Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór trzeci: „Wygodne kwatery”

Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór trzeci: „Wygodne kwatery”

gbrPMZ Ryżewski 0 Komentarzy

Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór trzeci: „Wygodne kwatery”

Na prośbę czytelników strony Arsenału zamieszczamy część trzecią przygód porucznika Ryżewskiego. Ci, którzy nie czytali wcześniejszych, być może zechcą sięgnąć do „Przypadków porucznika Ryżewskiego” (część I) oraz do „Przypadków porucznika Ryżewskiego część druga i nie ostatnia”.

 


Piotr M. Zalewski

Znowu jesień, kolejny rok z dala od ojczyzny mijał, ciągnąc się niemiłosiernie jak wszystkie poprzednie. Siedzieliśmy w gospodzie pijąc grzane wino i obserwując innych gości. Za oknem był obrzydliwy mokry, wietrzny wieczór, deszcz z gradem zacinał w okna dzwoniąc o szyby jak kartacze o mury twierdzy. Pomyślałem jak to dobrze mieć suchą kwaterę i dach nad głową. Przez te wszystkie lata gdy nosiłem mundur, ciepła, sucha kwatera często była marzeniem nie do spełnienia. Nawet w Hiszpanii gdzie lat spędziłem kilka, dobre kwatery nie zawsze się trafiały, a było to dla nas tam o tyle ważne, że Legie Polskie namiotów nie miały. Przyjaciele od tułaczego stołu z którymi spędzałem ten wieczór, widząc żem się zamyślił patrząc w ciemne okna, zagadnęli mnie znowu o porucznika Ryżewskiego i jego niewiarygodne przypadki. Te moje rozmyślania o ciepłych wygodnych kwaterach przypomniały mi pewną historię.

– Drodzy Przyjaciele, – zacząłem – Jak zapewne pamiętacie opowiadałem wam już o pewnej Hiszpańskiej wiosce gdzie stał nasz posterunek…
-Tak, tak! opowiadałeś Wać Pan, jak to por. Ryżewski pojmał gerylasów i jeszcze konie zdobył- zakrzyknęli prawie chórem.
– Wioska ta leżała na ważnym dla wojsk francuskich szlaku wiodącym do innego prowadzącego do Francji. To tym szlakiem przebiegało codziennie kilkunastu kurierów, szły wozy z rannymi i zdobyczą do Francji, a z Francji szły uzupełnienia i ozdrowieńcy. Pewnego razu gdy Kapitan wraz z porucznikiem Ryżewskim byli na podjeździe do wioski dotarła duża kolumna francuska. Było tam dwustu rekrutów i ozdrowieńców eskortujących nieduży park artyleryjski i tabory. Kolumną dowodził kapitan dragonów mając do pomocy jeszcze dwóch subalternów: huzara i artylerzystę. Kapitan ten był nam znany, słyszeliśmy o jego grubiaństwach i nadużyciach jakich się dopuszczał w służbie, lecz był zawsze bezkarny bo pono był siostrzeńcem jednego z generałów francuskich. Jego kolumnę kompletnie nie ubezpieczoną podobną raczej do bandy maruderów poprzedzały łuny spalonych wiosek i wystraszeni hiszpańscy podróżni którzy schronili się pod opiekę naszego posterunku. Naszych w wiosce było ledwo trzydziestu pod dowództwem starego Wachmistrza. Gdy Francuzi weszli do wioski od razu zaczęli swoje porządki, zaczęli od mordowania drobiu i bydła. Potem przyszła kolej na kwatery, wyrzucali biednych Hiszpanów na ulicę, a stawiających opór tłukli kolbami do nieprzytomności. Nasi lansjerzy nie mogli nic zrobić bo Kapitan dragonów przejął od razu komendę od wachmistrza. Szczęściem, że wachmistrzowi udało się w ostatniej chwili pchnąć dyżurne roty do naszego kapitana. Francuz bezceremonialnie zajął na kwaterę plebanię, a jego „sztab” kwaterę naszego kapitana i innych oficjerów. Wachmistrz bezsilny łapał i chował papiery nasze, aby Francuzi ich na podpałkę czasem nie użyli jak to już nieraz to woysko czyniło. Na wąskich uliczkach wioski zewsząd dał się słyszeć lament mieszkańców zmieszany z kwikiem zarzynanego inwentarza. Dzień zaczął chylić się ku końcowi gdy do tego hałasu doszły jeszcze huki wystrzałów, to Francuzi rozochoceni winem którego wielką obfitość w wiosce znaleźli, zaczęli strzelać do beczek, zwierząt i ludzi którzy chyłkiem przemykali do naszej kwatery, bo tu tylko było bezpiecznie. Jak wam już chyba mówiłem, wieś nasza było to dawne gospodarstwo służebne klasztoru wybudowanego przy cudami słynącym źródełku. Domów było zaledwie kilkanaście, a mieszkańców niecała setka. Lansjerzy polscy stali w obszernym opuszczonym klasztorze, który przez mór sąsiadował z niewielką plebanią. W tej małej wiosce otoczonej starym zaniedbanym klasztornym murem, przeciętym zaledwie dwoma bramami i trzema furtkami był jakby cytadelą górującą nad okolicą. Klasztor miał wszystko co było potrzebne do długo trwałej obrony: mocne bramy, zakratowane małe okna, piwnice pełne zapasów i stodoły pełne siana dla koni, które mogły stać wygodnie w obszernych krużgankach nie raniąc uczuć Hiszpanów (bo trzeba wam wiedzieć, że Francuzi z reguły trzymali konie po kościołach czym jeszcze bardziej rozwścieczali bogobojnych Hiszpanów). Jakoż bardzo szybko cała wioska schroniła się w klasztorze. Ludzie spoglądali na się próbując policzyć rodziny, zachodząc w domysły co z brakującymi, czy zginęli, czy uciekli w góry? Niektórzy opowiadali o śmierci sąsiadów inni widzieli uciekających.
Wachmistrz był jak zwykle spokojny służył już ponad dwadzieścia lat. Walczył jeszcze w Polsce z Moskalami, Prusakami, w Legionach z Austriakami, Neapolitańczykami, brygantami. Wiedział do czego zdolne jest rozhukane żołdactwo, dlatego kazał swoim ludziom zamknąć wszystkie wejścia, sprawdzić skałki i nabić wszystkie karabiny i pistolety. Warty stały przy wszystkich wejściach i oknach. Wachmistrz szczególnie silny posterunek wystawił na kościelnej wieży. Płacze i szlochy przestraszonych mieszkańców były nieznośne, dlatego kazał proboszczowi zająć ludzi wspólną modlitwą, a alkadowi i mężczyznom nanosić wody do wszystkich beczek jakie stały w klasztorze. Francuzi mieli armaty i mogło im przyjść do głowy użycie ich do szturmu klasztoru, woda więc była potrzebna do gaszenia powstałych pożarów. Wachmistrz zastanawiał się czy wysłane przez niego roty dotarły do rotmistrza, i co on zamierza zrobić w tej sytuacji. Z rozmyślań wyrwał go głos kaprala:
-Panie Wachmistrzu melduję posłusznie, że wszystko gotowe, ludzie na stanowiskach, na razie spokojnie, tylko…. – Tylko co? podchwycił wachmistrz, co myślisz Wojciechu? – Znali się od lat, byli z jednych stron, Wachmistrz i Kapral byli jak tryby skomplikowanej maszyny do której wojsko przyrównali autorzy naszego Regulamenu Exercerunku (1786r dla Kaw. Nar.), Dwa tryby sąsiadujące i przekazujące obroty następnym trybikom – naszym szeregowym. Działali razem, zawsze skutecznie, Rotmistrz mówił, że tacy unteroficjerowie to skarb, praw dziwa podpora w pracy pułkowej, a inni kapitanowie mu zazdrościli próbując wyrwać do swoich szwadronów wachmistrza i kaprala choć moim zdaniem w pułku lansjerskim było jeszcze wielu innych dobrych unteroficjerów.
-No co myślisz, mów że! – Nacisnął Wachmistrz.
-Wysłać by kogo jeszcze do Rotmistrza….
-Myślałem o tym. – odparł Wachmistrz teraz po ciemku będzie ciężko, musiałby się przekradać krzakami, a jak go gerylasy złapią to i zadania nie wykona i człowieka stracę, a sam wiesz że na uzupełnienia nie ma co liczyć, a zresztą niewiadomo ilu nas noc tą przeżyje, to cud jakiś, że jeszcze się do nas nie dobijają…
-Myślałem raczej żeby któryś Hiszpan poszedł…- powiedział Kapral.
-Niebezpiecznie, jak go złapią to zabiją…. – zaczął głośno myśleć Wachmistrz, ale! czekaj! syn Alkada może pójść jest pasterzem, jak go złapią powie, że mu owca uciekła i jej szuka.
-Ale czy kapitan uwierzy chłopakowi? zastanawiał się kapral.
-Damy mu list, przecież mamy całą kancelarię, napiszemy, że ma gości z Francji, co się chcą stołować na jego kwaterze.
-Czy ja wiem? – kapral zaczął się wahać. Aa, nie ma wyboru coś trzeba robić! – machnął ręką – Wy tu dowodzić. Tak jak powiedział wachmistrz tak i zrobili, chłopak poszedł z listem głęboko schowanym za koszulom. Wypuścili go małą furtką wiodącą przez małą winnicę prosto do drogi obiegającej wieś. Chłopaka żegnały lamenty matki i znak krzyża jaki kreślił za odchodzącym proboszcz. Wachmistrz z kapralem obserwowali bezszelestnie oddalającego się wyrostka. Spojrzeli w milczeniu na siebie i wrócili do posterunku przy głównej bramie.
-Martwi mnie ta armata stoi dokładnie przed naszą bramą… -pierwszy odezwał się Wachmistrz.
-Za pozwoleniem Panie Wachmistrzu, – zwrócił się do wachmistrza żołnierz obserwujący przez okno placyk przed ich „fortecą” – Armata bez prochu do niczego, a dwa kesony z końmi stoją przy bramie do kościoła, może byśmy je drapnęli tym żabojadom.
-Przednia myśl zapalił się kapral, dumny, że to lansjer z jego cugu wpadł na taki pomysł.
-Rzeczywiście, działa bez naboi nie są groźne. Weź dziesięciu ludzi i kilku chłopów, zabierzemy im chociaż wozy – rzucił do Kaprala Wachmistrz – mam nadzieję, że Proboszcz dobrodziej nam wybaczy, że wprowadzimy je do Domu Bożego, w słusznej sprawie – dodał.
Po chwili cała grupa wypadowa była już w przedsionku czekając na znak wachmistrza.
-Szczęście nam sprzyja – powiedział Wachmistrz patrząc przez uchylone okienko na plac. Nie dość, że nie wyprzęgli koni to jeszcze zostawili wozy bez warty.
-A po co mieli wyprzęgać, mają co innego żreć! – zażartował któryś z ułanów.
-Cicho tam być! skarcił go wachmistrz. – Uwaga, jak otworzymy bramę, Kapral i wy czterej wraz z Hiszpanami bierzecie wozy, a wy w sześciu będziecie ich osłaniać, ogień rotowy tylko na moją komendę jak oni zaczną. – Baczność! – Otwierajcie bramę! – Kapral! galopem!
Kapral ruszył z miejsca biegiem z nim lansjerzy i Hiszpanie dopadli kesonów, złapali krótko przy pyskach zdziwione konie, kapral wprawnie odwiązał lejce, chwycił bat, i zaciął nim w powietrzu. Konie ruszyły raźno po długiej bezczynności, a może zwabione zapachem siana owsa którym pachnieli mieszkańcy klasztoru, a którego daremnie oczekiwały od swoich francuskich opiekunów. Za wozem kaprala podążał drugi prowadzony też przez lansjera. Gdy oba wozy znalazły się w nawie, Kapral zeskoczył i pędem pobiegł w kierunku stojących trochę dalej na placu armat. Przebiegając obok dwóch lansjerów skinął na nich, żeby biegli za nim. Cała trójka dopadła armat dosłownie w tym momencie gdy z domu obok wytoczyło się dwóch kompletnie pijanych artylerzystów. Kapral wyrwał z armaty stępel, i z pól obrotu chciał zdzielić w łeb pierwszego Francuza który nagle wytrzeźwiawszy porwał się do tasaka. Francuz uchylił się, ale cios nie trafił w próżnię tylko w łeb drugiego żołnierza, ten trafiony padł od razu zalany krwią. Pierwszy w tym czasie próbował sięgnąć odsłoniętego Kaprala, ale w tym momencie dostał z tyłu równie potężny cios stemplem wyrwanym z drugiej armaty od trzeciego lansjera. Kapral lekko podniósł z ziemi swoją ofiarę i zarzucił ją sobie na plecy, chwycił pod pachę wycior. Dwaj pozostali lansjerzy chwycili za ręce Francuza, i podpierając się wyciorami i lontownikami pośpieszyli za kapralem do kościoła. Gdy już byli w środku i rzucili „trofea” i jeńców na posadzkę. Wachmistrz wściekły wrzasnął na Kaprala:
-Mogłeś mi chociaż powiedzieć! Mogli cię usiec!
-Proszę o wybaczenie Panie Wachmistrzu! to się nie powtórzy.
-No , dobrze ja bym na twoim miejscu zrobił to samo. – rozchmurzył się Wachmistrz. – Teraz to już na pewno nie wystrzelą.
-Poza tymi dwoma to nikt nie zauważył. – Wachmistrz powiedział spoglądając przez okienko. – Dobrze konie wyprząc i nakarmić, a tych opatrzyć i związać, żeby kłopotu nie zrobili. Kapralu, zdejmij 1/3 ludzi i idźcie się przespać.
-A Pan, Wachmistrzu?
-Ja ich jeszcze popilnuję, bo na razie są za mało napici żeby im się chciało spać.
Dzień ten był dla Wachmistrza wyjątkowo długi i nieprzyjemny, to co się dzisiaj działo było tym obliczem wojny którego najbardziej nie lubił. Co to za wojna gdzie trzeba walczyć z własnym sojusznikiem? Co to za wojna gdzie front przebiega przez kwaterę, a ofiary to kury i świnie. Co to za wojna gdzie „wróg” pomaga nam dogadać się z grubiańskim sojusznikiem.
Wachmistrz dobiegał pięćdziesiątki, i był tym zmęczony, wiele lat rozłąki z krajem skutkowały kłopotami ze snem. Często długo nie mógł zasnąć, a gdy wreszcie zasnął nachodziły go zmory, które go prześladowały. Dlatego często wolał nie kłaść się żeby go znowu nie nachodziły, brał wtedy extra służby, chodził od posterunku do posterunku sprawdzając warty.
Nagle od strony francuskich sojuszników dały się posłyszeć zupełnie nowe odgłosy, oprócz ryku pijanych żołdaków, ich śmiechu, trzasku rozbijanego szkła i niszczonego dobytku naszych biednych hiszpańskich włościan wachmistrza dobiegły płacze, szlochy i zawodzenia kobiece zgoła inne niż frywolne piosenki wyśpiewywane przez francuskie markietanki, których zresztą wachmistrz nie widział idących z tą kolumną. Stary wiarus domyślał się co to mogło być, obawiał się najgorszego i nie pomylił się. Były to rzeczywiście głosy dwóch dziewczyn hiszpańskich szukanych niedawno przez Alkada i jego sąsiada. Jak się później okazało, biedne hiszpaneczki nie zdążyły ukryć się w klasztorze wraz z resztą mieszkańców. Znalazły schronienie w małej komórce w której nikt by ich pewno nie znalazł gdyby nie pożar zaprószony przez Francuzów który je stamtąd wypłoszył. Gdy biedne wyskoczyły na ulicę z płonącej już tęgim ogniem komórki, żabojady ich pochwyciły i zaciągnęły do najbliższej kwatery, by czynić bez krępacji swoją powinność. Na to nadszedł ów porucznik huzar, ci więc mu jedną, tą piękniejszą w sąsiedniej izbie ustąpili. Gdy już pierwsi nasycili swe chucie, biedne dziewczęta czując się nie pilnowane obmyśliły ucieczkę. Wyrwały się więc z rąk pijanych oprawców turbując przy okazji kilku gęby i łapska ich własnymi bagnetami i pędem puściły się do bramy klasztoru. Ten to moment był zobaczył właśnie Wachmistrz, gdy podczas obchodu znalazł się przy bramie. Nie namyślał się wcale:
-Otwieraj bramę!- krzyknął do stojącego tuż obok wartownika – wy dwaj za mną! – rzucił do zdziwionych lansjerów. Gdy wypadli przed bramę, zrywając karabinek z ramienia zakomenderował: – Tuj! Nad ich głowami przyłóżcie się! Hiszpanki wyrwały się osłabionym przez wino draniom i gnały jak na skrzydłach do zbawczej bramy klasztoru tym sposobem wyprzedzając pogoń która ledwo trzymała się na nogach i co chwila potykała się o rozrzucone graty na placu. Gdy uciekinierki zrównały się już z Wachmistrzem i jego ludźmi a pogoń nie ustawała, Wachmistrz podał: Cel! Pal! Ta mała, ledwie z trzech luf wypalona prawie że w pierś Francuzom salwa zatrzymała ich w wielkim zdziwieniu. Stanęli jak wryci, a wachmistrz poczuł z tyłu zdyszane oddechy.
-Jestem! – usłyszał głos kaprala, a katem oka zobaczył z siedem luf mierzących z drugiego szeregu w piersi napastników. Francuzi momentalnie wytrzeźwieli i zaczęli obrzucać naszych ułanów najgorszymi wyzwiskami w swoim języku żądając jednocześnie wydania zbiegłych jak to określili „dam z którymi właśnie się grzecznie zabawiali”. Wachmistrz kazał im iść spać, albo do dyabła jak sobie wolą, poczym zakomenderował : „Nazad marsz!” Wszyscy bezpiecznie wrócili do klasztoru pozostawiając na placu, ale we w miarę bezpiecznej odległości od naszych luf złorzeczących żołdaków. Wszyscy w klasztorze byli już na nogach, a kobiety które pierwsze zleciały się do bramy już otoczyły dwie nieszczęsne ofiary. Słychać było płacze, lamenty, przerywane salwami radości z odnalezienia zaginionych. Wszyscy myśleli, że na tym się skończy i reszta nocy upłynie spokojnie. Och, jakże się mylili! Nie minął i kwadrans a od strony Francuzów zobaczyli i nowe dziwy. Do bramy szedł porucznik huzarów. miał szablę w ręku i rozchełstany mundur, koszula wyłaziła mu z rozpiętej klapy spodni, był bez czapki, a z obwiązanej byle jak gęby kapała mu po brodzie świeża krew. Za nim uzbrojonych w najróżniejszą broń i butelki toczyło się ze czterdziestu pijanych żołnierzy. Porucznik wydawał się być trzeźwy, a przynajmniej na tle swojej armii za takiego mógł uchodzić. Niewątpliwie jednak był wściekły, bardzo wściekły co było widać nawet w taką noc jak tamta. Podszedł do bramy i zaczął walić pięściami żądając aby mu otworzono. Wachmistrz kazał wszystkim odsunąć się od bramy po czym sam stanął tak aby go mur chronił i zawołał: A kto żąda?! – Porucznik przedstawił się.
– Podaj waćpan Hasło! Bo mam rozkaz od mojej zwierzchności puszczać tylko tych którzy znają hasło. krzyknął Wachmistrz.
– Nie znam waszego hasła, i nic mnie ono nie obchodzi! A ty polski durniu masz natychmiast otwierać! – Ryczał huzar.
– Kiedy nie mogę! Bo jak wróci mój Rotmistrz to mnie każe rozstrzelać. Litości Jaśnie Panie! Zaryczał płaczliwym głosem wachmistrz, czym wzbudził śmiech u swoich lansjerów.
Porucznik przez chwilę jeszcze walił pięściami w bramę, po czym nagle przestał, jakby mu jakaś świetna myśl strzeliła do głowy. Odstąpił trzy kroki od bramy i machając szablą zaryczał: Świetnie! Skoro nie chcecie po dobroci, to zrobimy to inaczej, ale wtedy, to żywa noga nie ujdzie, ot co! Odwrócił się do swoich i zakomenderował:
– Dawać mi tu artylerzystów, niech zatoczą działa, odstrzelimy im tą bramę! Poznacie mnie wtedy, litości nie będzie!
Kilku stojących blisko żołnierzy ruszyło do dział, chwycili je i mimo osłabienia członków wińskiem podtoczyli na pozycję wskazaną przez porucznika. Wachmistrz obserwując tę scenę ładował swój sztucer i zastanawiał się skąd w tak młodym oficerze tyle pych i brutalności. Jakoż i po chwili znaleźli się trzej artylerzyści. Porucznik kazał ładować pełnymi kulami. Artylerzyści popatrzyli na armaty, rozejrzeli się po placu i drapiąc się po łbach wymarudzili:
– Tak jest Wasza miłość ale nie ma amunicji!
-Jak to nie ma amunicji? Mamy dwa pełne kesony!
-Tak jest! Ale melduję posłusznie, że nie wiem gdzie one są. Były tu na placu, stały z końmi, a teraz znikły, koni też nie ma!
– Szukać mi ich! Galopem! Natychmiast! – Pieklił się Porucznik.
Żołnierze rozbiegli się po wiosce, jakoż wkrótce powrócili meldując, że kesony i konie zapadły się podziemie. Porucznik pieklił się i klął ponad wszelką miarę. Jego pijane wojsko coraz bardziej znudzone tą sytuacją rozglądało się na boki szukając najwyraźniej okazji aby drapnąć z tej „kolumny szturmowej”. Porucznik po kilku minutach najwyraźniej zmęczył się i nie oglądając się na żołnierzy powlókł się z powrotem do swej kwatery. Żołnierze za przykładem dowódcy także zeszli z placu. Już po paru chwilach na placu przed klasztorem znowu było cicho. Wachmistrz nasłuchiwał, – „I tym razem nam się udało, dobrze, że kapral zabrał im stemple…” pomyślał. – „Oby tylko Rotmistrz wrócił rychło z naszymi, bo jak rano wytrzeźwieją to ni zdzierżymy…. ”
Tymczasem napastnicy aby ukoić bezsilną wściekłość oddali się temu co im wychodziło najlepiej czyli pijaństwu, a że głowy mieli słabe wkrótce ich krzyki i hałasy zaczęły cichnąć, a po godzinie ustały zupełnie. Nad biedną wioską unosiły się wątłe dymy dogasających ognisk, a do zamkniętych w klasztorze lansjerów dochodziły tylko słabe wapory spalonego mięsa i kaszy (leguminy) której nie było komu zdjąć z ognia .
Wachmistrz wezwał kaprala.
-Weź od naszych jeńców kurtkę i przejdź się do naszych gości zobacz co się tam dzieje. Jeśli śpią to i my zwolnimy część ludzi na spoczynek.
-Wedle rozkazu! – zasalutował kapral i regulaminowo wykonał w tył zwrot. Gdy wrócił zameldował:
-Melduję posłusznie! Wszyscy śpią, nawet ich oficerowie!
-Co mówisz? – Wszyscy? zdziwił się Wachmistrz. -A warty?
-Melduję posłusznie, że wart niema!
-A to ci historia! -Roześmiał się Wachmistrz – Jak podejdą gerylasy to ich wyrzną jak barany, fiu, fiu! zagwizdał Wachmistrz, robił tak zawsze gdy otrzymane wiadomości były wyborne.
Podbiegł do nich jeden z lansjerów:
-Panie Wachmistrzu! Melduję posłusznie, że chłopak co go Pan wysłał do Pana Rotmistrza wrócił!
-Mówił co? Oddał pismo?
-A juści mówił tylko my nie rozumieli, ale pismo oddał!
-Uf! To i dobrze, dawajcie go tu, i Proboszcza też przyprowadźcie, ale migiem!
Okazało się, że chłopak całkiem łatwo trafił do Rotmistrza, który wracał właśnie z podjazdu i jak wyliczył proboszcz z kwadrans powinien pojawić się w wiosce. Tak też się stało, po kwadransie przy furtce od winnicy którą wrócił chłopak stanęli lansjerzy. Padły półgłosem komendy: Baczność do zsiadania! Z koni!, Kuplujcie konie! Rotmistrz wprowadził przez furtkę swoich ludzi zostawiając przy koniach mocną wartę. Pierwszy do bramy przy której stał wachmistrz przybiegł oczywiście porucznik Ryżewski.
-No i co tam dobrego mój dobry człowieku? – zaczął jak zwykle zupełnie nie po wojskowemu, a tak jak by swego rządcę pytał o humory poddanych dusz.
-Melduje posłusznie , że wszyscy śpią! Pochlali zdrowo, a teraz jak dzieciątka po maku. Prężąc się relacjonował Wachmistrz.
-Słyszy Pan, Panie Rotmistrzu? – powiedział Ryżewski odwracając się do nadchodzącego
dowódcy.
-Wyśmienicie, każ więc Pan Poruczniku konie wprowadzić i ludzi wyślij na spoczynek, bo wszyscy zdrożeni wielce!
-Ale ja mam plan! -wymamrotał Ryżewski
-Jaki znowu plan? Przez te pańskie plany to bym już dawno cały szwadron stracił – warknął poirytowany Rotmistrz.
-No, ten tego… jakby Pan Rotmistrz pozwolił to bym wziął kilku ludzi i ich powiązał i tu na placu jak do apelu ułożył….
-Ryżewski! Co ci do głowy strzeliło?
-Panie Rotmistrzu! proszę o udzielenie mi głosu! zasalutował przed Rotmistrzem wachmistrz. -Te Francuzy to tu piekło zrobili, zabili kilku naszych Hiszpanów a córkę Alkada i jej sąsiadkę zhańbili….Na sąd zasłużyli, Ja to bym kilku rozstrzelał.
-Co mówisz? A ich dowódca ,co on?
-Melduję posłusznie, że Kapitan nie zrobił nic, a jego oficer, porucznik huzarów był właśnie jednym z tych łotrów…, i chciał nas jeszcze szturmować, gdy te bidulki do nas uciekły.
-To zmienia postać rzeczy! Zawyrokował Rotmistrz – znam ja tego pana sprzed lat, może teraz będziemy mogli się policzyć za dawne jego zasługi. Ryżewski! Weź trzydziestu ochotników i zwiąż ich to na placu. Ach a oficerów przynieś mi osobno tu pod bramę. Wykonać!
-Tak jest! Ryżewski strzelił obcasami i już go nie było.
W małą godzinę lansjerzy przy pomocy chłopów powiązali wszystkich śpiących i ułożyli w równych szeregach na placu przed klasztorem wszystkich Francuzów, oddzielnie piechota, kawaleria i artylerzyści. Osobno podoficjerowie i trębacze, a oficerowie równo przed frontem. Żołnierze ci wyglądali bardziej jak armia ołowianych żołnierzyków leżących w pudełku niż niezwyciężona armia wielkiego Napoleona. Niektórzy lansjerzy mieli jednak inne skojarzenia, jeden z niedawno przybyłych do Pułku skomentował to tak: – „Patrzcie kamraty, toż oni są jako te leśne zwierza co je pokotem u mojego dziedzica myśliwi kładą przed dworem…” Gdy żołnierze oczyścili wioskę z nieproszonych gości, mieszkańcy wrócili do swoich domostw i rozpoczęli wielkie sprzątanie. Rotmistrz kazał jednak wszystkim zgromadzić się na placu, ustawił swój garnizon dookoła placu i wziąć broń do nogi. Na dany znak Kapral dał salwę z tych armat co je Francuzi ze sobą ciągnęli. Pijani zaczęli otwierać oczy próbowali wstać jednak pęta wprawnie założone nie dozwalały. Rotmistrz kazał tych co mocniej spali budzić wiadrami zimnej wody. Atrakcja kąpieli tej spotkała także Kapitana i jego oficerów. I oto leżeli w samych koszulach, bez butów, w kałużach zimnej źródlanej wody klnąc niemiłosiernie, a gdy dotarło do nich, że są oto związani przez Polaków i leżą na pośmiewisko dla Hiszpanów, ich bezsilna wściekłość sięgnęła zenitu. W przekleństwach przodował Kapitan. Mieszkańcy wioski stali jednak spokojnie, nie było im do śmiechu, liczyli straty, patrząc spode łba na powiązanych. Rotmistrz wraz ze swoimi oficerami podszedł do wijącego się wściekle na ziemi Kapitan.
– Ach to Pan! Znowu się spotykamy. Mogłem się tego spodziewać, wam Polakom tylko mogły przyjść do łbów takie durne żarty! Wychrypiał Kapitan.
– Podnieście go! Rzucił Rotmistrz do najbliżej stojącej roty. Żołnierze zarzucili karabinki na plecy i skoczyli podnosić Kapitana.
– Odpowiesz mi Pan za to! Obraziłeś Pan Mundur oficera Cesarza, a ci co mnie wiązali będą rozstrzelani! -Wykrzykiwał. Rotmistrz jednak nic sobie z tego nie robił, skinął ręką na adiutanta, a ten podał mu z teczki pismo opatrzone pieczęciami.
– Na mocy uprawnień jakie nadał mi generał gubernator tej prowincji, jesteś Pan aresztowany za nie przestrzeganie przepisów co do prowadzenia kolumn wojskowych, za pozostawianie bez dozoru mienia rządowego, a szczególnie armat, amunicji i koni. Oskarżam Pana o dokonanie i dozwalanie na wiolencję na poddanych Króla Józefa. Mam tu jeszcze dwie skargi osobiste wniesione przez mieszkańców tutejszych przeciw Pańskim podkomendnym…. -Nic mi nie udowodnisz….! -Wysyczał Kapitan.
– Są świadkowie, a winowajców zaraz wskażą ich ofiary… Odparł spokojnym głosem Rotmistrz. – Podnieście pozostałych. Rozkazał lansjerom. Gdy wszyscy już stali Rotmistrz zarządził po francusku: „Na moją komendę, Wszyscy Baczność! Wachmistrz znajdź tych dwóch.” Wachmistrz natychmiast chwycił Alkada i Proboszcza, a Kapral obie biedne dziewczyny i wszyscy przeciągnęli przed szeregami. Kobiety szły wolno dokładnie przyglądając się twarzom stojących Francuzów.
– To ten ! Powiedziała w pewnym momencie przyjaciółka córki Alkada. Czy nie mylisz się moje dziecko. Zapytał się Proboszcz. – Tak to on! wachmistrz wskazał ręką żołnierza. Natychmiast podbiegło do niego dwóch lansjerów, chwycili go za ramiona i powlekli przed szeregi. Gdy Wachmistrz z Hiszpanami przeszedł już pomiędzy szeregami i wrócił do Rotmistrza. Rotmistrz zapytał: „Mamy jednego a gdzie drugi?” Córka Alkada opuściła głowę. – Panie Komendancie ona się boi wskazać bo to oficjer… Powiedział Proboszcz.
– Co? To kłamstwo! Łżesz ty Hiszpański…! -Wtrącił się nie pytany Kapitan.
– Milczeć! Warknął do niego Rotmistrz – Nie udzieliłem Panu głosu! Kapitan podszedł do dziewczyny i delikatnie podniósł jej brodę. – ” Który to? Nie lękaj się! Więcej cię już nie skrzywdzi.
– To porucznik huzarów… Wyszeptała mdlejącym z przerażenia głosem, gdyż Kapitan tak na nią patrzył jakby ja chciał wzrokiem ukatrupić.
-Wachmistrz! Dawaj tu Huzara!
Gdy obydwaj winowajcy stanęli przed Rotmistrzem, Rotmistrz skinął na Proboszcza aby tłumaczył na Hiszpański.
– Na mocy nadanych mi uprawnień skazuję tego oto żołnierza za gwałt na poddanej Króla Józefa na karę śmierci przez rozstrzelanie.
Winowajca jak rażony piorunem osunął się na ziemię z płaczem błagając o litość, do jego błagań, co było dla wszystkich niezrozumiałe dołączyła ofiara i jej ojciec. Biedna dziewczyna klęcząc całowała Rotmistrza po rękach myśląc zapewne, że to przez nią ten młody nieroztropny człowiek stracić ma zaraz życie. Rotmistrz nie zmienił jednak zdania. Spojrzał na Porucznika Huzarów ten stracił już hardość i buńczuczne spojrzenie jakim jeszcze przed chwilą obrzucał Rotmistrza i jego lansjerów. Zdał sobie sprawę, że w tej chwili był nikim jego pochodzenie, koligacje, majątek, tu w tej małej wiosce, na tym placu mu nie pomogą, jego hulaszcze życie, przygody, świństwa i piękna kariera dobiegają końca. Jedno słowo tego dziwnego polskiego oficera którego nie wiedzieć czemu jego ludzie nazywają rotmistrzem (choć nosi mundur kapitana) zakończy wszystko. Zaczął się pocić, było mu gorąco i zimno na przemian, a nogi zaczęły dygotać. Spróbował podnieść wzrok na Rotmistrza. Rotmistrz patrząc mu w oczy powiedział spokojnym głosem powoli cedząc słowa:
– Zasługujesz na śmierć. Ale tego nie zrobię. Pójdziesz pod sąd, a jak znam audytora naszego korpusu nie ujdzie ci to płazem. Degradacji i wydalenia z armii możesz być pewny. To jednak dopiero będzie, teraz jednak tu musisz zapłacić za swój czyn. Weźmiesz ślub z tą którą posiadłeś po niewoli, dasz jej swoje nazwisko, a jeśli z tego związku urodzi się dziecko, uznasz je i dasz nazwisko.
Huzar próbował coś powiedzieć, nagle wróciły mu siły wiedział, że go nie rozstrzelają, więc zaczął się stawiać. Takie małżeństwo, taki mezalians, a tam w Paryżu czekała na niego taka świetna partia, Baronówna z takim posagiem…. Zamiast tego żona chłopka z Hiszpanii. To było dla niego gorsze niż pluton egzekucyjny. Rotmistrz był jednak niewzruszony. Tak jak powiedział tak się i stało. Jeszcze tego samego dnia podyktował intercyzę zabezpieczającą przyszłą pannę młodą, a wieczorem Proboszcz udzielił ślubu. Smutna to była uroczystość, ale przynajmniej przyszłość była jej jako tako zabezpieczona. Rotmistrz zażądał aby wszyscy oficerowie złożyli swoje podpisy pod tymi aktami i w księdze parafialnej, a nie mając zaufania do Francuzów kazał jeszcze sporządzić dwie kopie które wszyscy wzmiankowani także podpisali. Kopie te jak się później okazało ukryte przez Rotmistrza bardzo się przydały.
Jak się zapewne domyślacie nie był to jedyny finał tej historii, gdyż pierwszy skazany został istotnie przez nas rozstrzelany, a Rotmistrz kazał wypłacić ze szkatuły Kapitana pokaźną sumę hiszpańskiej ofierze. Jak już wspominamy o pieniądzach powiem wam jeszcze, że Rotmistrz kazał zabrać żołdy wszystkich żołnierzy Kapitana i rozdzielić je pomiędzy wszystkich poszkodowanych. Pytacie, czym się zasłużył Ryżewski poza wiązaniem pijanych żołdaków. Otóż, porucznik Ryżewski nie byłby sobą gdyby przy tej okazji nie zaliczył chociaż małego pojedynku, i tak było w istocie. Ryżewski gdy się dowiedział kto zajął jego kwaterę urządził mu awanturę ten oficer wyzwał go od razu na pojedynek. Ryżewski wybrał szable, bo miał ochotę trochę się z nim pobawić. W istocie oficer ten mocny w gębie a w pięści tylko wobec słabszych przez dobry kwadrans był ganiany przez Ryżewskiego. Dla tych co znali Ryżewskiego przykrym było na to patrzeć bo wynik tego potykania był z góry wiadomym, tylko nikt nie widział jak długo Pan Porucznik ma zamiar się z nim bawić. W końcu gdy mu się znudziło ciął go płasko od ucha do ucha przez nos. Pamiątka to będzie niewąska bo biedak padając na twarz ranę zabrudził czego się nie udało doczyścić naszemu chirurgowi. Porucznik miał jeszcze ochotę na „małe pojedyneczki” jak to zwykł był mawiać z pozostałymi oficerami, ale mu Rotmistrz kategorycznie zabronił więc tylko chodził i łypał z pode łba.
Następnego dnia przyjechał oddział żandarmów i zabrał naszych gości pod strażą. Żal było patrzeć jak dobry a głupi żołnierz idzie bez broni w pętach zamiast dzielnie maszerować na wroga z muszkietem w ręku, ot taki los.
Jak się później dowiedzieliśmy kolumna ta została napadnięta w połowie drogi przez gerylasów. Hiszpanie wyrżnęli wszystkich zbiec udało się tylko oficerom i żandarmom. My o tym dowiedzieliśmy się z pisma jaki przyniósł nam pasterz idący od tamtej strony. List napisany był przez herszta bandy gerylasów który Rotmistrzowi dziękował za opiekę nad jego rodakami i poskramianie Francuzów, za co obiecał że przez tydzień zostawi nasz posterunek w spokoju. Rotmistrz żałował, że puścił Francuzów bez swojej eskorty która na pewno poradziła by sobie z atakiem. Żołnierze cieszyli się jednak z tej kary jak spotkała drani, a Wachmistrz i Kapral cieszyli się z dwóch armat które zostały przy naszej komendzie.
Gdybyście chcieli wiedzieć to wam powiem, że córka Alkada urodziła po dziewięciu miesiącach ślicznego chłopca podobnego do ojca, wyrósł on na mądrego człowieka i teraz jest jednym z ministrów w obecnym rządzie. Ojca nigdy nie zobaczył bo ten zginął gdzieś w Rosji i grobu nawet nie ma. Matka jego otrzymała wszystkie należne sumy i majątki należne jej po „mężu” stała się wielką panią i wkrótce znalazła męża który ją kochał i godny był tytułu który nosił.