Szturm na mury saragossy saragossa w roku 1809 polemika

„Saragossa w roku 1809” polemika

Arsenał Felietony Skomentuj

Zamieszczone niedawno sprawozdanie z międzynarodowej konferencji „Z Napoleonem w Hiszpanii. 200. rocznica oblężeń Saragossy (1808/1809 – 2008/2009)”, a w szczególności streszczenie wystąpienia p. dr. Cristiny Gonzales Caizan spotkało się z nader żywym odbiorem czytelników. Z dużym zainteresowaniem przeczytałem polemikę z tezami owego wystąpienia, którą to polemikę ku pożytkowi wszystkich zainteresowanych zamieszczam. Będący przedmiotem polemiki tekst źródłowy Saragossa w roku 1809, jest również dostępny na naszej stronie.

M.P.


Proszę o publikacje na stronie „Arsenału” mojej polemiki z tezami Pani dr Cristiny Gonzales Caizan sformułowanymi podczas Konferencji ” Z Napoleonem w Hiszpanii. 200 rocznica oblężeń Saragossy (1808/1809 – 2008 – 2009)” na temat anonimowego pamiętnika „Saragossa w roku 1809”. Zenobi

Szturm na mury saragossy saragossa w roku 1809 polemikaOd dobrych kilkunastu lat interesuję się tematyką hiszpańską i pamiętnikami uczestników wojny 1808 – 1814 za Pirenejami. Z wielką  więc radością przyjąłem informację o międzynarodowej konferencji „ Z Napoleonem w Hiszpanii. 200 rocznica oblężeń Saragossy (1808/1809 – 2008 – 2009)”. Radość moja była tym większa, że wśród polskich prelegentów znalazło się również nazwiska hiszpańskie, co zapowiadało, że spojrzenie na problem będzie bardziej wszechstronne i obiektywne. Moją uwagę przykuło szczególnie wystąpienie Pani dr Cristiny Gonzales Caizan, poświęcone analizie anonimowego tekstu  „Saragossa w roku 1809”, które to wystąpienie pojawiło się w streszczeniu na stronie „Arsenału”. Niestety z tezami wygłoszonymi przez prelegentkę nie mogę się zgodzić, a nawet muszę wręcz im zaprzeczyć i powiedzieć, że według mnie ww. pamiętnik nie jest apokryfem i nie został przygotowany przez rosyjskiego zaborcę dla zohydzenia pamięci o polskich uczestnikach kampanii napoleońskich i samego Napoleona. W niniejszym tekście pozwolę sobie przedstawić argumenty popierające moja tezę. Niestety pewna niedogodnościa jest, iż wystąpienie Pani dr Caizan znam tylko z opublikowanego w „Arsenale” streszczenia, co może pociągać za sobą pewne uproszczenia w jego rozumieniu. Gdyby tak było, to z góry przepraszam.

 
Na początek, dla zilustrowania problemu, pozwolę sobie wrócić do sprawy nie mającej bezpośredniego związku z Saragossą, ale doskonale ilustrującą, do czego może prowadzić powierzchowne wnioskowanie o prawdziwości relacji na podstawie popełnianych przez autora błędów, wynikających z przejęzyczenia bądź też po prostu luk w pamięci. Rzecz dotyczy dyskusji weteranów napoleońskich nad ustaleniem przebiegu szarży pod Somosierrą, zainicjowanej i prowadzonej przez późniejszego kronikarza pułku szwoleżerów Józefa Załuskiego. W swoim przekonaniu, że to on pamięta najwięcej tak się zagalopował, że omal nie obraził jednego ze swoich kolegów, oceniając jego relację jako nierzetelną i nieprawdziwą, a nawet wręcz kłamliwą. Chodziło tekst Wincentego Toedwena, który na podstawie jego opowiadania został opublikowany w 1855 w „Czasie”. Załuski z wielką swadą i przekonaniem pisze: „autentyczności opowiadania Toedwena zaprzeczamy…” (J. Załuski, „Wspomnienia”, Kraków `1976, s. 85), zbijając kolejne tezy Toedwena: że używa określenia „ułani”, że nie był wachmistrzem szefem, że używa określenia „kaszkiet”, że w jednej kompanii nie mogło zginąć stu szwoleżerów, itp. Urażony atakiem Toedwen odpowiedział Załuskiemu, odpierając wszystkie zarzuty i potwierdzając autentyczność swojej relacji, a swoją odpowiedź zakończył pełnym goryczy zdaniem: „Nigdy w życiu nieprawdy nie mówiłem. Dziś starzec zgrzybiały – bo przeszło 70 lat liczący – stoję nad grobem, nie śmiałbym splamić ust moich, zwłaszcza, że mam dzieci, nie chciałbym im nieprawdy w puściźnie zostawić” (J. Załuski, op. cit., s. 152).

Wyobrażam sobie, ze gdyby żył anonimowy, jak na razie, autor wspomnienia o Saragossie w roku 1809, poczułby się również dotknięty tezą o prowokacyjnym charakterze jego relacji.

Pierwszym zarzutem były liczne niestety w pamiętniku błędy rzeczowe, począwszy od mylnej daty 23 czerwca 1809, a na bałaganie z nazwiskami skończywszy. Można się oczywiście zastanawiać, dlaczego Autor pisze o zabitym poruczniku Kalińskim, skoro tego nie było jeszcze w pułku 4 sierpnia 1808 roku, kiedy to według relacji Anonima miał zginąć podczas szturmu Saragossy. Tym bardziej, że rzeczony porucznik pojawia się później zdrów i cały w opisie drugiego oblężenia. Jednakże tego rodzaju błędy nie należą do rzadkości w literaturze pamiętnikarskiej i nie mogą być argumentem za uznaniem wspomnienia za bezwartościowe, czy tym bardziej sfałszowane. Niestety nie jest łatwo uporządkować taki, jak sądzę mimowolny, bałagan i często jest to w ogóle niemożliwe. Cóż z tego, ze można na przykład uznać, że nazwisko Kaliński zostało pomylone z nazwiskiem Skaliński, który to oficer rzeczywiście zginął 4 sierpnia,  a podobnie brzmiące nazwisko może wyjaśniać pomyłkę, kiedy za chwile czytamy, że porucznik Skaliński leżał z naszym autorem w szpitalu polowym wraz z innymi rannymi. Może to tylko potknięcie pióra, bo leżący na ulicy porucznik Skaliński (Kaliński), mógł na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie zabitego i taka wersja dostała się na karty wspomnień. Z pewnością jednak nie może to być powodem do przekreślenia autentyczności całej relacji, tym bardziej, że autor pamięta bardzo wiele innych nazwisk i często je przywołuje, co potencjalnie przynajmniej stwarzało możliwość oceny autentyczności przez żyjących jeszcze weteranów, tak jak w przypadku Józefa Załuskiego, gdy pisał swoje „Wspomnienia o pułku lekkokonym polskim…”

Najważniejszym punktem swojego wystąpienia, kwestionującego autentyczność anonimowego pamiętnika, Pani dr Caizan uczyniła opis zdobywania klasztoru karmelitańskiego. Informacje o zakonnicy, która wolała śmierć niż pohańbienie, Pani Caizan uogólnia mówiąc, że „obraz hiszpańskiej mniszki stał się obrazem innych zakonnic, które wolały popełnić samobójstwo, niż oddać się w ręce polskich żołnierzy”. Tymczasem z relacji Anonima wcale nie wynika, że żołnierz, którego widział przy martwej mniszki, był Polakiem. Pisze tylko: „widziałem grenadiera, leżącego na korytarzu obok konającej zakonnicy”. Równie dobrze ów grenadier mógł być Francuzem, przecież razem z Polakami w ataku uczestniczył 44 pułk piechoty liniowej. Gdyby zaś chodziło o prowokację i celowe pomówienie, czyż nie wydaje się logiczne, że autor podszywający się pod polskiego pamiętnikarza i uczestnika bitwy, jednoznacznie określiłby narodowość grenadiera. Pani Caizan przywołuje tu również Żeromskiego i Wajdę jako twórców, którzy upowszechnili tę scenę i przekształcili w „symbol wyrzutu sumienia narodowego”. Może i tak, ale co to ma wspólnego z pamiętnikiem z epoki, którego cel był z pewnością inny. Wygląda więc na to, że problemu gwałtów na zakonnicach nie wywołali ani anonimowy pamiętnikarz, ani domniemany rosyjski prowokator, ale Żeromski i Wajda, dokonując własnej konkretyzacji tak szczególnej dla literatury i filmu sceny. O sile oddziaływania, zwłaszcza filmu na tzw. świadomość zbiorową świadczy choćby upowszechnienie szarży pod Somosierrą w „Popiołach” Wajdy, choć Żeromski o tym nie pisał.

Podobne nadinterpretacje tekstu pamiętnikarskiego znajdujemy również w dalszej części wystąpienia Pani Caizan, np. w opisie domniemanej egzekucji porucznika  Pągowskiego. Myślę, że nie trzeba wymagać od pamiętnikarza piszącego swoje wspomnienia po 40 latach, by nie popełniał błędów, nie trzeba też zastanawiać się nad każdym skrótem myślowym, a z taka właśnie sytuacją, według mnie, mamy tu do czynienia. Autor wspomnień nie pisze przecież w ogóle o egzekucji, a ma jedynie na myśli spontaniczną sytuację w ferworze wydarzeń, kiedy Hiszpanie porywają wziętego do niewoli rannego żołnierza i na desce niosą go na śmierć w ogniu, którego pewnie wtedy w Saragossie nie brakowało. Skojarzenia z Inkwizycja są w tym kontekście zupełnie chybione, a nieporozumienie wynika tylko z braku precyzji językowej pamiętnikarza i przemieszania się wydarzeń w czasie.

Trudno tez zgodzić się z tezami na temat wyglądu figury Matki Boskiej del Pilar w okresie oblężenia Saragossy. Oczywiście autorka konferencyjnego wystąpienia ma nade mną tę przewagę, że z pewnością zna z autopsji wygląd tej figury, ale może właśnie tu tkwi Jej błąd, bo zapomina, że w 1809 figura mogła wyglądać inaczej. W relacji z konferencji czytamy: „Matka Boska nie ma klejnotów  na sobie – są to wota, które wierni na przestrzeni lat przynosili w dowód wdzięczności za otrzymane łaski albo jako prośby do Matki Boskiej: kolczyki, korony, medale.” Trochę inaczej wygląda to w relacji hiszpańskiego pisarza Banito Perez Galdosa, który swoje powieści historyczne o czasach wojny wyzwoleńczej opierał na relacjach świadków, a opisy Saragossy tworzył z autopsji, stąd można uznać, że to, co pisze, ma znamiona dokumentu. Otóż w jego powieści „Saragossa” (Warszawa 1955, s. 394) czytamy taki opis: „Oszołomiony tym entuzjazmem i wrzawą, walczyłem, by utorować sobie drogę aż do kraty, i wreszcie ujrzałem z bliska słynna figurę Najświętszej Panny. Któż jej nie widział, kto nie zna jej przynajmniej z niezliczonych kopii, wykonanych dłutem i pędzlem i rozpowszechnianych w nieskończoność wzdłuż i wszerz Półwyspu Pirenejskiego? Stała wówczas, podobnie jak dziś, po lewej stronie małego ołtarza, który wznosi się w głębi niszy urządzonej ze wschodnim przepychem. Niezliczona ilość świec płonie u stóp Matki Bożej, a drogie kamienie, którymi usiane SA jej suknie, rzucają blask oślepiający. Błyszczy złoto i diamenty w aureoli otaczającej głowę, w groszy u szyi, w pierścieniach na palcach. Żywa istota z pewnością upadłaby pod ciężarem tak wielu klejnotów. Suknia bez fałd, prosta i sztywna od góry do dołu jak pokrowiec, odsłania tylko ręce, a Dzieciątko Jezus, objęte lewym ramieniem matki, ledwie ukazuje swą brązową twarzyczkę spoza brokatów i drogocennych kamieni”. Skarb rzeczywisty, czy nie musiał budzić legendy, które docierały również do żołnierzy i rozpalały umysły, może nie tylko kapitana Notkiewicza. Jeśli wierzyć, nie wiem – historii czy legendzie, to nie prostym żołnierzom dostały się skarby del Pilar, ale marszałkowi Lannes. Jeden z bohaterów powieści Perez Galdosa mówi z przekąsem: „A co powiesz o honorowym postępku czcigodnego pana marszałka Lannes? Trzeba mieć czelność, żeby zdobyć się na to, co on uczynił! Ni mniej, ni więcej tylko wydał rozkaz wyniesienia ze świątyni klejnotów Najświętszej Panny del Pilar, mówiąc, że w tym miejscu nie są dość bezpieczne. O mało oczy nie wyszły mu na wierzch, kiedy ujrzał takie bogactwo drogich kamieni, diamentów, szmaragdów, rubinów”. (op. cit., s. 533)

Co zaś się tyczy wspomnianego kapitana Notkiewicza, to pani dr Caizan popełniła błąd, mówiąc, że ten oficer został „zwolniony ze służby 1812 r. z powodu ekscesów w Wilnie”. W „Archiwum Chłopickiego” w Krakowie znajdują się dokumenty na temat „Procesu przeciwko Notkiewiczowi o zdzierstwa w Hiszpanii” (k.565 – 636). Stanisław Kirkor informuje, że „nie był jednak postawiony przed sądem wojennym, odszedł z Legią do Francji  i po przybyciu do Paryża został 22 marca 1812 r. zwolniony ze służby z przyznaniem mu pensji, płatnej we Francji”. (S. Kirkor, Legia Nadwiślanska 1808 – 1814, Londyn 1981, s. 101) Przy okazji lektury książki Kirkora dowiadujemy się też, kim był ów „beznosy” oficer, stanowiący własne prawo w miejscowości San Fez de Calanda (Samper de Calanda). To Wincenty Jurewicz, porucznik w 7 pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, skazany wyrokiem sadu wojennego w Saragossie na degradację, usunięcie ze służby, rok więzienia i zwrot zagarniętych pieniędzy (S. Kirkor, op. cit., s. 100 – 101). Dokumenty jego sprawy są również dostępne w „Archiwum Chłopickiego” (mam wątpliwości, czy w tych dokumentach nie wskazuje się na 9 pułk piechoty KW – Zenobi).

Ostatnie moje wątpliwości dotyczą końcowego fragmentu wystąpienia Pani dr Caizan. Czytam tam autorytatywnie wygłoszoną tezę, że anonimowy autor „Saragossy w 1809” zmyśla, pisząc, że hiszpańska narzeczona jego kolegi Niewodowskiego nie mogła nazywać się Dona, „bo to imię nie jest hiszpańskie”. To prawda, imię nie jest hiszpańskie i w ogóle nie jest imieniem. Określenie „Donna” polscy pamiętnikarze stosują na określenie kobiety, dziewczyny, czasem gospodyni. Może faktycznie nie ma to nic wspólnego z hiszpańskim, bo powinno być co najwyżej „dueña”, ale w pamiętnikach tak właśnie jest. Jeżeli na przykład Stanisław Broekere pisze: „młoda Hiszpanka, Sennora Donna Pepika” („Pamiętniki wojny hiszpańskiej 1808 – 1814”, Warszawa 1877, s. 246) lub „Donna Pepika ze swoim małżonkiem” (tamże, s. 247), to nie powiemy, że wspomnienia napisał za niego agent Ochrany, dlaczego więc mamy o to podejrzewać omawiane wspomnienia Anonima?

Podobna pomyłka, na poziomie językowym, związana jest z nadinterpretacją, lub błędnym tłumaczeniem polskiego tekstu. W relacji z konferencji czytamy: „Poza tym brak potwierdzenia udziału tego konkretnego oficera polskiego (w stopniu majora) w kampanii hiszpańskiej”. Chodzi tu o małżonka wspomnianej wyżej hiszpańskiej Dony (Donny), porucznika Niewodowskiego, o którym Anonim pisze: „Niewodowski jako nasz wódz i najstarszy w latach…” Gdzie tu mowa o majorze? Nie mam pojęcia! Co do Niewodowskiego, to myślę, że można sprawdzić, czy miał żonę Hiszpankę.

Jak widać z przytoczonych przeze mnie przykładów, błędy popełniali nie tylko pamiętnikarze, ale i badacze pamiętników, a nawet historycy. Może to nie są argumenty koronne, ale wydaje mi się na tyle rzeczowe, by poddać pod wątpliwość tezę o sfałszowaniu pamiętnika w celach politycznych. Dla mnie dodatkowym jeszcze argumentem, przeczącym tej tezie, są okoliczności opublikowania pamiętnika w „Bibliotece Warszawskiej”, której redaktorem naczelnym był w 1850 roku Kazimierz Władysław Wójcicki, znany patriota i badacz narodowych pamiątek (autor pierwszej monografii Cmentarza Powązkowskiego), a inicjatorem publikacji i jak twierdzę, właścicielem tekstu oryginalnego „podanego” do druku, Józef Ignacy Kraszewski. Wątpię, czy mogli być oni narzędziem wrogiej propagandy.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że moje wystąpienie jako napisane prze anonimowego internautę może być zlekceważone lub nawet wyśmiane, taki jest los Anonimów. Zapewniam jednak solennie, że nie jestem agentem Ochrany.

Zenobi.