Przypadki porucznika Ryżewskiego

Przypadki porucznika Ryżewskiego

gbrPMZ Ryżewski Leave a Comment

Przypadki porucznika Ryżewskiego

Obok opracowań historycznych gawędy przy obozowym ognisku mieszają prawdziwe wydarzeni z żartem, fakt z dobrą historią. W ciągu minionych lat najwięcej chyba było słychać takich historii o poruczniku Ryżewskim, napoleońskim Zagłobie. Niektóre z nich zamieszczamy niżej.

Drogi Kolego!

Na naszym Forum pojawiło się zapytanie o polskiego oficera o nazwisku Ryzewsky. Należy domyślać się, że chodzi o polskie nazwisko Ryżewski. Był rzeczy

wiście taki oficer w Pułku Lansjerów, była to niezwykle ciekawa osoba. Służył w randze porucznika jeszcze od 1792 roku. Tak się szczęśliwie składa, że jakiś czas temu poznałem kuzyna tego oficera który miał trochę papierów po poruczniku. Przeprowadziłem z tym wtedy już mocno starszym panem wiele rozmów z których zrobiłem notatki, część opowieści udało mi się nawet nagrać na magnetofon. Z tych opowieści wyłania się bardzo interesujący obraz  „naszej” epoki. Jestem teraz w trakcie spisywania tych rozmów i przepisywania notatek. Niestety nie mam kontaktu z tym starszym panem (listy wracały z adnotacją, że adresat nieznany) i nie wiem czy mogę publikować te materiały, ale na spotkaniach mój rozmówca nigdy nie prosił o tajemnicę, a skoro teraz pojawił się, jak mniemam, jego daleki kuzyn, to myślę, że po zamazaniu niektórych nazwisk i nazw możemy to opublikować. Sam zadecyduj, jesteś Prawnikiem i będziesz wiedział, czy to można.

Pozdrawiam,

Piotr  M. Zalewski

 


 

Przypadki porucznika Ryżewskiego

 

Kilka lat temu będąc w podróży służbowej przejeżdżałem przez pewne małe miasteczko gdzie kiedyś mieszkali moi przodkowie. Ponieważ następnego dnia miałem załatwiać sprawy niedalekim mieście powiatowym postanowiłem przenocować w tutaj w W. Na nocleg wybrałem się do dalekich krewnych niegdyś zaprzyjaźnionych z ostatnimi mieszkańcami Domu rodzinnego, który jak pamiętałem stał w pewnym oddaleniu od miasteczka.
W. to małe miasteczko, kiedyś miało prawa miejskie, targ, kościół, cerkiew i ratusz, ale kolejne wojny z wyludnionego spalonego miasta zrobiły osadę, a reszty dokonał zaborca odbierając prawa miejskie po Powstaniu Styczniowym i degradując tą niegdyś magnacką siedzibę do „rangi” wsi!

Drogę do domu kuzynostwa pamiętałem z dzieciństwa, była to jedyna krzywa ulica w tej miejscowości i taką nosiła nazwę. Biegła dookoła miasta w pewnym oddaleniu od rynku jakby zakreślając dawną lokację, była zapewne śladem granicy na której stał wał miejski. Znalazłem drogę, domek z czerwonej cegły prawie w całości obrośnięty winem.

Zapukałem, otworzył mi drzwi starszy pan w którym bez trudu poznałem „Pana wujka S.” którego pamiętałem jako zażywnego wysokiego dyrektora tamtejszej szkoły. Teraz wydawał się mniejszy jakby przygarbiony, choć włosów nie stracił tylko zamienił ciemne gołębio siwe. Po wzajemnych uprzejmościach i roztasowaniu się we wskazanym pokoju zostałem zaproszony do stołu.

Gdy siedzieliśmy przy obiedzie rozmowa od spraw bieżących wielkiego świata niepostrzeżenie zeszła na rzeczy tamtejsze i dawno minione. Prześlizgiwaliśmy się po latach dawnych i całkiem zamierzchłych, po wojnach, tych ostatnich i tamtych, minionych jakbyśmy sami mieli już wiek dębów najstarszych którymi obsadzone były szosy prowadzące do miasta. Tak minął czas jakiś aż wreszcie dożeglowaliśmy do W., tej małej mieściny, gdzie przy stole gawędząc siedzieliśmy. Mój rozmówca, pamiętając, że w dzieciństwie byłem tu kiedyś, zapytał czy pamiętam dom za miastem należący kiedyś do moich przodków, bo dawno już się zawalił, i dziś po nim śladu już nie ma. Pamiętałem, jak przez mgłę, bardziej jakby to było zdjęcie czarno białe niż prawdziwe wspomnienia. A może było to zdjęcie ? Przecież Ojciec robił ich tyle na każdych wakacjach, teraz już nie wiem.

Pamiętałem na pewno ostatniego mieszkańca tego domu, był to brat stryjecznego dziadka mojego (ze strony matki mojej), jego wielką postać, ogromne wąsiska białą od siwizny bujną jak na jego podeszły wiek czuprynę i zawsze gorące ręce. Jak się dowiedziałem miał on wtedy już prawie sto lat i gdy odszedł uważano go za najstarszego mieszkańca powiatu. Moich rodziców „rzucało” po świecie, więc zapewne na jego pogrzebie być nie mogli, a ja byłem zapewne zbyt mały. Dowiedziałem się o tym teraz, zacząłem rozmyślać ile to bym mu pytań zadał, ile jego ciekawych historii bym usłyszał. Z tych rozmyślań wyrwał mnie mój gospodarz. Nawet nie zauważyłem kiedy wyszedł z pokoju., a teraz wrócił i taszczył wielkie zakurzone pudło.

– Tyle zostało po nim. Resztę źli ludzie rozkradli, nawet stare połamane meble i oleodruki ze ścian zabrali. – Powiedział mój gospodarz stawiając przede mną pudło.

– „Myślę, że gdyby żył sam by je Panu dał…..” – Dodał.

-Co to? -Zapytałem,

-Papiery, stare papiery, szkice notatki, obrazki miniatury…- powiedział gospodarz, a jego żona zaczęła ścierać szmatką kurz z pudła gderając pod nosem, że nie godzi się tak zakurzonego pudła przynosić przed odkurzeniem. Rozwiązałem sznurek który misternie oplatał całe pudło, zupełnie jak by to była paczka nadana na dawnej poczcie. Uniosłem wieko. Zajrzałem do środka, powiało lekko stęchlizną, cudzym domem i mocno historią…

Dokończyłem szybko obiad i przegnałem się z gospodarzami,. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju, sam na sam z pudłem i jego zawartością. Gospodarze nie nalegali żebym został na herbacie, chyba domyślali się gdzie mi tak spieszno. Szybkim krokiem udałem się na górę do pokoju. Zamknąłem drzwi i postawiłem pudło na stole. Zdjąłem pokrywę i znów poczułem ten sam zapach co przed chwilą w jadalni. Zacząłem powoli wyjmować zawartość. Na wierzchu leżał zniszczony, gruby zeszyt oprawny w mocno przetarty i porwany półskórek. Pod nim były papiery, listy, kwity, rachunki, bilety, bruliony zapełnione brudnopisami czy kopiami wszelkiej korespondencji, wyblakłe zdjęcia, pożółkłe pocztówki, zakładki z zasuszonych kwiatów ,liści, portreciki kredką, szkice, domów pejzaży… Wszystko podzielone tekturowymi przekładkami na kilkudziesięcioletnie okresy. Na samym dnie była piękna fornirowana kasetka ozdobiona skomplikowanym monogramem. Niestety zamknięta i bez klucza. Sięgnąłem po leżący na wierzchu brulion. Był to chyba rodzaj pamiętnika pisany wprawną ręką mojego przodka. Na pierwszej stronie, zamiast karty tytułowej był wpis ozdobny skreślony ręką mojego przodka. Pradziad pisał tak:

„Porządkując papiery po przodkach moich trafiłem na pamiętnik jednego z nich… (dalej było nieczytelne) Był on żołnierzem Woysk Polskich a potem bił się pod sztandarami Wielkiego Napoleona Cesarza Francuzów. Z pożółkłych jego notatek i pamiętnika przepisałem co się dało możliwie jak najwierniej nie opuszczając nic, a dodając tylko tam gdzie słowo jakie zgubionym było. Dla pewności wszystkie papiery te załączam tu do tego kopiału, tak abyś mógł Szanowny mój następco sam sprawdzić rzetelność pracy mojej. Zważ jednak, że lata których dotyczą te opowieści choć ważne, dawno minionymi są, pamięć o nich powinna pozostać wieczna, a osobliwie dla następców naszych, dumnie noszących nazwisko nasze i Polakami będących”

Pod tym tekstem dopisek był, już inną ręką zrobiony, i zapewne dużo później nakreślony bo atrament mniej spłowiał:

„Pamiętam i przekazuję następnym! J.W.”

Nigdy tych słów nie zapomnę, i choć ich autorów nie gdy nie znałem, wiedziałem, że pisali je do mnie.

Na następnej stronie przyklejona była miniatura przedstawiająca młodego przystojnego mężczyznę w mundurze ułańskim jak się nie mylę w randze porucznika. Podpis był już kompletnie nie czytelny. Pomyślałem, że jak wrócę do Warszawy to sprawdzę przy lampie ultrafioletowej, może coś będzie widać. Przerzuciłem kartkę i zacząłem czytać.

 


 

Przypadki porucznika Ryżewskiego

Siedzieliśmy jak zwykle przy tym samym stoliku, ja znajomy major od piechoty, kapitan od artylerii, młody poeta (dobrze zapowiadający się) oraz równie młody i dobrze zapowiadający się kompozytor. Wszyscy emigranci zmuszeni do opuszczenia kraju po ostatniej wojnie 1831 roku.

Spotykaliśmy się w tej gospodzie od jakiegoś czasu, zawsze o tej samej porze, zamawialiśmy butelkę wina i wspominaliśmy czasy młodości, tylko te wspomnienia nam zostały, młodość tak jak i Ojczyzna były już stracone. Moi kompani wiedząc żem w czasach Księstwa Warszawskiego służył w kawalerii zagadnęli mnie o porucznika Ryżewskiego. Choć wszyscy o nim w Wojsku Polskim słyszeli, to jak mniemali, nikt nie wie lepiej o jego przypadkach niż oficjer tego co i on korpusu. Nie mając nic lepszego do roboty sięgałem więc do pamięci aby wyciągnąć z niej dawno już kurzem pokryte słowa i obrazy. Tak nam mijały wieczory. Tu wam spisałem te historie, bo pamięć ulotna, a wspomnienia z każdym rokiem coraz bledsze.

 


 

Wieczór Pierwszy

Gospoda w Niemczech

Działo się to w 1807 a może 1812 w jednym z państw niemieckich gdzie por Ryżewski zatrzymał się będąc w podróży.

Dzień był jesienny, może październikowy , czy listopadowy, mokry, deszczowy, ale bez śniegu jeszcze. Porucznik został wysłany w misji kwatermistrzowskiej do pewnego generała francuskiego (w pułku wszyscy wiedzieli, że nie chodzi o nowe ciepłe kalson na zimę dla naszych lansjerów tylko o stawienie się przed obliczem generała, papy – pewnej francuskiej panny którą Ryżewski uwiódł na 24 godziny przed jej ślubem z młodym oficjerkiem od huzarów i o okrutne pohlastanie onego oficjera w pojedynku który miał miejsce na 12 godzin przed zaślubinami) Otóż jak powiedzieliśmy wcześniej dzień był deszczowy, ba deszczowy to mało powiedziane lalo przez cały czas, porucznik i jego towarzysze czyli jeszcze jeden porucznik, wachmistrz i dwóch lansjerów dorabiających sobie jako służący oficjerscy (co pono było zakazane, ale zwierzchność patrzyła na to przez palce jeśli porządek służby na tym nie cierpiał a i żołnierz taki miał dobrze bo zawsze parę groszy do żołdu dorobił) byli już kompletnie przemoczeni i zziębnięci gdy dojechali do pewnego niemieckiego miasteczka, znaleźli gospodę o miłej nazwie „Alte Kohl”. Wstawili konie do stajni, a sami weszli do głównej izby. Nauczeni doświadczeniami z włoskich wojen zabrali karabinki a pistolety powtykali za pasy. Czasy to były niespokojne, w krajach sojuszniczych powstawały ruchawki które bezlitośnie mordowały pojedynczych żołnierzy francuskich a zdarzało się, że i na większe oddziały się zasadzały, żandarmi francuscy stojący wzdłuż szlaków pocztowych tępiły tych rozbójników bez litości, ale posterunki nie mogły być wszędzie. Nasi podróżni weszli do głównej izby, blisko ogromnego kominka znaleźli wolny stół z którego spranie usunęli dojadających resztki kapusty kilku gości. W gospodzie było ciemno oprócz światła z paleniska izbę oświetlało zaledwie kilka łojówek. Ich wygląd nie zwrócił niczyjej uwagi bo mundury były okryte płaszczami których nie było gdzie powiesić do wyschnięcia. Po chwili zjawiła się karczmarka, była jak większość dziewczyn jej profesji pulchna i pachnąca kapustą do której to zapachu subtelną nutę dodawało lokalne piwo i przepalony tłuszcz na fartuchu nie pranym chyba od ostatniej wojny. Domyślając się w przybyłych cudzoziemców zapytała łamaną francuszczyzną czego by chcieli? Ryżewski zamówił pieczeń i wino. Jakoż i niedługo gorące danie pojawiło się na stole, zaczęli jeść obserwując pozostałych gości.

-Panie Poruczniku -odezwał się do Ryżewskiego wachmistrz (stary weteran jeszcze z wojny 1792 roku) widzi pan tych tam w kącie? coś szepczą, o! i karczmarz co im usługuje ciągle coś im przynosi, dziwne, po co im w gospodzie papiery, inkaust i te pakunki, O !, a teraz coś jakby pistolety zawinięte w szmaty!

-Ja też ich zauważyłem odparł Ryżewski, – od progu cuchnie od nich zbójami albo spiskowcami, co zresztą na jedno wychodzi, trzeba będzie dać znać żandarmom jak ich tylko spotkamy, niech mają oko na psubratów. No ale na razie zajmijmy się pieczeniom. Ryżewski zaczął jeść, pozostali też zajęli się mięsiwem spoglądając ukradkiem w przeciwległy koniec izby. Płaszcze powoli wysychały w ciepłym pomieszczeniu parując nieznacznie, gdy już kompania podjadła wzięli się do kielichów. Dziwić Was może, że oficjer choćby tylko porucznik dopuszcza do stołu prostych żołnierzy, i nawet wino z nimi pije, ale tak było ludzie ci byli ze sobą całymi latami, niektórzy jeszcze z insurekcji przyszli do legionów w Italii, tu razem walczyli, na jednej kwaterze stali w jednej stodole leżąc pokotem spali, gdy poza służbą byli. To i niedziwota, że jedli z jednej miski i razem wino pili jak bracia rzuceni w wir wielkich światowych wydarzeń, co na pewno przejdą do historii. Tak był wtedy żołnierz bratem dla oficjera, a życie ich obu często zawisło w rękach raz tego a raz tego. Takie stosunki były tylko w starych pułkach polskich francuzi i inni tego nie znali, nadal uparcie chłostą rzeźbili na plecach gemajnów miłość do zwierzchności.

-Cienkie to wino skrzywił się Ryżewski, gdy pociągnął tęgi łyk z kubka.

-Chrzczone ! dorzucił porucznik W. – To tak nas traktują! Jasno widać, że tu już spiskują, zawsze zaczyna się od psucia wina a potem studnie zatrują w garnizonach Psia mać!

-To dziwne -zauważył Ryżewski- nam wino przyniosła dziewczyna z za lady a tym tam karczmarz nosi z piwniczki.

-Dla „lepszych gości” trzyma w piwniczce! Zauważył porucznik W.

-Przekonajmy się co ta piwniczka jest warta! Powiedział Ryżewski w taki sposób, że wszyscy wiedzieli, że już ma jakiś koncept w głowie i zaraz zacznie jego realizację, a wtedy nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć.

Ryżewski bezszelestnie wymknął się z za stołu i zaczął przemykać pod ścianami do drzwi na zaplecze.

-Coś czuję, że nasz porucznik wpadnie w tarapaty -szepnął wachmistrz kończąc pieczeń – idź za nim, rzucił do lansjera -tylko uważaj bo wiesz! -pogroził palcem. Żołnierz ruszył równie bezszelestnie jak jego oficjer.

-A ty, -kiwnął na drugiego lansjera do koni marsz, żeby były gotowe!

Ile to już razy przytomność umysłu wachmistrza, jego wręcz instynktowne wyczucie niebezpieczeństw uratowało skórę im obu, ile razy samemu Ryżewskiemu tego nawet on nie wiedział. Wachmistrz był weteranem jeszcze Kawalerii Narodowej walczył pod Kościuszką, Dąbrowskim ks. Józefem znał wszystkie regulaminy, bo umiał czytać i pisać (podobno chciał kiedyś zostać księdzem a może bakałarzem, a może nauczył się gdy był wyprawiony do pomocy młodym dziedzicom których ojciec wysłał do szkół) wszystkie przypadki jakie miał w życiu były dla niego szkołą, z każdej lekcji wyciągał naukę na przyszłość której nigdy nie zapomniał. Tak było i teraz, powoli schował ręce pod płaszcz w sposób zaiste niewidoczny dla innych gości sięgnął po wiszący na flint pasie karabinek. Zdjął z zamka dekiel, i włożył go do kieszeni. Sprawdził, zamek był suchy, wiadomo broń zadbana, życie żołnierzowi może uratować, zaniedbana nic nie warta. Porucznik W. także dyskretnie sięgnął pod płaszcz i wyjął pistolet. w tym samym czasie odciągnęli kurki. Ale przez dłuższą chwilę nic się nie działo, po następnej minucie myśleli, że przeczucie ich tym razem zawiodło.

W tym czasie por. Ryżewski przemykał do piwnicy, za nim jak cień postępował Maciek. Był to chłopak z Warszawy przy wojsku plątał się zawsze bo był sierotą. Przygarnęli go Gwardiacy z pułku Mirowskiego. Pułk ten nie poszedł na wojnę 1792 roku więc Maciek uciekł do Kościuszki i przy jego korpusach był na wszelkie usługi. Z natury sprytny potrafił uratować się z każdej opresji, nic dziwnego więc, że skoro poznał się przy jakiejś okazji z wachmistrzem i porucznikiem Ryżewskim przystał do nich tworząc wraz coś na kształt pocztu średniowiecznego rycerza, chroniąc swego pana, a w zamian otrzymując pewność, że się nie jest bezpańskim. Tak było i teraz Ryżewski zszedł do piwnicy po drodze zabrał ze schodów pochodnię. Piwnica jak na taką obskurną gospodę była bardzo dobrze zaopatrzona. Pod ścianami stały wielkie i małe beczki skrzynie, paki… Ryżewski sięgnął po pierwszą z brzegu beczułkę, wprawnym ruchem odbił szpunt i podstawił kufel, z beczki choć była dość ciężka nie polało się jednak wino, Ryżewski usłyszał zamiast znanego bulgotu lekki szmer zajrzał do kufla, „Ki czort pomyślał…” w kuflu był jakiś czarny proszek… W tym momencie do piwnicy wcisnął się Maciek „Co to jest panie poruczniku suche wino?” – „To jest proch najwyższego gatunku, kradziony z naszych magazynów” Usłyszeli ruch na schodach Ryżewski cisnął beczułkę w głąb piwnicy i próbował wyjść z piwnicy, ale na schodach już stał karczmarz ściskając w wielkim łapsku ogromy pogrzebacz. Nie było czasu do zastanowienia bo ogromny kawał żelaza już szybował w kierunku głowy Maćka, Ryżewski próbował odbić żelazo pochodnią ale ta w zderzeniu z pogrzebaczem rozpadła się na kawałki jeden z nich płonąc poszybował w kierunku beczek i spadł na rozsypany przez Ryżewskiego proch. Chyba wszyscy wiemy co mogło się stać, proch z sykiem zaczął się palić. Płomień posuwał się po śladzie jaki zostawiła tocząca się baryłka powoli wpełzając między inne beczki. Dopiero teraz w blasku tego ognia widać było, że cała podłoga zasypana jest prochem  kupki i smużki prochu leżały w wielu miejscach. Karczmarz widząc ogień zrezygnował z ataków i próbował wycofać się na schody, nie zdążył jednak. Ryżewski i Maciek jak na komendę chwycili go za ramiona i szarpnęli do piwnicy. Grubas stracił równowagę i machając łapskami runął na podłogę. Obaj lansjerzy wyskoczyli na schody wdeptując Niemca w podłogę. Nim pokonali pierwsze schodki zobaczyli błysk i usłyszeli huk eksplodujących beczek. Cały arsenał zgromadzony w piwnicy zamienił się w jedną kulę ognia i pyłu. Rzuceni na schody podmuchem poderwali się natychmiast i ruszyli na górę.

Spiskowcy chyba na chwilę przed wybuchem coś przeczuli, poderwali się od stołu. Z pod płaszczy zaczęli wyciągać wszelką broń jaką ludzie ich profesji potrafią ukryć pod sukniami. Gdy nastąpiła eksplozja stało się dla nich jasne, że to sprawka przemoczonych przybyszy. Pierwszy spiskowiec który próbował mierzyć w wachmistrza z krócicy padł od razu ugodzony kulą z jego karabinka. Drugi strzelec trafiony w rękę przez porucznika cofnął się w głąb pomieszczenia wyjąc z bólu. Wachmistrz puścił karabinek na bandolier i chwycił za pistolety – dwaj następni spiskowcy osunęli się na ziemię. Żołnierze dobyli pałaszy aby uniemożliwić ucieczkę pozostałym. Na to wypadli z piwnicy Ryżewski z Maćkiem. Spiskowcy zostali wzięci w dwa ognie i nie widząc szansy ucieczki w końcu poddali się.

Eksplozja w gospodzie usłyszana została na pobliskim posterunku żandarmów cesarskich, jakoż i po kwadransie pojawił się silny patrol pod dowództwem kapitana.

I tak to por. Ryżewski szukając wina udaremnił spisek przeciw naszym oddziałom, a zamiast bury od papy-generała dostał pochwałę i złoty zegarek.