Polski bohater powieści Aleksandra Dumas

Polski bohater powieści Aleksandra Dumas

kajot Publikacje 0 Komentarzy

W 1867 Aleksander Dumas wydał książkę Biali i Niebiescy (Les Blancs et les Bleus) – chyba nigdy nie przetłumaczoną na język polski, w której pojawia się postać bodaj unikalna w jego twórczości – polski bohater. Jest nim były żołnierz Kościuszki, uchodźca, któremu po nieudanej próbie obrony Gdańska przed Prusakami w 1793 udaje się przedostać do Francji. Tam zgłasza się do dowódcy Armii Renu – generała Pichegru by kontynuować walkę z zaborcami.

    Biali i Niebiescy są tekstem Dumasa dalekim od klasy Trzech Muszkieterów czy Hrabiego Monte Cristo i pewnie „nieco niemodnym”. Jest to nie tyle powieść historyczna (roman historique), co beletryzowana historia (histoire romantisée), jak to zresztą określa sam autor. Książka ta, której akcja obejmuje okres 1793 – 1799 i w której młody Bonaparte zajmuje poczesne miejsce, uważana jest za pierwszą pozycję dumasowskiego cyklu napoleońskiego. Jego kontynuacja to : Towarzysze Jehudy, Kawaler de Saint Hermine

Ale nie chodzi mi o prezentowanie twórczości Dumasa.

Co mnie popycha do opublikowania rozdziału przedstawiającego polskiego bohatera, to przypuszczenie, że mógł on być postacią autentyczną, a co najmniej – opartą na autentycznej postaci. Bowiem pierwszą część Białych i Niebieskich (książka składa się z trzech) „przepisał” Dumas z pamiętników Charlesa Nodier (późniejszego kierownika biblioteki Arsenału znanej z biografii Mickiewicza), który przez pewien czas przebywał w sztabie generała Pichegru.

Nazwisko owego Polaka w tekście Nodier / Dumasa jest niechybnie bardzo zdeformowane – Stefan Moïnjski (!?) ale może ktoś „siedzący” w historii Gdańska lub wojny w obronie Konstytucji potrafiłby go zidentyfikować…

Przytoczony poniżej rozdział może być w zasadzie czytany bez znajomości poprzedzającego fragmentu książki.

Rozdział XIX

Szpieg

Pichegru rzucił szybkie, badawcze spojrzenie na nowo przybyłego. Lecz mimo czujności i przenikliwości owego spojrzenia, nie był nawet w stanie rozpoznać narodowości, do której przybysz mógł należeć.

Miał ubiór biednego podróżnika, który dużo maszerował i przemierzył spory kawał drogi. Nosił futrzaną czapkę z lisa, rodzaj bluzy z koziej skóry sierścią odwróconej do wewnątrz i ściągniętej w talii skórzanym pasem. Przez otwory uczynione w górnej części tego kirysu wychodziły rękawy wełnianej koszuli w paski. Stroju dopełniały długie, sięgające powyżej kolan buty o podeszwach w fatalnym stanie.

Nic w tym ubiorze nie wskazywało na narodowość właściciela.

Jednakże z jego blond włosów, jego jasnoniebieskich niemal dzikich oczu, z wąsa o kolorze lnu, silnie zarysowanego podbródka i szerokich szczęk Pichegru wywnioskował, że ma przed sobą przedstawiciela rasy z północy.

Młody człowiek w milczeniu pozwalał się obserwować i zdawał się wystawiać na próbę przenikliwość generała.

– Węgier czy Rosjanin? – spytał w końcu Pichegru po francusku.

– Polak! – padła lakoniczna odpowiedź w tym samym języku.

– Zatem wygnaniec? – rzekł generał.

– Gorzej!

– Biedny naród! tak dzielny i tak nieszczęśliwy! – to mówiąc, Pichegru wyciągnął do banity rękę.

– Proszę zaczekać – powstrzymał go młodzieniec. – Nim dostąpię tego zaszczytu, powinien pan wiedzieć…

– Każdy Polak jest dzielny – przerwał mu generał, – a każdy wygnaniec ma prawo do uścisku dłoni patrioty.

Lecz wydawało się, że jakaś miłość własna nie pozwalała Polakowi zaakceptować tej kurtuazji, nim nie dowiódł, że na nią zasługiwał.

Przybysz wydobył zawieszoną na piersi torebkę, noszoną jak amulet przez Neapolitańczyków. Otworzył ją i wyciągnął złożoną w czworo kartkę papieru.

– Czy zna pan Kościuszkę – spytał, a jego oczy rozbłysnęły.

– Któż nie zna bohatera spod Dubienki? – odparł Pichegru.

– Zatem niech pan czyta – rzekł Polak i podał mu papier.

Generał czytał :

Wszystkim walczącym o niepodległość i wolność swego kraju polecam tego dzielnego człowieka, syna i brata równie dzielnych ludzi.

Był ze mną pod Dubienką.

T. Kościuszko

– Ma pan tutaj piękne świadectwo odwagi – powiedział Pichegru. – Czy zechce pan uczynić mi zaszczyt bycia moim adiutantem?

– Niewielki byłby ze mnie pożytek i trudno byłoby mi się mścić. A to czego potrzebuję, to zemsta.

– A do kogóż chowa pan uraz, do Rosjan, Austriaków czy Prusaków?

– Do wszystkich trzech, ponieważ wszyscy oni uciskają i rozszarpują nieszczęsną Polskę. Ale szczególnie chodzi mi o Prusaków.

– Skąd pan pochodzi?

– Z Gdańska. W mych żyłach płynie krew owej polskiej rasy, która straciła miasto w 1308 roku, odzyskała je w 1454 i broniła go przed Stefanem Batorym w 1575. Od tamtego czasu Gdańsk posiadał polskie stronnictwo zawsze gotowe chwycić za broń, i które za broń chwyciło na pierwsze wezwanie Kościuszki. Razem z bratem i ojcem z karabinami w dłoni zasililiśmy powstańcze szeregi.

W ten sposób z bratem i ojcem znaleźliśmy się wśród czterech tysięcy żołnierzy, tych co przez pięć dni bronili przed szesnastoma tysiącami Rosjan fortu Dubienka, na ufortyfikowanie którego mieliśmy tylko dwadzieścia cztery godziny.

Jakiś czas później Stanisław uległ woli Katarzyny. Kościuszko, nie chcąc uchodzić za wspólnika kochanka carycy, podał się do dymisji a my z bratem i ojcem powróciliśmy do Gdańska, gdzie wznowiłem studia.

Pewnego ranka dowiedzieliśmy się, że Gdańsk oddany został Prusom.

Było nas dwa lub trzy tysiące patriotów, którzy jedną ręką protestowali a drugą chwycili za karabin. To rozszarpanie naszej ojczyzny, tej kochanej poćwiartowanej Polski, zdawało się po protestach ideowych wzywać nas do protestów rzeczowych – tych protestów krwi, którą od czasu do czasu trzeba zraszać narody, by narody nie powymierały. Stawiliśmy czoła pruskiemu korpusowi, który przybył zawładnąć miastem. Ich było dziesięć tysięcy, nas – tysiąc osiemset.

Tysiąc naszych legło na polu bitwy.

W ciągu trzech kolejnych dni zmarło z ran trzystu następnych.

Pozostało pięciuset.

Wszyscy byli tak samo winni ale nasi wrogowie okazali się wspaniałomyślnym przeciwnikiem.

Podzielono nas na trzy kategorie.

Pierwszą miano rozstrzelać.

Druga przeznaczono na szubienicę.

Trzecia pozostawała przy życiu po otrzymaniu pięćdziesięciu batów.

Podziału dokonano według stanu zdrowia.

Ciężko ranni zyskali prawo do rozstrzelania.

Ci, którzy zostali zranieni lekko, mieli być powieszeni.

Ci, którzy pozostali cali i zdrowi, mieli otrzymać po pięćdziesiąt batów aby na całe życie zachowali w pamięci karę, na jaką zasługuje każdy niewdzięcznik, który nie chce się rzucić w otwierane przed nim ramiona Prus.

Mego umierającego ojca rozstrzelano.

Mego brata, który był tylko ranny w udo – powieszono.

A ja, będąc ledwie draśniętym w ramię, otrzymałem pięćdziesiąt batów.

Przy czterdziestym straciłem przytomność. Lecz moi kaci byli ludźmi skrupulatnymi. Nawet jeśli nie czułem już razów, wymierzyli przeznaczoną mi ilość i pozostawiwszy mnie na miejscu egzekucji przestali się mną interesować. Wyrok stanowił, że po otrzymaniu pięćdziesięciu batów stawałem się wolnym.

Wykonanie kary miało miejsce na dziedzińcu cytadeli. Gdy powróciłem do przytomności, była noc. Spostrzegłem wokół mnóstwo nieruchomych ciał ludzi, którzy wyglądali na nieżywych ale w istocie – podobnie jak ja – stracili tylko przytomność. Odnalazłem swe szaty, lecz z wyjątkiem koszuli nie byłem w stanie założyć ich na skrwawione barki. Zarzuciwszy ubranie na ramię ruszyłem z miejsca. Sto kroków dalej jaśniało światło. Przypuszczałem, że należało do oficera strzegącego bramę. Tam się udałem.

Pilnujący oficer stał na progu swej stróżówki.

– Nazwisko? – spytał.

Podałem.

Spojrzał na listę.

– Proszę – wskazał, – oto gdzie pan ma się udać.

Rzuciłem okiem.

Tekst nakazywał : Do odesłania na granicę

– Zatem nie mogę wrócić do Gdańska? – zapytałem.

– Pod karą śmierci.

Pomyślałem o matce, już podwójnej wdowie, wdowie po mężu i wdowie po dziecku. Ciężko westchnąłem, poleciłem ją Bożej Opiece i ruszyłem w drogę.

Nie miałem pieniędzy ale na szczęście – w sekretnym schowku portfela – zachowałem tych kilka słów, które podczas rozstania skreślił dla mnie Kościuszko, a które panu pokazałem.

Udałem się trasą przez Kostrzyn, Frankfurt i Lipsk. Tak jak marynarze widzę gwiazdę polarną i według niej sięorientują, tak ja na horyzoncie widziałem Francję, ową latarnię wolności, i ku niej kierowałem swe kroki. Sześć tygodni głodu, zmęczenia, nędzy i upokorzeń – wszystko to poszło w niepamięć, gdy przedwczoraj stanąłem na świętej ziemi niepodległości. Wszystko – z wyjątkiem zemsty.

Upadłem na kolana i błogosławiłem Boga za to, że czułem wystarczająco dużo siły, by odpłacić za zbrodnię, której byłem ofiarą. We wszystkich waszych żołnierzach widziałem braci, którzy maszerowali nie na podbój świata, ale by wyzwalać ciemiężone ludy. Mijał mnie sztandar. Rzuciłem się ku niemu, prosząc oficera o pozwolenie ucałowania taj świętości, symbolu powszechnego braterstwa. Oficer się zawahał.

– Ach! – krzyknąłem. – Jestem Polakiem. Jestem wygnańcem. Przemierzyłem trzysta mil by się do was przyłączyć. Ten sztandar jest także moim. Mam prawo przycisnąć go do serca złożyć na nim pocałunek.

I niemal na siłę uchwyciłem brzeg, i ucałowałem ze słowami :

– Bądź zawsze czysty, olśniewający i pełen chwały, sztandarze zdobywców Bastylii, sztandarze spod Valmy, spod Jemmapes i spod Bercheim !

Och, generale, przez chwilę nie czułem zmęczenia, zapomniałem o mych barkach posiniaczonych nikczemnym kijem, mym bracie wiszącym na szubienicy i rozstrzelanym ojcu…! Zapomniałem o wszystkim, nawet o zemście.

A oto dziś ofiaruję panu swe usługi. Kształciłem się w naukach ścisłych. Mówię pięcioma językami tak jak po francusku. Potrafię na przemian uchodzić za Niemca, Anglika, Rosjanina lub Francuza. Pod dowolnym przebraniem mogę przekradać się do miast, fortec i naczelnych sztabów. Mogę Panu dostarczać wszelkich informacji, umiem kreślić plany. Nie zatrzyma mnie żadna materialna przeszkoda. Będąc dzieckiem, dziesięciokrotnie przemierzałem wpław Wisłę. W sumie – nie jestem człowiekiem, jestem narzędziem. Przestałem zwać się Stefan Moïnjski, zwę się Zemsta!

 

– Więc chcesz być szpiegiem ?

– Czy szpiegiem nazywa pan kogoś pozbawionego strachu, kto korzystając ze swej inteligencji może dotkliwie dokuczyć wrogowi?

– Tak.

– Zatem chcę zostać szpiegiem.

– Jeśli wpadniesz, ryzykujesz rozstrzelanie. Wiesz o tym ?

– Podobnie jak ojciec.

– Lub powieszony ?

– Podobnie jak brat.

– W najlepszym razie zostaniesz wychłostany. Wiesz także o tym?

Szybkim ruchem Stefan rozchylił kaftan, wyciągnął zeń ramię, zsunął koszulę i ukazał plecy pokryte sinymi bruzdami.

– Tak jak już mi sięprzytrafiło– powiedział ze śmiechem.

– Nie zapominaj, że w armii proponuję ci miejsce porucznika lub stanowisko tłumacza przy mnie.

– A pan, obywatelu generale, niech nie zapomina, że – czując się tego niegodnym – odmawiam. Wydając wyrok, zepchnęli mnie poniżej ludzkiej godności. Dobrze! zatem uderzę ich od dołu.

– Zgoda! A teraz, czego potrzebujesz ?

– Mieć za co kupić inne ubranie, i pańskich rozkazów.

Pichegru sięgnął ręką po leżące na jednym z krzeseł nożyce i blok z asygnatami.

Był to fundusz, który co miesiąc otrzymywał na wydatki związane z prowadzoną wojną.

Nie minęła jeszcze połowa miesiąca a asygnat w bloku już dobrze ubyło.

Generał wyciął kwotę odpowiadającą trzydniowym wydatkom, czyli czterysta pięćdziesiąt franków, i wręczył je szpiegowi.

– Kup sobie za to ubrania.

– To zdecydowanie za dużo – powiedział Polak. – Odzienie, którego potrzebuję jest ubraniem wieśniaka.

– Ale być może z dnia na dzień zmuszony będziesz zmienić przebranie.

– No dobrze. A teraz pańskie rozkazy.

– Posłuchaj mnie uważnie – rzekł Pichegru kładąc mu rękę na ramieniu.

Młody człowiek słuchał z wzrokiem utkwionym w mówiącego. Można by pomyśleć, że nie wystarczało mu słowa słyszeć, chciał także je widzieć.

– Zostałem poinformowany – mówił generał, – że armia Mozeli dowodzona przez Hoche’a połączy się moją. Po wykonaniu tej operacji zaatakujemy Woerth, Froeschwiller i Reichshoffen. Otóż chcę znać liczbę ludzi i armat, które bronią tych miejscowości, a także – najdogodniejsze miejsca do zaatakowania. W wypełnieniu zadania pomoże ci nienawiść, którą nasi alzaccy wieśniacy i mieszczanie żywią do Prusaków.

– Mam panu tutaj dostarczyć te informacje? Będzie pan na nie oczekiwał? Czy też ruszy pan w pole by wyjść naprzeciw armii Mozeli?

– Przypuszczalnie za trzy lub cztery dni usłyszysz huk armat od strony Marschwiller, od strony Dawendorf lub Uberack. Tam mnie odnajdziesz.

W tym momencie otworzyły się drzwi dużego pokoju i wszedł młody człowiek lat dwudziestu sześciu lub dwudziestu siedmiu w mundurze pułkownika.

Po jego blond włosach, blond wąsach i różowej cerze łatwo można było rozpoznać jednego z tych Irlandczyków, którzy wstępowali do francuskiej armii i byli coraz  liczniejsi wraz z nasilaniem się konfliktu z Anglią.

– A, to pan, pułkowniku Macdonald – powiedział Pichegru, dając znak ręką młodzieńcowi. – Właśnie chciałem pana poprosić. Oto jeden z pańskich rodaków – Anglik lub Szkot.

– Ani Anglicy, ani Szkoci nie są mymi rodakami, generale – oburzył się Macdonald. –  Jestem Irlandczykiem.

– Proszę darować, pułkowniku – roześmiał się generał. – Nie zamierzałem pana urazić. Pragnąłem tylko powiedzieć, że mówi on jedynie po angielsku. A ponieważ ja źle władam tym językiem, więc chciałbym się dowiedzieć, czego mu potrzeba.

– Nic prostszego – rzekł Macdonald.

A zwracając się do młodego człowieka, zadał mu wiele pytań, na które ów odpowiadał szybko i bez najmniejszego wahania.

– Czy powiedział panu, czego potrzebuje? – spytał Pichegru.

– Tak, oczywiście – odrzekł Macdonald. – Pragnie miejsca w taborach lub w zaopatrzeniu.

– Zatem – generał zwrócił się do Polaka – ponieważ to wszystko, co chciałem wiedzieć, proszę zająć się tym, co ma pan do wykonania. I niech pan nie zapomina o mych zaleceniach. – Czy może pan mu przetłumaczyć, drogi pułkowniku, tych kilka słów, które doń wypowiedziałem. Wyświadczy mi pan przysługę.

Macdonald powtórzył po angielsku słowo w słowo to, co powiedział Pichegru. Fałszywy Irlandczyk zasalutował i wyszedł.

– No i co? – kontynuował generał. – Jak według pana mówi on po angielsku?

– Wyśmienicie – odpowiedział Macdonald. – Mówi z pewnym akcentem, który pozwala mi przypuszczać, że nie urodził się ani w Londynie, ani w Dublinie lecz na prowincji. Ale by to spostrzec, trzeba być Anglikiem lub Irlandczykiem.

– To wszystko, co chciałem wiedzieć – zakończył Pichegru z uśmiechem, przechodząc do dużego pokoju a Macdonald postępował za nim.