Rekonstrukcja munduru i oporządzenie ułana 7-ego pułku Lansjerów Legii Nadwiślańskiej

Rekonstrukcja munduru i oporządzenie ułana 7-ego pułku Lansjerów Legii Nadwiślańskiej

KT Barwa i broń Leave a Comment

Rekonstrukcja munduru i oporządzenie ułana 7-ego pułku Lansjerów Legii Nadwiślańskiej

Sława pułku Lansjerów i namowy Andrzeja Ziółkowskiego , sprawiły że wybrałem mundur z żółtymi wyłogami zamiast szwoleżerskich amarantów, choć to o szwoleżerach czytałem w czasach, gdy siadanie na koń jeszcze nie zaświtało w mojej głowie.
A gdy już zacząłem jeździć to powrócił mundur, zielony przerabiany z piechocińskiego z jednostek nadwiślańskich gdyż na początku aktywnego rozwoju szwadronu ochotniczego RP w Starej Miłosnej nie było co marzyć o przepisowych , ułańskich z 7-mioma guzikami.

Najważniejsze że były czyste i wyprasowane, w Spale podczas pierwszych po wojnie dożynek prezydenckich zespoły folklorystyczne, zebrane dla uświetnienia uroczystości, zaraz po mszy, gdy ruszył wielki powóz Prezydenta miały śpiewać jemu i Pani Prezydenckiej, co było zaplanowane nie wiem , jak tylko ruszyliśmy, zaśpiewały przez płacz ale nam: Ułani,Ułani malowane dzieci…, nikt nie liczył guzików i nie patrzył jakie mamy szable.
Na takie chwile trzeba czekać długo i trwają krótko, a czas szybko leciał, szwadron dorobił się kompletu żołnierzy z poboru, chłopcy jeździli różnie ale byli młodzi i wyglądali jak wojsko, nie jak cywil banda w zielonych mundurach.
Wtedy pojawił się Ziółek, z fajką w zębach i jak Gajkoś zaczął namawiać do Lansjerów, on pierwszy Lansjer Rzeczpospolitej co nie jeździ konno ale pułk kocha i choć gania na piechotę za wodza Legii Nadwiślańskiej namówił mnie do Lansjerów.
Mundur powstał tak naprawdę dzięki Rysiowi Morawskiemu, którego prace poznałem w „Relaksie”,gdy jeszcze jak pod nosem miałem mleko. Po latach poznaliśmy się, bo Rysio modelarz i kolekcjoner poszukiwał a ja mogłem mu pomóc.
Gdy dowiedział się,że planuję szyć mundur Lansjerów wyciągnął całą dokumentację jaką miał, a ja zacząłem szukać materiałów, guzików i krawca, rymarza. Nie było łatwo, w końcu po wielu próbach znajoma krawcowa podjęła się zadania rekonstrukcji munduru Lansjerów z okresu około 1811, na podstawie rysunków poglądowych z francuskiego czasopisma.
Czapkę zamówiłem w Al. Jerozolimskich, czapnik wykonał ją także z rysunku i wyszła nieźle, na pewno jej brakuje do oryginału ale z blachą, podpinką i lwami od p. Jaworskiego ekstremiści – uniformiści jakoś się mnie nie czepiają że czapka nieoryginalna i w ogóle.

Z konieczności wszystko co odtwarzamy dzisiaj po 200 latach różni się od oryginału, często można przeć się jedynie na opisach niewiele eksponatów przetrwało do naszych czasów a te nieliczne wcale nie muszą być autentyczne , jednak należy dążyć do jak najwierniejszego odwzorowania , na przeszkodzie stoją po pierwsze pieniądze a następnie umiejętności i wiedza współczesnych rzemieślników .
Dziś mundur historyczny można zamówić u krawca, który pięć lat temu zaczynał podobnie jak ja, namówiony przez Ziółkowskiego,
Dzisiaj co się da wiara robi we własnym zakresie specjalizując się w czapkach, sznurach itp. wtedy zastanawiałem się czy czasem nie walczymy z wiatrakami bo nie byłem sam.

Lubię mój mundur, który dopasowany jak druga skóra, wymaga zachowania postawy prawie na baczność, ma jednak parę tajemnic i o tym spróbuję opowiedzieć. Po pierwsze kurtka kroju polskiego, sięgająca czasów reform kawalerii I-szej Rzeczpospolitej. Obcisła, wymaga tzw. łódek pod pachami żeby dało się podnieść rękę z szablą do cięcia z góry, można ją zapiąć na krzyż, albo na jak na służbę z wyłogami na wierzch.
Z analizy rysunków i reprodukcji rycin z epoki doszedłem do wniosku że w zasadzie oficerowie i żołnierze nosili kurtki jednakowego kroju może różniły się materiałem.
Podczas mojego pobytu pod Lodi i w Mediolanie miałem okazję przyjrzeć się innym kawalerzystom i stwierdziłem że mój mundur jest prosty i skromny w porównaniu do huzarów, szaserów, dragonów czy szwoleżerów, ale taki to był pułk do ciężkiej roboty, sprawny i niepokonany, jeden z najlepszych w dziejach naszej kawalerii.
Mundury z żołnierzy jednej jednostki w czasach napoleońskich różniły się tzw. efektami to jest wszystkim co do munduru „się doczepia” czyli czym wyższy stopień tym więcej i z lepszych materiałów przy czym wszystko miało swoje znaczenie w identyfikacji stopni oraz przy identyfikacji swój czy wróg.
Jeden Cesarz, nosił na co dzień mundur szaserów bez epoletów i odznaczeń, czasami wdziewał inne mundury, jak na Litwie w 1812 gdy założył mundur szwoleżerów podczas rozpoznania przepraw.
Na Cesarza snobowali się adiutanci sztabów, ale jak pisał Fredro nie było to bezpieczne, bo czasem własna piechota brała takiego fircyka za wroga .
Jedną z kar stosowanych w tamtych czasach był zakaz noszenia efektów, inną nakaz noszenia kurtek wywróconych na drugą stronę.

W trakcie szycia okazało się, że kurtka jest dość krótka, zatem spodnie muszą mieć podwyższony stan praktycznie aż do żeber, żeby koszula nie wychodziła ze spodni. Proste ale i bardzo praktyczne gdyż z tyłu jeździec ma całkowicie przykrytą dolną partię pleców .
Z wypustkami(na szwach),wyłogami, rabatami i łapkami na rękawach krawcowa dała sobie radę, trochę gimnastyki było z łódkami gdyż jest to element garderoby od dawna nie stosowany w krawiectwie, jednak po wielu poprawkach i tę przeszkodę dało się pokonać. W trakcie noszenia munduru spostrzegłem, że podwinięte poły można wykorzystać jako kieszenie, co wymagało sprytnego zszycia w odpowiednich miejscach krawędzi materiału.
Takie kieszenie w połach mundurów oficerów piechoty gdzie poły sięgały do kolan były powszechnie stosowane. Innych kieszeni w kurtce praktycznie nie da się zrobić, gdyż jest ona bardzo obcisła a na „galowo” zapina się na haftki co jest bardzo niewygodne przy zapinaniu , zatem odkryłem niejako przy okazji kieszenie w połach.

Spodnie czyli rajtuzy jak je nazywano w tamtych czasach powinny być typu huzarskiego, obcisłe wpuszczanych w węgierskie buty, lub tzw. służbowe zapinane na 17 lub 19 guzików, ze skośnymi kieszeniami . O węgierskich butach nie było co marzyć, postanowiłem zatem uszyć spodnie z nogawkami zapinanymi z boku na guziki.
Takie spodnie z podwyższonym stanem z nierozciągliwego sukna wymagały wykonania przyszycia niezbędnego nadmiaru materiału do pasa spodni na zaszczypki oraz zastosowania sznurowania na plecach jak w gorsecie.
Kto widzi w tym praktycznym rozwiązaniu kabaret ma problem z wyobraźnią, takie spodnie nosili wtedy wszyscy faceci i było im w nich, tak jak i mnie wygodnie. Nogawki, każda z jednego kawałka materiału, bez szwu od wewnętrznej strony, żeby coś takiego dało się nosić tkanina musi być przed krojeniem ułożona splotem po skosie pionu tak żeby nogawka układała się na nodze, do tego jedną połowę tkaniny przed krojeniem należy obrócić o 180˚ tak żeby po zszyciu nogawek splot prawej szedł po skosie w prawo w dół, a lewej po skosie w lewo w dół.

Po co to wszystko, ano wtedy tak szyli spodnie nie tylko dlatego że nie mieli elastycznych materiałów , zaszczypki pod pasem są niezbędnym elementem konstrukcyjnym spodni, wybierają nadmiar materiału który póki się stoi optycznie poszerzają biodra ale bez nich nie da się siąść w siodle, dzięki temu nadmiarowi portki nie podrą się wzdłuż i w szerz.
Tyle, że nawet jeśli są podszyte skórą a podszywali je materiałem a czasem i nie podszywali czyli były jednowarstwowe to nie są to spodnie dla współczesnego jeźdźca który trzyma się konia łydkami i który łydkami „rozmawia” ze swoim rumakiem.
Bracia kawalerzyści,… Lansjerzy i Ułani 200 lat temu nie nosili butów z cholewami do kolan bo ich nie potrzebowali.
Na żadnej rycinie z tamtych czasów nie zobaczycie gościa w butach do kolan, poza Cesarzem i kirasjerami, prawdziwa kawaleria jeździła jak to mawia Wiesław Maria Grochowski na równowagę, czyli siedziała twardo na zadku wioząc nogi ze sobą, a nie na nogach jak jeździ większość nam współczesnych tzw. klasycznych jeźdźców. Sam tak zaczynałem, zatem wiem i jak ktoś nie wierzy mogę zademonstrować, pierwsze spodnie, w czasie gdy zmieniałem styl jazdy zdarłem na łydkach, ale od czasu jak przestałem czuć że mnie zadek boli spodni już nie drę. Tu pora na cytat z Jędrzeja Kitowicza który zanim został księdzem sam na koniu jeździł i myślę że nieźle. W Opisie obyczajów za panowania Augusta III ,w rozdziale -O stanie żołnierskim, pisze tak(cytat bez zmian pisowni):
„ Nazywał się ten gatunek wojska dlatego autoramentem polskim, iż zażywał stroju polskiego i siedzeniów na konie polskich, to jest kulbak, które nie były jednoformne, ale podług gustu każdego jeźdźca rozmaite: łęk, terlicę, jarczek i turecka kulbaka, co wszystko podpadało pod imię powszechne”kulbaki”
i dalej „Jarczak była terlica albo łęk gładki, skórą obklejony, bez poduszki, na którym jarczaku chłopcy, ciurowie i towarzystwo rękodajni do twardego siedzenia na koniu bywali przyuczani.
Ja to skomentuję tak :nie został husarzem ten kto chłopcem tyłka na jarczaku sobie nie wygarbował. Dzisiaj siodła tzw. uniwersalne trzymają jeźdźca za krocze tak, że o dosiadzie nie ma mowy, jeździec siedzi miękko na mięśniach pupy ze sztywnym kręgosłupem co u niektórych kończy się urazem dolnej części kręgosłupa właśnie.

Wrócę jednak do spodni w których nogawki zapinane są z boku na 19 guzików, a z przodu Na tzw. „wielką klapę” czyli żeby je założyć trzeba odpiąć 2-3 guziki z boku do tego rozpiąć pas, ten pod wielką klapą (jest to taki patent jak we współczesnych spodniach marynarskich. Podobno, nie wiem bo nie byłem w marynarce w każdym razie zakłada się dość sprawnie, ale do noszenia potrzebne są niestety szelki. Założone przypominają klasyczne rurki tyle, że są dość luźne na stojąco, żeby nie podciągały się do góry podczas jazdy należy przypiąć paski pod podeszwą, na siodle gdy stopy znajdą się w strzemionach spodnie naciągają się i leżą jak ulał.
Spodnie lansjerskie to zupełnie inny fason niż zielone bryczesy które działają na tej samej zasadzie, tyle że nadmiar materiału czeka na wsiadanie w postaci dwu miechów na udach, ale to znowu inna historia. Kieszenie są symboliczne, płytkie, przy czym bardzo potrzebne na niezbędne rzeczy osobiste np. telefon lub klucze do samochodu. Pod kurtką kamizelka ze stójką, sznurowana na plecach dzięki czemu opina luźną koszulę, na szyję dla żołnierzy czarna chustka, biała dla oficerów.
Buty powinny być z cholewką do połowy łydki ale ja używam krótkie do kostki lub rosyjskie z miękką cholewą ,pod spodniami nie widać jakie buty mam na nogach, tak jest zresztą wygodniej.

Początkowo chciałem dorabiać ostrogi takie jakie noszono 200 lat temu tj. przykręcane do obcasów, ale dałem sobie spokój, Józef Grabowski w Pamiętnikach wojskowych 1812-1813 pisze że Cesarz nosił ostrogi na paskach, zaś Fredro pisze że gdy zaspał podczas kampanii w 1813 i na piechotę gonił sztab, zgubił jedną ostrogę która była przepisowo przykręcana do obcasa, zatem względy praktyczne i przykład Cesarza zwyciężył, poprzestałem na ostrogach przypinanych do butów.
Przy czym przypinam je na obcasach gdy współcześnie przypinane są tuż pod kostką, początkowo trochę mnie denerwowało stałe dzwonienie ostróg podczas chodzenia ale po pewnym czasie przyzwyczaiłem się, poza tym tych kilka centymetrów w dół utrudnia przypadkowe sięgnięcie ostrogą do boku konia, a co ciekawe replika powojennych ostróg kawaleryjskich idealnie pasuje do obcasa ruskiego oficerka!.

Lansjerzy nosili dwa typy pasa głównego. Praktyczniejszy jak u szwoleżerów z białej skórzany z długimi rukami, współcześnie nazywa się je rapciami, przy czym szabla wisi na przednim, tylny jest dwa razy dłuższy i praktycznie nie udało mi się ustalić do czego służy. Pasek na którym wisi szabla jest tak długi że szabla trzewikiem sunie po ziemi i tak ma być, taki był wtedy fason.
Na koniu szabla wisi nisko i dzięki temu łatwo wpada w rytm ruchu konia, dzwoni ale nie przeszkadza, nie podskakuje i nie majta na boki, do czego dochodzi przy pasku skróconym.

Drugi rodzaj pasa głównego to 2-u metrowy pas strefowy szyty z płótna w kolorze munduru z białymi strefami. Efektowny ale niewygodny w stosowaniu bo trzeba się nim 2razy owinąć. Do takiego pasa potrzebny jest huzarski pas do szabli, który nosi się po skosie na biodrach, także z długimi rukami.
Zacząłem od pasa strefowego i huzarskiego ale dzięki Piotrowi M. Zalewskiemu (kolejny specjalista) który wykonał klamrę z orłem nie muszę się więcej męczyć z zawijaniem „taśmy” wokół mojego pasa.

Broń:
Pierwszą szablę początkowo wz.25, którą miałem jeszcze z czasów zielonej kawalerii i lancę wykonał Marek Sobucki wg rysunków Gembarzewskiego. Lanca długości 2,85 z drzewcem z bukowego drewna i szerokim trapezowym dwusiecznym grotem okazała się bronią z prawdziwego zdarzenia, a pochodzi jeszcze z czasów gdy obok husarzy stawała do boju jazda pancerna wyposażona w rohatyny.
Co ciekawe identyczną lancę przywieźli ze sobą na pierwszą obronę reduty wolskiej Litwini ,z czarno-białym proporczykiem moja ma proporczyk czerwono-biały.
Druga szabla, lekkiej kawalerii pochodzi z kuźni Jacka Popińskiego, jest lekka i groźna, bo to broń do cięcia i do pchnięcia , na co dzień wisi obok pochwy żeby nie rdzewiała do boju nie chadza bo to nie te czasy .

Rząd na konia:
Jak już wspomniałem przeszedłem długą drogę rozpoczynając od siodła tzw. uniwersalnego, poprzez ujeżdrzeniowe do kulbaki, początkowo żołnierskiej wz.36, do obecnie używanej, moim zdaniem najlepszej oficerskiej wz.25.
W zasadzie wszystkie siodła nadają się na rząd lansjerski dzięki temu, że należy przykryć je czaprakiem, czy to baranim czy sukiennym. Siodło jest drogie i służy na co dzień zatem nikt nie powinien „czepiać się” nieoryginalności tego elementu wyposażenia. Zresztą 200 lat temu sidła także były różne, myślę że najpowszechniej używana była kulbaka tzw. węgierska czyli wspomniany przez Kitowicza jarczak ,na jej ślad trafiłem w książce „Armiejskije Ułany Rasiji w 1812 roku”.

Poniżej moje dosłowne tłumaczenie i fragment oryginału, w nawiasach moje uwagi)

Wyposażenie konia (rząd):
Siodło węgierskie składało się z drewnianej terlicy (orczag u nas jarczag) płóciennej plecionki. Terlica była zrobiona z drewnianych łęków ( z przodu węższy z tyłu szerszy) do których były przybite dwie deski (ławki) a po środku był zamocowany szeroki, mocny pas skóry (mostek). Pod terlicą , od dołu były przymocowane dwie plecionki z grubego sukna nabite końskim włosiem (poduszki). Od górny orczag był oklejony grubą plecionką a potem skórą. Żeby osiodłać konia , kładziono mu na grzbiet potnik, z sierści owcy ze skórzanym wierzchem ( czyli baranicę sierścią do dołu). Na potnik kładziono terlicę mocowaną popręgiem popręgiem szerokiej skóry, podwiązywaną pod brzuchem konia. Na terlicę kładli poczwórnie złożony koc, zamiast poduszki dla zmiękczenia siedziska. Na to wszystko kładziono czaprak z zaokrąglonymi końcami dociskany do siodła powęzem ( obergurtem). Do terlicy mocowane były olstra, napierśnik, pętle, pasy dociskające (przystuły) puśliska.

Obok terlic wymieniane są siodła nazywane także huzarskimi a sądzę że jest to zwykła pomyłka gdyż jeśli spojrzeć na takie sidło to po co huzarowi tak wysoki tylny łęk?

A dodatkowo przy strzemieniu dulka do lancy? Jestem pewien że takie siodła produkowane były w tamtym czasie dla Lansjerów i szwoleżerów , generalnie dla wszystkich kawalerzystów używających lancy i nie sądzę że jest to pomysł Francuzki. Przypuszczam że od początku tworzenia pułku tj. jeszcze we Włoszech były używane takie siodła, wysoki tylny łęk daje dostateczne oparcie jeźdźcowi przy uderzeniu lancą w przeciwnika. Francuzi lancy nie znali, zatem razem z lancą trafiło na zachód i siodło które wyróżnia się nie tylko kształtem ale i starannym wykonaniem, gdyż nie jest to zwykła terlica. Być może siodeł tego typu używali towarzysze jazdy pancernej a potem kawalerii narodowej. Być może siodła lansjerskie trafiły do pułku razem z jeńcami z armii Austryjackiej, tego prawdopodobnie nie uda się już nigdy ustalić. Takie siodła nadal są dostępne we Francji ,zdjęcie jest niestety słabej jakości .

Powrót do drewnianej terlicy od początku wydawał mi niepraktyczny , a wtedy tj. trzy lata temu nie byłem pewny czy eksperyment z adaptacją kulbaki oficerskiej wz.25 (która przypomina siodło lansjerskie ) do czasów napoleońskich powiedzie się. Zacząłem od powęzu który wykonał wg przedwojennej instrukcji oporządzenia taborowego Pan Pydo.
Jeden element tj. kabłąk do paska spinającego nie był praktyczny gdyż pasek zsuwał się tworząc pod kolanem niewygodne zgrubienie, został zatem wymieniony na trapez ze skórzanym łącznikiem mającym zapobiegać zsuwaniu się paska do środka. Przypuszczam że dawniej pasek był wykonywany z miękkiej skóry która równo układała się na eliptycznym kabłąku. Pod czaprakiem bez czarnej baranicy.

Siodłanie z obergurtem wymagało przyzwyczajenia się do zapinania najpierw przystuł i popręgu „pod spodem” a następnie powęzu na wierzchu. Niewygodę siodłania rekompensuje idealne dociśnięcie siodła do końskiego grzbietu oraz to że po dociągnięciu obergurtu przy siodłaniu konia, nie trzeba dociągać popręgu po 15 minutach jazdy. Należy jednak bardzo ostrożnie dociągać pasek obergurtu gdyż zbyt mocne dociągnięcie grozi upadkiem konia na kolana. Udało mi się zdobyć popręg wykonany z taśm, taki jakie były stosowane 200 temu tyle że jest to element mało widoczny ale praktyczny. Po stroczeniu zrolowanego koca lub kurtki i przykryciu siodła czaprakiem oraz dociśnięciu wszystkiego powęzem i obergurtem efekt wizualny dorównał użytkowemu.

Kolejnym wyzwaniem było wykonanie ogłowia. Wykonanie repliki to nie tylko koszt skóry i praca rymarza ale także elementy łączące , spory koszt trudny do określenia, jeszcze do tego rymarz nie bardzo miał czas by wykonać takie nietypowe zlecenie, zatem pozostała przeróbka ogłowia które miałem. A dysponowałem oficerskim wz.25 pleszewskiej roboty (kantaro-uździenica) które poza tym że nie pasowało do epoki było ekstremalnie niewygodne w użyciu bez żalu zdecydowałem się na przeróbki. Zacząłem od wizyty w muzeum WP żeby zobaczyć z czego ono się składało , dzięki eksponatowi z czasów królestwa polskiego, który wydawał się skomplikowany na pierwszy rzut oka , ale po porównaniu z rysunkami udało mi się je „rozebrać” na części. Przeróbka polegała na oddzieleniu kantara od uździenicy przy czym potrzebne było przerobienie medalionów podtrzymujących pasek skroniowy, wykonanie nowego dłuższego paska skroniowego, dodanie paska pod półksiężyc oraz dodanie pasków skrzyżowanych na czole. Koszt niewielki a dzięki wszystkim zmianom mam ogłowie nie „historyczne” ale za to praktyczne w codziennym użyciu. Na coś szperanie w historii w końcu się przydało. Zdaje sobie sprawę że jest to półśrodek, ale przed wykonaniem repliki powstrzymuje mnie świadomość kosztów przedsięwzięcia może kiedyś w przyszłości ją wykonam , na razie musi mi służyć to przerobione. Ogłowie żołnierskie wz.36 może zastąpić także ogłowie historyczne, uważam że przy nawale kosztów to drobne ustępstwo zostanie przynajmniej na początek dopuszczone, tym bardziej że mamy już sporo zielonej kawalerii wyposażonej wg wzorów przedwojennych.
Na dzień dzisiejszy większym problemem jest brak wiedzy u „zielonych” o historii naszej jazdy gdyż ograniczają się wyłącznie do okresu międzywojennego. Książek i pamiętników nie brakuje, a Europa sięga nie bez powodu do wydarzeń sprzed 200 lat. Napoleon jest postrzegany jako prekursor jednoczenia kontynentu, jak się to odbywało, jakie miał cele oprócz tego współcześnie najwygodniejszego, jest to zupełnie nieistotne.
Po 200 latach wygrane i przegrane bitwy łączą jednakowo potomków żołnierzy wówczas walczących ,tymczasem ostatnia wojna nadal wywołuje ogromne emocje i myślę że za 200 lat będzie tak samo. Dynamiczny rozwój zielonej kawalerii tłumaczy jedno, przez 45 lat II-ej kongresówki nie wolno było wspominać dobrze okresu przedwojennego. Najlepszym przykładem jest „Lotna” film którym Wajda otworzył sobie drzwi do przedsionka czerwonych salonów. Miałem kiedyś okazję jechać z Panem Wajdą do Krakowa w jednym
przedziale, wspaniała okazja żeby porozmawiać o kłamstwie „Lotnej” ale nie zrobiłem tego, spojrzałem na Niego, wcisnąłem się w kont przedziału i przespałem całą drogę.
Rozmowa nic by nie dała, gdyż twórcy uważają, że mają prawo przetrawiać historię i przedstawiać wyniki tłumom jako jedyną prawdę , dobrze wiedzą jaką siłę mają media a fikcja stworzona przez nich zaczyna żyć własnym życiem. A może jednak powinienem pokłócić się z Nim o granice odpowiedzialności i profesjonalności twórców, może dzięki temu w „Panu Tadeuszu” generał Dąbrowski tańczył by z Zosią ubrany w spodnie zamiast w kalesony.
Rozkwit zielonej kawalerii to z jednaj strony reakcja na lata zakazu i poniżenia naszej przeszłości, z drugiej brak rzetelnej wiedzy o wydarzeniach sprzed 200-u lat. Pamiętnik Kajetana Wojciechowskiego żołnierza pułku Lansjerów pomimo że wydany kilkakrotnie jest nadal mało znany.
Nadal niewielu wie, że spore jego fragmenty można znaleźć w „Popiołach” Żeromskiego, w książce gdyż dla potrzeb filmu jakiś geniusz przerobił lansjerów na szwoleżerów, pewnie po to by pokazać wariacką wersję Somosierry.
Ostatnie lata przyniosły wiele wznowień i pamiętników, które jednak wymagają od czytelnika choćby chęci weryfikacji wiedzy wyniesionej ze szkoły.

Poczynając od 2000 roku powstało wiele stowarzyszeń które kultywują tradycję rożnych jednostek WP, niestety nie istnieje jak dotychczas ani jeden zwarty oddział pułku Lansjerów, jest nas kilku w ramach innych grup, nawet się nie znamy, ale może któregoś dnia pułk stanie do apelu a Polacy przestaną wierzyć że nasza kawaleria to wyłącznie amaranty z granatem.
A jeśli ktoś zapyta czy ja dorosły człowiek dwudziestego pierwszego wieku przy zdrowych zmysłach coś z tego wszystkiego mam odpowiem że bardzo wiele, choćby słowa Niemca gen.10 dywizji francuskiej Stefana Roda ,który w Mediolanie powiedział do mnie z wielkim uznaniem mniej więcej tak: Tylko wasi wytrwali przy Cesarzu do końca, oni jedni Go nie opuścili.
Myślę że nie opuścili sprawy o którą przez lata walczyli, z Napoleonem było im po drodze, jak zwał tak zwał, jednak dla tych kilku słów wypowiedzianych przez współczesnego Niemca warto było czytać, odkrywać historię i tłuc się przez pół zjednoczonej Europy.


Karol Tomczyk
18.12.2005