Przypadki porucznika Ryżewskiego. Wieczór piąty: „Biała chustka”

Przypadki porucznika Ryżewskiego. Wieczór piąty: „Biała chustka”

gbrPMZ Ryżewski Leave a Comment

Przypadki porucznika Ryżewskiego. Wieczór piąty: „Biała chustka”

Nowa gawęda na Nowy Rok. Ci, którzy nie czytali wcześniej przygód porucznika Ryżewskiego, poznać je mogą w historiach: „Przypadki porucznika Ryżewskiego”, „Przypadków porucznika Ryżewskiego część druga i nie ostatnia”, Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór trzeci: „Wygodne kwatery”, oraz w „Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór czwarty: „O tym jak niektórzy słowiańscy oficerowie w Armii Wielkiego Napoleona wojowali”. Wszystkim zaś życzymy miłej lektury.


 

Był grudzień, zimno, dnie krótkie, wieczory za długie. W taki czas jedyna przyjemność tułacza to przysiąść gdzieś w ciepłym kącie z przyjaciółmi i wspominać lepsze , dawne czasy…. Tak i tego dnia, gdy zapadł zmierzch zaciągnęliśmy do naszej gospody na wspominki. Obrzydliwa pogoda zrobiła już swoje, siąkaliśmy zakatarzonymi nosami, co chwila kichając jak po najprzedniejszej tabace. Zamówiliśmy wszyscy zgodnie piwo grzane z miodem i korzeniami, co jak powszechnie wiadomo leczy katar.

Major wyciągnął wielką białą chustkę ozdobioną ogromnym kunsztownym monogramem świetnie widocznym nawet w naszej ciemnej gospodzie. Widząc nasze zdziwione spojrzenia powiedział:

-Tak mnie męczy to choróbsko, że praczka nie nadąża z praniem chustek, no musiałem już wziąć tę … chociaż mi jej szkoda, bo to jedyna pamiątka po rodzicach…

Wszyscyśmy pokiwali głowami ze zrozumieniem. Katar jak to katar, przypadłość nie ciekawa, choć „lepsza”, jeśli mogę tak powiedzieć, niż jakaś brzydka francuska choroba, po której blizny zostają.

-Mości Majorze! Bez urazy, Waści chustka przypomniała mi pewną przygodę porucznika Ryżewskiego, która była długo bardzo głośną… -powiedziałem.

Major kichnął, co było jak salwa z baterii 12-to funtówek, wytarł głośno nos we wspomnianą chustkę, co brzmiało jak kartacze chlaszczące bruk, po czym pociągnął tęgi łyk z kufla. Piwo i korzenie na pewien czas dały mu trochę odetchnąć.

-To opowiadaj Pan! Bo już mi chyba to smarkanie i do wiosny nie przejdzie, no może letnie słońce ten mój kulfon wysuszy.- powiedział Major, a inni do niego dołączyli – Prosimy….!

Nie było wyboru, kichając i smarcząc co chwila wróciłem pamięcią do tamtego roku i zacząłem opowieść:

 

Działo się to gdy pułk nasz kawalerii z Italii został wysłany na Północ i dołączył do Legii jenerała Kniaziewicza, która walczyła na niemieckiej ziemi. Mieliśmy wtedy jeszcze dawne polskie barwy. Granatowe mundury z karmazynowymi kołnierzami i obszlegami zupełnie podobne do Kawaleryi Narodowej. W kilka lat potem gdy regiment wrócił do Italii w przykry dla nas sposób zamieniono nam karmazyn na żółty i tak już zostało. Wtedy jednak mieliśmy jeszcze granat z karmazynem i dumni byliśmy z tych naszych mundurów, choć dziurawe były i połatane. Jak zapewne Pan pamięta Majorze, administracja francuska mało dbała o Polskiego sojusznika, a my, choć się upominaliśmy, nigdy nie dostawaliśmy tego co było potrzeba, no chyba, że trafialiśmy pod jakiego francuskiego jenerała co był życzliwy, albo co sami zdobyliśmy na wrogu. Tak było i w tej kampanii. Zima jakoś tak przyszła, że komisarze się nie zorientowali na czas, i mnóstwo ludzi z powodu marnych mundurów chorowało. Szczęściem były to przeziębienia, które łatwo było wyleczyć grzanym winem i ciepłym odzieniem, znalezionym w rozbitych bagażach porzuconych przez szybko wycofujących się żołnierzy cesarskich. Pułk nasz często idąc w awangardzie deptał po piętach cesarskim tak, że zdarzało się po nich ciepłe jeszcze kwatery zajmować. Pewnego razu, a było to tak jakoś na początku grudnia weszliśmy do wsi jednej na karkach cesarskich ułanów, co to się z Galicjan formowali. Nie lubiliśmy tego pułku, choć z niego wielu jeńców do nas wstąpiło. Traf chciał, że oficerowie, a wśród nich porucznik Ryżewski zajęli na kwaterę dom obszerny, gdzie sztab brygady austryiackiej stał. Ryżewski był tam pierwszy. Gdy wlazł do izby, rzucił się z zamachem na ledwo co zaścielone łoże. Zgrabnie odbił się od podłogi, obrócił w powietrzu tak aby ostrogami pościeli nie tknąć i wylądować miękką częścią ciała na sienniku. Woltyżerka była ta zaiste piękną, ale lądowanie stało się niewymownie przykre. Gdy plecy porucznika dotknęły łoża usłyszeliśmy głośny trzask, a potem gwałtowną i długą obelżywą tyradę Ryżewskiego. Myśleliśmy, że pod Ryżewskim deski łóżka się zarwały, ale nie, było to coś zgoła innego, bowiem porucznik odbił się od kołdry poszybował w górę na dobre dwa łokcie miary warszawskiej i wijąc się z bólu wyładował na podłodze. Podeszliśmy do łóżka bardziej, jak widzicie panowie, zainteresowani przyczyną tej woltyżerki niż jej skutkiem jakim był podlegał nasz porucznik. Jeden z nas ściągnął kołdrę, inni, o lepszym sercu, wnet skoczyli ratować biednego Ryżewskiego. Żył biedak jednak jeszcze, i złorzecząc powoli gramolił się na równe nogi, trzymając się za plecy.

 

-A niech! – to wykrzyknął ten który uniósł kołdrę. – Patrzcie no tylko co my tu mamy! – a gdy to mówił zaczął zatykać się ze śmiechu.

-Pokarzcie! Patrzcie no! – wołaliśmy wszyscy, patrząc jak biedny Ryżewski przepycha się do swoich piernatów.

-Toż to kasetka, i to pięknej kosztownej roboty! – ktoś powiedział, – ciekawe co w środku. Czy jest aby klucz? – dorzucił inny. Ryżewski nadal pomstując pod nosem na poprzednich rezydentów, wyrwał kasetkę z naszych rąk, obrócił ją parę razy w różne strony, chwycił za kluczyk tkwiący w zamku, przekręcił i otworzył. Ci z nas którzy stali z tyłu i nie widzieli zawartości kasetki tylko usłyszeli:

-Do stu tysięcy kartaczy!!!!!!!!! – ryczał Ryżewski, – jedwabne chusteczki! A niech to… Kto to tu zostawił? – nie mogąc się opanować z bólu krzyczał dalej porucznik.

Zaczęliśmy dokładnie oglądać kasetkę i chusteczki. Monogram pod książęcą mitrą nasuwał pewne przypuszczenia, czyżby był to…..? Jakoż nasze przypuszczenia bardzo szybko się potwierdziły gdy zaczęliśmy przeglądać kwaterę, a ostatnie wątpliwości rozwiało pojawienie się Niemca, właściciela domu, którego jeden z lansjerów przyciągnął za kark i stawił przed nasze oblicze. Wystraszony ten biedny człowiek rozpytany potwierdził, że w jego domu stał książę jenerał…. , a chustki są bez wątpienia jego bo książę cierpiał na katar i kichał przez całą noc. Jak widzicie drodzy przyjaciel są rzeczy i przypadłości co wojowników nawet największych dopadają niezależnie od armii w której służą. Ryżewski mało co ochłonął, plecy bolały go jeszcze, ale pewnie bardziej bolała go zraniona miłość własna. On bohater tylu potyczek został pokonany przez kasetkę wrogich książęcych chusteczek! Ta zniewaga bardzo go bolała, bo trąc plecy mamrotał coś o oddaniu chusteczek i pięknym podziękowaniu. Większość z nas puściła te słowa mimo uszu, ale ci co znali porucznika dłużej, wiedzieli, że słów nie puszcza on na wiatr (w takich sytuacjach oczywiście) i coś musi się wydarzyć w najbliższej przyszłości.

W zimie dnie są krótkie, a my byliśmy bardzo zmęczeni, więc po wystawieniu wart, oporządzeniu koni i broni wszyscy udali się na spoczynek. Ryżewski wrócił na „książęce” łoże (nasz dowódca był na tyle wspaniałomyślny, że zostawił porucznikowi tę kwaterę, choć ze starszeństwa to on ją powinien zająć). Ranek następnego dnia niczym nie różnił się od poprzedniego. Zima, choć nie tak sroga jak u nas w Polsce, to jednak nieprzyjemna. My choć trochę wypoczęci na ciepłych kwaterach, raźno zabraliśmy się za szwadronowe gospodarstwo, jedni ważyli strawę, inni czyścili broń i reperowali mundury korzystając ze światła dnia. My oficerowie po szybkim śniadaniu które przygotował nam gospodarz (za stosowną opłatą w monecie krajowej) przystąpiliśmy do naszych obowiązków. Jakoż szybko my oficerowie zostaliśmy wezwani do dowódcy. Dowiedzieliśmy się, że wróg zaprzestał rejterady i zatrzymał się w dogodnej dla obrony pozycji co zwiastuje niechybnie bitwę. Jakaż była nasz radość, wreszcie bitwa, może walna rozprawa, która będzie ostatnią tej kampanii po której wrócimy na ciepłe kwatery a może i już na leża zimowe.

Z tych marzeń rychło wyrwała nas trąbka wzywająca do szeregów. Ruszyliśmy w pochód i choć wiedzieliśmy gdzie wróg na nas czeka to jednak szliśmy ubezpieczeni ze wszystkich stron flankierami, gotowi na znak wystrzału rozwinąć się we właściwą stronę. Na czele jechał dowódca pułku wraz z francuskim przewodnikiem który miał nas wprowadzić na pozycję obmyśloną przez generała który dowodził naszymi korpusami w tej potrzebie. Nie minęła i godzina jak znaleźliśmy się na pozycji. Stanęliśmy cicho próbując dojrzeć przeciwnika. Dzień był jednak mglisty, widoczność marna, nawet nasz kapitan nie wiele widział przez swoją perspektywę. Wróg jednak stał przed nami, byliśmy tego pewni, ciche rżenie koni, brzęk oporządzenia, czy tętent adiutanckich koni – to wszystko dolatywało do nas z oddali. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sami, co chwila przybiegali do nas adiutanci od generał, a i stojący w prawo od nas regiment też był z nami w komunikacji, gdyż nasi komendanci zjechali się w celu ustalenia współdziałania. Stojąc tak słyszeliśmy palbę na prawym skrzydle, ale sami nie będąc atakowanymi i nie mając rozkazów nie robiliśmy nic. Zaczynało nas to już nudzić powoli. Obserwowaliśmy Ryżewskiego, stał z tyłu za szeregiem (bo był szlusującym) kręcił się w siodle, rozglądał na boki, wypatrywał. Wszyscy zachodziliśmy w głowy co też to mogło znaczyć, bo pewnem było, że Ryżewski coś zamyśla.

Trwało to nasze czekanie jakiś czas, zaczęło być nam już trochę zimno, gdy galopem do naszego Rotmistrza (czyli Kapitana z francuska ) przypadł adiutant pułku z jakimś rozkazem, a gdy galopem pognał z powrotem, kapitan już wołał do siebie Ryżewskiego.

-Weź Pan dwóch ludzi na dobrych koniach i zobacz co się u naszych Austriaków dzieje, bo tak stanęli za tą górką, że ich w ogóle nie widać, a pewnie coś knują!- rozkazał Kapitan.

-Wedle rozkazu, zasalutował porucznik i wyraźnie zadowolony z danego sobie polecenia skoczył do swojego cugu.

-Wy dwaj za mną! – Rzucił do lansjera z pierwszej roty i nowego trębacza który stał za szykiem. A musicie panowie wiedzieć, że kilka dni wcześniej wzięliśmy do pułku chłopaka co się do nas z Polski nie bez przygód przedarł. Pochodził on z rodziny co muzykowaniem od kilku pokoleń się zajmowała. A on od pacholęcia z Ojcem i stryjami na weselach grywał. Słuch miał fenomenalny, co raz usłyszał zapamiętywał, i zaraz grał. Ponieważ wszystkie etaty trębaczy były obsadzone, Pułkownik zadecydował, że na razie będzie służył jako lansjer, a jak się miejsce zwolni to wejdzie na trębacza, bo trąbkę i mundur trębacki już ma. Cała trójka ruszyła w kierunku naszych adwersarzy.

Usłyszeliśmy jeszcze tylko jak Ryżewski rzucił do trębacza:

-Graj!

-Ale co Panie Poruczniku?

-Cokolwiek! Byle głośno!

A potem pognali w kierunku Austriaków…

Istotnie, po chwili do naszych uszu doleciał piękny czysty głos trąbki, ale utwory…, nie to bez wątpienia nie były sygnały jakie w tej okoliczności powinno się grać!

-Co on gra! – Zaczęliśmy się głośno zastanawiać – To chyba z tej znanej śpiewogry – „Krakowiacy i Górale”. – Ktoś zawyrokował. – Nie! – Ripostował inny – Toż to przecież ta sprośna piosenka co ją chłopy po karczmach śpiewają gdy już sobie mocno popiją…

Racje mieli jedni i drudzy, bo Trębacz grał, chyba swoją ulubioną wiązankę melodii w której było wszystko. Czysty ten dźwięk niósł się po polu od jednej armii do drugiej. Nasz Kapitan przez cały czas obserwował dzielnych jeźdźców przez lunetę. Gdy Ryżewski dojechał do szczytu niewielkiego wzgórza które leżało w połowie pola, dał znak żebyśmy i my się tam posunęli. Szwadron wykonał nakazany ruch który powtórzyli nasi sąsiedzi, co zapewne było umówione. Gdy stanęliśmy na miejscu zobaczyliśmy przedziwny widok – Porucznik Ryżewski galopował w kierunku dowódcy Austriackiego stojącego na czele brygady jazdy Wymachując wielką białą chustką i wykrzykując coś czego z tej odległości nie byliśmy już w stanie zrozumieć. Gapiliśmy się jednak na to ze zgrozą. Niektórzy małego ducha, lub może ci co Ryżewskiego za dobrze nie znali już zaczęli szemrać, że zdrajca, lub że mu się we łbie z zimna pomieszało. Ci, co w pułku długo służyli patrzyli ufnie na Rotmistrza, czekajac rozkazów, ten znał porucznika najlepiej. Rotmistrz stał spokojnie ze swoją lunetą przy oku przez cały czas skierowaną na Ryżewskiego i jego orszak. My nie rozumieliśmy naszego Ryżewskiego, a co o tym mieli sądzić nasi adwersarze…. Jak się później okazało (ten lansjer co z nim pojechał zeznał pod przysięgą) Ryżewski krzyczał coś, że nie jest parlamentariuszem, że się nie poddaje, że chce się tylko widzieć z Księciem…i takie tam inne.

-A wiecie panowie co tamci słyszeli? – zapytałem.

-No nie! Skąd możemy wiedzieć! A w jakim języku krzyczał? –zakrzykneli chórem moi kompani od grzanego piwa i kataru.

-We wszystkich które znał: po polsku, niemiecku, łacinie francusku i włosku! – powiedziałem. – A oni usłyszeli (co nam jeńcy potem pod przysięgą zeznali), że chce się poddać, że jest parlamentariuszem do Księcia! Uważacie Panowie cóż za pomyłka!

-A to dobre! – Wykrzyknęli wszyscy przy naszym stole w gospodzie. – I co było dalej! – Mów Pan na Boga, bo nie zdzierżymy z ciekawości. – dopominali się.

Ano dalej było tak: podjąłem przerwaną tęgim łykiem grzanego piwa opowieść. Ryżewski podjechał do Księcia. Książę wyjechał mu trzy kroki naprzód, był sam, bez asysty, bo był przekonany, że Ryżewski chce się poddać wraz z całym pułkiem. Jakie było jego zdziwienie gdy Porucznik zaprzeczył, i powiedział, że przez zupełny przypadek wszedł w posiadanie czegoś co należy zapewne do Księcia, i że on Polski oficer chce mu to oddać. Poczym wyciągnął z przytroczonego przy siodle worka kasetkę z chustkami na których wczoraj w tak przykry sposób wylądował. Książę był tym kompletnie zaskoczony, szybko jednak ochłonął, roześmiał się i odwracając do swoich oficerów zawołał.

-Ha! Widzicie panowie jakich mamy kulturalnych przeciwników, cóż to za delikatni ludzie, szkoda, że są przeciw nam. – Po czym pochylił się do Ryżewskiego chcąc odebrać swoją kasetkę. Gdy już miał chwycić kasetkę, koń Ryżewskiego czy to spłoszony bliskim armatnim wystrzałem (w co wszyscy przytomni tego dnia wątpili), czy to specjalnie powodowany przez porucznika (czego wszyscy potem byli pewni) zaczął tak tańczyć i robić bokami, że Książę żeby chwycić kasetkę musiał unieść się w siodle i mocno wychylić w kierunku Ryżewskiego tracąc równowagę. Tego było już tylko trzeba porucznikowi. Ryżewski puścił szablę na temblak, pozwolił Księciu złapać kasetę, poczym kocim, ruchem chwycił go za kołnierz (a musicie panowie pamiętać, że Książę był człowiekiem modnym i kołnierz miał zaiste ogromny) a w końcu z iście niedźwiedzią siłą wyrwał Księcia w górę z siodła i rzucił na przednią kulę swego siodła. Obrócił konia i zakrzyknął do swoich przybocznych:

-W nogi! – co może nie było zbyt regulaminowe, ale dobrze oddawało intencje młodego oficera. Konie zupełnie jak u dawnych usarzy obróciły się na zadach i od razu wycięły w galop. Wyobraźcie sobie Mości Panowie ten oto obraz, jaki jeszcze teraz mam przed oczami: galopujący poczet prawie jeźdźców apokalipsy, na czele porucznik z szablą w ręku, na szabli powiewa biała chustka. Książe wisi na przedniej kuli siodła porucznika ściskając kasetkę drogocennych chustek i wierzgając nogami drze się w niebogłosy. Za porucznikiem, Trębacz tym razem już tylko grający: „Alarm”, „Zbiórkę” „Do Ataku”. A z tyłu lansjer z lancą na ramieniu celującą w tył, w piersi pogoni której nie było, bo Galicjanie tak byli zdziwieni całym tym wypadkiem, że nawet się nie ruszyli. A gdy już zdziepko ochłonęli to było już za późno, bo nasz Rotmistrz kazał trąbić „Marsz” i „Pałasze do Attaku”. Flankiery też zaraz skoczyły na ich zewnętrzne skrzydło i dały ognia. My mając dłuższy front od nich pociągnęliśmy jeszcze trochę w prawo i poszliśmy śmiało na nich. Z tej górki co na niej jeszcze przed chwilą staliśmy do Galicjan nie było daleko, rzekłbym, że nawet mniej niż Regulamin stanowił, pole równe, i choć to z górki było co, według naszego Regulaminu nie jest do szarzy dobre, bez zbytnich galopad szybko ich dopadliśmy. Bez wodza byli jak dzieci, oficerowie wprawdzie próbowali, ale nie zdążyli się obrócić kiedy my już wywracaliśmy zewnętrzne roty nabierając coraz większego animuszu. Ci co stali dalej mogli już tylko podać tyły żeby skórę ratować….

-Ale gadaj Pan co dalej z Ryżewskim, przerwał mi batalistyczną retrospekcję jeden z przyjaciół.

-Cóż Ryżewski, jak zwykle i tym razem mu się udało. Dopadł do naszych szeregów, zrzucił w ręce służących oficerskich stojących za pułkiem przyduszonego nieco Księcia – „tylko żeby mi nikt mu kieszeni i sakiewek nie trzepał” –pogroził im, zawrócił konia, krzyknął na swoich przybocznych -„Za mną!” – i pogalopował do szwadronu żeby jeszcze parę listków wawrzynowych do swego wieńca chwały zdobyć. Muszę przyznać, że było to już niezwykle trudne w tym momencie, bo losy bitwy były już przesądzone, Austriacy podawali tyły na całym froncie ratując co się dało. Bitwa była wygrana.

-Ale co z Księciem? – znowu mi przerwali. – Książę przez cały czas próbował przekupić swoich strażników, lecz bezskutecznie, bo ci mu powiedzieli, że i tak nie miałby gdzie uciekać bo jego pułki uciekły już daleko. Po bitwie, gdy zaprowadzono Księcia do Generała, Generał kazał wezwać naszego Pułkownika, Kapitana, Ryżewskiego, i jego dwóch przybocznych – Trębacza i Lansjera. Ryżewski był na świeżo po Pater noster jaki dostał od Kapitana i Pułkownika. Generał powiedział do przybyłych, że chciał poznać zucha co tak dzielnie Batalię rozstrzygnął fortelem, poczem zaproponował awans i placowanie na adiutanta przy swoim sztabie. Ryżewski grzecznie podziękował za fawory, ale odmówił zarzekając się, że zrobił to dla Ojczyzny, i że w polskim pułku mu najlepiej z kolegami co polską mową gadają i ojczyznę dawno utraconą mu przypominają. Generał był tą odpowiedzią bardzo zdziwiony, ale i zbudowany postawą młodego oficera.

-Skoro nie chcesz awansu, to może przyjmij chociaż tą beczkę wina i nowy płaszcz bo jak widzę twój w tej kampanii mocno już ucierpiał. – powiedział Generał. Na co Ryżewski grzecznie się tylko ukłonił. Przytomny tej rozmowie był sam Książe który chyba jeszcze nie do końca ochłonął. Stał i gapił się na dzielnych lansjerów ściskając pod pachą kasetkę z chustkami.

-A więc jesteś pan naszym jeńcem… – Zaczął Generał zwracając się do Księcia – jakiż to niezwykłe koleje przechodzimy… Dziś rano jeszcze Wódz, a teraz jeniec! Co wasza wysokość powie na to Mości Książe?

-Jestem żołnierzem, a to azardowna profesja, dlatego doceniam odwagę i kunszt innych mężów tej profesji. Doceniam także honorowe postępowanie przeciwników, dlatego przyjmij panie oficerze, – tu zwrócił się do Ryżewskiego te oto złote ostrogi – walczyłeś dzielnie choć wygrałeś fortelem, a pokonanego przeciwnika potraktowałeś godnie, chroniąc przed rabunkiem od ciur co zwykle w takich okazjach ma miejsce. – To mówiąc odpiął własnoręcznie ostrogi i podał je zdziwionemu Porucznikowi.

Tego wieczora w pułku mieliśmy wielkie święto, raz z wygrania bitwy, a dwa, że pułk się wyróżnił, tym razem dzięki Ryżewskiemu. Nasz szwadron cieszył się i z tego, że Porucznik przedkładał naszą kompanię nad przyjemną służbę adiutancką przy generale.

-A co się stało z Księciem? Taki jeniec… – Zapytał siedzący naprzeciwko mnie za stołem Poeta.

-W kilka dni potem został wymieniony na naszych oficerów co do niewoli dostali się kilka tygodni wcześniej w różnych potyczkach. Wtedy to wrócił do nas major Fiszer co to w 1792 był w sztabie generała Kościuszki.