany. Opisanie pierwszej pozostawiam mu jako osobie najbardziej po temu kompetentnej. Czytelnikom Nowego Przeglądu Kawaleryjskiego nie muszę tłumaczyć, że ta część wyszkolenia była zupełnie zasadniczą. Tak przez szacunek dla munduru, jak i ze względów bezpieczeństwa, które wiązały się korzystaniem z nieznanych koni w terenie, o którym wiedzieliśmy już wcześniej, że jest trudny.

Co się tyczy musztry to obejmowała ona opanowanie Ecole du cavalier tant à pied qu’à cheval zgodnie z EXTRAIT DE L’ORDONNANCE SUR LES MANŒUVRES DE LA CAVALERIE, Du 1er vendémaire an XIII jak też INSTRUCTION DE DÉTAIL POUR LA CAVALERIE, której egzemplarz po Andrzeju Niegolewskim obejrzeć można w chwili gdy piszę te słowa na wystawie Somosierra 1808-2008 w warszawskim Muzeum Wojska Polskiego. Tydzień w tydzień przez dwa lata staraliśmy się więc stopniowo przygotowywać to wyjazdu. Część ćwiczeń wykonywaliśmy w pododdziałach, dbając też o wyszkolenie indywidualne (członkowie stowarzyszenia odtwarzający jednostkę mieszkają w Polsce od Gdańska, przez Warszawę, Walewice i Niegolewo po Sanok), część na okresowych wspólnych ćwiczeniach w Starej Miłosnej (Ecoles du cavalier à cheval), czy w Hampton Court (Ecole du cavalier à pied). Zgrywaniu pierwszej (Wielka Brytania) i piątej kompanii (Polska i Łotwa) służyły też wspólne wyjazdy do Detling w sierpniu roku 2007, oraz na rekonstrukcję bitwy pod Waterloo w czerwcu 2008 r. Mogę tylko powiedzieć, że jest to ciężka praca, która nigdy się nie kończy. Nie wszyscy wytrzymują też trudy i obciążenia z tym związane. Tym większe uznanie wyrazić można tym, na których można niezmiennie polegać, a w szczególności tym, którzy poświęcili czas na nasze wyszkolenie.

Polscy jezdzcy pod somosierra

Ostatnich 12 miesięcy

 

Ostatni rok przed bitwą stanowił kulminację wcześniejszych działań. Niezależnie od szkolenia i ekwipowania jednostki staraliśmy się pamiętać o ludziach z krwi i kości, którzy mundur szwoleżerów nosili. Wielu z nas sięgało ponownie po Mariana Brandysa „Kozietulski i inni”, mnie samego podróż jego tropem przywiodła do Belska, gdzie Kozietulski jest pochowany nieopodal swej siostry: Klementyny Walickiej, listy do której tak bogato ożywiały książkę Brandysa. Podobnie wspomnienia Załuskiego, Niegolewskiego, pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego pozwalały ożywiać świat[xx], którego wspomnieniem były słowa na niegolewskim pomniku:

 

KIEDY MOCARSTWA ŁĄCZĄC ZBRODNIE DO ZBRODNI,

WYDARŁY POLAKOM NAWET PRAWO NAZYWANIA SIE POLAKAMI,

POŁĄCZYLI POLACY ORŁA POLSKIEGO Z FRANCUSKIM,

W NADZIEI ODZYSKANIA OJCZYZNY,

NIE ZAS JAKO NAJEMCY, KTÓRZY OJCZYZNĘ OPUSZCZAJĄC,

ZRZEKAJA SIĘ NARODOWOŚCI.

Stawały przed nami obrazy Horacego Verneta, Gedofroya Engelmanna, Louisa Francois Lejeune (najwierniej chyb oddającego samą bitwę), Josepha Louisa Hippolyte’a Bellangé, Denisa Augusta Raffeta, Piotra Michałowskiego, Juliusza, Wojciecha i Jerzego Kossaków, Józefa Sonntaga, January Suchodolskiego i innych.

Dotknij niepodleglosci wystawa somosierra 1808 2008 w muzeum wojska polskiego

Ostatni rok to również zorganizowana przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych wizyta studyjna specjalistów z Hiszpanii, Francji, Portugalii i Wielkiej Brytanii, zajmujących się epoką napoleońską, w tym przede wszystkim hiszpańską Wojną o Niepodległość (1808–1814), wraz z będącą jej zwieńczeniem uroczystą Mszą Świętą za dusze żołnierzy narodów europejskich poległych w Hiszpanii w latach 1808–1814. Mieliśmy wówczas okazję spotkać się osobiście historykami hiszpańskimi i za ich pośrednictwem poznać perspektywę żołnierzy stojących wówczas po drugiej stronie. Spotkanie to zaowocowało również patronatem p. min. Janusza Krupskiego, kierownika Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, który zapewnił przejazd uczestników na obchody rocznicowe w Hiszpanii. Ku naszej wielkiej satysfakcji korespondencja z hiszpańskim komitetem organizacyjnym Somosierra 2008 pozwoliła również na rozszerzenie zaproszenia do udziału w obchodach na inne stowarzyszenia i grupy odtwarzające jednostki polskie okresu wojen napoleońskich, dla których rocznica bitwy pod Somosierrą miała znaczenie szczególne. W efekcie Arsenał – Stowarzyszenie Regimentów i Pułków Polskich 1717-1831, wraz ze zrzeszoną grupą rekonstrukcji historycznej I Régiment de cheveau-légers (Polonais) de la Garde Impériale, 1er Escadron, 1er et 5 compagne, skupiającą miłośników historii z Polski, Wielkiej Brytanii i Łotwy oraz Stowarzyszenie Artylerii Dawnej „Arsenał” , Bateria artylerii fortecznej z Nysy, 7 Pułk Lansjerów – Pułk Ułanów Nadwiślańskich, Pułk 2 Piechoty Księstwa Warszawskiego, Pułk 3 Piechoty Księstwa Warszawskiego, Pułk 7 Piechoty Księstwa Warszawskiego, Pułk 8 Piechoty Księstwa Warszawskiego, Pułk 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego, 1 Pułk Piechoty Legii Nadwiślańskiej, 4 Pułk Piechoty Legii Nadwiślańskiej, a także przedstawiciele innych jednostek mogli wziąć udział w rekonstrukcji bitwy i samej szarży.

 

Somosierra panorama

 

Hiszpania

 

Jak pisała Rzeczpospolita[xxi]: „Mundury, siodła i pełne uzbrojenie wsadzili do ciężarówki, a sami – dwoma autokarami – wyruszyli (…) w kierunku Somosierry. Dotrą tam w piątek rano. Bitwa z udziałem 450[xxii] uczestników rozegra się w niedzielę. Nie wiadomo, ilu ludzi przyjdzie ją obejrzeć. Zabrakło zaproszeń. Mamy wszystko, z wyjątkiem koni, które zapewniają Hiszpanie (…) Mimo przegranej bitwa pod Somosierrą ma ogromne poważanie wśród Hiszpanów. Miejscowy proboszcz stworzył nawet niewielkie prywatne muzeum i odprawia msze w hołdzie poległym. W Somosierze znajdują się dwie tablice przypominające o polskiej szarży. „Hiszpanie umieją cenić męstwo” – to hasło proboszcza Jose Mediny Pintado. Wielokrotnie był zresztą odznaczany przez polskie władze. – Hiszpanie rozumieją, że Polacy, walcząc u boku Napoleona, dążyli do wolnej Polski – przyznaje wiceszef Urzędu ds. Kombatantów.” Mickiewiczowskie hasło ojca Pintado „Los Espanoles saben apreciar el valor”, miało stać się też nieoficjalnym mottem całego przedsięwzięcia.

 

Licząca 2 778 km podróż spod Państwowego Muzeum Archeologicznego w Warszawie do Somosierry, choć długa i miejscami uciążliwa, płynęła szybko na niekończących się dyskusjach o historii, broni i mundurze jak też zwyczajnych pogawędkach osób, które dzielą wspólną pasję i którym ta pasja daje możliwość ponownego spotkania. Związana z obowiązkowym postojem możliwość zwiedzenia Paryża pozwoliła na odwiedzenie grobu Napoleona, muzeum armii i innych pamiątek epoki. To historyczne skrzywienie dawało o sobie regularnie znać. W miejscach gdzie nie ma po tym już żadnego śladu wspominaliśmy, że to tu padły ostatnie strzały w obronie Paryża w 1814 r. Strzały Polskiej artylerii na Wzgórzu Męczenników. Nieopodal jedną z ostatnich walczących jednostek: eklererów gwardii przebijał się Kozietulski. W tej samej okolicy Francuzi upamiętnili też inne wydarzenie: na jednej z kamienic wisiała tabliczka, że to tam po wizycie kozaków założono pierwsze bistro.

 

Po oddaniu co cesarskie cesarzowi, ruszyliśmy historycznym szlakiem ku Hiszpanii, która w Pirenejach powitała nas deszczem. Nowa Kastylia i Sierra Guadarrama były już za to skąpane słońcem. Niezwykła podróż w czasie i przestrzeni. Z nią pewna refleksja: ten sam dystans, z Warszawy na przełęcz, który pokonaliśmy autokarami w ciągu dwu dni, szwoleżerowie przebyli konno w ciągu roku. W przeddzień naszego wyjazdu, który przypadał na środę 17 września minęła 201 rocznica wymarszu pierwszego oddziału szwoleżerów ze stolicy (16 września 1807 r.). Tydzień przed ich wymarszem do Warszawy dotarli zaś pieszo inwalidzi – weterani legionów Dąbrowskiego. Wielu innym nie było to dane, gdy w mundurach Legii Nadwiślańskiej ruszyli również za Pireneje by bić się tam wiele dłużej i ciężej od szwoleżerów. Ta sama data przywodziła również na myśl inną, o wiele bliższą rocznicę…

 

Im bliżej hiszpańskich sierrów szczytom[xxiii] tym większe skupienie. Poznajemy miejscowość gdzie stał pułk Irlanda, rozbity przez Francuzów w drodze do wąwozu. Wreszcie sam wąwóz. Dziś wiedzie nim autostrada, poniżej niej widać dwie drogi: z początku XX wieku, która do punktu wyjścia szwoleżerów pokrywa się z El Camino Real, potem zaś wiedzie przeciwległym stokiem, oraz ledwo widoczna druga. To właśnie to miejsce. Od wysokości pierwszej baterii takie jak było, choć widać po nim bezlitosny upływ czasu. Widać załamania i odcinek między drugą a trzecią baterią. Czwarta stała najprawdopodobniej tam gdzie dziś zbiegają się obie drogi i autostrada…

 

Somosierra kaplica pustelni witraz z somosierry

 

Na przełęczy kapliczka. Bodaj najstarsze zabudowanie i chyba jedno z nielicznych jeśli nie jedyne, które pamięta rok 1808. Na nim tablica pamiątkowa. Opodal zaś nas obóz, gdzie spotykamy już pierwszy rzut szwoleżerów z 1-ej kompanii. Wkrótce docierają pozostali. Jesteśmy w komplecie, a obóz zaczyna tętnić życiem. Stają namioty artylerii, piechoty i nasze. Opodal Hiszpanie. Pierwszy dzień to dla mnie sprawy organizacyjne, a dla szwoleżerów przegląd broni, mundurów i oporządzenia. Goście z innych jednostek dostają zapasowe sorty, bądź też przepinają wyłogi byśmy mogli pokazać się gospodarzom, tak jak na to pamięć szwoleżerów zasługuje. W nocy rozgwieżdżone niebo i skąpaną w księżycowym blasku dolinę. Tam na dole nocowali noc przed bitwą. To tam „kiedy cesarz przy ogniu siedział, jeden z naszych szwoleżerów przedzierał się wpośród orszaku cesarskiego do ognia, by sobie fajeczkę zapalić, od czego w bliskości stojący jenerałowie go wstrzymywali. Cesarz, widząc to, miał powiedzieć:

– Laissez le faire.

Szwoleżer fajeczkę zapalił. Jeden z obecnych oficerów miał mu za to kazał cesarzowi podziękować, na co szwoleżer w przekonaniu, że nie na próżno nasi tak blisko gór Hiszpanami obsadzonych stanęli, powiedział:

– Co ja tu mu mam dziękować. Ja mu tam — wskazując na góry — podziękuję!”[xxiv]

Dzień drugi to intensywne przygotowania do bitwy. Oddziały ćwiczą, oficerowie odbywają wspólną odprawę i rozpoznają teren na którym ma się odbyć rekonstrukcja. Z grubsza rzecz biorąc to odcinek między drugą, a trzecią baterią, na lewo od historycznej drogi. Opis terenu sprawia pewien problem semantyczny. Rzeźba jest zupełnie inna od rzeźby gór, którą znamy z Polski, a sformułowanie „wąwóz”, choć teoretycznie prawdziwe jest w istocie mylące. Teren nie wygląda jak u większości naszych malarzy (…). Pośród artystów najtrafniej opisał go bodajże Kossak[xxv]:

 

„Przypomina mi się wejście do Doliny Kościeliskiej w Tatrach. Formacja gór mniej dzika od tatrzańskiej, za to jodeł i świerków nie ma wcale, tylko kępki limby, góry zawalone głazami, jałowe jak Czerwone Wierchy. Szosa szeroka idzie wzdłuż szumiącego górskiego potoku po prawej stronie; przechodzimy mostek kamienny, potok jest teraz po lewej naszej stronie. Już wiem! Orientuję się teraz doskonale, zaraz będzie drugi most, potok pozostanie już zupełnie za nami, a nawet szyja wąwozu rozszerzy się w rozległą dolinę. Za drugim mostkiem, tym właśnie, na którym stoję, stał szwadron służbowy Kozietulskiego , zasłonięty wystającą skałą od kul dział owych i kartaczy, a tu w tym miejscu stał cesarz.

Lecę już kłusem, Wywiór(ski) za mną mijamy tę skałę która była bramą tego piekła, i widzimy naraz całe pole bitwy – szeroka dolina, wznosząca się łagodnie ku szczytowi siodła. Oprócz szosy, wszystko zawalone głazami, ani kłusem, a cóż dopiero galopem, tam nie przejdzie.

Droga podobna jak z Kuźnic w Zakopanem, ale idzie w zakosy, wszystko jednak na większą skalę i rozleglejsze. Od wejścia do wąwozu aż do szczytu siodła jest cztery kilometry. Szosa jest zamknięta z obu stron murem z głazów i obsadzona topolami, widać je dokładnie całą pomimo mgły jesiennej. Podobna błyskawicy piorunu, załamuje się parę razy i wreszcie prostą końcową linią strzela wprost aż do szczytu. Tam daleko, u szczytu siodła, jeszcze rudzieją na tle sinych mgieł złotawe sylwety topoli.

Dochodzimy do pierwszego załamania szosy pod kątem prostym. Tu musiała stać pierwsza bateria hiszpańska, tu z pewnością bo osiemset kroków najwyżej oddaloną będąc od szyi wąwozu, mogła zasypywać gradem kartaczy wejście na tę śmiertelną arenę, sama zaś nie była w rejonie strzałów innych baterii hiszpańskich.

Jak oni mogli przejechać? Na każdym zakręcie stały cztery armaty, szosa niezbyt szeroka, nawet kanonierom przychodziło się między osiami przeciskać, aby się przedostać do wylotów dział, gdzie przyszło je nabijać.

Z szosy zeskoczyć nie mogli na łączkę obok, bo chociaż tacy jeźdźcy jak oni przesadziliby ten mur z pewnością to i tak nie mogliby po tych kamieniach i dziurach galopować. Zresztą za tym murkiem głowa przy głowie klęczeli lub przysiadali gerylasy i rznęli do nich siekańcami a bout portant, dotykając ich niemal lufami karabinów i tromblonów (garłaczy).”

Porównując Somosierrę w naturze z płodami imaginacji naszej, nas malarzy, co ją chcieli ze swej fantazji odtworzyć, wygląda dla nie-żołnierza bardzo niewinnie, nie ma ani przepaści, ani jarów. Natomiast z punktu widzenia żołnierza i jeźdźca musiało to być wprost piekłem.”

 

Somosierra plan bitwy

 

Musiało być, skoro jak wspominał Niegolewski „Wąwóz ten był też, tak jak go istotnie Hiszpanie obwarowali, podług pojęć ludzkich, niezdobyty. Pominąwszy bowiem jego cieśninę, między wysokościami skalistymi pod górę prowadzącą, pominąwszy, że nie tylko po lewej i po prawej jego stronie, ale i na samym jego szczycie piechotą był najeżony, był wąwóz ten kręty, cztery razy zagięty, a w każdym tym zagięciu czterema armatami uzbrojony, tak że nie tylko na szczycie i po obu stronach najeżona piechota, ale w ogóle szesnaście armat piętrami ustawione, paszcze swe na nas rozdziawiwszy, przystępu do niego broniły i wszystko też, co się na gościńcu pokazało, zmiatały.” [xxvi] Nad wąwozem dominują szczyty La Cebollera i Cerro Barrancal. Skała, o której pisze Kossak, to punkt wyjścia do historycznej szarży. Droga tam wiodąca mniej więcej do tego miejsca kryta jest asfaltem. Tuż za pierwszą baterią El Camino Real skręca ostro na prawy stok doliny, a położona później droga asfaltowa odbija na stok przeciwległy. Linia obu dróg: historycznej i współczesnej ogranicza teren rekonstrukcji. Krocząc po jej terenie zaczynamy dostrzegać zwodniczość jego zdjęć i obrazów. Już dwieście lat temu był nieprzejezdny. Od tego czasu historyczna droga popadła w zupełną ruinę, zaś nieuprawianą ziemię pocięły jest wąskie i niezbyt głębokie, ale za to zdradliwe, bo słabo z marszu widoczne łożyska rozlicznych, spływających do Duraton strumieni. Widać je dopiero w ostatniej chwili. Dno doliny to nieregularnie rozrzucone skały, ze skalistym gruntem, łachy zieleni, która w czasie dreszczów niejednokrotnie zamienia się w trzęsawisko. Całość okolona rosnącym nieregularnie ostrokrzewem. „Kilka metrów na wschód od szosy obrzeżony gęstymi zaroślami wynosi się niewysoki nasyp. Ma regularne kształty. To jakby ziemna platforma. Trójkątne czoło zwrócone na północ góruje na jakieś dwa metry nad drogą. Łagodną pochylnią schodzi na południe. To nie wygląda na naturalny pagórek. Czy to jest pierwsza bateria? Czy to jest miejsce, w którym szwoleżerowie roznieśli na szablach hiszpańskich kanonierów i osłaniających działa piechurów? Jako jedyna w dolinie była wzmocniona przez Hiszpanów ziemnym nasypem. Według opisów bitwy był on ulokowany zaraz za pierwszą dwudziałową baterią. To na tym nasypie na chwile zatrzymała się szarża. Tu okazało się, że rozkaz cesarza był niejednoznaczy. Tu szwoleżerowie zawahali się. Wzięli działa blokujące wejście do doliny. Spełnili rozkaz, czy też szarża powinna przetoczyć się dalej na kolejne baterie?”[xxvii] zastanawia się Jacek Smura.

Teren rekonstrukcji to na co dzień górskie pastwisko. Oprócz zwierząt, których kolejnego dnia tu nie będzie widać w paru miejscach szkielety. Te pozostaną. Nad nimi krążą sępy. W dość dramatycznych zdjęciach wykorzystają to potem fotoreporterzy. O dwunastej mają przybyć oczekiwane z niecierpliwością konie. W istocie przybywają godzinę później. Nie są jednak wypuszczane na pastwisko i w największy upał Hiszpanie zostawiają je w koniowozach samemu udając się na siestę. Mimo, że to wrzesień żar lejący się z nieba jest dla przyzwyczajonych do polskiego klimatu nader uciążliwy. Przybyli szwoleżerowie, szaserzy i huzarzy znajdują sobie odrobiny cienia by skryci w nim przetrwać najbliższe godziny. Jakże to odmienne od tego co było. W 1808 r. jesień przechodząca w zimę. O tej porze w listopadzie 2008 r. spadnie wręcz śnieg. Początkowo proponowaliśmy ten właśnie historyczny termin. Gospodarze obawiali się, że takich zapaleńców jak my wielu nie znajdą na górskie mrozy, a widzów nie będzie wcale. Ponieważ środki na przedsięwzięcie są środkami na promocję regionu w drodze kompromisu wybrano ostatni możliwy i najbliższy historycznemu termin, czyli koniec września. Po paru godzinach Hiszpanie wracają. Konie wymęczone postojem w ciasnych i gorących koniowozach są złe. Skaczą i wierzgają. Uspokoić je to cała sztuka. Są też zupełnie inaczej niż u nas ułożone, a na zwykłe pomoce czy ostrogi u niektórych zaczynają miejscami tańczyć. Wielu sprawiają problem przy zejściu z drogi przez Duraton na pole. Mnie szczęśliwie wraz z Wiesławem Dymkiem udaje się to jednym skokiem. Ćwiczenia miały zacząć się o 16:00. Nikt nam jednak nie przekazał, że ze względu na upał przełożono je o dwie godziny. Wykorzystujemy ten czas na rozpoznanie dróg dojścia do poszczególnych baterii. Robert na przedzie ze skupieniem wypatruje którędy najlepiej między skałami a zdradliwie zieloną trawą przejechać. Pierwsze podejście wykonujemy stępa. To czas dla nas by poznać się z wierzchowcami. Mój biały Favorito to mądre zwierzę. Najwyraźniej lubi polską mowę bo szybko się uspokaja dzielnie mi służąc tego i następnego dnia. Nie wszyscy maja tyle co ja szczęścia, a niektórzy muszą swe wierzchowce kolejnego ranka na inne wymienić. W miarę poznawania terenu Robert  komenderuje au trot, a później i au galop. Miejscowe konie są małe i galop ich jest krótszy niż naszych. Bardziej petit galop. I tak zastanawiam się jak tu karku nie skręcić. Zwłaszcza gdy przychodzi pokonywać nieregularne przewyższenia. Nie wiem ile razy tak przejechaliśmy. Wedle mojej pamięci między trzy a pięć. Upał i zmęczenie robią swoje. Konie ustają i zaczynają się coraz częściej potykać gdy nadchodzi piechota. Zupełnie nam się to przy zejściu z pola wszystko w czasie rozjeżdża. Szczęśliwie limit kłopotów wyczerpujemy w sobotę niemal w całości i udaje nam się narosłe problemy w rozmowie na odprawie rozstrzygnąć. Jak zawsze wielka w tym pomoc Jose Manuela Guerero, który dwoi się i troi, a gdy wszyscy kładą się spać pracuje jeszcze nad pirotechniką. Kolejnego dnia konie są jak w zegarku. Właściciel prosi jedynie byśmy ich tak nie zbiegali jak dzień wcześniej. W noc poprzedzającą bitwę, korzystając z odprawy rozmawiam też osobiście z dowódcą każdej baterii uzgadniając ustalone wcześniej z Robertem sygnały i poruszenia. Podpowiedział je Wojciech Borkowski, komendant naszej artylerii, która obejmuje pierwszą hiszpańską baterię. Ładnie to ukazuje potem reportaż Telewizji Polskiej, która tego dnia do nas zajechała. Artylerię francuską obejmuje działon artylerii fortecznej z Nysy. Polska piechota i francuska podzielona jest na jednostki francuskiego 96-ego, 24-ego Pułku Piechoty Liniowej i 9-ego Pułku Piechoty Lekkiej.

 

Meteorolodzy zapowiadają załamanie pogody. Bardzo to martwi organizatorów. W najgorszym wypadku spływająca z gór woda zamieni dno doliny w trzęsawisko, w najlepszym zamoczy ładunki. W nocy zaczyna padać zastanawiają się nad odwołaniem przedsięwzięcia. Po krótkiej konsultacji z kolegami z różnych jednostek przekazuję to co myślimy wszyscy. Polska kawaleria, piechota i artyleria będą na miejscu. Po to tu jesteśmy.

Somosierra 2008 3

Niedziela to dla nas ten dzień, dla którego przebyliśmy tu całą Europę. Wciąż mży, miejscami przechodząc w deszcz. W dolinie mgły. Jak wtedy! Wszyscy gotują się w skupieniu.

 

Część z nas udaje się na mszę świętą do miejscowego kościoła. Jest tam i p. Marian Stefański, którego poświęcony w Katedrze Polowej Wojska Polskiego obraz  „Madonna spod Somosierry” ma zawisnąć w miejscowej kaplicy. W Ermita de Somosierra jest i inna pamiątka z Polski: piękny witraż z Matką Boską Częstochowską i szwoleżerem po prawej, a hiszpańskim artylerzystą po lewej stronie[xxviii]. Po dwustu latach pojednani. W czasie gdy szwoleżerowie udają się po konie, p. min. Jan Stanisław Ciechanowski, zastępca kierownika Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, którego  „urząd objął inscenizację patronatem i zorganizował Polakom transport do Hiszpanii wręcza około 25 medali Pro Memoria. To medal za upamiętnianie walk polskiego oręża. Oprócz około 20 Polaków zostaną nim odznaczeni obywatele Hiszpanii, którzy przypominali, że to nie Francuzi, lecz Polacy dokonali szarży.”[xxix]

 

Potem uroczystość pod kaplicą ważna i dla nas i dla gospodarzy. Upamiętniamy poległych w bitwie po obu jej stronach. Na koniec pada gromkie Viva Espagna! Viva Polonia! Deszcz, który zaczynał strugam spływać z daszków naszych czapek zelżał, by z chwilą wymarszu pozostałych oddziałów ustać zupełnie. Czarne chmury skręciły przed Gudarramą. Mimo napięcia widzę chwilę ulgi w oczach gospodarzy. Szybko docieram po konia, którego tego dnia przygotowali mi koledzy. Po drodze pozdrawiam Piotra M. Zalewskiego, który dowodzi rozwijającą się polską piechotą. Najbliżej mnie są koledzy z 12 i 3-ego pułki piechoty Księstwa Warszawskiego pod komendą Remigiusza Pacera. Dalej pozostałe jednostki złożone z 7 i 8 pułków piechoty Księstwa Warszawskiego zamknięte linią Legii Nadwiślańskiej nad którą powiewa trójkolorowy sztandar tej jednostki. Dowodzi nią Andrzej Ziółkowski. Tu wszyscy razem jako 96-ty francuski pułk piechoty liniowej. Z drugiej strony Francuzi jako 9-ty i gwardia. Szwoleżerowie, szaserzy i huzarzy formują się wzdłuż drogi. Napięcie rośnie i staje się niemal dostrzegalne. Nad polem bitwy zapada cisza. Jakże odmienna od zwykłych rekonstrukcji, którym nieodmiennie towarzyszą zawołania. Wszyscy wpatrują się w przełęcz. Mija chwila, która trwa przez całą wieczność. Ciszę przerywa strzał hiszpańskiej armaty, który jak w 1808 r. ma informować o nadejściu Francuzów (to ta armata, która uwiecznił na pierwszym planie swego obrazu Lejeune). Robert na przedzie, Polacy za nim jako trzeci szwadron, Anglicy dalej jako pierwszy.

Somosierra 2008

Najpierw uderza i cofa się piechota. Kompanie fizylierów osłaniają tu rozsiani woltyżerowie z pułku 2-ego piechoty Księstwa Warszawskiego i z Legii Nadwiślańskiej. Po dłuższej wymianie ognia między francuską a hiszpańską piechotą dostaję oczekiwany sygnał od dowodzącego stroną francuską: „Ruszajcie kiedy będziecie gotowi!” Przekazuję go do Roberta przekrzykując narastającą kanonadę pierwszej baterii. Huk jest taki, że muszę to wykrzyczeć jeszcze dwa razy. Robert podaje: „Garde – Garde vous – colonne par quatre – formez le colonne!”, potem „Au galop!” Pędzimy jakby nas diabli gnali. Armaty dały raz jeszcze ognia i wciąż przesłanie je dym kiedy wpadamy na pierwszą baterię. Szybki nawrót i „docinamy” artylerzystów. Koledzy są coś na nas źli. Po bitwie dowiaduję się, żeśmy w dymie prochowym źle odczytaliśmy ich znaki i nie daliśmy im tyle co chcieli postrzelać. Wtedy też tak było, choć przy pierwszej baterii atak na chwilę się załamał. Tym razem strzelają na ślepo ale czas na dyskusje o liczbie strzałów przyjdzie później. W czasie gdy podciąga piechota porządkujemy szyki. To wymóg scenariusza. Hiszpanie ze zrozumiałych względów nie chcą by pokaz skończył się w ciągu kwadransa. Staram się chłonąć chwilę. Rozglądam się dokoła. W czasie jazdy tak jestem skupiony na szarży, że nie widzę co dokoła. Ponownie pada komenda: szarżujemy drugą baterię. Znowu pędzimy, obok śmigają rachityczne drzewka i ostrokrzewy. Mijamy nieckę z błotem. Trębacz Anthony ma mniej szczęścia. Koń mu się ześlizguje z mokrej skały prosto w trzęsawisko. Anthony dość malowniczo zeń spada. Znowu gratka dla fotoreporterów, których zdjęcia znajdujemy później w hiszpańskiej prasie. Szczęśliwie nic mu się nie stało. Łapię pędzącego konia kilkadziesiąt metrów dalej i podprowadzam by wskoczył na siodło. Bez wczorajszego rozpoznania chyba byśmy karki poskręcali. Dokoła dym, huk wystrzałów karabinowych i artyleryjskich. To biją już pozostałe dwie, niezdobyte hiszpańskie baterie. W powietrzu krzyżują się komendy francuskie, polskie i hiszpańskie. Nie ma jednak czasu na zastanowienie. Ruszamy dalej na trzecią baterię. To najpierw stromy podjazd pod górę, a potem trawersem w lewo między ostrokrzewami. Robert prowadzi pewnie, ale choć staramy się trzymać szyk czwórkowy, w takim terenie się sypie. W pędzie rozdzielamy się jednak na dwie kolumny dwójkowe i opływamy baterie z dwu stron. Zgodnie z zamierzeniami. Jak na obrazie Kossaka. Koledzy z piechoty i artylerii mówili mi później, że gdy przemknęliśmy to ziemia się trzęsła.

Koń jednego ze szwoleżerów stracił podkowę. Teraz szaleje kręcąc się wokół i  rozbijając kolumnę. Odsyłam go na koniec. Oględnie rzecz biorąc, chyba w tej chwili mnie nie lubi. Obracając się w siodle widzę, że jeden z Huzarów wpadł wprost do trzęsawiska i nie może zeń wyjść, a inny również przymusowo spieszony łapie konia. Bitwa!

 

Przed ostatnią baterią zbieramy całą kawalerię: I Régiment de cheveau-légers (Polonais) de la Garde Impériale, 1er Escadron, 1er et 5 compagne, zaprzyjaźniony z nami Xeme Escadron de Chasseurs à Cheval de la Garde Impériale oraz francuscy huzarzy. Zgodnie ze scenariuszem, ma to przedstawiać ostatnią fazę bitwy kiedy Napoleon pchnął za trzecim pozostałe szwadrony i szaserów gwardii. Hiszpanie do dotychczasowego komentarza dla publiczności dają muzykę. Ruszamy do ostatniej szarży. Trudno to opisać. Sobotnie ćwiczenia, wcześniejsze baterie, złożyły się na ten atak. Trwa chwilę, ale pozostanie w pamięci na długo. Byliśmy pod Somosierrą!

Somosierra 2008 2

Po zdobyciu ostatniej baterii uderzamy na piechotę. Mamy wiele uznania dla hiszpańskich rekonstruktorów. Dla nich to też wielka chwila, którą staramy się uszanować nie tykając sztandarów. Strzały słabną. Gerylasi oddają pojedyncze ze stoków wąwozu. Hiszpanie się poddają. Nasi przodkowie byli dla nich mniej łaskawi. Jak pisał Tomasz Łubieński[xxx]:

 

„Nadspodziewane przejście tak mocno obwarowanego wąwozu, zajmowanie następnie zdobytych stanowisk przez nadchodzące wojska strwożyło tak dalece nieprzyjaciela, że bez żadnego porządku poszedł w rozsypkę. Co postrzegłszy, gdym wyszedł z wąwozu, nie chcąc zostawić nieprzyjacielowi i jednej nawet chwili do namyślenia, zgromadziłem szwadron i co koń wyskoczy puściłem się w pogoń, napadając wszędzie na zbierać się chcące kupy tak piechoty, jako i konnicy. Zatrzymałem się dopiero za miasteczkiem Buitrago o przeszło 2 leguy, czyli mile hiszpańskie, od placu potyczki na rozkaz Napoleona, który mi przywiózł szef szwadronu Ordener. Niewolniki, działa, sztandary, a nawet i kasy wojenne stały się łupem armii zwycięskiej. Jedna z tych kas, zatrzymana właśnie, gdym za Buitrago przednie ustawiał czaty, rozdana była z mojego rozkazu pomiędzy żołnierzy, wszyscy albowiem nasi oficerowie dobrowolnie swoich odstąpili części. Pułkownik Piré, adiutant księcia Neuchátela, w całej tej walce z nami się znajdował.

Ukontentowanie Napoleona, które nam po kilkakrotnie oświadczał, dowodzi najlepiej biuletyn Wielkiej Armii po tej bitwie wydany. Zapał zaś wojska całego tak był wielki, że na rękach prawie naszych noszono żołnierzy.

Skutkiem tej tak pomyślnej bitwy było zdobycie tego warownego przedmurza stolicy, nadejście armii francuskiej pod Madryt i poddanie się tegoż miasta po kilkudniowym oblężeniu, a to przed przybyciem jenerała Castaños, który porażony pod Tudelą, chciał się połączyć z wojskiem w stolicy będącym.”

Po rekonstrukcji następuje prezentacja oddziałów i wspólna parada. Szwoleżerowie chronią cesarza. Po drodze Jerry Lavender wręcza mi sztandar pułku, który powiewa teraz nad doliną Somosierry.

 

Po dwustu latach szczęśliwie historia nas łączy, nie dzieli. Czuje się to reakcjach widzów, którzy pozdrawiają nas nad wyraz serdecznie. To głównie Hiszpanie, ale pośród nich i licznie przybyli zamieszkali w Hiszpanii Polacy. Jak pisał hiszpański historyk[xxxi]:

„Dla Hiszpanów walka była z góry stracona. Ale niecierpliwy Napoleon decyduje poświęcić trzeci szwadron, który zgodnie z dewizą kawalerii ma „być formacją pełną ofiarności i poświęcenia”. Jeźdźcy bez wahania galopem zajmuje wzgórze el Puerto, dowodząc ponownie, że kawaleria polska jest najlepsza. Po latach, na początku drugiej wojny światowej, z niezrównaną odwagą, polscy jeźdźcy znowu wskoczyli na swe rumaki i ruszyli przeciwko opancerzonym jednostkom niemieckim, dając wszystkim lekcję bohaterstwa odnotowaną we wszystkich kronikach. W mojej ojczyźnie, Hiszpanii, statut definiuje Kawalerię jako „formację wojskową działającą w ataku, odznaczającą się szybkością, gwałtownością; kawalerzystów charakteryzuje śmiałość, odwaga i męstwo, cechy moralne, które niejednokrotnie nabierają ogromnego znaczenia materialnego. Kawaleria nigdy nie kieruje się wyłącznie własnym interesem, lecz z oddaniem poświęca się na rzecz pozostałych formacji, w tym szczególnie na rzecz piechoty. ” Jeźdźcy wszystkich wojsk uczynili z tej definicji, która w każdym języku brzmi podobnie, punkt honoru Kawalerii.”

Rekonstrukcja bitwy pod Somosierrą była świętem dla nas wszystkich, choć w sercu pewien żal, że to już minęło, że niebawem czas wracać…

 

Szwoleżerowie bić się jeszcze musieli w 1809 z Austrią, ponownie w Hiszpanii (choć jeden ze szwadronów bił się tam dłużej) , w 1812 z Moskwą, potem przebyli cały szlak bojowy z cesarzem, przez Niemcy, Francję, aż do jego abdykacji. Część wróciła do kraju, inni pełnili służbę w szwadronie Elby by w czasie 100 dni pójść do ostatniej szarży pod Waterloo. Upamiętnia to teraz plakietka na tamtejszym pomniku gwardii.

 

Somosierra. Nie wiemy nawet gdzie ich pochowano. Czy wzdłuż drogi, jak to było często w zwyczaju, czy we wspólnej mogile opodal kaplicy, jak twierdzą inni. Może kiedyś wrócą do domu. Warto o tym pamiętać.

Pomnik w niegolewie

Warto też pamiętać o Niegolewie, gdzie delegacja współczesnych szwoleżerów udała się by oddać im 30-ego listopada pamięć. Stał tam pomnik, a na nim (cytowana już po części) inskrypcja:

 

Kiedy mocarstwa łącząc zbrodnie do zbrodni,

Wydarły polakom nawet prawo nazywania sie polakami,

Połączyli Polacy orła polskiego z francuskim,

W nadziei odzyskania ojczyzny, nie zaś jako najemcy,

Którzy ojczyznę opuszczając,

W zrzekają sie narodowości.

Czyń coś powinien, a będzie co może

Andrzej  Niegolewski,

Pułkownik wojsk polskich,

Wystawienie tego pomnika dzieciom

Polecił

wykonał Syn Zygmunt

Krzyżanowski, rowicki,

Dziewanowski, kozietulski,

Rumowski

Towarzyszom broni

Dnia 30 listopada 1808

Pod

Somo-sierrą

W szarży świetnej jakiej świat nie widział

Niepodobna …… Dla mych

Polaków nie na niepodobieństwa,

3 szwadron szwoleżerów polskich

Gwardyi cesarza zdobył wąwóz

Somosierski, przetrzymawszy

40 000

Strzałów karabinowych

I 40 działowych na minutę

Winien stanąć ponownie.

 

Na zakończenie parę słów do koleżanek i kolegów. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że gdy po bitwie rozmawiałem tak z naszymi gospodarzami, jak i dowódcami oddziałów przybyłych z całej Europy (od Niemiec po Maltę), wszyscy zgodnie wyrażali swoje najwyższe uznanie. Tak dla organizacji na miejscu, jak i dla sprawności działania jednostek polskich na polu walki. Dziękuję wszystkim koleżankom i kolegom za Waszą postawę. Przy tak długiej i męczącej wyprawie, była ona szczególnie cenna i przyczyniła się do godnych obchodów rocznicy. Jakkolwiek pewnych problemów nie udało się uniknąć, to dzięki Wam wyjazd pod Somosierrę był prawdziwym przeżyciem. Niedociągnięcia oczywiście idą na moje konto.

 

Korzystając z możliwości w imieniu stowarzyszenia pragnę podziękować p. min. Januszowi Krupskiemu, Kierownikowi Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych za objęcie obchodów swoim patronatem, oraz sprawującemu w imieniu urzędu swoją osobistą pieczę, p. dr. Janowi Stanisławowi Ciechanowskiemu za zrozumienie i okazane wsparcie, bez których wyjazd grup z Polski mógłby nie być możliwy. Jerzemu Lubomskiemu z Wielkiej Brytanii, który jednostkę sformował w 1993 r. co czyni tę grupę rekonstrukcji najstarszą pośród grup kawaleryjskich odtwarzających epokę napoleońską. Na koniec wreszcie specjalne i również osobiste podziękowania chciałbym przekazać naszym hiszpańskim gospodarzom, a w szczególności p. Jose Manuel Guerero Acosta, przewodniczącemu grupy Voluntarios de Madrid oraz komitetu organizacyjnego Somosierra 2008, który własną ciężką pracą sprawił, że przedsięwzięcie doszło w ogóle do skutku. 30 listopada 2008 r. gdy szwoleżerowie byli w Niegolewie, Voluntarios de Madrid, przedzierali się przez spadły w wąwozie śnieg…

 

Somosierra w obiektywie polskim (wyżej) i hiszpańskim (niżej).

oraz Somosierra Jacka Kaczmarskiego

 


Hiszpańscy uczestnicy konferencji „Z Napoleonem w Hiszpanii. 200. rocznica szarży pod Somosierrą 1808-2008”,  zorganizowanej przez p. Janusza Krupskiego, Kierownika Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, oraz p. Prof. Janusza Ciska, Dyrektora Muzeum Wojska Polskiego, pod honorowym patronatem Ministra Obrony Narodowej RP Pana Bogdana Klicha w dniach 15-16 grudnia 2008 r. twierdzą wręcz, że poważne badania nad tematem przyniosła dopiero dwusetna rocznica wybuchu wojny.

[ii] O dziwo, mimo, że opis Thiersa został dość szybko podważony, pogląd o tym, że szarżę poprowadziło dwu francuskich oficerów pokutuje po dziś dzień, czego przykładem może być chociażby publikacja wydawnictwa Osprey,  „Napoleon’s Polish Lancers of the Imperial Guard” autorstwa Ronalda Pawly,  która na okładce taki właśnie obraz zamieszcza.

[iii] W tej mierze godnym polecenia jest książka dr Andrzeja Nieuważnego pt. „Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia: szwoleżerowie, Tatarzy, eklererzy, grenadierzy.” Wydana w 2008 r. przez wydawnictwo KARABELA D. Chojnacka, która to książka zawiera syntetyczny zapis najnowszych ustaleń dotyczących przebiegu szarży.

[iv] Marian Kukiel, „Zarys historii wojskowości w Polsce”.

[v] Jak zwodnicza bywa pamięć po latach poznać można z relacji Wincentego Toedwena, który pisał: „Świetny to i pełen sławy był dzień dla naszego pułku, ale ciężki i bolesny dla szwadronu. Ze 125 żołnierzy pozostało przy życiu tylko 25. Stu zaś po bohatersku, co się zowie, poległo, i to w jednej szarży.” „Czas”, 1855, nr 88, s. 1-2.

[vi] Co z kolei dawało przyczynek do twierdzeń Wincentego Krasińskiego, który  mimo iż w bitwie nie uczestniczył, twierdził, że jako dowódca pułku dowodził.

[vii] Zdjęcia pomnika obejrzeć można na stronie http://www.niegolewo.info/ miniaturę zaś na wystawie „Somosierra 1808-2008” w Muzeum Wojska Polskiego.

[viii] „POLSCY JEŹDŹCY POD SOMOSIERRĄ” – Jesus Martin Sappia, Pułkownik kawalerii, artykuł zamieszczony na stronie Arsenał – stowarzyszenie regimentów i pułków polskich 1717-1831 pod adresem http://arsenal.org.pl

[ix] Andrzej Niegolewski „Somosierra”, Poznań 1854 s. 3-22. Za: „Dał nam przykład Bonaparte: Wspomnienia i relacje żołnierzy polskich 1796-1815” Bielecki Robert, Tyszka Andrzej.

[x] Forum Studiów nad Historią Wojskową Hiszpanii (Foro para el Estudio de la Historia Militar de España, FEHME) „Szarża pod Somosierrą według źródeł hiszpańskich i francuskich”.

[xi] „POLSCY JEŹDŹCY POD SOMOSIERRĄ” – Jesus Martin Sappia, Pułkownik kawalerii, artykuł zamieszczony na stronie Arsenał – stowarzyszenie regimentów i pułków polskich 1717-1831 pod adresem http://arsenal.org.pl

[xii] Przykładowo, w konkursie potęgi skoków, który polega na pokonywaniu coraz wyższych przeszkód, sięgających nawet ponad dwa metry, minimum stanowi wysokość 140 cm, a więc przybliżona wysokość hiszpańskiej armaty. Rekord należy do Chilijczyka Alberta Larraguibela na koniu Huaso w 1949 i wynosi 247cm.

[xiii] „Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia: szwoleżerowie, Tatarzy, eklererzy, grenadierzy.” Morawski R., Nieuważny A. Karabela D. Chojnacka 2008.

[xiv] Marian Kujawski, „Z bojów polskich w wojnach napoleońskich, Maida – Somosierra – Fuengirola – Albuera”, Nakł. Polskiej Fundacji Kulturalnej Londyn 1967.

[xv] dr Andrzej Nieuważny, Uniwersytet Mikołaja Kopernika, Dyrektor Ośrodka Studiów Epoki Napoleońskiej Akademii Humanistycznej w Pułtusku, Muzeum Romantyzmu w Opinogórze „Somosierra – polskie spory” – wykład wygłoszony w ramach konferencji „Z Napoleonem w Hiszpanii. 200. rocznica szarży pod Somosierrą 1808-2008”.

[xvi] Hiszpanie posługiwali się rozmaitymi modelami karabinów,  jednak najbardziej popularny Fusil Espanol de Chispa Mod. 1801 również nie odznaczał się szczególną celnością.

[xvii] „Czas”, 1855, nr 88, s. 1-2.

[xviii] Opis mundurów i wyposażenia podaję w ślad za artykułem Bartka Przybylskiego zamieszczonym na steonie stowarzyszenia.

[xix] patrz też: „Rekonstrukcja munduru towarzysza Kawalerii Narodowej Koronnej z lat 1791-1794” na stronie http://arsenal.org.pl

[xx] „Wspomnienia o pułku lekkokonnym gwardii Napoleona I przez cały czas od zawiązania pułku aż do końca w roku 1814” Józefa Załuskiego, artykuły „Polscy jeźdźcy pod Somosierrą” Jesusa Martina Sappia, oraz „Ambroży Skarzyński – generał i ziemianin” autorstwa kolegi Marka Drabika znaleźć czytelnicy na stronie stowarzyszenia http://arsenal.org.pl

[xxi] Katarzyna Zuchowicz  „200 lat po Somosierze”

[xxii] Informacja błędna: uczestników było około 500. Widzów: parę tysięcy.

[xxiii] Dosłownie: „Na hiszpańskich Sierrów szczycie… / Sieli przyszłej Polski siew ! / Boże ziarna – własną krew” –                       Zygmunt Krasiński

[xxiv] Andrzej Niegolewski „Somosierra”, Poznań 1854 s. 3-22. Za: „Dał nam przykład Bonaparte: Wspomnienia i relacje żołnierzy polskich 1796-1815” Bielecki Robert, Tyszka Andrzej.

[xxv] Wojciech Kossak, Wspomnienia, oprać. K. Olszański, Warszawa 1971, s. 169-173.

[xxvi] Andrzej Niegolewski „Somosierra”, Poznań 1854 s. 3-22. Za: „Dał nam przykład Bonaparte: Wspomnienia i relacje żołnierzy polskich 1796-1815” Bielecki Robert, Tyszka Andrzej.

[xxvii] Jacek Smura: „Hiszpanie męstwo cenić umieją – Somosierra 1808-2008″ http://www.pulk3piechoty.pl/index.php?pulk=artykuly&art=7

[xxviii] Na prośbę proboszcza Jose Medina Pintado, twórcy i opiekuna ekspozycji poświęconej polskim i hiszpańskim bohaterom bitwy (izba pamięci znajduje się w budynku dawnej karczmy z ok. poł XVIII w.), Departament ds. Polskiego Dziedzictwa Kulturowego za Granicą zlecił Ewelinie i Robertowi Kędzielewskim wykonanie witraża. W czerwcu 2008 r. Państwo Kędzielewscy przewieźli do Somosierry gotowy witraż wraz ze stalową ramą i zainstalowali w oknie kaplicy-pustelni w Somosierra. Pod witrażem umieszczona została mosiężna tabliczka w języku polskim i hiszpańskim: WITRAŻ WYKONANY STARANIEM MINISTERSTWA KULTURY I DZIEDZICTWA NARODOWEGO RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ ORAZ AMBASADY POLSKIEJ W MADRYCIE. A.D. 2008 / ESTA VIDRIERA HA SIDO DONADA POR EL MINISTERIO DE CULTURA Y PATRIMONIO NACIONAL DE LA REPÚBLICA DE POLONIA Y LA EMBAJADA DE POLONIA EN MADRID A.D. 2008. Projekt, wykonanie i transport witraża został sfinansowany ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, przy współpracy z MSZ i Ambasadą RP w Madrycie.

[xxix] Katarzyna Zuchowicz  „200 lat po Somosierze”

[xxx] T. Łubieński Krótki opis bitwy pod So-mosierra. „Wanda” 1821, t. 4, s. 103— 104.

[xxxi] „POLSCY JEŹDŹCY POD SOMOSIERRĄ” – Jesus Martin Sappia, Pułkownik kawalerii, artykuł zamieszczony na stronie Arsenał – stowarzyszenie regimentów i pułków polskich 1717-1831 pod adresem http://arsenal.org.pl

 


 

 

Szwolezerowie logo

Zapraszamy również do przeczytania innych artykułów na ten temat:

Polscy jeźdźcy pod Somosierrą

Formacje polskie w służbie francuskiej. Somosierra

Obraz bitwy pod Somosierra we wspomnieniach i pamiętnikach

Polacy uhonorowani Krzyżem Legii Honorowej za kampanię w Hiszpanii

Historia szwoleżerów gwardii

Witraż z Somosierry

Madonna spod Somosierry

Moneta okolicznościowa

oraz do obejrzenia zdjęć z rekonstrukcji.