Raszyn 1809 powiesciowy malarski i prawdziwy czyli historyk medycyny czyta ksiazke

Raszyn 1809 – powieściowy, malarski i prawdziwy: czyli historyk medycyny czyta książkę.

Maria J. Turos Felietony Skomentuj

Raszyn 1809 – powieściowy, malarski i prawdziwy: czyli historyk medycyny czyta książkę.

Na konstruowanie obrazu wydarzeń historycznych zasadniczy wpływ, prócz przekazów faktograficznych i tekstów źródłowych mają również lektury oraz fascynacje pochodzące często jeszcze z okresu młodości. Podlegając weryfikacji niejednokrotnie ulegają destrukcji – czy bardziej nowocześnie – dekonstrukcji 1, bądź utrwalają się w pamięci odbiorcy tworząc określony mit historyczny, wytworzony często na zasadzie „…wędrówki po tematach…”2.

Osoba zajmująca się po części zawodowo penetracją tematów historycznych, choć dość specyficznych jak historia medycyny, również od owych uprzedzeń nie jest wolna. Ukształtowane na podstawie literatury pięknej poglądy na dane zjawisko, szczególnie, jeśli fakty pierwotne zostały podane w łatwo dostępnej formie, mogą rzutować na obiektywny ogląd rzeczywistości.
Gdy w 1997 roku gremium Nagrody Goncourtów przyznało swoje wyróżnienie powieści Patricka Rambaud „Bitwa”3 byłam chyba jednym z pierwszych Polaków, którzy tą sugestywnie i komunikatywnie napisaną książkę – jeszcze w języku francuskim4 – przeczytali. Rzeczywiście, mało jest utworów o epoce napoleońskiej napisanych z podobnym rozmachem, a zarazem czytelnych dla współczesnego odbiorcy bez nużących opisów czy monotonnych dialogów. Lecz nie minęło pół roku, gdy rozpoczęły się – poparte szczegółową analizą naukową – dyskusje o wartościach pozaliterackich tekstu, zgodności z realiami oraz faktografią. Jako jeden z pierwszych opublikował swój tekst E. Evrard5 zaznaczając w nim dość znaczące rozbieżności z rzeczywistością historyczną.
Ale wiadomo, powieść rządzi się swoimi prawami i nikt z nas sięgając po tego typu gatunek literacki nie spodziewa się po nim rzetelności archiwalnej kwerendy. Poza tym zawsze pozostaje w nas jakiś nieśmiały opór przed uznaniem bohaterów ulubionej lektury za czystą fikcję literacką.
Kierując się wzorcem naszkicowanym przez świetnego historyka medycyny wojskowej postanowiłam i ja przyjrzeć się jednej powieści, dziś – ku żalowi – sytuowanej w kategorii historycznych „…ramotek…”6. We wczesnej młodości wiele razy czytałam wydaną w dwóch wersjach – dla młodzieży i pełnej dwutomowej dla dorosłych – powieść Wacława Gąsiorowskiego „Rok 1809”. Przez kilka lat tworzyła ona aurę wielkiego zanurzenia się w historii Polski, stawała źródłem szkolnych i pozaszkolnych pasji, zabaw czy wakacyjnych wypraw. Później wiadomo – skończył się jej czas i poszła na półkę jak tyle innych przeczytanych wówczas książek.
Ale czy do końca?
Latem 2005 roku chroniąc się przed nawałnicą pod arkady Mostu Poniatowskiego znów trafiłam na tą książkę gustownie wydaną w serii „Biblioteki Złotego Liścia”7, z ilustracjami autorstwa Michała Byliny. Warszawski bukinista zdziwił się, że bez wahania wręczam mu banknot o dużo większym nominale niż cena, jaką wymienił i nie oczekuję na resztę.
Burza, choć przysporzyła Warszawie wielu kłopotów dla mnie była stanowczo za krótka, gdyż usiadłam na ławce pod filarem i zatonęłam w lekturze zapominając, co się dookoła mnie dzieje.
Powróciły wszystkie znane postaci, wodzowie, generałowie, pułkownik Godebski, Tadeusz Zabielski8, warszawski rybak Karaś9 – no i lekarze. Czy to są – poza zasadniczą warstwą, łatwą do weryfikacji w pierwszym wyjętym z półki leksykonie – sylwetki autentyczne? Pytanie proste, ale i trudne zarazem.
Zaczęłam, więc ponowną lekturę od akapitu poprzedzającego rozdział, przez który przychodziło mi w szkole podstawowej przebrnąć najtrudniej. Oto jeden z wersów.
„…sztabslekarz Puchalski z chirurgami Przybylskim, Przystańskim i Kochem – chodzili śród ognisk niby drwale po lesie wybierając drzewa pod topór…”10.
No i mamy tu cztery nazwiska: Puchalski, Przybylski, Przystański i Koch.
Bohaterowie żywi – czy wymyśleni. Okazuje się, że żywi i warto o nich pamiętać. Jacy byli, jak wyglądała ich praca?
Niezastąpionym przewodnikiem na początku drogi okazał się być „Słownik Lekarzów Polskich”11 gdzie w porządku alfabetycznym czytamy:
1.Koch Jan Oświata – [rodem z Kwidzyna – „…pisał się Polakiem…’12] ukończywszy nauki lekarskie w Berlinie wstąpił jako lekarz w szeregi wojska pruskiego. Kampania 1806 roku zaskoczyła go we Wrocławiu, po kapitulacji, wzięty do niewoli, przeszedł do służby w wojsku polskim i odtąd przybranej ojczyźnie poświęcił swe prace z rzadkim zapałem, gorliwością i zaparciem samego siebie; w bitwie pod Raszynem otrzymał krzyż wojskowy oficerski…”
2.Przybylski Józef – …przechodząc rozmaite stopnie został lekarzem dywizyjnym…naczelnym Szpitala Ujazdowskiego…ozdobiony był złotym krzyżem wojskowym…”
3.Przystański Stanisław – urodzony we wsi Grudusku w przasnyskiem 1 maja 1785 r. nauki lekarskie pobierał w instytucie medyko – chirurgicznym w Berlinie…odbył kampanią przeciw Austrii…ozdobiony złotym krzyżem orderu wojskowego polskiego…”
4.Puchalski Józef – był lekarzem legionu 3 – go wojska Księstwa Warszawskiego, później inspektorem szpitalów wojskowych. Odznaczył się w wyprawie przeciw Austrii w r.1809…”
Czyli – autentyczni wojskowi lekarze, dla których dzień 19 [a raczej noc z 19 na 20] kwietnia 1809 roku były czasem wytężonej pracy.
Teraz rzecz następna. Czy stawiając pod adresem powieści historycznej pytanie „…jak było…” oczekujemy – czemu skwapliwie przychylił się Patrick Rambaud – kolejnej gigantycznej współczesnej makabry przywdzianej w szaty sprzed wieków? To, co wykreował Wacław Gąsiorowski w zupełności wystarczy żeby wycisnąć ciarki na plecach.
A więc – zaczynamy:
Pytanie pierwsze – czy zasygnalizowane postacie są jedynymi;
Otóż nie. Kierując się tu kolejnym tekstem, jakim jest publikacja Fr. Giedroycia13 gdzie ostatni rozdział nosi tytuł „Rodowody personelu lekarskiego” można w dość dużym przybliżeniu ustalić ilu czynnych podówczas lekarzy wojskowych mogło znaleźć się w Raszynie – albo w lazaretach w Warszawie, bo tu również można posługiwać się dokumentem14, którego data powstania [rok, 1809 ale bez daty dziennej – zaś funkcjonowanie w Warszawie właśnie tuż przed bitwą pod Raszynem i praktycznie przez cały 1809 rok obywatelskiej „Komisji Lazaretowej”, której przewodniczył hrabia Załuski15 sugeruje, iż przepisy te weszły w życie później] pozwala naszkicować jak wówczas działała wojskowa służba zdrowia.
Jak było – no cóż.
Było tak jak i w całym Księstwie Warszawskim – ze wszystkim krucho.
Budżet, jaki uchwalali Michał Bergonzoni i Leopold Lafontaine bywał permanentnie okrojony, zaś Ministerium Wojny nie spieszyło się z wypłatami. Sytuacja ta sprawiała ciągłe wakaty, szczególnie w pułkach stacjonujących w mniejszych miejscowościach, albo – jak m. in. 8 Pułk Piechoty – podzielonych na kilka garnizonów [tu Częstochowa i Modlin – dystans bagatelka ok.250 km.] Z wielu tekstów źródłowych wiadomo, które formacje bezpośrednio uczestniczyły w batalii raszyńskiej, więc – o ile nie było wakatów – ze swoimi pułkami meldowali się [a przynajmniej powinni] pułkowi lekarze.
Tu ciekawe będzie przypomnieć, iż zgodnie z rozporządzeniem, Ministerium Wojny datowanym na 1.I. 1809 roku w każdym pułku piechoty i jazdy powinno być trzech lekarzy z tytułem akademickim – pierwszym stopniem była wówczas tzw. kandydatura, później magisterium i wreszcie doktorat, a ogółem sześciu [zgodnie z ówczesną, zaczerpniętą z Francji nomenklaturą i podziałem na klasy: jeden – klasy I, dwóch – II (i to własnie byli akademicy) i trzech – III], natomiast w artylerii trzech [w tym dwóch z tytułem akademickim].
Jak pisze B. Gembarzewski „…stan piechoty Księstwa Warszawskiego w dniu 1 stycznia 1809 roku był następujący… pułk 1 na Pradze, pułk 2 w Warszawie, pułk 3 w Warszawie, pułk 6 w Serocku, pułk 8 w Modlinie i pułk 12 w Toruniu…”16.
A teraz słowo o obsadzie medycznej:
1.w 1 Pułku piechoty stacjonującym na Pradze – wakat
Twierdza, mimo iż od Warszawy oddzielała ją tylko Wisła, zaś komunikację zapewniał w miarę stabilny most a garnizon liczył ponad 1000 żołnierzy, jakoś nie mogła doczekać się choćby jednego etatowego medyka, mimo że mieścił się tam lazaret [spadek po armii francuskiej – śladem jest stojący do dziś krzyż przy ul. Jagiellońskiej]. Pracowali, że uzyjemy współczesnego słownictwa „…na przychodne…” Stanisław Mańkowski i Jan Dobrowolski.
2.w 2 Pułku piechoty – ulubionym nie tylko przez warszawiaków ale i Księcia Ministra wiadomo – była pełna obsada
I tam właśnie był zatrudniony jeden z bohaterów powieści Wacława Gąsiorowskiego „…doktor medycyny, chirurgii i akuszeryi…” Józef Przybylski. Jego podkomendnymi byli „…magister chirurgii…”, [czyli musiał mieć za sobą, co najmniej trzy lub cztery lata studiów zakończonych dość skomplikowanym egzaminem17] Krzysztof Eksler – rodem z Warszawy – i od 20.III.1809 Tomasz Fleyczarowski [bądź Fleyszarowski – również warszawiak z urodzenia] , który był pod Raszynem asystentem Przybylskiego
3.w 3 Pułku piechoty – wakat, mimo, że pułk stacjonował w Warszawie, pracował tylko Seweryn Laskiewicz
4.w 6 Pułku piechoty, który stacjonował w trudnych warunkach na terenie świeżo wznoszonej twierdzy w Serocku o dziwo wakatu nie było
Pracował tam Leopold Hel pochodzący z Berlina i szczycący się tytułem „…doktora nauk medycznych…”, co było dużą rzadkością w każdym razie na tym szczeblu, wraz ze swoim synem [takie rodzinne tradycje się zdarzały] lub kuzynem Augustynem z Warmii oraz Karol Mallin
5.w 8 Pułku piechoty stacjonującym częściowo w Modlinie a częściowo w Częstochowie – wakat, pracowali pochodzący z Prus Wschodnich Piotr Friese, który dnia 17.IV. 1809 roku z batalionem z Modlina pociągnął pod Raszyn i Jan [na drugie imię miał Fryderyk August i często tak jest przedstawiany] Wernery – ten ostatni chyba był stale w Częstochowie.
6.w 12 Pułku piechoty który stacjonował w Toruniu pracowali urodzony na Warmii „…magister chirurgii…” August Steinicke, Walenty Sadowski – i On był pod Raszynem – Czech Karol Zauper, Emanuel Bażant oraz Karol Graff.
A jak to się miało w naszej narodowej broni, czyli w kawalerii.
Według stanu na dzień 1.I.1809 18
1.1 Pułk strzelców konnych – kwaterował w Piasecznie i tam właśnie pracował drugi z powieściowych bohaterów Jan Koch, zaś jego podkomendnym był Walenty Żero z Poznania
2.2 Pułk ułanów – stacjonował w Warszawie, więc tu również nie było wakatów, na etatach byli urodzony w Berlinie Karol Ravene, Jan Starohorski pochodzący z Węgier – i On był pod Raszynem* – oraz Maciej Kurpiński
* – jest to postać bardzo ciekawa – studiował najprawdopodobniej we Francji i z armią francuską dotarł do Polski. Jako chirurg uczestniczył w bitwach pod Pułtuskiem i Serockiem [znał J. D. Larreya] 3.6 Pułk ułanów – między Wisłą a Notecią z tym pułkiem związany był „…doktor medycyny i chirurgii…” Aleksander Weychholtz z Saksonii i dwaj „…podrozkazowi…” [to określenie z epoki – dziś pewnie użylibyśmy słowa – asystenci] Andrzej Wąsowicz z Grodzieńszczyzny i Karol Giełczewski
Według reformy etatów z marca 1807 roku w każdym pułku jazdy do sztabu dodano jednego sztabschirurga, [co najmniej po magisterium] i jednego podchirurga – ale to pozostało tylko na papierze.
Korpus artylerii i inżynierów według dekretu z dnia 16.III.1809 roku kiedy ogłoszono pogotowie wojenne sformowano w cztery kompanie piesze i dwie konne [w sumie 32 działa]. Z artylerią związani byli „…magister chirurgii…” Jan Sznitter, Fryderyk Neumann, Józef Rittendorf i Ferdynand Preuss – ten ostatni był pod Raszynem
A dwóch pozostałych bohaterów powieści Gąsiorowskiego:
Józef Puchalski – miał wysoką rangę sztabsmedyka, i jeśli rzeczywiście nie był przy sztabie, to nadzorował wszystko, zaś mając duże doświadczenie [gdyż swoją drogę zawodową rozpoczynał z Legionami we Włoszech] wspierał jak mógł młodszych kolegów.
Stanisław Przystański – wówczas „…magister chirurgii…” zawiadywał lazaretem etapowym na Rogatkach Jerozolimskich w Warszawie. Pomagał Mu Antoni Szczyciński z Łaskarzewa.
Oczywiście swoich lekarzy miał pod Raszynem sztab i było ich czterech: „…doktor nauk…” Teodor Mrozowski, Jakub Fryderyk Hofmann [również z doktoratem] Wincenty Witaszek [lekarz przyboczny naczelnego wodza] i Ignacy Springwald
Patrick Rambaud naraził się historykom medycyny nie tylko wymieniając postaci, które fizycznie nie były na Lobau19, ale konstruując opis lazaretu, gdzie operowano marszałka Lannes. Czyli kolejne z pytań to – gdzie się kończy fantazja a zaczyna prawda?
Wiadomo doskonale, o co chodzi – czy opis agonii Cypriana Godebskiego nakreślony w „Rok 1809” jest, choć trochę wiarygodny.
Chce się napisać – bardziej niż bardzo, pomimo, iż z poprawna polszczyzna ów zwrot ma niewiele wspólnego.
Jak i gdzie przyszło pracować ówczesnym chirurgom – tu przykładem służy Rafał Czerwiakowski „…jako się czasem przytrafia, a inaczej być nie może…zranionych co pod gołym niebem leżą, jako to po kościołach, szopach, rozwalonych domach – przyjdzie klęczący opatrywać…”20. Więc Wacław Gąsiorowski mógł się na owym tekście wzorować. Poza tym istniało jeszcze archiwum Szpitala Ujazdowskiego, o którego spaleniu przez Rosjan dopiero w 1915 roku wspomina Fr. Giedroyć i tam z pewnością były zgromadzone dokumenty, [jeśli „Urządzenie szpitalów…” – zamieszcza wzory formularzy, to z pewnością owa forma była znana i wcześniej – tym bardziej, jeśli dokument był wzorowany na francuskich, gdzie było to skrupulatnie przestrzegane, ponadto wymagano czytelnego pisma, bez skrótów [podstawowy druk tzw. karta wizyty pełniła rolę współczesnej historii choroby, gdzie zapisywano przebieg operacji], zaś J. D. Larrey21 nakazywał aby minimum w nagłówku to: stopień, o służbowa i nazwisko operowanego] Jak było – no cóż spróbujmy przywołać wizję z przeszłości.
To już była noc, zmrok w kwietniu zapada ok. godz. 19.30, w Raszynie – jeśli polska bateria znajdowała się powyżej miejscowości, na wzgórzu i usypanym w poprzek do drogi szańcu – pociski mogły zapalić zabudowania. Trudno przypuszczać by płonął dach na dużo wyższym kościółku, gdzie urządzono lazaret znów – rada Czerwiakowskiego – wybierano na ten cel budowle o grubych murach i Józef Puchalski – Wacław Gąsiorowski słusznie przyznał mu rangę „…sztabsmedyka…” – miał rację, była to wielka budowla, otoczona murem i drzewami, zapewniająca trochę wytchnienia.
Jeśli raszyński bohater był już ranny, to wcale nie jest wykluczone, że któryś z powieściowej czwórki Go opatrywał. A może nawet, [choć bez tragicznego finału] przypominało to scenę z obrazu Suchodolskiego, [o czym parę słów poniżej]. Zdawał sobie doskonale sprawę, że ranny pułkownik w tym stanie dowodzić raczej już nie może, a że szczerość i uczciwość [czy jak się wówczas mówiło „…poczciwość…”] były na porządku dziennym, więc nie omieszkał Mu o tym powiedzieć. Jak ten dialog wyglądał – nie wiemy, przypuszczalnie jednak żadne argumenty młodego chirurga [jedynie Józef Puchalski był niewiele starszy od Cypriana Godebskiego – pozostali to byli „…dzieciuchy…”] ani „…świętości…” nie poskutkowały [tu przypomnijmy sobie dialog z powieści – krótki bo krótki, ale świetnie oddający sytuację „…panie pułkowniku trzeba mocno bandażować!…ambulanse dopiero pod rogatkami – Oszalałeś – żachnął się Godebski – Z tym do ambulansu…”22]. I nie wiemy czy ów medyk, sam nie sięgnął po szpadę i nie poszedł za pułkownikiem na ową groblę do Puchał. Był przy Nim do końca, aż do Rogatek Jerozolimskich u wrót Warszawy, gdzie on i Stanisław Przystański podjęli ostatnią próbę ratunku. Było już jednak za późno.
Co przemawia, że tak właśnie być mogło? Lekarze, mimo posiadanego przez większość wyższego wykształcenia akademickiego nie byli oficerami – używano określenia „…asymilacja…”, ale nie przypisując klasy23 stopniom oficerskim. Zaś pod Raszynem Jan Koch został uhonorowany wysokim odznaczeniem, otrzymał „…krzyż wojskowy oficerski…”, czyli rzeczywiście coś się takiego musiało stać, co Go wyróżniło – może ten fakt właśnie.
A Raszyn malarski – wiadomo wyobraźnię kształtuje słynny obraz Januarego Suchodolskiego, który zdobił kiedyś praktycznie każdy podręcznik „…do historii…”. Kim jest ów medyk w cywilnym ubraniu – co się wcale nie tak rzadko zdarzało, gdyż mundury jednak były dość kosztowne – klęczący na pierwszym planie? No cóż – tu można pozwolić sobie na odrobinę fantazji.
Ale oczywiście w miarę. Dla mnie jest to Fryderyk Karol Voigtal [lub Voiglet] – o którym ku zaspokojeniu ciekawości historyka zachowało się tylko tyle, iż był odważnym człowiekiem, [choć obraz jest artystyczną alegorią – warto pamiętać, iż medyk idący wraz z oddziałami na pierwszą linię musiał być świadomy tego, iż może zginąć] świetnym i sprawnym chirurgiem [wg. spisu operacji prawdopodobnie z maja 1810 roku, jaki zachował się w Szpitalu Ujazdowskim losował najtrudniejsze zabiegi24], miał żonę o imieniu Karolina25 no i zginął w czasie wyprawy na Moskwę. Gdzie nie wiadomo – czy niosąc pomoc rannym pod Borodino26, czy w czasie tragicznego odwrotu.
Ale to wystarczy.
…mój autorytet historyka medycyny nie ucierpi, jeśli się podpiszę pod powieściową wizją Wacława Gąsiorowskiego. Bo tak być mogło

A teraz, jaka była ich praca…
Rzeczywiście była bardzo ciężka, i tak jak liniowych żołnierzy niebezpieczna. Spośród lekarzy wojskowych, którzy służyli w armii Księstwa Warszawskiego w 1809 roku w roku 1814 – czterech nie żyło [Emanuel Bażant, Augustyn Lühe i Fryderyk Karol Voigtal, którzy jak notuje L. Zembrzuski „…padli w boju…”27 zaś Karol Ravenne zginął broniąc rannych w lazarecie pod Smoleńskiem] dziesięciu rannych dostało się do niewoli, zaś wszyscy byli mniej czy więcej poszkodowani. Los swoich podkomendnych podzielił zresztą protochirurg armii Księstwa Warszawskiego Leopold Lafontaine, który zmarł w niewoli w Mohylewie w 1812 roku – tu jest pytanie: czy był tak ciężko ranny, iż nie próbowano Go ewakuować, czy zdecydował się zostać z rannymi w straszliwych warunkach Monasteru Kołockiego nieopodal Borodino i dzielił ich los do końca. Jak pisze nigdy nie podejmowano prób ustalenia co się z Nim stało.
Warto, więc zwrócić uwagę choćby na kilka z jej aspektów.
Przyjęło się uważać28, co powielają również publikacje popularnonaukowe29, iż lekarze wojskowi praktycznie nie posługiwali się żadnymi lekami, a już tym bardziej uśmierzającymi ból. Chirurg musiał mieć sprawne ręce, szybki refleks i doskonałą kondycję fizyczną by wytrzymać czasem kilkadziesiąt godzin pracy na nogach – i nic więcej.
Okazuje się, że to nie do końca jest prawdą. Autorzy pierwszych podręczników chirurgii Ludwik Perzyna30, a szczególnie Rafał Czerwiakowski wymieniając dokładnie, co – oprócz narzędzi – powinien zabrać ze sobą lekarz pułkowy czy batalionowy [„…okowitka…”, czyli bardzo mocna wódka, którą zaleca Perzyna31, również była świetnym anestetykiem, a manierkę – o czym pisze J. D. Larrey wyliczając, co powinno być przytroczone do torby, którą medyk udający się na pierwszą linię nosił na plecach „…manierka, kubek z białego metalu i nóż…”32 – każdy z pewnością miał] wspominają także „…leki ból uśmierzające…”33. Jak perfidne – i silne – było działanie popularnej wówczas nalewki Sydenhama [w skład której wchodziło opium, ale nie tylko34] świadczyć może zapis z pamiętnika Wirydianny Fiszerowej żony szefa sztabu generała Stanisława Fiszera, który został ranny pod Raszynem35.
Rzecz następna – narzędzia.
Owszem zdarzało się, tak jak w powieści Patricka Rambaud, że kupowano je u przygodnych ślusarzy, a częściej u nożowników [był pewien podział cechowy, który np. w miastach niemieckich funkcjonował dość długo, w Warszawie też, czego dowodem jest tablica połączenia cechów w Kościele Św. Marcina przy ul. Piwnej], ale wynikało to z faktu generalnie wysokiej ceny pełnego zestawu narzędzi, który według Agasse’go liczył 180 sztuk, zaś wg. Rafała Czerniakowskiego ok. 254 sztuk. Zdarzały się – szczególnie precyzyjne – narzędzia ze srebra [taki zestaw miał m. in. J. D. Larrey – zachowało się zaledwie kilkanaście instrumentów].
Oczywiście nie wszystkie były potrzebne w warunkach polowych, więc taki najprostszy zestaw – również opisany przez Perzynę, Fijałkowskiego i Czerwiakowskiego [należy przy tym zwrócić uwagę – co podkreślał również R. Czerwiakowski – iż każdy z lekarzy dobierał sobie, co chciał i do czego był przyzwyczajony] składał się z:
1.czterech noży [długiego obosiecznego, krótszego jednostronnego, składanego krzywego o szerokim ostrzu, wąskiego do cięć precyzyjnych, rękojeść często była zakończona łopatką] 2.nożyczek [choć z tym bywało różnie, na ogół w komplecie były dwie pary] 3.trzech lub czterech srebrnych sond [najzjadliwsze narzędzia w tym zestawie] – trójgraniastej, rowkowanej i z uszkiem [ze względu na szybkie niszczenie się narzędzi ze srebra często zastępowano je mosiężnymi lub stalowymi, najcieńsza zgodnie z zaleceniem Czerwiakowskiego „…była jak kwarta w skrzypcach…”] Sondę czasami nazywano „…pionem…”36, ale – gdy można było poświęcić trochę więcej czasu dla rannego – posługiwano się prawdziwym pionem metalowym stożkiem na sznureczku lub łańcuszku, co ułatwiało lokalizację ciała obcego. Przypuszczalnie trzymano ów pion w lewym ręku, w prawym sondę i stosując zwyczajną zasadę geometrii łatwo było ustalić pod jakim kątem kula czy inne ciało obce utkwiło w tkankach. R. Czerwiakowski – ale nie tylko On – zwracał uwagę, by przy sondowaniu robić to raz a skutecznie nie zadając nadmiernego bólu.
4.dwie srebrne pęsety
5.„kruczek”, czyli haczyk Bromfielda
6.raspator
7.żegadła [na ogół dwa lub trzy] 8.zestaw igieł z nićmi
Do szycia używano głównie lnianych niebielonych nici nasyconych woskiem, bądź nici jedwabnych.
Narzędzia najczęściej miały drewniane rękojeści wykonywane ze szlachetnych, twardych rodzajów drewna. W całości z metalu wykonywane były tylko nożyczki, sondy i haczyk Bromfielda.
Niezwykła praktyczność tych narzędzi sprawiła, że wiele z nich trafiło z chirurgii do protetyki [zaletą są drewniane rękojeści] a nawet do pracowni konserwacji dzieł sztuki.
Zestawy lazaretowe były bardziej rozbudowane – spotykamy tam komplet piłek, trepan, różne sondy, szczypczyki i kleszczyki.
Jeśli jesteśmy w czasach Księstwa Warszawskiego – narzędzia najczęściej były sprowadzane z Niemiec – z Norymbergi i z Francji W Warszawie zaczęto je wyrabiać w odlewni Gerlacha ok. 1820 roku, ale sporadycznie warszawscy ślusarze dorabiali brakujące instrumenty już wcześniej.
Wiadomo, że ówczesna chirurgia kojarzy się nam głównie z amputacjami. No cóż jest to prawda, ale biorąc pod uwagę po pierwsze czas po jakim ranny mógł mieć udzieloną fachową pomoc , a po drugie rodzaje obrażeń często to była smutna ostateczność. Koncepcja „…złotej doby od urazu…” autorstwa J. D. Larreya do dziś nie straciła na znaczeniu [mówi się o „…złotej godzinie…”].
Do tego zabiegu używano – poza dużymi lazaretami – piłek bez łuku ze względu na ich mniejszą wagę. Słynna piłka Larreya ma również prostą rękojeść – i zupełnie współcześnie okazało się, iż trzymając w ten sposób narzędzie mniej męczy się ręce, gdyż opiera się dłoń o dość szerokie [ w oryginale 4- 5 cm.] ostrze.
Nie używano – choć wielu rekonstruktorów pyszni się tym w swoim zestawie m. in. Francuzi – „talerza” do amputacji. Do poprawnego założenia potrzebne są dwie osoby, gdyż blokada musi być po jednej stronie. Więc jak sobie radzono. Rolę „talerza” pełniła gruba jedwabna serweta – jak wyglądała po kilku godzinach pracy lepiej nie mówić – którą operator sam mógł odsunąć przecięte tkanki jedna ręką [stąd tak ważna była sprawność manualna] no i szersze ostrze piłki. Wąskimi posługiwano się przy dużo krócej trwających – na czas zabiegu szczególnie zwracali uwagę J. D. Larrey i R. Czerwiakowski – wyłuszczeniach w stawie, gdzie ograniczano się do przecięcia więzadeł. Rzeczywiście przy wprawie taki zabieg mógł trwać ok. 30 sek. najwyżej minutę.
Bardzo ciekawy temat to – co tak naprawdę można było zrobić.
„Urządzenie szpitalów…” wylicza dość szczegółowo, co wchodziło w zakres kompetencji poszczególnych szczebli, zaś szpitale wojskowe generalnie dzielono na:
ruchome, z francuska zwane volants – tę rolę najczęściej pełnił lekarz batalionowy lub pułkowy
posterunkowe – bezpośrednio za walczącymi oddziałami, gdzie zależnie od warunków można było przeprowadzać mniejsze zabiegi
dywizyjne – urządzane często tuż za polem bitwy w nadających się do tego celu zabudowaniach [właśnie w kościołach] albo nawet w namiotach. Tu już przeprowadzano nawet dość skomplikowane operacje – do trepanacji czaszki włącznie, zaś komenderujący chirurg [akademik – miał tytuł „…pierwszej klasy…”] musiał praktycznie robić wszystko.
Te trzy jednostki były jednostkami ruchomymi, dysponowały furgonami – liczono po jednym na 1000 żołnierzy, zaś chirurdzy najczęściej mieli do dyspozycji konie. Ciekawe, że „Urządzenie szpitalów…” opisuje nawet takie detale jak m. in. to, iż chirurdzy przydzieleni do szpitali posterunkowych nie mogli zabrać ze sobą ubrania na zmianę, musieli jechać „…na koniu lekko oporządzonym z jednym mantelzakiem…”, generalnie nie wolno było im się rozbierać na noc i kłaść spać, nawet, jeśli panował spokój. Obowiązywały ich kontrole obozu wraz z wartą o brzasku [od godź.3.00] i o zmierzchu [od.godź.16.00] – zależnie od pory roku.
Należy przypuszczać, że przy ciągłych wakatach – co zresztą „Urządzenie szpitalów…” przezornie przewidywało – pierwsze dwie formy właściwie były ze sobą tożsame i było rzeczą zupełnie normalną, iż chirurg dywizyjny szedł na pierwszą linię.
Kolejne dwa rodzaje to:
zakładowe
doczesno – rzędowe
były to szpitale stałe urządzane w miastach, gdzie można było w miarę bezpiecznie ewakuować rannych.
Bardzo wiele zależało też od kwalifikacji konkretnego chirurga, także od tego czy pracował sam czy ze swoim stałym asystentem, [o czym wspominał J. D. Larrey], którego rola nie ograniczała się tylko do trzymania rannego, oraz gdzie przyszło mu pracować.
Ktoś sprawny technicznie – a takim z pewnością z raszyńskich bohaterów był Józef Przybylski [sugeruje to temat Jego dysertacji doktorskiej „O trepanacjach czaszki”, której odnowienie – zgodnie z ówczesnym zwyczajem uświetniło rozpoczęcie roku akademickiego 1817/18 na Uniwersytecie Warszawskim] – z pewnością mógł zdziałać więcej, ale również w granicach możliwości.
Problem stanowiła woda szczególnie w chłodnej porze roku, gdy zamarzały studnie lub inne ujęcia wodne.
Jak tamowano krwawienie? O dziwo bardzo współcześnie opaską uciskową skręcaną w ręku i dopiero później zawiązywaną [szeroka powierzchnia nie tamowała krążenia obocznego]. Używano też specjalnych zacisków, a tych znano kilkadziesiąt [m. in. Morella i Petita], lecz te częściej znajdowały zastosowanie przy uszkodzeniach bardzo dużych naczyń lub przed amputacją. Mniejsze krwawiące powierzchnie – brutalne, ale prawdziwe – przypalano. Znano podwiązywanie naczyń albo przez podkłucie albo na narzędziu [tu potrzebna była asysta] klasycznym i do dziś używanym szwem „ósemką”. Używano też lapis zwany „…kamieniem piekielnym…” [czasem był to kawałek pumeksu nasycony mocnym roztworem azotanu srebra] i nalewkę Thedena [wyciąg z ziół o działaniu ściągającym]. Generalnie wystrzegano się używania środków drażniących poza mirrą i kamforą.
Dużą sztuką było poprawne bandażowanie, do czego używano bandaży z surowego płótna o różnej szerokości i długości najczęściej ok.2,7 m. ciętych ze sztuki bez obrębienia.
No i wreszcie kolej na owe wszystkim znane szarpie. Okazuje się, że nie służyły one do „…wypychania rany…”, z czym walczył m. in. Czerwiakowski, ale przede wszystkim do osuszania – do tego celu służyła również gąbka i inne morskie rośliny [acz były dość kosztowne, więc posługiwano się też hubką – i tu zaliczano nie tylko hubę drzewną, ale i rdzeń bzu czarnego, który służył również do mocowania szwów]. Z nici skręcano sączki i wiele pomysłowych opatrunków, które albo były przygotowywane, albo każdy zwijał je sobie sam zależnie od potrzeby.
Jak unieruchamiano złamania – najczęściej łubkami z kory [stąd nazwa], grubej tektury [co szczególnie poleca Czerwiakowski] lub wiklinowych pręcików zwanych leszczotkami. Czasem używano do tego celu nawet mat ze słomy.

Maria J. Turos

Przypisy:

1 tu: P. Sareło – Postmodernizm wyzwaniem dla chrześcijaństwa w: „Communio” 6/1994 „Pallotinum”

2 K. Wyka – Wędrówki po tematach WL Kraków

3 P. Rambaud – Le bataille Ed.Bernard Grasset Paris 1997

4 tłumaczenie polskie: P. Rambaud – Bitwa „Finna“ 2004

5 E. Evrard – Le Baron Pierre Francois Percy, Chirugien en chef de la Grande Armee. A propos de quelques erreurs historiques recentes

6 z tym określeniem można spotkać się w wielu publikacjach m. in. A. Nieuważny – My z Napoleonem Wyd. Dolnośląskie

7 W. Gasiorowski – Rok 1809 „Nasza Księgarnia” 1968

8 red. B. Szyndler – Dwa pamiętniki z czasów Księstwa Warszawskiego Wyd. Uniwersytetu J. Długosza Częstochowa

9 Karaś [bądź Karasek lub Krasiński] – to postać autentyczna patrz: S.Szenic – Mars i Syrena Wyd. MON

10 w edycji „Biblioteki Złotego Liścia” s.210

11 St. Kośmiński – Słownik lekarzów Polskich Warszawa Skład Główny Księgarni Gebethnera i Wolffa 1883

12 L. Zembrzuski

13 Fr. Giedroyć – Służba zdrowia w dawnem wojsku polskiem Warszawa Ministerstwo Spraw Wojskowych 1927

14 Urządzenie szpitalów dla Wojsk Polskich Księstwa Warszawskiego Warszawskiego Warszawie 1809 w Drukarni Gazety Warszawskiej

15 Op. cit. pkt 12 – s.150

16 B. Gembarzewski – Wojsko polskie 1807 – 1814 reprint Wyd. Kurpisz s.70 – 71

17 tu: Sokół – pytania układał Czerwiakowski

18 Gembarzewski – s.117

19 zasadniczym bohaterem jest tam Fr. Percy, który w tym czasie był w Paryżu

20 Op. cit. rkps

21 D. J. Larrey – Memoires de chirurgie militaire et campagnes du baron Larrey T.IV Paris 1817 [tu w przekładzie W. Stembrowicza w: „Med. Dyd. Wych.” 1995, XXVII 1/2 s.103

22 Op. cit. pkt. 7 – s.175

23 lekarze, chirurdzy i farmaceuci nosili wzorem francuskim nazwę urzędników zdrowia – to często myli historyków – i byli podzieleni na trzy klasy z których pierwsza była najwyższą. Zarówno każdy doktor medycyny jak i chirurg – specjalista mógł awansować, ale nie były to stopnie oficerskie, lecz urzędnicze – L. Zembrzuski – Historia wojskowej służby zdrowia Warszawa 1927 Nakładem „Lekarza Wojskowego” br. paginacji

24 Giedroyć – s.190

25 Ibid s.530

26 tak pisze o bitwie pod Borodino farmaceuta V Korpusu Karol Eichler „…żegnając się każdy powiedział może jutro się już nie zobaczymy, bo istotnie tak było, kilku z naszego grona zabito…” w: Z. Lech – Pamiętnik Karola Eichlera w: „Archiwum Historii Medycyny” 1978, XLI, 1 s.117

27 L.Zembrzuski s.30

28 S. Wojtkowiak, J. Talar, W. Majewski, F. Piotrkowski – Zarys dziejów wojskowej służby zdrowia Wyd. MON s.111

29 R. Bielecki

30 L. Perzyna