Ryżewski wraca z balu

Ryżewski wraca z balu

gbrPMZ Publikacje, Ryżewski 0 Komentarzy

Kończył się karnawał. Dla nas emigrantów bez ojczyzny, co na wojnach najpiękniejsze lata życia stracili, to żaden radosny czas, wręcz przeciwnie, tańczyć już nie tańczymy, panny na wydaniu, ani młode wdówki już nie w głowie. Największa przyjemność to w tłusty czwartek gdzieś chrustów, czyli jako to niektórzy faworków nazywają skubnąć… Ale na obczyźnie o takie trudno, więcej mamy tu pułkowników i generałów, niż dobrych kucharzy Polaków. My mieliśmy to szczęście, że w gospodzie gdzie się spotykaliśmy pracowała kucharka co jeszcze za Xięstwa Warszawskiego służyła u jednego z naszych senatorów i tam się tej sztuki nauczyła. Tego to więc czwartku, kiedy to wypadło nam spotkanie, gdy przyszliśmy do gospody na naszym stole piętrzyła się już wielka góra chrustu, elegancko posypanego drobniutkim cukrem. Gdy już nasyciliśmy się odrobinę, moi przyjaciel przypomnieli sobie o poruczniku Ryżewskim.

-Opowiedz Waćpan jakąś historię o naszym Bohaterze – poprosili.

-Co by wam tu opowiedzieć? Dziś Tłusty Czwartek, a my na wojnie to byliśmy szczęśliwi jak chociaż chleb był… -powiedziałem.

-Czy żadna przygoda nie wydarzyła się porucznikowi w Tłusty Czwartek? – dopytywali się.

-Rzeczywiście, był taki Tłusty Czwartek który Ryżewski długo pamiętał…

-Słuchamy! Słuchamy!..

– Było to w 1807 albo 1808 roku, Ryżewski kwaterował w jednym z niemieckich miast, teraz już nie pomnę w którym. Jeden z generałów urządził mały bal dla oficerów, na który byli też zaproszeni co znaczniejsi mieszkańcy z żonami i córkami, zabawa była przednia, sala rzęsiście oświetlona świecami woskowymi najlepszego gatunku i ogrzana, suty bufet, no i przede wszystkim wiele pań do obtańcowywania. Ryżewski – świetny tancerz był jak zwykle rozchwytywany.

-Rozchwytywany? Zapytał siedzący przy końcu stołu Poeta – a kiedy on się nauczył tańczyć skoro mówił Pan, że od młodości wojaczką się zajmował…

– Ryżewski był w Korpusie Kadetów, tak jak i ja. – powiedziałem – Nasi wychowawcy uważali, że umiejętność tańca jest tak samo ważna jak i kreślenie planty z natury. Ale o tym kiedy indziej… Wracając do Ryżewskiego, bal się skończył o północy, ale Ryżewski zabawił jeszcze trochę w bufecie, bo na stołach stało jeszcze wiele pełnych półmisków i butelczyn z przednim winem, a poza tym za oknem padał deszcz ze śniegiem, co nawet porucznika zniechęcało do powrotu na kwaterę. Co się odwlecze to nie uciecze! W godzinę stoły zostały opróżnione przez Ryżewskiego i jemu podobnych głodomorów. Zanim jednak wszystko zniknęło ze stołów, porucznik zdążył schować do kieszeni płaszcza grzeczną butelczynę i kawał buły. Tak zaopatrzony wyszedł na dwór, noc była ciemna, bez księżycowa, przez cały czas padało, a on jak na złość nie wziął latarki. Żeby skrócić sobie drogę na kwaterę postanowił pójść przez cmentarz, wydawało się to doskonałym pomysłem, bo gospoda w której kwaterował leżała dosłownie po drugiej stronie, przy murze cmentarza, a cmentarz mógł liczyć nie więcej niż 1000 kroków. Wszystko by się udało gdyby nie noc, deszcz i butelka wina którą wypił na balu i ta druga z której pociągał idąc. Co tu dużo gadać, zmylił drogę! Gdy w ciemnościach wyrżnął nosem o jakąś kratę stwierdził, że dłuższe peregrynacje po cmentarzu nie mają sensu, trzeba gdzieś przeczekać do rana, a rano prosto wrócić na kwaterę. Jak pomyślał tak zrobił. Wyjął z kieszeni krzesiwo, skrzesał trochę ognia, żeby rozejrzeć się za jakąś suchą kwaterą. W krótkich rozbłyskach ognia dojrzał otwarte tuż obok drzwi do niedużej kaplicy, więc wsunął się tam natychmiast. Gdy jeszcze raz użył krzesiwa zauważył kupę zeszłorocznych liści które wiatr nawiał przez otwarte drzwi do kaplicy. – To będzie musiało wystarczyć za pryczę dzisiejszej nocy – pomyślał i nie mieszkając rzucił się na to posłanie. Zanim zawinął się w płaszcz do snu dokończył butelkę wina zagryzając bułką, po czym wyjął z kieszonki zegarek, aby go nakręcić i sprawdzić która godzina. Zastanawiacie się zapewne jak chciał sprawdzić godzinę w tych ciemnościach – o, to proste, jego złoty szpindlak firmy „Maurice” z Paryża miał pełną kopertę, ale wewnątrz nie miał szkiełka chroniącego wskazówki, bo na cyferblacie był otwór do kluczyka. Dzięki temu można było także palcami w ciemności sprawdzić na której godzinie są wskazówki. Porucznik zdjął rękawiczkę i delikatnie przejechał palcem po tarczy, dochodziła druga po północy. – Czas na mnie! Pomyślał, zawinął się w płaszcz i ułożył do snu.

Gdy się obudził było już całkiem widno. Porucznik powoli otworzył oczy. Po deszczowej nocy wstawał piękny prawie wiosenny dzień. Wesołe promienie słońca wpadały przez pół otwarte drzwi kaplicy i niemiłosiernie raziły Ryżewskiego. Porucznik powoli podniósł się z legowiska, był trochę zesztywniały i mimo wszystko zmarznięty. Przeciągnął się jak najobszerniej mógł i otrzepał płaszcz. Sięgnął do kieszeni, aby spojrzeć na zegarek i przypomniał sobie o bułce, którą miał w kieszeni płaszcz i butelce wina zabranej z balowego bufetu. Uznał, że będzie to wyśmienity posiłek w zaistniałej sytuacji. Gdy tak posilał się, usłyszał jakieś odgłosy dobiegające z za drzwi. Powoli zbliżył się do wyjścia i ostrożnie wyjrzał na dwór. Za drzwiami zobaczył człowieka odwróconego do niego plecami. Człowiek ten, wyraźnie niemłody, ubrany był w mocno zniszczony szary frak i podobne spodnie, czarne równie zużyte kamasze którym brakowało chyba połowy guzików okrywały buty. Jak zauważył Ryżewski spod starego kapelusza wystawał nieznajomemu siwy rzadki harcap przewiązany czymś co chyba kiedyś było czarną aksamitną wstążką. Nieznajomy na rękach miał porwane rękawiczki. Był to stary grabarz, który tuż obok kaplicy w której nocował Ryżewski kopał świerzy grób. Teraz gdy zaczął go porucznik obserwować właśnie zrobił sobie przerwę na nabicie fajeczki. Stał oparty na rydlu i krzesał ogień. „Postraszę dziada” – pomyślał Ryżewski, który mimo zimnej nocy miał wyśmienity humor. Dokończył śniadanie, rozpiął płaszcz, chwycił go za poły i po cichutku skradając się podszedł do grabarza.

-Uchchuuu! – Zawył nad lewym uchem grabarza. A tamten nic, tylko dalej pyka fajeczkę.

-Uchchuuuuu! – Zawył Ryżewski tym razem nad prawym uchem, tak aby mu w oczy spojrzeć i płaszczem pomachać. A grabarz dalej Nic!

Uchchaucha! – Zawył porucznik dla odmiany znów nad lewym uchem starego. Niemiec chyba nawet nie spojrzał (no może rzucił lewym okiem na majtający się płaszcz).

– A pies cie trącał stary dziadu! – Zaklął Ryżewski pod nosem. – Idę na kwaterę. Dopowiedział w myślach i ruszył w kierunku bramy. – „I pomyśleć, że byłem tak blisko wyjścia” stwierdził porucznik wchodząc w otwartą na oścież bramę, gdy nagle usłyszał przeraźliwy świst i poczuł, że coś ciężkiego wylądowało z wielkim impetem na jego głowie i plecach, a świat zawirował mu przed oczyma, a potem zrobiło się nagle ciemno…

Gdy po chwili zaczął z trudem otwierać oczy, świat nadal wirował jak oszalały, choć już trochę wolniej. Ryżewski zobaczył nad sobą zniszczoną twarz starego grabarza trzymającego w jednej ręce rydel, a brudnym palcem drugiej grożącego mu i skwierczącego po niemiecku:

-Chciało się wstać z grobu? –– Dobrze! Chciało się starego Hansa postraszyć? – Gut! Dobrze! – Ale z cmentarza to nie wychodzimy, nie wychodzimy! Ot co!