Przypadków porucznika Ryżewskiego część druga i nie ostatnia

Przypadków porucznika Ryżewskiego część druga i nie ostatnia

gbrPMZ Ryżewski Leave a Comment

Przypadków porucznika Ryżewskiego część druga i nie ostatnia

Obok opracowań historycznych gawędy przy obozowym ognisku mieszają prawdziwe wydarzeni z żartem, fakt z dobrą historią. W ciągu minionych lat najwięcej chyba było słychać takich historii o poruczniku Ryżewskim, napoleońskim Zagłobie. Niżej zamieszczamy część drugą. Część pierwszą część przygód porucznika Ryżewskiego przeczytać można tutaj.


Piotr M. Zalewski

Wieczór Drugi

O tym jak Hiszpanie chcieli konie przedawać

Działo się to w Hiszpanii. Porucznik Ryżewski stał wtedy wraz z dużą komendą w małej wiosce. Wioska to zresztą chyba za wielkie słowo, ot kościół, plebania z ogrodem, i kilka murowanych domów a wszystko obwiedzione murem na dużego chłopa wysokim. Wioska leżała na ważnym dla nas szlaku pocztowym którym kurierzy i transporty bez ustanku biegali. Hiszpanie więc chcieli zawładnąć tym miejscem i niezmordowanie prawie ciągle robili ku temu próby. Siły im jeszcze dodawało i to, że w księżym ogrodzie biło źródło co cudów szczególnych było przyczyną. No może nie tyle samo źródło, co woda przecudna, co z niego biła. Do źródła tego pielgrzymi spragnieni łaski dążyli z dalekich stron Hiszpanii. My ich puszczaliśmy do źródła, ale pojedynczo, nie kupami, a i to po sprawdzeniu czy jakowejś broni pod sukniami nie chowają. Przybywali po pomoc różni kalecy którym ta woda czasem pomagała, więc oni w podzięce zostawiali dary różne a głównie to jedzenie. Wieczorem wszyscy uzdrowieni, i ci co za takich się mieli, procesje dziękczynne dookoła wsi naszej odprawiali. Źródło biło od ponad stu lat więc i droga co nią te procesje chodziły wydeptana bardzo znaczną była, tak że i nawet w nocy widać ją było. Staliśmy tam już jakiś czas sami lansjerzy, bo naszych poprzedników z liniowego pułku francuskiego pewnej nocy gerylasy bez jednego strzału wyrżnęli. My jednak, jak tam nastaliśmy zmieniliśmy politykę, Komendant nasz kazał być słodkim dla włościan tutejszych, a proboszcz dostał z powrotem swoje łóżko, z którego go wcześniej kapitan Francuz był wyrzucił. Ludzie zobaczyli, że nasze chłopy Dom Boży szanują i na Msze Niedzielne chodzą. Przestali traktować nas jak wrogów i powoli zaczęli traktować jak swój garnizon. Miłość ich do nas jeszcze wzrosła gdy nasi lansjerzy okrutnie sprali jakąś komendę francuską co chciała będąc w pochodzie przez wieś naszych gospodarzy obrabować.

Wtedy to kapitan kazał nawet jednego Francuzika rozstrzelać za gwałt na córce Alkada (ale to już zupełnie inna historia którą opowiem wam przy innej okazji). Komenda nasz miała tedy z powodu nieustannych ataków zadanie trudne, z drugiej jednak strony było to miejsce wygodne, bo jedzenie co je pielgrzymi przynosili po sprawdzeniu na jeńcach i mieszkańcach, czy nie zatrute dla nas w wielkim wyborze przypadało. Gerylasy, jak już wcześniej powiedziałem, bardzo to wszystko mierziło i nie było tygodnia aby wykurzyć nas stamtąd nie próbowali. Pewnej letniej niedzieli, po mszy, gdy z kościoła ludzie wychodzili i bramy wszystkie były otwarte, a oficjerowie co służby nie mieli siedzieli w cieniu przed kwaterą obserwując kolorowy tłum wylewający się ze Świątyni podjechał do bramy naszej fortecy, przy której zawsze stała mocna wart bardzo dziwny orszak. Na czele jechał jakiś Grand czyli jaki inny możny, za nim dwaj strzelcy z garłaczami na udach a za nim drabów kilku prowadzących luzem konie tutejsze szczególnej urody. Ci co te rumaki potem oglądali cuda o ich przepięknej budowie opowiadali. Mimo, że dzień był upalny, wszyscy (oprócz Granda) jechali zwyczajem tutejszym w obszernych płaszczach, zdziwiło to przytomnych oficjerów niepomiernie, że jechali zawinięci w te płaszcze jak by było zimno a nie środek lata. Podjechali do szyldwacha i po francusku powiedzieli, że chcą się z komendantem widzieć bo konie mają na przedaż. Zaciekawiło to wszystkich, jakie to konie i dlaczego przedają, ale Hiszpanie milczeli i czekali tylko, aż komendant wyjdzie. Nasz komendant Kapitan, rotmistrz jeszcze króla polskiego ostatniego, wietrzył podstęp, ale że w tym tygodniu jeszcze spokój był i gerylasi nas nie atakowali, dla rozrywki wyszedł do przybyłych wraz z oficjerami. A było ich wtedy kilku bo oprócz naszych było jeszcze dwóch inżynierów Francuz i Szwajcar. Pono byli to oficerowie sławni bardzo, co niejedną twierdzę w pył obrócili i wiele innych tak sprawnie opatrzyli, że ciężkie oblężenie wytrzymać mogły. Wyszli oni tedy przed bramę z naszymi oficjerami. Hiszpan widząc rotmistrza (wolał nasz Komendant tą rangę dawną polską niż francuską kapitana, bo ta mu się ze służbą w piechocie kojarzyła), do niego się zwrócił łamaną francuszczyzną, że ma konie na przedaż,, a że widzi oficjerów w podróży będących konie dobre do pochodu im oferuje. Zachwalał je tak jakby całe życie tylko wierzchowcami handlował. Po czym widząc inżynierów wojskowych do nich się zwrócił w te słowa, że konie te są tak mądre że w galopie kierunek i szyk trzymają i wodze puściwszy jeźdźcy krajobrazy rekognoskować mogą i nawet plantę zdejmować bo krok mają szczególnie miękki. Gdy tak towar im zachwalał, Kapitan na konie popatrzył, ale nie zdążył ust otworzyć gdy przypadł do niego porucznik Ryżewski i zaczął się napraszać aby mu pozwolić konie objechać. Ryżewski nie był na służbie tego dnia, a że była niedziela, to miał na sobie fraczek piękny vicemundurowy, rajtuzy uniformowe wyszywane, kamizelę suto szamerowaną, czerwone buty węgierskie i kapelusz stosowany, a przy boku szpadę w pięknej oprawie. Hiszpan spojrzał na niego koso bo wolał wyraźnie z inżynierami handlować którzy już konie oglądać zaczęli, ale gdy przyjrzał się porucznikowi bliżej, a na pewno zobaczył dewizki i pieczątki złote jakie modą cywilną u kamizeli mu dyndały zmienił zdanie. Kapitan kiwnął głową na znak, że się zgadza. Porucznik odpiął szpadę co obecnych zdziwiło, a Hiszpana wprawiło w dobry nastrój. Hiszpan dalej konia zachwalał, a Ryżewski już siedział na koniu. Ruszyli, powoli, stępem. W środku Ryżewski, z lewej Grand, a z prawej i z tyłu jego dwóch drabów luzaków. Jako i rychło przeszli w galop. Konie szły wydeptaną przez procesje drogą dookoła wioski.

 

-Uważajcie na nich! – Kapitan rzucił półgłosem do wachmistrza poczym odwrócił się do zdziwionych oficerów inżynierów.

 

-Widzicie jakie tu mamy atrakcje, i to pewno jeszcze nie koniec na dzisiaj. Po czym machnął ręką do wartownika stojącego na wierzy kościoła, ten powtórzył ten gest do następnego posterunku stojącego po drugiej stronie wsi. Na naszej kwaterze zrobił się ruch

Przed mury wyległo oprócz gapiów, także kilkunastu naszych lansjerów którzy akurat nie mieli służby. Inni pojawili się na murach. Zgodnie z zaleceniem Rotmistrza, aby w czasie gdy są otwarte bramy być w pogotowiu, wszyscy mieli karabinki na flintpasach. Patrzącym wydawało się, że to jakiś wyścig a konie szły tak blisko siebie, że myśleć by można, że ciągną jakiś rydwan niewidzialny co to je w marmurze w Italii widzieliśmy. Meta owalna, po której konie biegły była nawet podobna do tych w Cirkusach Italskich co je Cezarowie stawiali.

Wachmistrzowi słów rotmistrza nie trzeba było dwa razy powtarzać. Jakby od niechcenia machnął dwa razy ręką po kicie i podszedł do stojących na koniach pozostałych Hiszpanów którzy wyraźnie zbierali się w ślady swojego Granda.

-A, mości panów zapraszamy do nas na kwaterę na szklaneczkę limoniady, bo upał dzisiaj okrutny! – powiedział łamanym hiszpańskim wachmistrz. Lansjerzy otoczyli wianuszkiem konnych. Próba dania koniom ostrogi i wyrwania się z okrążenia nie powiodła się.

-Brać ich! – huknął wachmistrz, w tym momencie w zdziwionych jeźdźców wycelowano tuzin luf, w tym część z błyszczącymi bagnetami które niemiłosiernie kłuły biednych Hiszpanów ze wszystkich stron.

– O mój Boże! wykrzyknął jeden z inżynierów obserwujący przez cały czas Ryżewskiego i Granda przez lunetę z którą się nigdy nie rozstawał (drugi inżynier w tym czasie szkicował wyciągnięte w galopie konie i jeźdźców) Oni mają ogromne noże w rękach! To nie kupcy to zbóje! Wachmistrz gdy to usłyszał poderwał karabinek co go miał wiszący na flintpasie i złożył się do strzału. Zapewne dziwi was odwaga wachmistrza, „co on może upolować tym krótkim karabinkiem kawaleryjskim? Prędzej trafi Ryżewskiego niż któregoś z drabów!” I tu jesteście w błędzie! Wachmistrz na flintpasie nosił sztuciec, bardzo celny, bo był to nasz polski, co go w królewskich fabrykach za Sejmu Wielkiego majstrowie wyrabiali dla kompanii strzeleckich, właśnie po Regimentach erygowanych. Wachmistrz długo mierzył wodząc lufą za galopującymi. W tym czasie widzieliśmy jak Grand i jego drab próbowali chwycić Ryżewskiego za ręce. Ten jednak wywinął się, i zjechał za siodło z prawej strony. Porucznik chwycił draba jadącego z prawej za lewą nogę i spróbował wyrzucić ją do przodu i do góry. Hiszpan zorientował się w zamiarach Ryżewskiego i chwycił go za poły fraka. Porucznik spróbował inaczej pozbyć się napastnika. Sięgnął do cholewy buta, wyciągnął stamtąd długi piękny sztylet, co go używał do otwierania liścików miłosnych i obierania owoców. Z całej siły wbił go w nogę Hiszpana, ten zawył i sam wyrzucił nogę ze strzemienia, teraz już niewiele było trzeba by napastnik wyleciał z siodła. Hiszpan fiknął na prawą stronę, ale prawa noga uwięzła mu w strzemieniu. Tak w galopie biedak pozostał, ciałem na ziemi, nogą prawą w strzemieniu, a lewą tryskającą krwią w powietrzu. Koń ciągnął go po takich kamieniach, że bardzo szybko dusza niego uszła, a i z ciała wiele nie zostało. Grand i jego zaplecznik widząc porażkę draba wzmogli wysiłki aby dosięgnąć Ryżewskiego. Dźgali na oślep swoimi długimi nożami, a Ryżewski dokonywał iście woltyżerskich ewolucji aby uniknąć ciosów chował się za siodło, puszczał to prawą to lewą ręką…

Przy kolejnym obiegu wachmistrz wreszcie znalazł dobrą pozycję do strzału, uchwycił cel i pociągnął za spust bez szarpania. Kurek spadł na panewkę krzesząc piękny snop iskier który zapalił podsypkę, a potem był tylko huk i trochę dymu. Nawet tak dobry strzelec jak wachmistrz nigdy nie może być pewnym efektu swojego strzału, bo zależy on od wielu innych czynników poza naturą strzelca leżących, co wy panowie jako wojskowi dobrze wiecie. Tak więc wachmistrz wpatrywał się w oddalających się, próbując przebić wzrokiem tumany kurzu jakie unosiły się nad drogą.

-Mój Panie! Co za strzał -wykrzyknął francuski inżynier obserwujący całość przez lunetę- w samą skroń! Trup na miejscu! Co za broń pan używasz, płacę ile chcesz, muszę ją mieć! – Paplał dalej Francuz.

-To pamiątka i nie jest na sprzedaż. – nie odwracając głowy powiedział zajęty nabijaniem wachmistrz. Rzeczywiście drab trafiony w samą skroń gwałtownie ściągnął wodze, koń zwolnił i wypadł z szyku idąc w bok pociągnął tego który włóczył drugiego draba, po chwili oba zatrzymały się. Ryżewski uwolniony od drugiego napastnika wykorzystał chwilę gdy Grand na głos wystrzału odwrócił się do tyłu. Porucznik wtedy to wsunął się z powrotem na siodło po czym złapał Granda za nadgarstek i wbił mu zęby w dłoń. Grand z bólu wypuścił nóż. Porucznik chwycił go lewą ręką za szyję i przyciągnął do siebie. Grand zaklinowany w swoim wielkim hiszpańskim siodle pamiętającym chyba jeszcze czasy Don Kichota próbował odepchnąć się od Ryżewskiego machając rozpaczliwie rękami i nogami. Biedne wierzchowce kłute w taki sposób ostrogami myślały, że mają galopować dalej i nie zwalniały. A porucznik w tym czasie tłukł kułakiem w gębę biednego Hiszpana co go trzymał za głowę pod pachą. Tak objechali jeszcze ze dwa obiegi kiedy to konie najwyraźniej ustawać zaczęły. Porucznik Ryżewski podjechał kłusem do Kapitana przez cały czas wymierzając sprawiedliwość podstępnemu Grandowi. Ten jednak już nawet i rękami przestał machać, bo zemdlał najwidoczniej. Ryżewski przed samym Kapitanem puścił Hiszpana a ten jak kłoda zwalił się z konia na ziemię. Porucznik lekko zeskoczył na prawą stronę i sprężystym krokiem (jak zwykle ) podszedł do Kapitana.

– Panie Kapitanie! Melduję posłusznie, że przyprowadziłem jeńca!

– Acha, Chyba półtora jeńca, bo z tego co go za koniem ciągnąłeś to mało co się zostało. Gdzie masz kapelusz poruczniku? Jak zwykle rzeczowo i z troską o wygląd podkomendnych zapytał Kapitan unosząc lekko kąciki ust w źle ukrywanym uśmiechu. Był jak zwykle zadowolony z wyczynu swego podkomendnego.

-Zgubiłem! odpowiedział Ryżewski stojąc na baczność i dyskretnie próbując poprawić mundur.

-To go znajdź! Spocznij! Prawo w tył marsz! – Powiedział Kapitan.

-Dukat na głowę dla tego który znajdzie mój kapelusz ! – krzyknął Ryżewski do lansjerów ze swojego cugu, gdy tylko odszedł trzy kroki od Kapitana. Tego im dwa razy nie trzeba było powtarzać. Jakoż i po 10 minutach porucznik miał z powrotem swój kapelusz wyczyszczony jakby nigdy nie leżał w przydrożnym kurzu. Ryżewski podszedł do wachmistrza.

-Dziękuję! Znowu uratowałeś mi życie! – Wachmistrz zasalutował.

I tak to moi panowie – powiedziałem do siedzących przy stole przyjaciół było, dzięki przytomności umysłu Rotmistrza (Kapitana), odwadze wachmistrza i brawurze Porucznika Ryżewskiego udało nam się obronić posterunek i nie dopuścić do porwania inżynierów, co jak nam wyznał na przesłuchaniu Grand, było celem jego i jego ludzi. Kapitan pozwolił porucznikowi zatrzymać dwa konie, a pozostałe rozdał najbardziej potrzebującym lansjerom. Wachmistrz dostał nóż Granda wysadzany drogimi kamieniami, a od inżyniera, co chciał kupić jego sztucer, zegarek (bo lunety co mu ten proponował, wachmistrz nie chciał twierdząc, że wzrok ma dobry mimo lat ponad czterdziestu).