Taking Cover from the Storm - Frederik Hendrik Kaemmerer

Ryżewski na Balu redutowym

gbrPMZ Publikacje, Ryżewski 0 Komentarzy

W trakcie przeglądania papierów po poruczniku Ryżewskim trafiłem na bardzo ciekawe materiały, jak raz pasujące do zajmujących ostatnio wielu z nas spraw balowo-karnawałowych. Jak zapewne Czytelnicy pamiętają porucznik Ryżewski był nie tylko dzielnym żołnierzem kawalerzystą, ale także koneserem kobiecej urody i wielbicielem balów, które dla niego często kończyły się w kobiecej alkowie, lub o świcie w lasku z sekundantami szykującymi szable czy pistolety do pojedynku, a czasami i jednym i drugim (znaczy się najpierw „alkowa” a potem pojedynek). A oto i kolejny przypadek Ryżewskiego:


 

Było to w 1815, lub może w 1816 roku. Ryżewski, aby załatwić sprawy pułku musiał zatrzymać się na kilka tygodni w małym miasteczku, czekając aż tamtejsi rzemieślnicy ukończą zamówione roboty. Tam też zastał go Nowy Rok i karnawał. W dzień nadzorował realizację zamówienia, a ponieważ nie miał zbyt wiele do roboty wieczorami, a i towarzystwo tamtejsze było takie sobie, chadzał na koncerty, widowiska i reduty organizowane w salach ratusza.
Pewnego razu na takiej reducie pojawiła się znajoma dama. Dama ta mieszkała obok kwatery Ryżewskiego. Porucznik widywał ją niemal codziennie bo ich okna i drzwi wychodziły na tą samą uliczkę. Ryżewski jako dobrze wychowany kawaler i oficer kłaniał jej się zawsze i zagadywał, niestety Madame Hortensja, bo tak miała na imię, zbywała go zdawkowo lakonicznymi półsłówkami, nigdy nie pozwalając na dłuższe rozmowy i ma się rozumieć zacieśnienie znajomości. Dlatego, gdy Ryżewski ujrzał ją na balu, stojącą samotnie w pięknej sukni, opartą o boazerię przy wielkim oknie i wodzącą wzrokiem tęsknie za tańczącymi parami, nie namyślając się ani chwili z dziwnym uśmiechem na twarzy ruszył w jej stronę dzwoniąc ostrogami przybitymi do pięknych huzarskich czerwonych butów. Ukłonił się i powiedział:
-Dobry wieczór Madame! Jak się Pani bawi? – uśmiechnął się jeszcze szerzej niż to robił gdy ją spotykał na ulicy… Hortensja oderwała lekko rozmarzony wzrok od tańczących i spojrzała na niego gniewnie.
-To najgorszy bal na jakim w życiu byłam! – Prawie wykrzyknęła choć Ryżewski stał zaledwie o dwa kroki od niej.
-??? -Ależ dlaczego? Takie piękne sale. Takie wysokie, jest czym oddychać i kapela, choć to tylko kwartet pięknie gra… Zaczął zachwycać się Ryżewski.
-Nie ma z kim tańczyć! –wysyczała Dama.
-Rzeczywiście kawalerów do tańca mało… Cóż wojna, w domach zostali starcy, młodszych jak czterdziestolatków nie uświadczysz… Uśmiechnął się patrząc jej prosto w oczy.
-A Pan zdaje mi się bawi wyśmienicie. – Powiedziała – Z czego się Pan śmieje?! Niech Pan przestanie!
-O! Śmieję się z Pani, że Pani tak ładnie tę ścianę podpiera…
-Podły!
-Nie podły tylko szczery…
-Mógł by Pan chociaż poprosić mnie do tańca… Bardzo to ładne co teraz grają… -dodała już całkiem delikatnie, co w innym miejscu i innym czasie Ryżewski odebrał by jako zachętę do awansów i szturmów. Jednak teraz odpowiedział:
-Nie mogę..
-???
-Nie tańczę z nieznajomymi damami…
-Jak to!? Przecież Pan mnie zna! Kłania mi się Pan, a ja odpowiadam… O, a teraz rozmawiamy…
-Tak to prawda, odpowiada Pani, zdawkowo, od niechcenia… Czyli, jak to Pani ostatnio ujęła: -„to taka przygodna znajomość…” No, ja myślę droga Pani, wedle tego, że nie taka bliska żeby poprosić do tańca, bo są przecież bliżsi znajomi, a taniec, to, uważa Pani, bliskość, no bo przecież czasami trzeba trzymać się za ręce… ot co!
-Jest Pan OKROPNY!
-Nie okropny, tylko posłuszny, dobrze pamiętam co Pani we wtorek powiedziała gdy pytałem ją o zdrowie…
-POTWÓR! -Wysyczała Hortensja.
-Wiem. – odparł porucznik – Ale teraz proszę wybaczyć, ten taniec już obiecałem…- Ryżewski lekko się skłonił, strzelił ostrogami przy czerwonych huzarskich bucikach, zrobił prawie regulaminowy ”przez prawo w tył” i pomaszerował w przeciwny koniec sali.
Kilka kwadransów później Ryżewski znowu zbliżył się do Madame Hortensji. Porucznik podszedł powoli trzymając swobodnie w ręku szklankę pełna lemoniady którą co chwila popijał. Gdy podchodził, dostrzegł w jej wzroku nutkę tęsknoty za tym zimnym napojem. Stanął w niszy tego samego okna co Madame Hortensja. Dama, co było widoczne usychała z pragnienia, ale bała się zejść do bufetu z posterunku oczekiwania na sali balowej, bo ciągle liczyła, że może wreszcie ją ktoś poprosi do tańca. Niestety lokalni kawalerowie zajmowali się wyłącznie miejscowymi pannami, słusznie zakładając sukcesy w podbojach mogące zakończyć się mariażem i połączeniem ich drobnych mająteczków z równie niewielkimi posagami panien. Oprócz Hortensji jedynym przyjezdnym zainteresowanym tańcem był Ryżewski. Porucznik lekko się skłonił, żeby nie wyjść na nie okrzesanego, poczym patrząc gdzieś przez okno powiedział jakby do siebie, ale właściwie to do Hortensji:
-Pyszna ta lemoniada, Pani nie gustuje? To taki orzeźwiający napój…
Gdyby w tym momencie spojrzał na jej twarz, gdyby światło z najbliższego kandelabra pokazało jej oczy… porucznik niechybnie leżał by już martwy w kałuży orzeźwiającej chłodnej lemoniady, z kawałkami szkła ze szklanki wbitymi w całe ciało. Bo oczy Madame Hortensji zamieniły się we wzrok Meduzy. Nic w tym dziwnego, przecież wężowa głowa Gorgony była jednym z popularniejszych motywów Stylu Cesarskiego i pojawiała się wszędzie, a ona zabiła by go samym wzrokiem bo ręce miała zajęte podtrzymywaniem kaszmirowego szala i wachlarza. W tym momencie orkiestra zaczęła kolejny taniec. Ryżewski wyciągnął głowę w kierunku skąd dolatywała muzyka, przez chwilę jakby próbował rozpoznać utwór, po czym wykrzyknął:
– Ach to to! Pani wybaczy, obiecałem ten taniec córce mera, było by bardzo nieładnie gdyby… – Nie dokończył zdania bo właśnie dopijał ostatnie łyki lemoniady, odstawił pustą szklankę na parapet obok Madame Hortensji, ukłonił się i strzelił obcasami swoich pięknych czerwonych huzarskich bucików, ostrogi zadźwięczały i już go niebyło. Hortensja kątem oka widziała jak przeciska się przez tłum, a jej cała uwaga skupiła się na pustej szklance po lemoniadzie odstawionej przez Ryżewskiego na parapet. Im dłużej jej się przyglądała tym szklanka była bardziej pusta. Tak, to był najgorszy bal na którym była, i choć jeszcze się nie skończył była tego absolutnie pewna – NAJGORSZY! Chyba już nic gorszego nie może mnie dziś spotkać – pomyślała. – Biedna istota! Nie wiedziała co też los jej szykuje, nie wiedział tego nawet Ryżewski choć to on miał być reżyserem wydarzeń najbliższej godziny… Ale po kolei: Bal się powoli kończył, starsi i bardziej zmęczeni wychodzili już, wsiadali do zajeżdżających pojazdów lub szli pieszo. Ryżewski stał na schodach wejściowych przy latarni i czytał list który właśnie przed chwilą otrzymał. Gdy usłyszał za sobą charakterystyczny szelest sukni, odwrócił głowę natychmiast domyślając się właścicielki.
– A, to Pani… – skłonił się lekko.
– Skoro nie chciał Pan ze mną zatańczyć, ani podać mi lemoniady, to może chociaż odwiezie mnie Pan do domu… – powiedziała prawie z rezygnacją.
– Niestety nie mogę droga Pani, przyjechałem wierzchem. – powiedział pokazując ostrogi.
Hortensja miała już prawie łzy w oczach, ale reszta próżności i lekceważenia oficerów młodszych niż kapitanowie wypchnęła na jej oblicze minę na widok której porucznik Ryżewski zupełnie zmienił zdanie.
– Dobrze, odwiozę Panią, zaraz wezmę powóz. – Mówiąc to spojrzał na nią w ten sam sposób jak za pierwszym razem na balu dziś wieczorem. – Proszę tu na mnie zaczekać – Powiedział i skoczył z ostatnich trzech stopni schodów ratusza. Właśnie w tym momencie do schodów podchodził