Somosierra poster

Somosierra po 200 latach – pisane w Hiszpanii AD 2008

Arsenał Batalie i pokazy Skomentuj

Somosierra poster

Andrzej Olejko

„Grupa rekonstrukcji historycznej Szwoleżerów Gwardii (I Régiment de chevau – légers (polonais) de la Garde Impériale) wraz z grupą hiszpańską, Voluntarios de Madrid uczestniczyć będzie w 2008 r. w rekonstrukcji szarży pod Somosierrą. Ze względu na doniosłe znaczenie tego wydarzenia, związanego z obchodami dwustnej rocznicy bitwy, konieczne jest działanie z dużym wyprzedzeniem. I Régiment de chevau-légers (polonais) de la Garde Impériale planuje wystawić grupę złożoną z przedstawicieli jednostki z Polski, Wielkiej Brytanii i Łotwy, oraz zapewnić obecność telewizji brytyjskiej i polskiej.”
Tyle mówiła sucha notka z początku 2007 r. Najpierw był pomysł i kłopoty finansowe. Z biegiem czasu pokazała się pasywność mediów ale przyszło też poparcie ze strony pasjonatów oraz instytucji rządowych i w ten sposób rocznica Somosierry nabrała sensu:
„Termin – 19 – 21 września 2008.Miejsce: – Hiszpania – Buitrago/Sepulveda oraz wąwóz Somosierra. Przewidywana liczba uczestników: – 500; Przewidywana liczba uczestników z Polski, Wielkiej Brytanii i Łotwy zgłaszanych przez Arsenał – Stowarzyszenie regimentów i pułków polskich 1717 – 1831: 120”.
Takie były wytyczne. Wczesny ranek 17 IX 2008 r. był pogodowo paskudny, ale mimo to pod warszawskim Arsenałem gromadzili się uczestnicy hiszpańskiego wyjazdu. Młodzi, starsi, a nawet seniorzy. Dwa autobusy z niemiłą obsługą do swych wnętrz wchłaniały kobiety, chłopców, mężczyzn. Unosił się zapach skóry, smarów i inne kojarzące się z militarnym bractwem. Droga była długa – po dwóch dobach, po nocach w autobusie, po relaksie paryskim i granicy w Pirenejach ukrytej we mgle, około godz. 13 autobusy zjechały z autostrady obok napisu – Somosierra. Z kilku gardeł krzyk jaki podniósł się – zróbmy zdjęcie !!! został jednak stonowany przez wodza, i słusznie, jak czas pokazał czasu na fotografowanie przez kolejne dni było sporo. Miejscowy hotel, dziwne spojrzenia Hiszpanów na widok dużej grupy obcokrajowców i pierwsze stwierdzenia – Polonia? Hola. Plakaty o treści – Recreacion Historica de la batalla de Somosierra 1808 – 2008. Puerto de Somosierra, Domingo 21 Sept. 2008 a las 12 h.
Somosierra ? Nazwa, która kojarzy się od razu interesującemu się historią z andrzejkową szarżą pułku lekkokonnych w 1808 r. – a encyklopedyczna dawka informacji mówi o niej:
„Przełęcz Somosierra to miejsce zwycięstwa armii napoleońskiej nad Armią Rezerwową Królestwa Hiszpanii 30 XI 1808 r. Blisko 40 tys. żołnierzy w tym ok. 125 polskich szwoleżerów za przeciwników miało 8 tys. żołnierzy w tym ok. 120 artylerzystów, i 16 dział. Przełomowym momentem bitwy była szarża w wykonaniu lekkokonnego pułku szwoleżerów gwardii dowodzonego przez Jana Hipolita Kozietulskiego  – straty pułku wyniosły:  czterech oficerów i 20 poległych szwoleżerów oraz 30 ciężko rannych i 25 kontuzjowanych. Straty hiszpańskie to głównie obsługa baterii artyleryjskich oraz 3 tys. jeńców”.

Przełęcz Somosierra w łańcuchu gór Guadarrama wznosi się na wysokość 1444 m. Zamyka długą na 5 km dolinę, położoną pomiędzy rozległymi górami La Cebollera (2129 m) i Cerro Barrancal (1160), które ograniczają ją od wschodu i zachodu, a łączą się ze sobą niższym grzbietem właśnie na przełęczy. Z południa na północ płynie doliną wartki strumień Pena del Chorro, który po kilku kilometrach wpada do rzeki Duraton, jednego z dopływów Duero. Doliną biegł początkowo łagodnie wznoszący się, wysypany żwirem i tłuczniem, zygzakowaty gościniec z odległego o ok. 90 km Madrytu do Burgos, który piął się przed szczytem. Na odcinku 5 km różnica wzniesień wynosiła ok. 300 m. Dziś teren jest nieco zmieniony gdyż budowniczowie autostrady nie wzięli pod uwagę aspektów historyczno – batalistycznych. Droga ma służyć ludziom, a nie pasjonatom historii zastanawiającym się jak mogła ona przebiegać w 1808 r., i gdzie stały owe cztery hiszpańskie baterie. Wbrew legendom pod Somosierrą nie ma wąwozów i urwisk, a teren tworzy cieśninę. W 1808 r. był tam kamienny trakt, który pozwalał minąć się dwóm powozom, obramowany był kamiennym murkiem i drzewami, a pobocza usłane były skalnymi odłamkami.
A we wrześniu 2008 r. … Najpierw jak feniks z popiołów powstał obóz – biel namiotów szybko pokryła duży plac, potem okazało się, ze organizatorzy hiszpańscy fatalnie zabezpieczyli zaplecze sanitarne ale…co tam. Kościółek, polska tablica, wyładowywany sprzęt, słoma w namiotach i … strasznie zimna noc. Cóż góry, nawet tu w słonecznej Hiszpanii pokazywały swoje prawa.  Stopniowo dojeżdżali uczestnicy rekonstrukcji z Francji, Włoch, Hiszpanii … zapełniał się plac obozowy a 7 rano trębacz zabierał z oczu resztki snu, budząc obóz do życia. Zaskoczeniem było to, że o godz. 7 rano było ciemno, ale świt nadchodził jednak bardzo szybko. Kto pierwszy ten lepszy czyli wyścig do umywalni a potem, gdy już żołądek przestał krzyczeć jeść!!! …komendy i ćwiczenia. Artylerzyści czyścili działa, piechota ćwiczyła gęsty szyk, kawalerzyści czekali na konie czyszcząc szable. Obóz żył komendami – ciągnij w lewo, w ramię broń, krok podwójny marsz, a wokół przemykali ciekawi wszystkiego cywile patrząc na to dziwne bractwo poubierane jak 200 lat wstecz. A mieniło się od bieli, granatu, amarantu, żółci, czerwieni i innych kolorów, epolety, pendenty, szable, plecaki, sztylpy i siodła czekały na … próbę generalną. W sobotę po południu miejscowa ludność pierwszy raz zobaczyła przemarsz ponad 100 żołnierzy napoleońskiej armii, z których co poniektórzy pierwszy raz  smakowali tego uczucia. Mundur gryzł, żołądek się buntował a ciało ze względu na chłód nocy nie pozwalało na zdjęcie munduru szukając ciepła. Pierwsza i zarazem jedyna próba generalna wypadła nieźle. Woltyżerowie, szli jako pierwsi, za nimi dostojnie szła piechota zaś na końcu grupowała się gotowa do akcji jazda. Konie Hiszpanie przywieźli z opóźnieniem, zwierzęta były mocno rozbrykane ale szybko je poskromiono, choć z przygodami. Jeden z wierzchowców zrzucił jednego z szwoleżerów, inny uparcie prowadził w chaszcze gdzie jeździec się zaklinował, lecz pierwsza próbna szarża wypadła naprawdę okazale. Stojąc obok dowodzącego woltyżerami 2 pułku piechoty  słyszałem wyraźny tętent blisko 20 koni i wyobrażałem sobie co by się działo gdy był tu cały szwadron – ponad 100 koni !!! Szwoleżerowie, lekkokonni, jedyny polski pułk nie noszący orła na czakach, gdyż będąc w składzie gwardii cesarskiej w miejscu orła widniała litera N – jak Napoleon.
Starania o utworzenie prestiżowego oddziału polskiej kawalerii w Gwardii cesarza miały miejsce od 1804 r. Cesarz Napoleon I skłonił się ku temu pomysłowi podczas kampanii 1806 r. w Polsce. Utworzony 9 IV 1807 r. pułk miał być jednostką elitarną. Składał się wyłącznie z ochotników przyjmowanych z zachowaniem cenzusu majątkowego i stanowego – chłopów do pułku nie przyjmowano. W 1808 r. pułk miał cztery duże szwadrony po dwie kompanie każdy. Szwoleżerowie uzbrojeni byli w szable, pistolety, karabinki a po kampanii 1809 r. otrzymali do wyposażenia lance. Dowódcą pułku był płk, niebawem gen. Wincenty Krasiński zaś majorem pułku i jego organizatorem był płk. a później gen. Dautancourt. Lekkokonni stale stacjonowali przy cesarzu Napoleonie I lecz zdarzało się, że poszczególne szwadrony były detaszowane do korpusów Wielkiej Armii. Korpus oficerski pułku stanowili prawie w całości przedstawiciele rodów magnackich i bogatej szlachty, a żołnierzami była w większości szlachta co wzbudziło pewne niezadowolenie wśród weteranów wcześniejszych kampanii, którymi mieli dowodzić niedoświadczeni w walce oficerowie. Pułk formował się w koszarach Mirowskich w Warszawie a pierwsza kompania pierwszego szwadronu w sile 125 koni pod dowództwem Tomasza Łubieńskiego gotowa była do wymarszu do Francji w czerwcu 1807 r. Mundury szwoleżerów wzorowano się na kawalerii narodowej sprzed 1794 r.,  wysokie na 22 cm czaka miały blachę naczelną z mosiądzu ze wschodzącym słońcem i złotą literą „N” na srebrnym tle oraz srebrne – oficerowie – lub białe – żołnierze – kordony (w wersji paradnej nad czapką powiewała 47 centymetrowa kita z czaplich, strusich lub kapłonich białych piór, a z boku doczepiona była trójkolorowa kokarda ze srebrnym krzyżem kawalerskim); oficerowie nosili granatowe, a żołnierze białe płaszcze. Podstawowym uzbrojeniem szwoleżerów były szable – początkowo pruskie, a od marca 1809 r. francuskie. Używane początkowo pruskie karabinki i pistolety wymieniono stopniowo na francuskie karabinki jazdy. Wprowadzone na wyposażenie pułku lance o długości 2,08 m z biało-amarantowymi proporczykami szwoleżerowie otrzymali dopiero na przełomie 1809 i 1810 r. po bitwie pod Wagram. W kampanii hiszpańskiej 1808 r. szwoleżerowie otrzymali chrzest ogniowy, a pułk partiami wysłany do Hiszpanii po raz pierwszy w boju znalazł się 14 VII 1808 r. pod Medina de Rio Seco. Do akcji weszły wówczas dwa szwadrony pod dowództwem szefa szwadronu Jana Hipolita Kozietulskiego.
Stojąc, gdy patrzyłem tam na miejscu starcia z 1808 r. na grupkę szwoleżerów to przyznam się, że było to wspaniałe, uczucie. Mundury w granacie i amarancie, szable w dłoniach, lekka mgiełka, pęd powietrza i ten charakterystyczny, magią pola walki tchnący tętent.
Trochę nie bardzo miny mieli francuscy szaserzy, którzy trochę dziwnie się zachowując chcieli odgrywać podobną rolę, ale cóż … nie ta nacja miała w tym starciu historycznie odgrywanym czasowe przywileje w scenariuszu. I jedyne co mocno rzucało się w oczy piechurów a mocno prowokowało drogi oddechowe to … merde z francuska, w ogromnej ilości leżące na polu, gdzie na co dzień pasły się byki a teraz grupa Polonusów oraz ich francusko – włoskich sojuszników miała odtwarzać batalię z 1808 r. w której ich przeciwnikami była regularna armia hiszpańska oraz grupy gerylasów poubieranych nierzadko arcyzabawnie.
Większość tzw. Armii Rezerwowej liczącej blisko 12 tys. żołnierzy gen. don Benito San Juana wysłanej do zablokowania przełęczy dotarła na miejsce 18 XI 1808 r. – żołnierzy zakwaterowano w zabudowaniach Somosierry i pobliskich wiosek tak, by ochronić ich przed przejmującym chłodem, którego i my teraz doświadczaliśmy. Awangarda gen. Juana José Sardena licząca ok. 3800 żołnierzy przesunięta do Sepulvédy, miała zostać niebawem odcięta ruchami oddziałów francuskich, i tym samym gen. San Juan przy tak dogodnym do obrony terenie uznał, że dziełu stworzonemu przez naturę należy pomóc jedynie odpowiednim ustawieniem artylerii, gdyż jak należało się spodziewać główny francuski atak musiał pójść drogą. Drogę przecięto fosą przed kamiennym mostkiem na Pena del Chorro a Hiszpanie liczyli na to, że ogień pierwszej, baterii (badacze spierają się do dziś czy pierwsza bateria składała się z 6 czy 8 dział i czy osłonięte one były tzw. parapetem) zatrzyma Francuzów na linii strumienia, i tym samym pole bitwy będzie pod ich kontrolą. Droga na szczyt przełęczy, kreta, wijąca się pod górę sprawiła, że trudno było ją pokryć ogniem dział z tylko jednej pozycji, i tym samym 16 dział podzielono na cztery baterie usytuowane na odcinku 2 500 metrów. Takie ich ułożenie miało zabezpieczyć większość odcinka drogi wiodącej na szczyt. Baterie były cztero – działowe, wyposażone w działa regimentowe, sześcio – funtowe, a co istotne w opisywanym terenie dwa środkowe działa każdej baterii zostały pozbawione kół po to, by wszystkie mogły zmieścić się obok siebie. Należy pamiętać, że wówczas droga była szerokości ośmiu metrów, ograniczona na całej długości około metrowej wysokości kamiennym murkiem i obsadzona topolami. Wspomniana pierwsza bateria ustawiona została około 300 m za fosa, którą wykopano w poprzek drogi, druga bateria usytuowana została na zakręcie w odległości od 800 m do 1 km za pierwszą, co dawało możliwość strzelania wzdłuż traktu. Trzecia bateria usytuowana został ok. 600 m dalej mając za zadanie prowadzenie ewentualnego ostrzału po najdłuższej prostej (prawdopodobnie działa stały za koszami wypełnionymi ziemią) zaś ostatnia, czwarta bateria znajdowała się 800 m za wspomnianą trzecią, prawie na samej przełęczy. Przed pierwszymi zabudowaniami Somosierry zbudowano w pobliżu pustelni Ermita de la Soledad szaniec polowy, który krył ostatnie hiszpańskie armaty a w murach pustelni wykuto strzelnice. Pierwsze zabudowania wioski o nazwie Somosierra znajdowały się ok. 400 m. od ostatniej baterii.
A dzisiaj … Somosierra A. D. 2008 to stacja benzynowa, kaplica, kościołek, market, hotelik, kilkadziesiąt domów, spalona słońcem i pokryta krzewami jeżyn ziemia i wspaniały widok z przełęczy w stronę Madrytu – celu armii napoleońskiej. A wtedy późną jesienią 1808 r. na przełęczy rozmieszczono ww 16 dział, około 120 artylerzystów i kilka tysięcy w większości nieregularnej piechoty, która miała ogniem karabinowym bronić zboczy wąwozu opadających dość łagodnie ku dolinom. Żołnierze chowali się za murkami grodzącymi pastwiska i odłamkami skalnymi, lecz możliwe, że też byli okopani. Dowodzący Hiszpanami dwa bataliony piechoty rozrzucił w tyralierę na zboczu środkowej części doliny. Ich żołnierze mieli prowadzić ogień zza odłamków skalnych.
Razem z Marcinem Ochmanem, dowódcą grupy odtwarzającej 2 pułk piechoty  Księstwa Warszawskiego, historykiem wojskowości specjalizującym się w batalistyce XIX w pracującym w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, jako historycy nie mogliśmy sobie odmówić przyjemność własnej wizji lokalnej pola walki. Ta sama dolina, ten sam wąwóz nieco zmieniony przez 200 lat przebiegiem autostrady,  ale… znaleźliśmy ten oryginalny murek kamienny biegnący wzdłuż drogi pnący się pod górę, te same kamienie pamiętające szwoleżerów z 1808 r. 300 metrów różnicy poziomów na odcinku 2 500 metrów. I gdy dziś spoglądam na jeden z tych kamieni na półce z dumą mogę sobie powiedzieć: byłem pod Somosierrą.
Kolejna noc, obóz, lampy, długie Polaków rozmowy i ten chłód, zimno wręcz prowokujące pytanie: szarża była 30 XI a teraz jest wrzesień zatem jak tu jest zimno w końcu listopada !!! Ucho czekało na dźwięk trąbki a ta o godz. 7 po raz kolejny się odezwawszy obudziła cały obóz. A w środku rodziło się pytanie – co my tu robimy ? Odpowiedź była prosta, idziemy śladem naszych rodaków. Ale co oni tu robili ? Skąd w Hiszpanii wzięły się oddziała Armii księstwa Warszawskiego ?
Cesarz Napoleon Bonaparte od 1806 r nosił się z zamiarem całkowitej blokady kontynentalnej, która miała odciąć Europę od wszelkich towarów sprowadzanych z, a także wysyłanych do Anglii i tym samym wywołać kryzys ekonomiczno – rządowy na Wyspach brytyjskich. Aby wspomniana blokada, aby zadziałać była szczelna na linii od Półwyspu Iberyjskiego po granice cesarstwa rosyjskiego, należało zneutralizować Hiszpanię i Portugalię. W listopadzie 1807 r. armia francuska wkroczyła przez Hiszpanię do Portugalii obalając panującą tam dynastię Braganca, Hiszpania w tym czasie znajdowała się w stanie kryzysu politycznego wywołanego na skutek sporów wewnątrz dynastycznych umiejętnie podsycanych przez Francuzów. Król Hiszpanii Karol IV Burbon by uniknąć obalenia przez cesarza Francuzów Napoleona I, wszedł z nim w formalny sojusz, lecz w marcu 1808 r. został jednak zmuszony przez lud Madrytu do abdykacji a jego miejsce zajął niechętny Napoleonowi i sprzyjający Anglikom król Ferdynand VII. Wykorzystując ów chaos, obie strony konfliktu dynastycznego w Hiszpanii zostały przez Napoleona I zaproszone na rokowania do miasta Bayonne, gdzie … uwięziono obu władców, zaś królem Hiszpanii Napoleon I mianował swego brata Józefa Bonaparte. W tej politycznej gzre nie wzięto jednak pod uwagę nastrojów społecznych, gdyż tuż przed przybyciem nowego władcy do Hiszpanii, 2 V 1808 r. wybuchło w Madrycie anty francuskie powstanie (tzw. Dos de Mayo). Józef Bonaparte przezywany przez niechętnych mu Hiszpanów Don José lub Pepe Botella, dotarł do Madrytu dopiero w lipcu 1808 r., jednak gdy 20 VII 1808 r. wojska francuskie poniosły porażkę w starciu z siłami hiszpańskimi pod Bailén, wywołało to spontaniczny wybuch powstania w całej Hiszpanii. Cały kraj ogarnięty został walkami a słowo guerilla dla Francuzów stało się symbolem okrucieństwa. Wspomniany ruch zmusił Józefa Bonaparte do ucieczki z Madrytu i w zaistniałej sytuacji Napoleon I w listopadzie 1808 r. osobiście obejmując dowodzenie Wielkiej Armii nakazał jej marsz na południe by odzyskać francuską kontrolę nad Hiszpanią. Tym sposobem w Hiszpanii znalazły się sojusznicze pułki polskie a poza oddziałami armii Księstwa Warszawskiego wówczas w służbie cesarskiej znajdowały się także pułk lekkokonny gwardii – tzw. szwoleżerowie – i legia polsko-włoska będąca pozostałością po Legionach Włoskich gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, która nie znalazłszy miejsca w etacie wojska narodowego znalazła się w obcej służbie. W listopadzie 1808 r., po zwycięstwie pod Tudelą, siły francuskie przez Burgos ruszyły na Madryt, wybierając drogę najbliższą, wiodącą poprzez odnogę zachodnią gór Guadarrama wąwozem Somosierrą i przełęczą o tej nazwie. Obraz pola walki nie napawał optymizmem. Otóż na przestrzeni 3000 m. droga wznosiła się w wąwozie, po obu stronach wąwozu wznosiły się na 600 i 800 m wysokie strome zbocza gór Cebollera i Barancal. Przejście tej obsadzonej przez Hiszpanów pozycji było trudne. Rankiem 30 XI 1808 r., kiedy siły francuskie dotarły w rejon Somosierry dodatkowo z powodu gęstej mgły niewiele można było zobaczyć. Dziś oceniając stan rzeczy warto zauważyć, że pozycja hiszpańska była niemal nie do zdobycia bez długotrwałego szturmu piechoty i znacznych strat.
W niedzielę przed południem w centrum Somosierra odbyły się uroczystości rocznicowe, przypinano medale organizatorom rekonstrukcji, przekazano jako dar obraz przywieziony z kraju, a po 12 zarządzono wymarsz. Stukot obcasów, charakterystyczny dźwięki piszczałek, werble wybijające rytm marszu, koloryt poszczególnych oddziałów. Z obozu wyszły na pole walki szeregi uczestników rekonstrukcji. Zaczęło lekko mżyć, ale mimo to spore grupy Hiszpanów a przyjechało około 3 tys. widzów na miejsce batalii, z życzliwością przyglądało się rytmicznie maszerującym oddziałom. W kotlince na początku wąwozu, wojsko zaczęło się formować i tylko utyskiwać należało na mżawkę, ostre osty i wszechobecne … merde. Na rozkaz dowodzącego piechotą ruszyła najpierw piechota poprzedzona przez woltyżerów. Nagle przestało mżyć, i cały wąwóz wypełnił się wielokolorowym wojskiem, bo na jego szczycie i przy trzech bateriach usadowili się nie tylko gerylasi ale także w bieli, regularne oddziały hiszpańskie. Przez ponad półtorej godziny było na co popatrzeć. Huk strzałów armatnich zwielokrotniony przez układ gór, echo wracające jak demoniczny posłaniec gór, dymy ścielące się po pobojowisku po każdej salwie piechotnej i po strzałach armatnich. Piechota powoli posuwała się do przodu, wszechobecna komenda słowana dała się słyszeć pomimo hałasu, ale w tyle czekali na swe pięć minut w dziejach szwoleżerowie. Grupa blisko 20 jeźdźców dowodzona przez por. Roberta Woronowicza czekała na znak. W ich gronie znajdował się nieoceniony spiritus movens całej wyprawy Marcin Piontek, tam też niejako w ostatniej chwili znalazł się znany w świecie mediów koniarz Grzegorz Gajewski. I nagle gdy padł rozkaz ruszyli, tętent poniósł się po okolicy, szable wyciągnięte w dłoniach, nerwy trzymane na wodzy a teraz popuszczone dodawały dodatkowego efektu. Gdy przemknęli w odległości około 20 m poczułem ten efekt bitewny, podobny chyba do tego sprzed 200 lat. Baterie padały jedna po drugiej, dym ścielący się po pobojowisku dodawał grozy sytuacyjnej, a widownia bijąc brawo wsłuchiwała się w muzykę oraz w ramach pokazu muzyka i dźwięk  przenosiła do A. D. 1808.
Dnia 30 XI 1808 r. starcie trwało zaledwie kilka – 7 – 8 – minut. Najpierw ruszyły trzy francuskie pułki piechoty z korpusu marszałka Victora wsparte sześcioma działami dotarły do wejścia do przełęczy. Rekonesans wykonali francuscy strzelcy konni po chwili zasypani gradem kul z pierwszej baterii i zmuszeni do cofnięcia się poza fosę. Piechota w międzyczasie  korzystając z gęstej mgły zdołała częściowo ją zasypać i posuwała się naprzód. Około godz.  9, mgła się podniosła i francuscy piechurzy znaleźli się pod celnym ogniem piechoty i artylerii hiszpańskiej. Pomimo rosnących szybko strat, francuscy piechurzy mozolnie wdzierali się pod ogniem na zbocza wąwozu. Atak wąwozem załamał się w ogniu kartaczowym czołowej hiszpańskiej baterii. Wg gen. Mariana Kukiela, znawcy epoki napoleońskiej:
„Taktyka, którą Napoleon stosował z pozytywnym skutkiem w czasie poprzednich bitew, polegająca na posuwaniu się nocą i atakowaniu na godzinę przed świtem, wykorzystując efekt zaskoczenia, kończy się fiaskiem w przypadku Somosierry, bowiem Hiszpanie byli na to przygotowani. 96 Pułk francuski z mozołem rozpoczyna swą drogę przez mękę posuwając się wolno wąwozem. Hiszpanie prowadzą ostrzał z obu flank, francuscy voltigeurs wspinają się po zboczach, żeby odpowiedzieć na wystrzały, lecz na darmo. Cesarz nie spodziewał się takiego oporu, w związku z czym wydaje Pułkowi 24 i dziewiątemu Pułkowi lekkiemu rozkaz osłonięcia Pułku 96 z obu flank, lecz spadzisty teren i postawa lekkiej piechoty hiszpańskiej, która prowadzi działania partyzanckie, spowalnia posuwanie się wojsk napoleońskich.  O świcie, warunki meteorologiczne, a przede wszystkim gęsta mgła, sprawiają, że widoczność jest prawie zerowa. Wśród Francuzów panuje zaniepokojenie nastrojami w Europie Centralnej, gdzie mają miejsce przygotowania wojenne na wieść o bohaterskim oporze Hiszpanów i o upadku mitu o niezwyciężonych napoleońskich orłach, który skończył się wraz z klęską Napoleona pod Bailen. Cesarz potrzebuje szybkiego zwycięstwa i zajęcia Madrytu, dzięki którym uzyskałby psychologiczną przewagę. Ukształtowanie terenu sprzyja obronie, która zaczyna się na kamiennym moście za zakrętem drogi. Przez most ten odbywa się przeprawa na drugi brzeg, na co wskazują drzewa i kamienie, nagromadzone tam na wypadek mgły lub opadów śniegu. W czasie gdy rozgrywają się interesujące nas wydarzenia, przejście jest na tyle szerokie, że pozwala na przejazd obok siebie dwóch wozów lub czterech jeźdźców.
Francuska piechota, próbując przedostać się przez most, zostaje zaskoczona wystrzałami hiszpańskiej baterii z odległości ok. 300 metrów. Płaskość terenu sprawia, że ostrzał jest bardzo skuteczny, Francuzów osłania jedynie koryto rzeki. Pochód Pułku 96 zostaje zatrzymany, a dowódcy Duelos i Vandermaezen oraz pułkownik Cales zostają ranni.  Artyleria francuska pod dowództwem Senarmonta przesuwa sie naprzód aby zneutralizować działania artylerii hiszpańskiej, ale na drodze mieszczą się jedynie 2 ośmiofuntowe działa oraz artyleria konna. Nie udaje się im uciszyć hiszpańskich armat.  Major Lejeune, adiutant polowy Berthiera, dowodzący patrolem zwiadowczym, na rozkaz Cesarza próbuje sie dowiedzieć co się kryje w el Puerto. Zostawia w tyle eskortę, dojeżdża do połowy drogi i dostrzega pod mostem mnóstwo stłoczonych, zmasakrowanych ciał. To Francuzi! Major powstrzymuje emocje i podąża dalej, ale powstrzymuje go wyrwa w drodze uniemożliwiająca kontynuowanie wyprawy. Po drugiej stronie przeszkody słyszy rozmowy po hiszpańsku, jednak gęsta mgła nie pozwala zobaczyć jakie siły się tam kryją. Lejeune wraca ze swoim oddziałem do pierwszej linii Dywizji Ruffin, której żołnierze podążają już w górę wąwozu. Hiszpańska straż przednia dostrzega ruch i otwiera ogień z obu skrzydeł.  Bitwa rozgorzała na dobre. Dwa francuskie działa nie maja szans pod ostrzałem hiszpańskich armat. Mijają godziny, Napoleon poinformowany o rozwoju wydarzeń, decyduje się ruszyć naprzód, podąża za nim jedynie trzeci szwadron polskiej kawalerii. Stopniowo, wraz z zanikającą mgła, poprawia się widoczność. W odległości około 400 metrów, Napoleon wyraźnie dostrzega posterunki, które uniemożliwiają posuwanie się naprzód. Wystrzały z dział i karabinów stają się monotonne i nieskuteczne. Cesarz, zaniepokojony powolnym tempem działań, domaga się większej aktywności od swego ograniczonego liczebnie Sztabu Generalnego. General Montbum, dowodzący kawalerią straży przedniej, wzywa pułkownika de Piré, który, pod ostrzałem hiszpańskiej artylerii, rusza w kierunku mostu ze swoim gwardyjskim oddziałem strzelców konnych. Bez strat docierają do fosy, gdzie dostrzegają dymiące lufy hiszpańskich dział. De Piré wraca do Napoleona i stara się go przekonać, że w takich warunkach szarża jest niemożliwa. Montbum wydaje rozkaz odwrotu. Zaniepokojony Napoleon przywołuje majora Philipe de Segur i prosi o przekazanie trzeciemu szwadronowi polskiemu rozkazu bezwzględnego ataku, którego nie udało się przeprowadzić strzelcom gwardyjskim. Segur dogania szwadron, na którego czele stoi kapitan Kozietulski. Francuski major podejmuje spontaniczną decyzję przyłączenia się do Polaków, tak więc będzie jedynym Francuzem, który weźmie udział w najsłynniejszej szarży w historii kawalerii”.
Nawiązując do ostatnich zdań, po osobistym rozpoznaniu położenia oddziałów cesarz Napoleon I, podenerwowany odwrotem własnej piechoty, polecił dowódcy straży przedniej, by na hiszpańskie baterie uderzył polski szwadron służbowy z cesarskiej eskorty. Obecnie nie wiadomo, czy cesarz zamierzał rzeczywiście chciał zdobyć szarżą lekkokonnych przełęcz, czy też  miało to być rozpoznanie bojem pozycji hiszpańskich. Szwadron w sile 125 koni którym dowodził Jan Hipolit Kozietulski miał szarżować wąwozem wprost na baterie przeciwnika. Trudny teren spowodował, że szarżę musiano wykonać czwórkami, wspomnianą bardzo wąską drogą wiodącą na szczyt, ograniczoną z obu stron metrowej wysokości murkiem kamiennym, i ponadto obsadzoną topolami, które uniemożliwiały atak plutonami. Atak został poprowadzony czwórkami w szyku kolumnowym. Po zdobyciu pierwszej baterii atakujący lekkokonni, nie zwalniając tempa szarży – cwałem – w ciągu ośmiu minut dotarli na szczyt przełęczy. Przeprowadzona ok. godz. 10.30 szarża na przełęcz Somosierra zakończyła się zdobyciem wąwozu i tym samym  otwarta została droga na Madryt co pozwoliło Napoleonowi I kontynuować kampanię.
Stojąc na polu bitewnym, tam na miejscu można w spokoju przeanalizować wszystkie momenty tego starcia. W czasie ppor. Andrzej Niegolewski został wysłany ze swym plutonem w góry celem zdobycia języka, nie był przy szwadronie, gdy padł rozkaz cesarski do szarży. Z uwagi na tego brak plutonu, do ataku miało ruszyć 125  konnych oraz kilku ochotników. Z boku drogi ustawiły się gotowe do szarży 3 kompania kpt. Jana Dziewanowskiego i 7 kompania kpt. Piotra Krasińskiego. Dla większości lekkokonnych miała to być pierwsza w życiu prawdziwa bitwa. Podczas gwałtownej wymiany zdań pomiędzy gen. Montbrun, który zorientowawszy się w sytuacji zawrócił do stojącego pół kilometra w tyle cesarza meldując, że szarża wprost na armaty jest niemożliwa, i popierającym go szefem sztabu armii, marszałkiem Berthier, padły słowa: „Zostawcie to Polakom!” Na komendę Jana Hipolita Kozietulskiego: „Naprzód! Niech żyje cesarz!” szwoleżerowie ruszyli galopem przechodzącym w cwał i wkrótce wpadli wprost na pierwszą baterię. Kiedy byli tuż przed nią, padła pierwsza mordercza salwa, która jednak nie załamała ataku. Fala jeźdźców nie zatrzymała się, przelatując nad armatami i tnąc kanonierów hiszpańskich w przelocie. Jan Hipolit Kozietulski, pod którym padł koń, został na miejscu, lekko tylko kontuzjowany. Podiom straty dowódcy, jednego z oficerów i znacznej części ludzi oraz koni szwadron w mniej niż dwie minuty po zdobyciu pierwszej, szwoleżerowie dotarł do drugiej baterii. Dzięki wysokiemu tempu szarży hiszpańscy artylerzyści nie zdążyli zadać wielkich strat Polakom  padając pod szablami. Po kolejnym zakręcie, szwoleżerowie wpadli na trzecią baterię, gdzie obsługa hiszpańskich armat miała dość czasu, aby wycelować i odpalić. Pod dowództwem kpt. Jana Dziewanowskiego, ze stratą nowego dowódcy i dalszych dwóch oficerów wzięto drugą i trzecią baterię – zginął por. Piotr Krzyżanowski. Jednak mimo ostrzału artyleryjskiego jak i karabinowego, impet ataku był tak duży. Przed szarżującymi został ostatni fragment drogi, wznoszącej się coraz bardziej stromo, gdzie dogonił ich i przegonił z częścią swego plutonu ppor. Andrzej Niegolewski. Szarżę na ostatnią baterie poprowadził kapitan Krasiński, ranny ppor. Andrzej Niegolewski z kilku jeźdźcami dopadł baterii gdzie padł przygnieciony zabitym koniem po czym podbiegło do niego kilku Hiszpanów kłując go bagnetami oraz strzelając z karabinów, przyłożywszy wyloty luf do jego czapki (w rezultacie osłabiło to impet kul i pozwoliło mu przeżyć). Polacy zdołali zdobyć czwartą baterię, ale została ich garstka i w tym momencie do niedobitków dołączyli francuscy strzelcy konni oraz piechota, na widok której Hiszpanie zaczęli się cofać, a w końcu w popłochu uciekać. Po kilku następnych minutach na polu bitwy pojawił się, wysłany na rozkaz cesarza 1 szwadron por. Łubieńskiego, a wkrótce pozostałe szwadrony lekkokonnych z dowódcą pułku, płk. Wincentym Krasińskim na czele. Ppor. Andrzej Niegolewski pewien, że umiera wyszeptał do ucha dowódca jazdy gwardii: „Monseigneur, umieram, oto armaty, które zdobyłem. Powiedz o tym cesarzowi!”. Oficer ten pomimo ciężkich ran przeżył natomiast kpt. Jan Dziewanowski, któremu kula armatnia urwała nogę przed trzecią baterią, umarł w kilka dni po bitwie. Spójrzmy zatem na bitwę posługując się badaniami gen. Mariana Kukiela:
„Na górze, na wysokości 2500 metrów czeka na nich 9000 żołnierzy, 16 dział pogrupowanych w cztery baterie, ustawione jedna za drugą. Polaków jest 150. Droga w kierunku dział tonie w promieniach słońca. Polscy jeźdźcy z szablami w dłoniach i z okrzykiem „Niech żyje Cesarz” na ustach ruszają by dokonać czegoś co wydaje się niemożliwe. Hiszpańscy artylerzyści nie pojmują sytuacji, podpalają lonty, strzelają, ale nie udaje im się przerwać naporu szarży. Segur, ciężko ranny, spada obok Kozietulskiego. Ten stracił ugodzonego pociskiem konia. Ocaleli członkowie szwadronu omijają rannych i zabitych towarzyszy. Wstrząśnięty kapitan staje na środku drogi i prosi o konia, lecz jego jeźdźcy mijają go jak zjawy. Hiszpańscy artylerzyści usiłują ponownie załadować działa. Nie udaje im się, giną od ciosów polskich jeźdźców, którzy zjawiają się jak z sennego koszmaru. Podążający w górę Kozietulski zauważa oddział kawalerzystów. Jest wśród nich porucznik Jan Niegolewski, który dołącza do szarży swego szwadronu po powrocie z rozpoznania na zboczach Somosierry, którego dokonywał w momencie gdy Lejaune przekraczał spowity we  mgle  most. Widząc,  że  szarża już się rozpoczęła, przegrupowuje swój mały oddział, do którego dołącza paru spóźnialskich, dogania szwadron i prowadzi go do zwycięstwa. Będzie jedynym oficerem, który przeżyje ośmiominutową fantastyczną jazdę. Szwadron pędzi dalej, ściera się z drugą bateria. Hiszpanie otwierają ogień, gdy tylko jeźdźcy wynurzają się z chaosu starcia z pierwszą linią dział. Mają minutę na zatrzymanie jeźdźców. Wybuchy i wystrzały powodują liczne straty w polskich szeregach, ale druga linia dopada do dział i Hiszpanie giną zanim zdążą załadować działa.  Szwadron, zdziesiątkowany i rozciągnięty na przestrzeni kilometra rozbija trzecia linię hiszpańskiej obrony. Pojedyncze wystrzały z wysokości dosięgają szwadron zbliżający się do celu. Jeźdźcy padają, ale natychmiast zastępują ich towarzysze. Niegolewski, widząc upadającego Dziewanowskiego, przejmuje dowództwo i przemykam między armatami. Za nim, nieliczni, którzy przetrwali, kontynuują szarżę i docierają do ostatniej, czwartej pozycji wroga, gdzie zostają tylko artylerzyści, bowiem żołnierze piechoty w popłochu wspinają się na wały i stoki. Artylerzyści wiedzą, że zdążą wystrzelić tylko raz, ale przyjmują odpowiedzialność i decydują się czekać aż śmierć zastanie ich na posterunku. Szwadron, mimo strat w ludziach, pędzi na szczyt, nie zważając na przeszkody. Wojska hiszpańskie widzą swoją przegraną zanim dowie się o niej generał Benito Sanjuan i wycofują się porzucając chorągwie, działa i wozy. Uległy nawet cztery bataliony Królowej i Korony, które wycofują się w kierunku Buitrago i Segovia. Szczyt zdobywa sześciu jeźdźców, sześciu spośród stu pięćdziesięciu. Atakują pozostałych artylerzystów i strzelców. Porucznik Niegolewski zostaje ciężko ranny od strzałów szyję i głowę oraz od dziewięciu ciosów bagnetem, ale zdołał zdobyć el Puerto i otworzył Cesarzowi drogę na Madryt. Za ten wyczyn sam Napoleon nagrodził go orderem Legii Honorowej, a Polską Kawalerię uznał, jak sam określił, „godną mojej starej Gwardii”, a polskich jeźdźców nazwał „najbardziej odważnymi wśród odważnych”.
Szwoleżerowie prowadzili pościg przez ponad 5 km biorąc z marszu miasto Buytrago, zaś w tym samym czasie francuscy piechurzy zajęli całą przełęcz i okoliczne szczyty, opatrując po drodze rannych szwoleżerów i oswobadzając przygniecionych końmi. Średnie tempo szarży wyniosło ponad 19 km/godz., było więc w odniesieniu do ww opisanego terenu bardzo wysokie. Wg gen. Mariana Kukiela był … :
„To doprawdy dobry interes: stolica i królestwo za cenę poświęcenia jednego szwadronu.  Szwadron otrzymał 16 orderów Legii Honorowej, przyznano po osiem oficerom i podoficerom. Jeźdźcy zdobyli 5 z 10 zdobytych na Hiszpanach chorągwi. Straty w ludziach wyniosły 57 rannych i zabitych, nie licząc kontuzjowanych i spieszonych”.
Ze stratą kilkudziesięciu ludzi i tyluż koni osiągnięto w ciągu 7 – 8 minut ogromny rezultat taktyczny; normalnie potrzebowałby był w tym celu kilku godzin walki i straty w ludziach byłyby znaczne. Szarża pod Somosierrą świadczy o wyzyskiwaniu przez Napoleona I czynników moralnych w bitwie. Cesarz liczył on na to, że obrońcy, strzelcy dobrzy i zawzięci w boju, ale nie dyscyplinowani, zorganizowani luźnie, bronić się mogą wybornie zwykłemu przeciwnikowi, ale nagłość szarży zupełnie nieoczekiwanej może ich przerazić, obezwładnić i wywołać wśród nich panikę. Szarża pod Somosierrą świadczy, że jazda polska stanęła na wysokości swych poprzedników z epoki  wielkich hetmanów XVII w .
Łącznie straty w zabitych i rannych wyniosły 54 ludzi, padło też kilkadziesiąt koni, zaś straty Hiszpanów nie są dokładnie znane. Do niewoli zostało wziętych około 3 tys. żołnierzy a podczas ataku szwoleżerów na czwartą baterię ranny został gen. San Juan. Cesarz, który posuwał się w górę tuż za wojskiem widząc obraz pobojowiska był pod wrażeniem szarży, czemu dał wyraz najpierw dekorując krzyżem Legii Honorowej rannego ppor. Jana Niegolewskiego. Dnia 1 XII 1808 r. płk. Wincenty Krasiński przed Cesarzem poprowadził  pułk w szyk bojowy z dobytymi szablami – w uznaniu męstwa jego podkomendnych Napoleon zdjąwszy kapelusz zawołał: „Cześć najdzielniejszym z dzielnych!”. Wśród gwardzistów Starej Gwardii zaczął się odtąd szerzyć swoisty kult lekkokonnych. W dwa dni po bitwie Dezydery Chłapowski przejeżdżający przez wąwóz Somosierra widział jeszcze nie uprzątnięte i nie pochowane ciała poległych szwoleżerów, które z wolna pokrywał padający od rana śnieg. W wiosce spotkał zaś kilku rannych szwoleżerów, których dopiero w jego obecności (i na skutek jego interwencji) zabierano do szpitali w Madrycie.
W dniu 2 XII 1808 r. cesarz Napoleon I podyktował treść 13. Biuletynu Armii Hiszpanii w którym oceniał całą operację. Wychwalał w nim Polaków, ale co wywołało powszechne zdziwienie i zaskoczenie uczestników szarży główną rolę oddał gen. Montbrunowi i mjr. Ségurowi !!!
Na koniec batalii w 2008 r. dowodzący całością oficer francuski nakazał zebranie się oddziałów przed frontem zgromadzonej publiczności. W szumie braw padły słowa: Vive la France, Vive La Pologne i … Viva Espańa. Byly brawa, odśpiewana Marsylianka i bałagan na pobojowisku. Z chwilą gdy oddziały odmaszerowały do obozu, na placu bitwy zostali tylko woltyżerowie 2 pp. Roman nicht schiessen wystrzelił ostanie ładunki, najmłodsi Adam i Paweł swoje, i ja wtedy pierwszy raz po pytaniu: chcesz spróbować? – strzelałem z broni z tamtej epoki, co do dziś zostało niesamowitym wspomnieniem. A uwaga inna – po kilku dniach w innej epoce … czuć było, że idzie wojsko.
Wśród wojsk okupujących Półwysep Iberyjski znalazła się w 1808 r. także Legia Nadwiślańska pod dowództwem płk. Józefa Chłopickiego oraz piechurzy 1 Dywizji Piechoty Księstwa Warszawskiego oraz lansjerzy 7 pułku ułanów zwani przez Hiszpanów los infernos picadores – piekielnymi ułanami. A w krajobrazie po bitwie warto zwrócić uwagę na istotne szczegóły. Przykładowo według różnych źródeł odcinek od fosy przecinającej drogę do ostatniej baterii wynosił od 2 000 do 4 000 metrów, zaś czas trwania szarży mógł wynieść nawet do 10-12 minut gdy najwięcej relacji mówi o 2 500 metrach do pokonania i 8 min trwania szarży. A jak była liczba szarżujących? Ta liczba ta waha się od 80, przez 140, do około 200, przy czym … wraz z upływem czasu rosła liczba uczestników. Uczestnicy szarży i jej bezpośredni obserwatorzy wspominali o 125 szwoleżerach, a to świadczyłoby, że w szarży wziął udział tzw. pół szwadron – jedna z dwóch kompanii 3 szwadronu. W relacjach natomiast jest mowa o tym, że gen. Montbrun przed bitwą ustawił na poboczu drogi dwie kompanie (3 i 7), a więc cały szwadron, który w pełnym składzie winien był liczyć 250 ludzi !!! w tym co najmniej 10 żołnierzy tyłowych, jak trębacze, dobosze itp. Jest prawdopodobne, że ten statystyczny błąd tkwi w zapisie: nie 3 i 7 kompania 3 szwadronu, lecz 3 szwadronu 7 kompania – nazwiska dowódców kompanii świadczą o zjawisku wręcz przeciwnym. A zatem najbardziej przekonywające wydaje się stwierdzenie, że w szarży brał udział cały szwadron, ale w stanie jeszcze niepełnym oraz bez ww plutonu ppor. Jana Niegolewskiego wzmocnionego o kilku jeźdźców. W tym sensie liczba 125 szwoleżerów oraz pewna niewielka liczba ochotników wydaje się najbliższa prawdy.
Kolejna kość niezgody, to występowanie w niektórych opracowaniach, wbrew relacjom uczestników szarży, trzech baterii dwu – działowych i na samej przełęczy jednej 10 – działowej. Pierwsza bateria stała na wprost wjazdu na drogę, ostatnia na samej przełęczy albo tuż poniżej. Wojciech Kossak w listopadzie roku 1898 r. był na miejscu starcia przed przebudową drogi – na nieukończonej panoramie jego autorstwa widać, że środkowe działa baterii są pozbawione kół. Przyjmując że droga miała 7 – 8 m szerokości, to cztery sześcio -funtowe działka regimentowe, w tym jedno lub dwa wewnętrzne pozbawione kół, mogły się tam zmieścić. Tym samym twierdzenia uczestników starcia mówiące o czterech bateriach cztero – działowych jest zasadne. A uzbrojenie? Jedna z relacji podaje, że szwoleżerowie byli uzbrojeni w szable, pistolety i karabinki z bagnetami, co nie jest zgodne prawdą – karabinki kawaleryjskie nie posiadały bagnetów [ Tu nie możemy się z autorem zgodzić: posiadały. W warunkach wojny hiszpańskiej, kawaleria była dozbrajana w broń palną, co np. w Legii Nadwislańskiej zaowocowało uzbrojeniem w krabinki również oficerów. Przypis M.P. ]. W pamiętnikach i opracowaniach możemy znaleźć nazwiska kilku oficerów, którzy rzekomo dowodzili szwoleżerami – i tu wymieniani są: płk Krasiński, gen. Montbrun, mjr Ségur oraz kpt. Łubieński. Płk Wincenty Krasiński z chwili całego zajścia był poza polem bitwy i nie mógł szarżą dowodzić. Przypisane zwycięstwo w 13. Biuletynie Armii Hiszpanii znanemu francuskiemu kawalerzyście gen. Montbrunowi oraz aditantowi mjr Ségurowi to … klasyczny chichot historii. Pierwszy z nich przekazał jedynie cesarski rozkaz ataku, zaś drugi z nich dowodząc rekonesansem francuskich szaserów, w szarży wziąwszy udział na ochotnika niczym nie dowodził. Kpt. Łubieński dowodząc 1 szwadronem pojawił się w końcowej fazie starcia. Na czele szwadronu (wprawdzie w zastępstwie, ale jednak) stał Kozietulski i to jemu wydany został rozkaz uderzenia, tak więc tylko on może być uznawany za dowodzącego szarżą. Czy szarżowano czwórkami? Atak w kolumnie czwórkowej wynikał z regulaminu musztry lekkiej jazdy francuskiej której pułk lekkokonnych podlegał. Zapis regulaminowy mówił, że jeśli – ze względu na szczupłość miejsca – nie da się atakować rozwiniętym pułkiem, szwadronem lub plutonami, wówczas atak jest prowadzony w kolumnie, a ta została regulaminowo ustalona na czwórkową. Dlatego też, wjeżdżając do wąwozu przyjęto kolumnę czwórkami, zaś w chwili szarży gdy emocje wzięły górę konie przechodząc w cwał spowodowały, że nie można było utrzymać ich w porządku.
W ramach podsumowania oddajmy zatem ponownie głos gen. Marianowi Kukielowi:
„Pierwsza wersja wydarzeń, przez długie lata nie poddawana dyskusji, opiera się na wspomnieniach Philipe de Segur, który twierdzi, że gdy Napoleon rozkazał mu ponowić rozkaz ataku, rusza galopem i spotyka polskich jeźdźców, którzy schronili się pod ogromną skałą w głębi wąwozu, na prawo od drogi. Przekazuje rozkaz dowódcy szwadronu, kapitanowi Kozietulskiemu, który bez wahania rusza do ataku. Sam Segur szarżuje na przedzie, ale pada, jak powiada, 30 kroków od hiszpańskiej baterii. Według jego relacji, szwadron zostaje rozbity i tylko resztki polskiego pułku ponawiają atak, wspierane przez 96 pułk piechoty, który atakuje spod skały gdzie zaczął się atak i dokąd odniesiono jego samego, po tym jak zostaje ciężko ranny. W związku z tym, że Segur nie przekroczył pierwszej linii artylerii, ryzykowne jest opieranie się na jego relacji z ataku, biorąc pod uwagę stan, w jakim się wówczas znajdował.  Istnieją liczne kontrowersje na temat słynnej szarży, rozmieszczenia hiszpańskiej artylerii i liczby dział. L’abbé de Prodt twierdzi, że dwukrotnie odparto atak Polaków, którzy dopiero za trzecim razem odnieśli sukces. We wspomnieniach pułkownika Gonneville i majora Zwierkowskiego czytamy, iż Napoleon   początkowo   wysłał   do   ataku   połowę   szwadronu   strzelców   swojej Gwardii, ale zostali oni odparci przez hiszpańską baterię. Dautancourt, major polskiego pułku, w swoich wspomnieniach pisze, że hiszpańska   artyleria  tworzyła  jedną zwartą całość,   ale   pułkownik   Krasiński, dowódca pułku, na marginesie dodaje, że „Hiszpanie rozmieścili swoje działa na czterech zakrętach drogi”. Balagny podnosi te pozycje do kategorii baterii. W numerze 13 biuletynu L’Armée D’Espagne, Chamartin 2 grudnia 1808, czytamy: „Hiszpanie ustawili na szczycie 16 dział”. Chelapowski pisze we wstępie do „Noticias históricas del General Dautancourt”,1899 („Wieści historyczne Generała Dautancourt”): „ … przeciwko drugiej, trzeciej i czwartej baterii, z której każda liczy cztery działa … wszystkie usytuowane na zakręcie drogi …”. Marszałek Victor pisze „ … w odległości pół mili od Somosierry jest bateria składająca się z 13 dział”. W 1852, Niegolewski, pisze w liście do generała Załuskiego: „ … widziałem jak szwadron szybko podążał czwórkami w górę, na czele z Kozietulskim. Widząc, że mój szwadron zaczyna szarżę, wskoczyłem na konia i z ludźmi, którzy towarzyszyli mi w czasie patrolu próbowałem dołączyć do kolumny i ustawić się na czele plutonu … szwadron kontynuował pochód, bez rozkazu walki, rzucił się do ataku z okrzykiem „Naprzód, niech żyje Cesarz!”, nie zważając na grad wystrzałów, który spadł na czoło i flanki ani na bezlitosny ogień hiszpańskiej piechoty z pobliskich szczytów … miejsce poległych natychmiast zajmowali inni, później następni, nikt nie zwracał uwagi na martwych towarzyszy … po usunięciu przeszkód w postaci czterech baterii dotarliśmy na szczyt, gdzie szablami zaatakowaliśmy artylerzystów, którzy nie mieli szans by ponownie naładować swoje działa … właśnie wtedy dotarły jeszcze trzy polskie szwadrony i strzelcy konni z Gwardii Napoleońskiej w pościgu za wrogiem. Dlatego myli się pan, drogi generale, mówiąc, że szwadron się zawahał, było to niemożliwe … Najmniejsza wątpliwość, chwila wahania pozwoliłaby artylerzystom ponownie naładować działa; zdziesiątkowany w wyniku pierwszej serii wystrzałów szwadron, zostałby unicestwiony gdyby druga doszła do skutku…  rzeczywiście gdy starałem się dogonić szwadron po zdobyciu pierwszej baterii, widziałem wielu wahających się jeźdźców … w rogu pierwszej zdobytej właśnie baterii … Ci, widząc jak pędzę nie zwracając uwagi na ich krzyki: „Niech pan się zatrzyma, poruczniku!”, „ogień jest straszny”, na które odpowiedziałem z wyrzutem, przyłączyli się do mnie i w mgnieniu oka dołączyliśmy do szwadronu z okrzykiem „Naprzód, niech żyje Cesarz!” Być może to ten epizod wprowadził Pana w błąd. Myślę, że teraz, po otrzymaniu pełniejszej informacji, zgodzi się Pan, Generale, że nie było tam czasu ni miejsca na wahanie ze strony jeźdźców. Zakładając moment wahania szwadronu, twierdzi się, że miał on miejsce gdy Kozietulski zostaje zrzucony z konia, a Dziewanowski przejmuje dowództwo i wznawia atak. To prawda, że na początku szarży Kozietulski został zrzucony z konia tak więc, w mundurze podziurawionym przez kule i nie mogąc kontynuować szarży na piechotę, musiał się wycofać. Rzeczywiście, zgodnie z prawem starszeństwa, dowództwo po Kozietulskim powinien przejąć Dziewanowski. Jednak nie jest prawdą jakoby upadek Kozietulskiego wpłynął negatywnie na nastroje wśród żołnierzy. Bez sensu jest mówić o jakimkolwiek przekazaniu dowództwa … po rozpoczęciu ataku pod hasłem „Niech żyje Cesarz” członkowie szwadronu nie mieli pojęcia kto nimi dowodzi …, wszyscy: kapitanowie, porucznicy, szeregowi z równym zapałem i z jednym i tym samym okrzykiem na ustach, nie zdając sobie sprawy z nieobecności swojego dowódcy, Kozietulskiego, i nie zauważając śmierci towarzyszy, rzucili się na baterię i zajęli wąwóz … Jako jedyny oficer uczestniczący w szarży dotarłem do ostatniej baterii cały i zdrowy, lecz mój koń był ranny, mundur miałem podziurawiony przez kule, a szablę zniszczoną odłamkami. Upadek Dziewanowskiego, podobnie jak Kozietulskiego, nie zatrzymał natarcia na czwartą baterię … na lewo od drogi dostrzegłem paru hiszpańskich żołnierzy piechoty zgrupowanych wokół bastionu (prawdopodobnie ma na myśli stary kościół, gdzie obecnie jest kaplica), zatrzymałem konia, rozejrzałem się wokół i zdałem sobie sprawę, że towarzyszy mi tylko garstka Polaków … pytam Sokołowskiego: „Gdzie reszta?”. „Polegli” – odrzekł. Rzeczywiście, wielu z naszych towarzyszy poległo, inni stracili konie i zostali w tyle, jeszcze inni rozproszyli się na prawo i lewo gdy dotarliśmy do rozszerzenia wąwozu. Hiszpańska piechota kontynuowała wystrzały, za czwartą baterią zostało jeszcze paru artylerzystów. Sokołowski, na nich! – krzyknąłem i rzuciłem się w kierunku Hiszpanów. W tym momencie nie widziałem w pobliżu nikogo z moich. Mój rumak padł ugodzony kulą. Wycofujący się Hiszpanie strzelają, dwaj z nich przykładają strzelby do mojej głowy i naciskają spust … Opatrzność czuwa nade mną i zostaję tylko lekko ranny. Mało kto widział śmierć z tak bliskiej odległości: widziałem strzelby przy mojej czaszce, słyszałem wystrzały, poczułem jak mdleję, ale nie straciłem przytomności, Hiszpanie biegali wokół krzycząc: „po prawej, po prawej, na górze, na górze”. Za chwilę zadali mi 9 ciosów bagnetem, zrabowali pas z pieniędzmi i porzucili mnie leżącego pod martwym koniem. Ostatnie ciosy odebrały mi zapał i energię. Otoczony przez Hiszpanów, czekając na śmierć w torturach, co było zwyczajnym losem jeńców, nie śmiałem oddychać, ale po chwili usłyszałem bębny i okrzyki na cześć Cesarza, ujrzałem zbliżające się pozostałe szwadrony i kawalerzystów Gwardii Napoleońskiej… Zwycięstwo zapoczątkowane przez nasz bezlitośnie zdziesiątkowany szwadron zostało przypieczętowane przez przybycie pozostałych… Proszę, żeby wyciągnęli mnie spod konia, ale nie zwracają na mnie uwagi … zaraz po nich nadjeżdżają francuscy voltigeurs … to oni wyciągają mnie spod konia, zanoszą do czwartej baterii, przykrywają kocami… opiekują się mną dwaj lekarze … Marszałek Bessiéres podchodzi do mnie i mówi”. Młodzieńcze, Cesarz widział wspaniałą szarżę Polaków, wasza odwaga będzie doceniona” … Po chwili przyjeżdża Cesarz, przyznaje mi Krzyż Legii Honorowej”. Zwierkowski, z pierwszego szwadronu, który w czasie szarży podąża za drugim, tak pisze w 1855 roku w liście do Niegolewskiego: „Łubieński, ruszył z pierwszym szwadronem, do którego dołączyło paru strzelców z Gwardii Napoleońskiej. Wąwóz był pełen martwych i rannych jeźdźców i koni, co uniemożliwiało szybki przejazd. Na końcu natknęliśmy się na resztki trzeciego szwadronu … Hiszpanie wpadli w taką panikę, że mogliśmy dokonać ostatecznego ataku nie ponosząc strat, francuska piechota dotarła już na wzniesienia Somosierry. Gdy tylko opuściliśmy wąwóz, Łubieński w walce sformował szwadron z resztek trzeciego i ruszyliśmy w pogoń za wrogiem; drugi i czwarty szwadron pokonały wąwóz i wszyscy galopowaliśmy 3 mile. Zaraz za nami podążył pułk strzelców konnych.  We wspomnieniach opublikowanych w 1876, pułkownik Gonneville twierdzi, że na początku Napoleon rozkazał pułkownikowi Piré rozpoznać pozycje pierwszej baterii, żeby ocenić czy możliwa jest szarża kawalerii. Piré, adiutant polowy księcia Neuchatel, Berthier, ponaglany strzałami Hiszpanów dokonuje nazbyt powierzchownego rozpoznania, po którym stwierdza, że przeprowadzenie ataku jest niemożliwe. Napoleon, niezadowolony z tego faktu, nakazuje szarżę strzelcom swojej Gwardii. Francuzi przeprowadzają ją kolumną sformowaną czwórkami, ze zwykłą sobie odwagą, lecz po przekroczeniu zakrętu (i kamiennego mostu) wystrzały strzelb i dział wznowiono z taką mocą, że strzelcy zmuszeni byli wycofać się w popłochu, co potwierdzało raport pułkownika Piré. Pułkownik Krasiński, szef polskiego pułku, podjechał do Cesarza prosząc o zgodę na przeprowadzenie szarży. Cesarz zgodził się”. Im dalej w las … Nie można na koniec nie wspomnieć o zwrotach, które na stałe wpisały się do polskiej historii. W związku z Legendą Somosierry nie sposób nie wspomnieć o terminie Kozietulszczyzna – definicja ta to: bliski termin: bohaterszczyzna – używany głównie w kontekście dezawuowania udziału Polski w II wojnie światowej, to termin powstały w latach rozbiorów na kanwie bitwy pod Somosierrą w roku 1808 (szarżą szwadronu polskich szwoleżerów dowodził tam Jan Leon Kozietulski), mający świadczyć o niepotrzebnej, właściwej Polakom skłonności do brawury i osiąganiu zwycięstw kosztem ogromnych strat w ludziach. Termin ten, krzywdzący dla Jana Leona Kozietulskiego, często powtarzany w latach PRL – u, (niekiedy używany współcześnie), stanowił element walki politycznej dla dowiedzenia, że minione pokolenia Polaków zachowywały się nieodpowiedzialnie. Bohaterszczyzna – to nadmierna ofiara poniesiona przez Polaków w wojnie obronnej 1939, walce z okupantami: niemieckim i sowieckim – niepotrzebnie. Celem propagandy było przekonanie społeczeństwa do systemu sowieckiego, nazywanego „ustrojem socjalistycznym”, „ustrojem sprawiedliwości społecznej”, powiązanie na zawsze PRL z ZSRR oraz zdezawuowanie idei niepodległościowej, ośmieszenie II Rzeczpospolitej i polskiej historii, zwłaszcza tych aspektów, które nie pasowały do ideologii PRL.
Tyle notka encyklopedyczna, a Państwu samym pozostawiam osąd !!! Nota bene dowodzącym był  Jan Hipolit Kozietulski. A gdyby przeanalizować przebieg całego starcia to powinny do obiegu wejść pojęcia „łubieńszczyzna” a na pewno  „niegolewszczyzna” bez żadnych podtekstów politycznych.
Głównym organizatorem Recreacion Historica de la batalla de Somosierra 1808 – 2008  był  Arsenał – Stowarzyszenie regimentów i pułków polskich 1717 – 1831; koniem roboczym, któremu należy podziękować za … wszystko był Przewodniczący Zarządu Arsenału Marcin Piontek. W batalii wzięły udział następujące pododdziały: 2, 3, 7, 8 i 12 pułki piechoty Księstwa Warszawskiego, 1 i 4 Pułk Piechoty Legii nadwiślańskiej Stowarzyszenie Artylerii Dawnej Arsenał oraz Bateria Artylerii Fortecznej z Nysy, oprawę medialną po zaciekłej batalii o nią stoczonej na szczytach zapewniał dyr. TVP Wrocław Grzegorz Gajewski a skrybą od strony historycznej korzystającym z materiałów Arsenał – Stowarzyszenie regimentów i pułków polskich 1717 – 1831 oraz z wiekopomnej pracy gen. M. Kukiela, Formacje polskie w służbie francuskiej. Somosierra. W: Zarys historii wojskowości w Polsce, Kraków 1929 był z ramienia Instytutu Historii Uniwersytetu Rzeszowskiego.

Od redakcji:

Pan dr hab. Andrzej Olejko jest historykiem z wykształcenia i z powołania. Rozległe badania łączy z rzadką pasją tropienia historii, znajdywania jej żyjących wciąż świadków, oraz istniejących, choć nad wyraz często zapomnianych materialnych pamiątek. Obszarem jego zainteresowania cieszy się i jest przedmiotem licznych prac, historia wojskowości, ze szczególnym uwzględnieniem historii lotnictwa i walk nad Karpatami. Wyjazd pod Somosierrę był pierwszą możliwością przyjrzenia się z boku rekonstrukcji historycznej okresu napoleońskiego. Przez to szczególnie cennej. Powyższy artykuł stanowi zapis jego wrażeń naszego wspólnego wyjazdu.

Jak podaje Wikipedia:

Andrzej Artur Olejko – (ur. 6 kwietnia 1963; Brzozów). Polski historyk,profesor dr hab., wykładowca historii na Uniwersytecie Rzeszowskim. Specjalność; historia wojskowości, problematyka lotnicza.

W latach 1982-1987 studiował na kierunku historycznym w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Od roku 1988 nauczyciel historii w Liceum Medycznym w Sanoku, od 1990 r. w I Liceum Ogólnokształcącym im. KEN w Sanoku.

W roku 1996 uzyskał na Wydziałe Humanistycznym WSP w Krakowie tytuł doktora nauk humanistycznych. Rozprawa doktorska nt. Lotnictwo morskie II Rzeczypospolitej 1919-1939. Od roku 2002 pracownik Instytutu Historii Uniwersytetu Rzeszowskiego jako adiunkt w Zakładzie Historii Najnowszej Polski,

W latach 1991-2005 współpracownik redakcji historycznych oraz programów historycznych emitowanych przez OTV Szczecin, Lublin, Warszawa i Rzeszów.

Od roku 2003 wykładowca w Państwowej Wyższej Szkołe Zawodowej im. Jana Grodka w Sanoku. Dr Andrzej Olejko jest członkiem Rady Muzealnej Muzeum Pałac w Dukli i stowarzyszenia AMIAP. Współpraca zagraniczna; Vojensky Historicky Ustav Bratysława; Muzeum SNP w Banskej Bystricy; Uniwersytet Lwowski we Lwowie.

Od roku 2007 wykładowca w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Jarosławiu.

Od listopada 2007 – Prezes Stowarzyszenia Niebo nad Historią zajmującego się propagowaniem historii lotnictwa na terenie europy.[/i]

Więcej na stronie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Olejko