Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór czwarty: „O tym jak niektórzy słowiańscy oficerowie w Armii Wielkiego Napoleona wojowali”

Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór czwarty: „O tym jak niektórzy słowiańscy oficerowie w Armii Wielkiego Napoleona wojowali”

gbrPMZ Ryżewski Leave a Comment

 

Na prośbę czytelników strony Arsenału czwartą częścią kontynuujemy przygody porucznika Ryżewskiego.


Piotr M. Zalewski

 

Siedzieliśmy w Paryskiej gospodzie. Ja, i moi nieodłączni kompani wieczorów. Jak zawsze krzepki major, młody obiecujący poeta i młody równie obiecujący muzyk. Delektowaliśmy się winem którego nowy gatunek sprowadził nasz karczmarz, gdy nagle w sąsiedniej izbie wszczął się niespotykany rejwach, istna awantura, jakiej nigdy tu nie słyszeliśmy, mniemając, że to porządne ciche miejsce, od tak dla takich gości jak my. Hałasy nie ucichły gdy przybiegł do nas gospodarz błagając nas o pomoc, gdyż polak jakiś nieznający francuskiego języka wszczął awanturę, a oni z nim się nijak nie mogą dogadać. Poderwaliśmy się zaraz od stołu ciekawi rodaka który tak niefortunnie rozpoczął swój pobyt w Paryżu. Jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się, że awanturnik nie był Polakiem, tylko Czechem z Moraw, zresztą dawnym oficerem Austriackim. Próbowaliśmy wygasić awanturę niestety zakończyła się dopiero gdy pojawili się żandarmi i zabrali na odwach kłopotliwego podróżnika.

Wróciliśmy do naszego stołu, źli, że przez takiego gościa musieliśmy oderwać się od delektowania nowym smakiem z Menu.

 

-Patrzcie tylko Panowie! – dwadzieścia lat minęło a ci goście czują się w stolicy jak by dopiero co weszli w 814 roku – Powiedział Major.

-Nie mogę się nadziwić, jak ci Morawianie mogli służyć Habsburgom, przecie oni Słowianie jako i my, i język podobny do naszego mają… zastanawiał się Poeta.

-Przypomina mi to pewny wypadek którego Ryżewski był przytomny. Powiedziałem, a moi kompani od razu zażądali opowieści, ledwo dając mi usta zwilżyć szlachetnym trunkiem, którym sami się raczyli.

Działo się to w 1814, a może 1815 roku, – zacząłem – kiedy Gwiazda Wielkiego Cesarza chyliła się ku upadkowi choć potrafiła jeszcze wrogom często przysmażyć skórę. Cesarz był nadal Wielki i pełen sił, ale jego marszałkowie i oficerowie często już byli zbyt zmęczeni by pełnić obowiązki. Wielu dobrych oficerów zostało w śniegach Rosji, więc Cesarz chciał nie chciał musiał dawać na komendę różne miernoty, które jeszcze kilka lat temu mogły by dostać w komendę co najwyżej Komisję werbunkową w najgorszym Departamencie, a nie dowództwo pułku, czy korpusu Wielkiej Armii.

Był tam w Armii pewien oficjer, Nikodem Kominkowski, pono polak, ale pochodził jak sam mówił z Rjeszina (które to miasto chyba, sądząc po nazwie leży raczej w krajach Habsburskich niż dawnej Korony Polskiej). Awansowany był on z sierżanta, co nie było w Armii czasów wojny ewenementem, ten jednak sierżant szlify zdobył przez protekcję jenerała St. Ensa, któremu zawerbował wielu rekrutów.

Tak się złożyło w pewnej ważnej Batalii, że w zastępstwie swojego szefa dostała mu się komenda Batalionu z całkiem dobrego pułku. Batalion ten stał przez kilka godzin w odwodzie nie mogąc się wykazać. Kominkowski chodził w tą i z powrotem przed frontem batalionu i widać było z daleka, że zagryzał się myślą, że jak tak dalej pójdzie nie będzie mógł się odznaczyć w tej batalii. Gdy zobaczył porucznika Ryżewskiego jadącego w stronę batalionu myślał zapewne, że ten przywozi mu upragniony rozkaz do ataku. Niestety, Ryżewski jechał tylko zmienić konia. Koń porucznika był mocno pokaleczony więc Ryżewski dostał zgodę Kapitana na zmianę wierzchowca. Traf chciał, że akurat za batalionem stali służący oficerscy z zapaśnymi końmi. Ryżewski podjechał do masztalerza, zeskoczył, i razem zaczęli przekładać siodło i rząd na świerzego konia.

W tym momencie dopadł do batalionu adiutant ze sztabu Cesarza na spienionym koniu, podjechał do naszego pana oficjera mającego komendę nad onym oddziałem i przekazał rozkaz:

-Monsieur Colonel, Batalion! en Batal avant marh!

Kominkowski chciał uchodzić za światowca więc tylko zasalutował po angielsku, co francuskiego sztabowca wprawiło w lekkie zdziwienie, po czym zakomenderował do batalionu:

-Ton – Tuj! – bo był to jak chyba zapomniałem powiedzieć polski batalion weteranów. Francuz nie znał oczywiście polskiej komendy, ale widok sprawnie unoszących się luf i fizylierów szykujących się do ognia trzema szeregami nie wymagał tłumaczenia.

-No! No! Ton-Tuj! – Machając rekami próbował zatrzymać wykonanie komendy –Avant! Avant! Monsieur Colonel! – Było już jednak za późno, batalion sprawnie wypalił tuż przy uchu konia Francuza. Koń, czy wystraszony czy poparzony drobinkami prochu spiął się skacząc w bok. W tym momencie Adiutant stracił równowagę i runął na ziemię, niestety jedna noga pozostała w strzemieniu, a koń w strachu pognał z powrotem do sztabu ciągnąc za sobą nieszczęśliwego wysłannika cesarskiego.

Widząc to Ryżewski wybuchnął śmiechem, choć całe to wydażenie mogło doprowadzić do naszej klęski.

-Z czego się pan śmiejesz? – Agresywnie zawarczał do Ryżewskiego Kominkowski

-Z tego, że nosisz pan szlify oficerskie, a komendy nie znasz. – spokojnie odparł porucznik.

-Co? Ja Nieznam! Jak pan śmiesz! Żądam satysfakcji!

-Satysfakcji? chyba na kije, bo na nic lepszego pan nie zasługujesz! Ale najpierw to spróbuj pan przeżyć tą batalię… – powiedział Ryżewski, – bo tak komenderując to będzie ciężko! –dodał po czym wskoczył na siodło i pogalopował do pułku zostawiając purpurowego z wściekłości na gębie i dyszącego Kominkowskiego.

Tu  przerwał mi opowiadanie jeden z przyjaciół siedzących przy stole:

-I ja o tym słyszałem! Ale myślałem, że to żart jakiś, to się w głowie nie mieści.

-Mości majorze – odparłem – sprawę zatuszowano, a niefortunny adiutant Cesarski nie mógł złożyć doniesienia na Kominkowskiego.

-A to dlaczego? – Zaczął drążyć jak zwykle dociekliwy młody poeta.

-Bo przypłacił to śmiercią! – odparłem. – Biuletyn podał, że kula armatnia urwała mu głowę…

-Tak, tak! – Wtrącił major wszyscyśmy to wtedy czytali i nadziwić się nie mogli tej śmierci…

 


Ci, którzy nie czytali wcześniejszych, być może zechcą sięgnąć do „Przypadków porucznika Ryżewskiego” (część I) oraz do „Przypadków porucznika Ryżewskiego część druga i nie ostatnia” czy Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór trzeci: „Wygodne kwatery”.