Szwolezerowie pojedynek

Pojedynek

Arsenał Publikacje Skomentuj

 

Józef Konrad Korzeniowski[1]

WSTĘP

(fragment)

 

Pozostaje mi tylko teraz wspomnieć o Pojedynku, najdłuższej opowieści w książce. Dostąpiła ona sama jedna zaszczytu publikacji w ilustrowanym tomiku pod tytułem Punkt honoru. Było to wiele lat temu. Teraz przeniesiono ją na właściwe miejsce, miejsce, które zajmuje w tej książce, wraz z całą moją późniejszą pracą redakcyjną. Pochodzenie opowiadania jest niezwykle proste. Wyrasta z dziesięciu linijek zaczerpniętych z pewnej prowincjonalnej gazety wydawanej na południu Francji. Wzmianka ta, wywołana pojedynkiem, który zakończył się fatalnie, między dwiema znanymi paryskimi osobistościami, odnosi się w pewnym sensie i do innego „dobrze znanego faktu” o dwóch oficerach z wielkiej armii napoleońskiej, którzy stoczyli z sobą serię pojedynków w przerwach między wojnami. Powód był błahy, ale nigdy nie został wyjaśniony. Musiałem więc go wymyślić; sądzę, że charaktery dwu oficerów, których wymyśliłem, są dosyć przekonywające przez samą siłę absurdu. Prawdą jest, że dla mnie historia ta jest niczym innym, jak tylko poważną i gorliwą próbą stworzenia opowiadania historycznego. Słyszałem wiele w dzieciństwie o wielkiej epopei napoleońskiej. Naprawdę odnosiłem wrażenie, że czułbym się w tej epoce jak u siebie, i właśnie Pojedynek jest rezultatem tego uczucia lub — jeśli czytelnik woli — tego zarozumiałego przypuszczenia. Nie zaznałem niepokojów sumienia z powodu tego utworu. Oczywiście, opowiadanie mogłoby być lepiej zrobione. Każda praca mogłaby być lepiej zrobiona. Lecz jest to ten rodzaj refleksji, który należy odważnie odrzucić, jeśli nie zamierza się każdego swojego pomysłu pozostawić na zawsze w sferze jakiś osobistych wizji i nietrwałych urojeń. Jakże wiele z tych wizji ulatywało mi z pamięci! Ta jednak pozostała — jako świadectwo odwagi lub — jeśli wolicie — jako dowód porywczości. Najchętniej wspominam opinię pewnych francuskich czytelników, którzy zaryzykowali twierdzenie, że na tych około stu stronach oddałem „cudownie” ducha epoki. Zbytek łaskawości, oczywiście; lecz nawet gdyby tak było, tulę ją do piersi, bowiem naprawdę jest to właśnie to, co usiłowałem złapać w swoją małą siatkę: Duch Epoki — w szczęku zbroi, nigdy czysto wojskowy, młodzieńczy, prawie dziecinny w egzaltacji uczuć, naiwnie heroiczny w swej wierze.

I

 

Napoleon I, którego dzieje były pewnego rodzaju pojedynkiem z całą Europą, nie lubił pojedynków pomiędzy oficerami swej armii. Wielki cesarz żołnierzy nie był zabijaką i mało miał uszanowania dla tradycji.

Mimo to jednak przez epopeję cesarskich wojen przewija się historia pewnego pojedynku, który stał się w armii legendą. Ku zdumieniu i podziwowi swych towarzyszy, dwu oficerów, niby dwu przeczulonych artystów, którzy chcą złocić czyste złoto albo bielić lilie — wiodło prywatny spór przez całe lata powszechnej rzezi. Byli to oficerowie kawalerii, a ich związek z tym bardzo inteligentnym, ale kapryśnym zwierzęciem, które niesie człowieka w wir bitwy, ma, zdaje się, w tym wypadku szczególne znaczenie. Trudno byłoby bowiem wyobrazić sobie, by bohaterami tej legendy mogli być na przykład dwaj liniowi oficerowie piechoty, których fantazję tłumi musztra odbywana pieszo i których zalety milszą być z konieczności bardziej solidnej natury. A już artylerzyści albo inżynierowie, których umysły są zimne wskutek ciągłego zajmowania się matematyką, są w tym wypadku po prostu nie do pomyślenia.

Nazwiska obydwu oficerów były: Feraud i d’Hubert, a obaj służyli w huzarach, lecz nie w tym samym pułku.

Feraud pełnił służbę w pułku, gdy porucznik d’Hubert dostąpił tego szczęścia, że przydzielony został do osoby generała, komendanta dywizji, jako officier d’ordonnance[2]. Było to w Strasburgu, i w tym to miłym a znacznym garnizonie używali do woli krótkiej przerwy pokojowej. Używali jej, choć obydwaj byli wojowniczo nastrojeni, gdyż był to pokój z ostrzeniem szabel i czyszczeniem karabinów, pokój drogi sercu żołnierskiemu a nieszkodliwy dla prestiżu armii, tym bardziej, że nikt nie wierzył w jego rzetelność i trwałość.

W tych to historycznych okolicznościach, tak nadających się do tego, by nauczyć się właściwie cenić czas wojennych wakacji, pewnego pięknego popołudnia szedł porucznik d’Hubert cichą ulicą uroczego przedmieścia, zdążając do kwatery porucznika Feraud, która znajdowała się w prywatnym domu, mającym z tyłu ogród, a należącym do pewnej postarzałej w panieństwie damy.

Na jego pukanie do drzwi zjawiła się natychmiast młoda dziewczyna w stroju alzackim. Jej świeża cera i długie rzęsy, które skromnie opadły na widok smukłego oficera, były przyczyną, że porucznik d’Hubert, który dostępny był wrażeniom estetycznym, złagodził zimną i surową powagę swej twarzy. W tej samej chwili zauważył, że dziewczyna ma na ręku parę huzarskich spodni do jazdy konnej, niebieskich z czerwoną wypustką.

— Zastałem porucznika Feraud? — zapytał grzecznie.

— O, nie, proszę pana! Wyszedł dziś o szóstej rano. Piękna dziewczyna usiłowała zamknąć mu drzwi przed nosem. Lecz porucznik d’Hubert oparł się temu ruchowi uprzejmie, ale stanowczo i wszedł do przedpokoju, dzwoniąc ostrogami.

— Chodź no, moja mała! Nie będziesz przecież wmawiać we mnie, że nie było go dziś w domu od szóstej ramo?

Mówiąc to, porucznik d’Hubert bez ceremonii otworzył drzwi pokoju urządzonego tak wytwornie i miło, że dopiero gdy rozejrzał się wewnątrz i ujrzał buty, mundury i inny rynsztunek wojskowy, nabrał przekonania, że jest to pokój porucznika Feraud. Przekonał się też, że porucznika Feraud nie było w domu. Prawdomówna dziewczyna weszła za nim i podniosła nań czyste swe oczy.

— Hm! — rzekł porucznik d’Hubert tonem wielkiego rozczarowania, gdyż zwiedził już wszystkie miejsca, gdzie w piękne popołudnie znaleźć można by oficera huzarów. — A więc nie ma go? A może wiesz, moja droga, dlaczego wyszedł o szóstej rano?

— Nie — odpowiedziała prosto. — Ostatniej nocy późno przyszedł do domu, położył się spać i chrapał. Słyszałam go, gdy wstawałam o piątej. Potem ubrał się w najgorszy mundur i wyszedł. Na służbę, zdaje się.

— Na służbę? Ani mu się śniło! — zawołał porucznik d’Hubert. — Dowiedz się, mój aniołku, że wyszedł wcześnie, bo miał pojedynek z pewnym cywilem.

Nowiny tej wysłuchała bez drgnienia swych czarnych brwi. Było jasne, że czynności porucznika Feraud były dla niej wyższe nad wszelką krytykę. Przez chwilę tylko patrzyła na niego z wyrazem, milczącego zdziwienia, a porucznik d’Hubert wywnioskował z braku 1 wszelkiego wzruszenia, że musiała już od rana widzieć się z porucznikiem Feraud. Potoczył wzrokiem po pokoju.

— Chodź no! — napierał z swobodną poufałością. — A może teraz jest gdzie w domu?

Zaprzeczyła głową.

— Tym gorzej dla niego! — ciągnął porucznik d’Hubert tonem szczerego zaniepokojenia. — Ale przed południem był w domu?

Wówczas piękna dziewczyna lekko skinęła.

— Był! — zawołał porucznik d’Hubert. — I znów wyszedł? Po co? Nie mógł siedzieć w domu? Co za głupiec! Moja droga…

Z natury uprzejme usposobienie i silne poczucie koleżeństwa porucznika d’Hubert wzmocniły jego zdolności spostrzegawcze. Przybrał teraz ton niezmiernie troskliwej miłości i wskazując oczyma na spodnie huzarskie wiszące na ręku dziewczyny odwołał się do zainteresowania, jakim darzyła spokój i szczęście porucznika Feraud. Napierał i tłumaczył, używając skutecznie swych, oczu, które były dobre i piękne. Jego niepokój, by jak najprędzej spotkać się z porucznikiem Feraud dla jego własnego dobra, wyglądał tak szczerze, że w końcu dziewczynie mimo woli rozwiązał się język. Na szczęście niewiele miała do powiedzenia. Porucznik Feraud wrócił do domu tuż przed dziesiątą, wszedł wprost do pokoju i rzucił się na łóżko, by się jeszcze przespać. Słyszała, jak chrapał jeszcze głośniej niż przedtem, aż do południa. Potem wstał, ubrał się w najlepszy mundur i wyszedł. To było wszystko, co wiedziała. Podniosła oczy, a porucznik d’Hubert spojrzał w nie niedowierzająco.

— To niemożliwe! Poszedł paradować po mieście w swym najlepszym mundurze? Moje dziecko, czy wiesz, że dziś rano nadział na szablę tego cywila? Na wskroś, jak ty nadziewasz zająca na rożen.

Piękna dziewczyna wysłuchała tej okropnej wiadomości bez ciernia żalu, lecz w zamyśleniu zacisnęła usta.

— Nie poszedł paradować po mieście — zauważyła cicho. — Skądże znowu.

— Rodzina cywila narobiła straszliwego rumoru — iciągnął dalej porucznik d’Hubert idąc za biegiem swych myśli. — A generał jest wściekły. Jest to jedna z najlepszych rodzin w mieście. Feraud powinien był przynajmniej zamknąć się w domu.

— A co mu zrobi generał? — trwożliwie zapytała dziewczyna.

— Głowy mu nie utnie, to pewna — mruknął porucznik d’Hubert. — Nie ulega jednak wątpliwości, że prowadzi się niestosownie. To on sam, przez taką brawurę, wiecznie przyczynia sobie kłopotów.

— Nie on nie paraduje po mieście — upewniała dziewczyna bojaźliwym szeptem.

— Pewnie, i mnie tak się zdaje, bo nigdzie go spotkać nie mogłem. Ale gdzie się podział, u pioruna?

— Poszedł z wizytą — rzekła dziewczyna po chwili milczenia.

Porucznik d’Hubert zerwał się.

— Z wizytą! Myślisz z wizytą do jakiejś damy? Cóż za czelność! A skąd wiesz o tym, moje kochanie?

Nie ukrywając swej kobiecej pogardy dla tępoty męskiego umysłu piękna dziewczyna przypomniała mu, że porucznik Feraud wdział przed wyjściem swój najlepszy mundur. „Włożył również najnowszy dolman”, dodała takim tonem, jak gdyby rozmowa drażniła jej nerwy, po czym odwróciła się ze zniecierpliwieniem.

Porucznik d’Hubert nie badał słuszności tego wniosku, gdyż nie wiedział, by w czymkolwiek posuwał on naprzód jego urzędowe poszukiwania. Bo poszukiwania porucznika d’Hubert miały charakter urzędowy. Nie znał żadnej kobiety, u której ktoś, kto rano porąbał człowieka, mógłby zjawić się po południu z wizytą. Obydwaj młodzieńcy znali się tylko przelotnie; z bezradności gryzł teraz ręce odziane w rękawiczki.

— Z wizytą?! — wykrzykiwał. — Z wizytą! Do diabła! Dziewczyna, która odwróciła się do niego plecami i układała spodnie huzarskie na krześle, zaprotestowała krótkim uśmiechem rozdrażnienia:

— Och, nie, mój panie! Do madame de Lionne.

Porucznik d’Hubert cicho zagwizdał. Madame de Lionne była żoną pewnego wysokiego urzędnika i prowadziła znany salon oraz miała wiele pretensji do uczuciowości i elegancji. Mąż jej był cywilem i to w podeszłym wieku, gdy towarzystwo salonu składało się z młodych i wojskowych. Porucznik d’Hubert zagwizdał nie dlatego, by pomysł odnalezienia porucznika Feraud w tym właśnie salonie był mu niemiły, lecz dlatego, że przybywszy do Strasburga dopiero niedawno, nie miał czasu postarać się, by go wprowadzono do madame de Lionne. A co mógł tam robić taki zabijaka jak Feraud, tego nie rozumiał. Nie wyglądał na kogoś, kto…

— Czy jesteś pewna tego, coś powiedziała? — zapytał porucznik d’Hubert.

Dziewczyna była zupełnie pewna. Nie zmieniając pozycji wyjaśniła mu, że z woźnicą jej najbliższej sąsiadki zna się maître d’hôtel u madame de Lionne. W ten sposób znalazła się w posiadaniu tej wiadomości. Była tego zupełnie pewna. Dając te zapewnienia westchnęła. „Porucznik Feraud bywał u niej z wizytą prawie co południa”, dodała.

— Ach, tak! — zawołał ironicznie d’Hubert. Madame de Lionne spadła w jego oczach o kilka stopni. Porucznik Feraud nie wydawał mu się być godnym uwagi kobiety, która ma opinię osoby hołdującej uczuciowości i elegancji. Nie było jednak o czym mówić. W głębi są one wszystkie podobne do siebie — raczej praktyczne niż idealne. Ale porucznik d’Hubert nie pozwolił sobie na dalsze rozważania.

— Do pioruna! — pomyślał głośno. — Generał chodził tam czasami. Jeśliby przypadkowo zastał go tam robiącego oczy do dam, to piekielna wyszłaby z tego historia.

— Niechże pan idzie prędko! Nie stój pan tutaj, kiedy powiedziałam już, gdzie jest! — zawołała dziewczyna rumieniąc się po białka oczu.

Po wyrażeniu swej wdzięczności w sposób natarczywy, co z początku przyjęte zostało ze stanowczym sprzeciwem, później jednak z uległością oraz nagłą i milczącą, ale raczej pogardliwą obojętnością, porucznik d’Hubert odszedł.

Idąc przez ulice, dźwięczał i dzwonił ostrogami z marsową fanfaronadą. Tym, że miał kolegę przydybać w bawialni domu, w którym sam nie był znany, tym się bynajmniej nie przejmował. Mundur jego był legitymacją. Jego stanowisko adiutanta przy generale dodawało mu jeszcze pewności siebie. Co więcej, teraz, gdy wiedział, gdzie znajdzie porucznika Feraud, nie miał wyboru. Była to sprawa służbowa.

Dom madame de Lionne wyglądał wspaniale. Lokaj w liberii otworzył drzwi wielkiej bawialni o woskowanej posadzce, wymienił jego nazwisko i usunął się na bok, by go przepuścić. Był to dzień, w którym gospodyni przyjmowała. Panie miały wielkie kapelusze, przesadnie ubrane piórami; ciała ich obleczone w przylegające białe suknie sięgające od pach aż do końca bucików z cienkiego atłasu, przy wydatnym obnażeniu bark i ramion, wyglądały jak chłodne ciała nimf. Natomiast mężczyźni, którzy rozmawiali z nimi, odziani byli w ubrania ciężkie i wielobarwne, z kołnierzami sięgającymi do uszu i szerokimi szarfami wokół pasa. Niezmieszany, przeszedł porucznik d’Hubert przez pokój, skłonił się głęboko rusałczej postaci wspartej na sofie i począł przepraszać za to wtargnięcie, dla którego nie byłoby wytłumaczenia, gdyby nie ostateczna konieczność zmuszająca go do porozumienia się z kolegą Feraud w pewnej sprawie służbowej. Obiecuje sobie, iż w sposób bardziej przepisowy będzie mógł powrócić niebawem i prosić o przebaczenie za przerwanie tak interesującej rozmowy…

Zanim skończył przemowę, nagie ramię wyciągnęło się do niego z uprzejmą niedbałością. Z uszanowaniem przycisnął rękę do ust, przy czym zauważył, że ręka była koścista. Madame de Lionne była blondynką o nieskazitelnej cerze i podłużnej twarzy.

— C’est ça![3] — rzekła z eterycznym uśmiechem odsłaniając szereg wielkich zębów. — Proszę przyjść dziś wieczorem, aby prosić o przebaczenie.

— Nie omieszkam, madame.

Tymczasem porucznik Feraud, wspaniale wyglądający w swym nowym dolmanie i jak lustro błyszczących butach paradnych, siedział na krześle u stóp sofy, wsparłszy jedną rękę na biodrze, a drugą podkręcając wąsa. Na znaczące spojrzenie d’Huberta podniósł się bez pośpiechu, po czym obaj cofnęli się do wnęki okiennej.

— Czym mogę służyć? — zapytał ze zdumiewającą obojętnością.

Porucznik d’Hubert nie mógł wyobrazić sobie, by porucznik Feraud w niewinności serca i prostocie umysłu utworzył sobie na swój pojedynek taki pogląd, w którym nie było miejsca nie tylko na wyrzuty sumienia, ale nawet na rozumną ocenę następstw tego kroku. Jakkolwiek nie przypominał sobie dokładnie, jak powstała zwada (zaczęło się to w lokalu, gdzie do późnej nocy piło się wiele piwa i wina), nie miał jednak najlżejszej wątpliwości, że on był stroną obrażoną. Dwu doświadczonych kolegów miał za sekundantów. Wszystko odbyło się według przepisów obowiązujących przy tego rodzaju spotkaniach. A pojedynek odbywa się oczywiście w tym celu, by jeden z walczących był przynajmniej ranny, jeśli już nie zabity. Cywil został raniony — wszystko więc w porządku. Porucznik Feraud był zupełnie spokojny, ale porucznik d’Hubert uważał to za spokój udany i dlatego mówił z pewnym ożywieniem.

— Generał polecił mi zakomunikować ci jego rozkaz, byś natychmiast udał się na swą kwaterę i nie opuszczał jej jako aresztowany.

Teraz na porucznika Feraud przyszła kolej dziwić się.

— Co mówisz, u diabła — wyszeptał cicho i popadł w tak bezdenne zdumienie, że tylko mechanicznie powtarzał ruchy porucznika d’Huberta. Dwu oficerów, jeden smukły, z interesującą twarzą i wąsami koloru dojrzałego zboża, drugi niski i krępy, z orlim nosem i bujnym, kręconym włosem, przystąpiło do pani domu, by się pożegnać. Madame de Lionne, kobieta o eklektycznych upodobaniach, uśmiechnęła się do obydwu marsowych młodzieńców z bezstronną uczuciowością i równą dozą zainteresowania. Bowiem madame de Lionne lubowała się w niezmiernej różnorodności ludzkich typów. Oczy wszystkich obecnych w bawialni odprowadziły odchodzących oficerów, a gdy odeszli, jeden czy dwu panów, którzy słyszeli już o pojedynku, udzieliło tej wiadomości eterycznym damom, które przyjęły ją słabymi okrzykami żywego współczucia.

Tymczasem obydwaj huzarzy szli razem. Porucznik Feraud usiłował wyrozumieć ukrytą przyczynę tego wszystkiego, co tym razem przechodziło możliwości jego umysłu, natomiast porucznik d’Hubert był niezadowolony z roli, jaką musiał tu odgrywać, gdyż generał kazał mu osobiście dopilnować, by porucznik Feraud rozkaz jego wykonał co do joty i bezzwłocznie.

„Szef, zdaje się, zna tego draba” — myślał rzucając okiem na towarzysza, którego okrągła twarz, okrągłe oczy, a nawet podkręcone czarne wąsiki, zdawało się, ożywione są oburzeniem na to niepojęte postępowanie. Głośno zaś zauważył tonem wyrzutu: — Generał jest na ciebie wściekły, jak diabli.

Porucznik Feraud stanął na rogu chodnika i zawołał z wyrazem niewątpliwej szczerości:

— Za co, u pioruna! — Niewinność jego gorącej duszy gaskońskiej wyraziła się tym, że chwycił się obydwiema rękami za głowę, aby mu nie pękła z pomieszania.

— Za pojedynek — rzekł porucznik d’Hubert. Do żywego urażała go ta nienaturalna głupoto.

— Pojedynek! poje…

Porucznik Feraud wpadł z jednego paroksyzmu zdumienia w drugi. Opuścił ręce i szedł dalej powoli, próbując połączyć tę wiadomość ze swoim stanem uczuciowym. Było to niemożliwe. Wybuchnął więc oburzeniem:

— A więc miałem takiemu zjadaczowi kiszonej kapusty, takiemu cywilowi pozwolić, by sobie buty wycierał mundurem siódmego pułku huzarów?!

Porucznik d’Hubert nie był zupełnie niedostępny tym prostym uczuciom: „To głupi chłopak — pomyślał sobie — ale w tym, co mówi, jest coś do rzeczy.”

— Oczywiście, nie wiem, w jakim stopniu jesteś usprawiedliwiony — zaczął uspokajająco. — A może generał sam nie jest dokładnie poinformowany. Ma pełne uszy żalów z tamtej strony.

— Ach! Generał nie jest dokładnie poinformowany — mruknął porucznik Feraud idąc coraz szybciej, w miarę jak wzrastało w nim oburzenie na niesprawiedliwość losu. — Nie jest dokładnie… A kazał mnie aresztować, i Bóg wie, co jeszcze będzie!

— Nie przejmuj się tym — odparł tamten. — Rodzina twego przeciwnika jest bardzo wpływowa, wiesz chyba, i dlatego tak to wszystko źle wygląda. Generał musiał na ich skargę dać natychmiast jakąś odpowiedź. Ale nie zdaje mi się, by chciał być dla ciebie zbyt surowy. Teraz najlepiej będzie, jeśli na jakiś czas zejdziesz im z oczu.

— Bardzo jestem generałowi zobowiązany — zasyczał porucznik przez zęby. — A może powiesz jeszcze, że i tobie powinienem być wdzięczny za to, żeś mnie złapał aż w salonie kobiety, która…

— Mówiąc otwarcie — przerwał mu porucznik d’Hubert z niewinnym uśmiechem — to powinieneś. Niemało miałem zachodu, zanim dowiedziałem się, gdzie jesteś. Nie było to, co prawda, miejsce, które by się w tych warunkach szczególnie nadawało do rozrywki. Jeśliby cię generał tam złapał, gdy robisz oko do bogini tej świątyni… Och, słowo daję!… Ty wiesz, że on nie znosi, gdy go nagabują skargami na jego oficerów. A to wyglądało już niedwuznacznie na oczywistą brawurę.

Obydwaj oficerowie znaleźli się teraz u drzwi domu, w którym mieszkał porucznik Feraud. Wówczas ten zwrócił się do swego towarzysza:

— Poruczniku d’Hubert — rzekł — mam panu coś do powiedzenia, czego nie da się tak dobrze wyrazić na ulicy. Nie odmówisz mi i zechcesz wejść ze mną.

Piękna dziewczyna otworzyła drzwi. Porucznik Feraud minął ją szorstko, wskutek czego podniosła przestraszony i pytający wzrok na porucznika d’Hubert, który idąc z tyłu, lekko wzruszył tylko ramionami z widoczną niechęcią.

W pokoju porucznik Feraud odpiął klamry, rzucił swój nowy dolman ma łóżko i skrzyżowawszy ręce na piersi zwrócił się do drugiego huzara:

— Czy wyobrażasz sobie, że jestem kimś, kto bez słowa schowa taką krzywdę do kieszeni? — zapytał gwałtownie.

— Ach, bądź rozumny! — odparł porucznik d’Hubert.

— Ja jestem rozumny! Jestem bardzo rozumny! — odrzekł tamten ze złowieszczym spokojem. — Nie mogę pociągnąć generała do odpowiedzialności za to postępowanie, ale ty odpowiesz mi za niego.

— Nie mogę słuchać takich głupstw — odrzekł cicho d’Hubert z nieco pogardliwym grymasem twarzy.

— Ty to nazywasz głupstwem? A dla ranie jest to zupełnie jasna sprawa. Chyba że nie rozumiesz po francusku.

— Czego, u diabła, chcesz, człowieku?

— Chcę — wyrzęził magle porucznik Feraud — obciąć ci uszy, abyś się nauczył, że nie wolno ci nagabywać mnie rozkazami generała, gdy rozmawiam z kobietą!

Głębokie milczenie zapadło po tym oświadczeniu, a przez otwarte okno porucznik d’Hubert słyszał, jak w ogrodzie wesoło śpiewają ptaszki. Zachował jednak spokój i odparł:

— Ha, no! Jeśli w taki ton uderzasz, to oczywiście jestem do twej dyspozycji, ale nie wydaje mii się, byś mi miał obciąć uszy.

— Ja zaraz skończę — odparł porucznik Feraud z niesłychaną namiętnością. — Jeśli myślisz, że dziś wieczór będziesz mógł u madame de Lionne rozwijać swe wdzięki i uśmiechy, to jesteś w grubym błędzie.

— Rzeczywiście — rzekł porucznik d’Hubert, który poczuł już, że nim gniew owłada — dobry z ciebie numer! Z rozkazu generała mam cię aresztować, a nie posiekać na drobne kawałki. Do widzenia.

I obróciwszy się plecami do małego Gaskończyka (który zawsze umiarkowany w piciu, rodzi się jednak jakby upojony słońcem swego winodajnego kraju, w przeciwieństwie do Normandczyka, który przy sposobności może wiele wypić, ale pod mokrymi chmurami Pikardii rodzi się z umiarkowaniem we krwi) podszedł do drzwi. Gdy jednak usłyszał za sobą nie pozostawiający żadnych wątpliwości dźwięk szabli wyciąganej zpochwy, nie miał nic innego do wyboru i musiał stanąć.

„Niech diabli wezmą tego zwariowanego południowca!” — pomyślał obracając się i spokojnie obejmując wzrokiem bojową postawę porucznika Feraud z nagą szablą w dłoni.

— Zaraz! Zaraz — jąkał Feraud, nieprzytomny z wściekłości.

— Masz moją odpowiedź — rzekł tamten, mocno trzymając siebie na wodzy.

Z początku było to tylko nieprzyjemne, a nawet trochę zabawne, ale teraz twarz jego zasępiła się. Poważnie pytał siebie, co ma zrobić, aby stąd wyjść. Nie podobna było uciekać przed człowiekiem z szablą w ręku, a bić się z nim, to, zdawało się, leży poza wszelką możliwością. Poczekał chwilę, potem wyraźnie powiedział, co myśli.

— Schowaj to! Nie będę się bić z tobą! Nie chcę się ośmieszać.

— Ach, nie chcesz? — syknął Gaskończyk. — Mam wrażenie, że wolisz być niehonorowym. Słyszałeś, co powiedziałem?… Niehonorowym! Niehonorowym! Niehonorowym! — piszczał podnosząc się i opadając na palcach, z twarzą czerwoną jak burak.

Przeciwnie porucznik d’Hubert: na dźwięk tego okropnego słowa stał się na chwilę bardzo blady, potem poczerwieniał aż po uszy.

— Ależ nie możesz wyjść, aby się bić; jesteś aresztowany, głupcze! — odparł mu z gniewną pogardą.

— Jest tu ogród dość wielki, aby pomieścić twego trupa! — krzyknął tamten z takim ogniem, że gniew spokojniejszego z nich złagodniał mimo woli.

— Przecież to jest zupełny absurd — rzekł, zadowolony, że na chwilę znalazł z tego wyjście. — Nie znajdziemy nikogo wśród naszych kolegów, kto chciałby służyć nam za sekundantów. To niedorzeczność.

— Sekundantów! Niech licho porwie sekundantów! Nie potrzebujemy sekundantów! Nie troszcz się o sekundantów! Zawiadomię twych przyjaciół, alby przyszli i pochowali cię, gdy będę gotów. A jeśli chcesz kogo na świadka, to każę powiedzieć tej starej pannie, aby wychyliła głowę z tylnego okna! Czekaj! Tu jest ogrodnik. On wystarczy. Jest głuchy jak pień, ale ma parę oczu we łbie. Chodź! Ja cię nauczę, mój ty sztabowcze, że przynoszenie rozkazów generała nie zawsze jest dziecinną zabawką.

Mówiąc to odpasał pustą pochwę, rzucił ją pod łóżko, opuścił koniec szabli i przeszedł obok zmieszanego d’Huberta wołając: „Proszę za mną!”. Gdy bezpośrednio potem otworzył drzwi, usłyszano słaby okrzyk i piękna dziewczyna, która podsłuchiwała przez dziurkę od klucza, cofnęła się chwiejnym krokiem, zasłaniając oczy wierzchem dłoni. Feraud, zdawało się, nie widział jej zupełnie, lecz ona pobiegła za nim i chwyciła go za ramię. On odtrącił ją tak, że zatoczyła się na porucznika d’Hubert i uczepiła się szlif jego munduru.

— Niegodziwy człowieku! — łkała. — Czy dlatego szukałeś go?

— Puść mnie — odparł porucznik d’Hubert usiłując łagodnie uwolnić się od niej. — To zupełnie jak w domu wariatów! — krzyknął zniecierpliwiony. — Puść mnie! Nic mu nie zrobię złego!

Zły śmiech porucznika Feraud towarzyszył temu zapewnieniu.

— Chodź! — ryknął tupiąc nogą.

I porucznik d’Hubert poszedł za nim. Nie mógł zrobić nic innego. Lecz na obronę jego zdrowego rozsądku zanotować należy, że gdy przechodził przez przedpokój, nasunęło się temu dzielnemu młodzieńcowi, czyby tak nie otworzyć drzwi i nie wypaść na ulicę, czego jednak musiał bezzwłocznie zaniechać, gdyż był pewny, że tamten ścigałby go nie zważając ani na wstyd, ani na cokolwiek bądź. A widok oficera huzarów ściganego po ulicach przez drugiego oficera z szablą w dłoni nie był w tej chwili czymś, o czym by myśleć można. Dlatego poszedł za nim do ogrodu. Za nimi chwiejnym krokiem poszła także dziewczyna. Z wargami koloru popiołu i nieprzytomnymi ze strachu oczyma uległa swej straszliwej ciekawości. Jej także przyszło na myśl, by jeśli zajdzie potrzeba, rzucić się między porucznika Feraud a śmierć!

Głuchy ogrodnik nie słyszał zbliżających się kroków i zabierał się właśnie do podlewania swych kwiatów, gdy porucznik Feraud uderzył go po plecach. Zobaczywszy nagle przed sobą człowieka nieprzytomnego z wściekłości i wywijającego wielką szablą starzec począł drżeć na całym ciele i upuścił polewaczkę, którą porucznik Feraud natychmiast kopnął siarczyście, po czym schwyciwszy ogrodnika za gardło przycisnął go do drzewa. Tam go przytrzymał i wrzasnął mu w ucho:

— Stój tu i patrz! Rozumiesz? Masz patrzeć! A nie próbuj ruszać się z miejsca!

Porucznik d’Hubert powoli schodził ścieżką, z nieukrywanym niesmakiem rozpinając swój dolman. Nawet wówczas, gdy ręka jego spoczywała na szabli, wahał się, czy ją wyciągnąć, aż dopiero okrzyk: „En garde, fichtre![4] Czy nie wiesz, po cośmy tu przyszli?” — i wypad przeciwnika zmusił go do jak najszybszego przybrania obronnej postawy.

Szczęk broni napełnił piękny ogród, który dotychczas nie znał innych dźwięków wojennych jak trzask tnących nożyc. Po chwili górna część ciała starej damy wysunęła się z okna na piętrze; dama wymachiwała rękami nad swym białym czepkiem, ochrypłym głosem miotając przekleństwa. Ogrodnik stał jak przylepiony do drzewa, bezzębne jego usta otwarte były w idiotycznym zdumieniu; nieco dalej w górze ścieżki, jakby zaklęta na małej kępie trawy, biegała piękna dziewczyna parę kroków w tę, parę kroków w ‘tamtą stronę i załamywała ręce szepcząc coś jak szalona. Nie rzuciła się pomiędzy zapaśników. Wypady porucznika Feraud były tak gwałtowne, że zamierało w niej serce.

Porucznik d’Hubert, który swe uzdolnienia wykorzystywał tylko do defensywy, potrzebował całej swej zręczności i znajomości oręża, by wytrzymać natarcia przeciwnika. Dwa razy musiał się cofnąć. Dręczyła go świadomość, iż stoi niepewnie na okrągłym, suchym żwirze ścieżki, który usuwa mu się spod twarde] podeszwy. „To bardzo niedogodny teren” —pomyślał wlepiając baczne i przysłonięte długimi rzęsami spojrzenie przymkniętych oczu w ognisty wzrok swego przysadkowatego przeciwnika. Ta głupia awantura może go jeszcze pozbawić opinii rozumnego, dobrze widzianego i obiecującego młodego oficera. W każdym razie ucierpią z tego powodu jego plany na najbliższą przyszłość, a przychylność generała ominie go niechybnie. Te dalekosiężne rozważania były niewątpliwie nie na miejscu wobec powagi chwili. Pojedynek — czy go się pojmie jako obrzęd kultu honoru, czy też sprowadzi się jego wartość moralną do pewnego rodzaju sportu męskiego — wymaga zupełnego skupienia na jednej myśli, na surowej gotowości do zabójstwa. Z drugiej strony, żywe zajęcie się przyszłością nie miało złego wpływu o tyle, że wskutek tego wzmógł się gniew porucznika d’Huberta. Upłynęło już około siedemdziesięciu sekund, odkąd skrzyżowali szable, a porucznik d’Hubert znów musiał się cofnąć, by nie nadziać swego bezwzględnego przeciwnika na szablę niby chrząszcza przeznaczonego do gabinetu przyrodniczego. Wynik tego był łąki, że porucznik Feraud mylnie rozumiejąc motywy tego kroku triumfalnie zacisnął usta i podwoił swe ataki.

„To dzikie zwierzę chce mnie przyprzeć wprost do muru” — pomyślał porucznik d’Hubert. Wyobrażał sobie, że jest bliżej domu, niż był w rzeczywistości, a nie ważył się obejrzeć; zdawało mu się, że trzyma swego przeciwnika raczej wzrokiem niż końcem szabli. Porucznik Feraud skakał i kurczył się z dziką zręcznością tygrysa, zdolną zaniepokoić nawet najmężniejsze serce. Ale co było okropniejsze od tej wściekłości rozjuszonego zwierzęcia, spełniającego przy całej niewinności serca swą naturalną funkcję, to niewzruszone dążenie do okrutnego celu, na jakie tylko człowiek zdobyć się może. W toku swych dalekosiężnych rozważań porucznik d’Hubert zauważył to w końcu. Była to idiotyczna i kosztowna awantura, w którą został wciągnięty, lecz jakikolwiek był początkowo ów głupi zamiar przeciwnika, teraz stało się jasne, że chce on zabić — ni mniej, ni więcej. Pragnął tego z takim napięciem woli, że znacznie przewyższał w tym bardziej poziome zdolności tygrysa.

I jak to zawsze zdarza się u ludzi mężnych z natury, dopiero pełne uświadomienie sobie niebezpieczeństwa poruszyło porucznika d’Hubert. A gdy go to już raz naprawdę poruszyło, długość ramienia i spokojna głowa przemawiały na jego korzyść. Teraz na porucznika Feraud przyszła kolej cofać się, co czynił z krwiożerczym rzężeniem zawiedzionej wściekłości. Szybko zrobił więc maskowany atak, po czym na oślep rzucił się naprzód.

„Ach, to by ci się podobało?” — zawołał w duchu porucznik d’Hubert. Walka trwała prawie dwie minuty, dość, by każdego człowieka wyprowadzić z równowagi, pomijając już zasadniczą stronę sprawy. I nagle wszystko się skończyło. Gdy porucznik Feraud próbował pod paradą przeciwnika zewrzeć się z nim pierś w pierś, otrzymał cięcie w odchylone ramię. Nawet nie odczuł tego, lecz wstrzymało to jego natarcie, potknął się na żwirze i z impetem padł na wznak. Upadek pogrążył jego mózg w zupełny spokój omdlenia. Jednocześnie, gdy porucznik Feraud runął na ziemię, piękna dziewczyna krzyknęła rozdzierająco, natomiast stara panna przestała przeklinać i pobożnie przeżegnała się.

Zobaczywszy swego przeciwnika, jak cichy i rozciągnięty leżał twarzą ku niebu, porucznik d’Hubert pomyślał, że zabił go na miejscu. Wrażenie, że ciął dość silnie, by człowieka przeciąć na pół, walczyło w mim przez chwilę z przesądnym wspomnieniem dobrej woli, jaką miał zadając cios. Szybko ukląkł przy rozciągniętym ciele. Gdy przekonał się, że nawet ramię nie jest uszkodzone poważnie, do uczucia ulgi wkradł się słaby oddźwięk rozczarowania. Tamten zasługiwał na najgorsze. Lecz on nie chciał właściwie śmierci tego grzesznika. Cała ta sprawa była już i tak diabła warta, zabrał się więc bezzwłocznie do zatamowania krwotoku. I taki był mu już znaczony los, że przy tej czynności w śmieszny sposób przeszkadzała mu owa piękna dziewczyna. Napełniając powietrze okrzykami przerażenia atakowała go od tyłu, wpijała mu palce we włosy i odciągała głowę wstecz. Co ją skłoniło, by przeszkadzać mu w tej właśnie chwili, tego absolutnie nie mógł zrozumieć i nie próbował nawet. Wszystko to wyglądało jak poplątany i męczący sen. Dwa razy podnosił się i odtrącał ją, aby go nie powaliła na ziemię. Czynił to po stoicku bez słowa, po czym natychmiast klękał i zabierał się do roboty. Lecz za trzecim razem, gdy już był ze wszystkim gotów, schwycił ją i przycisnął jej ręce do ciała. Czepek zsunął się jej z włosów, twarz stała się czerwona, aw oczach błyszczała szaleńcza odwaga. Porucznik d’Hubert patrzył na nią łagodnie, gdy oma nieustannie nazywała go nędznikiem, zdrajcą i mordercą. Nie martwiło go to tak bardzo, jak to, że zdołała mu gruntownie podrapać twarz. Do skandalu dołączyło się jeszcze to, że okrył się śmiesznością. Wyobrażał już sobie, jak odpowiednio przystrojone opowiadanie pójdzie po garnizonach miejskich, po całej armii, wzdłuż granicy, przy czym motywy uczucia i okoliczności zostaną w niemożliwy sposób poprzekręcane, jak powątpiewać będą w nienaganność jego postępowania i dobry smak, i to nawet członkowie jego własnej rodziny. Lecz wszystko to było bardzo na rękę takiemu Feraud, który nie miał stosunków ani znanej rodziny, ni żadnych zalet, prócz odwagi, będącej jednak czymś pospolitym, gdyż posiadał ją każdy szeregowiec całej kawalerii francuskiej. Trzymając opuszczone ręce dziewczyny wciąż jeszcze w mocnym uścisku d’Hubert spojrzał przez ramię. Porucznik Feraud otworzył oczy, lecz nie ruszał się. Jak każdy człowiek, który budzi się z głębokiego omdlenia, patrzał bez wyrazu na ciemne chmury wieczoru.

Porucznik d’Hubert próbował przywołać starego ogrodnika, ale nie osiągnął tym niczego — nawet tego, by zamknął swe bezzębne usta. Potem przypomniał sobie, że starzec jest zupełnie głuchy. Przez cały czas dziewczyna szarpała się z nim, wcale nie z dziewczęcą lękliwością, ale jak oniemiała furia, kopiąc go od czasu do czasu w golenie. Trzymał ją mocno niby w klubach, a instynkt mówił mu, że gdyby ją puścił, rzuciłaby mu się do oczu. Lecz sytuacja stała się ‘dla niego wysoce upokarzająca. W końcu dziewczyna dała pokój. Obawiał się jednak, że była bardziej wyczerpana niż uspokojona. Mimo to próbował przy pomocy układów wydobyć się z tego zagmatwanego snu.

— Słuchaj — rzekł, jak mógł najspokojniej. — Czy iobiecujesz mi, że pobiegniesz po chirurga, gdy cię puszczę?

Z prawdziwym strapieniem usłyszał jej oświadczenie, że nic podobnego nie uczyni. Przeciwnie, szlochając wyraziła zamiar pozostania w ogrodzie i walczenia zębami i paznokciami w obronie zwyciężonego. To było okropne.

— Moje drogie dziecko! — krzyknął w rozpaczy. — Czy to możliwe, byś uważała mnie za zdolnego do zamordowania rannego przeciwnika? To jest… Spokój, ty dzika kotko!

Znów poczęli się szarpać. Wtem odezwał się za nim głęboki zaspany głos:

— Czego chcesz od tej dziewczyny?

Porucznik Feraud podniósł się na zdrowym ramieniu. Mętnym wzrokiem spojrzał na drugie swe ramię, na płat krwi ma swym mundurze, małą, czerwoną kałużę na ziemi i szablę Jeżącą opodal, na ścieżce. Potem powoli położył się znów, aby wszystko ogarnąć myślą, o ile dojmujący ból głowy pozwoli mu na to.

Porucznik d’Hubert puścił dziewczynę, która natychmiast usiadła przy leżącym poruczniku. Cienie nocy opadały na mały piękny ogród i wzruszającą grupę, od której dochodziły go szepty niepokoju i współczucia, zmieszane ze słabymi dźwiękami o innym charakterze, jakby niezupełnie rozbudzony inwalida próbował kląć. Porucznik d’Hubert odszedł.

Przeszedł przez milczący dom i pogratulował sobie, że zmrok przysłoni przechodniom widok jego zakrwawionej ręki i podrapanej twarzy. Ale tej awantury nic nie potrafi przysłonić. Ponad wszystko obawiał się osławienia i śmieszności i z przykrością stwierdził, że skradał się przez boczne uliczki jak morderca. Smutne jego rozważania przerwały niebawem dźwięki fletu, płynące przez otwarte okno oświetlonego pokoju na piętrze schludnego domu. Ktoś grał z wytrawnym wirtuozostwem, a poprzez fioritures[5] melodii słychać było regularne stukanie nogi wybijającej takt o podłogę.

Porucznik d’Hubert zawołał po .nazwisku; było to nazwisko chirurga wojskowego, którego znał bardzo dobrze. Dźwięki fletu ustały, a muzyk, trzymając jeszcze w ręku instrument, ukazał się w oknie i spojrzał w ulicę.

— Kto tam? To ty, d’Hubert? Co cię tu sprowadza? Nie lubił, gdy mu przeszkadzano w porze, w której grywał na flecie. Był to człowiek, którego włosy posiwiały w niewdzięcznej służbie, jaką jest opatrywanie ran na polach bitew, gdzie inni zdobywają zaszczyty i sławę.

— Prosiłbym cię, abyś natychmiast poszedł do Feraud. Wiesz, porucznika Feraud? Mieszka, idąc stąd, przy drugiej z rzędu ulicy. Zaledwie parę kroków.

— Co mu się stało?

— Ranny.

— Jesteś tego pewny?

— Pewny? — krzyknął d’Hubert. — Przychodzę stamtąd.

— To śmieszne — powiedział postarzały chirurg. „Śmieszne” było jego ulubionym wyrażeniem, ale gdy je wymawiał, wyraz jego twarzy nigdy z tym nie harmonizował. Był to człowiek tępawy. — Chodź do mnie — dodał. — Będę za chwilę gotów.

— Dziękuję ci. Zaraz! Umyję sobie ręce u ciebie. Porucznik d’Hubert zastał chirurga, jak rozbierał swój flet i poszczególne części systematycznie układał w futerale. Chirurg odwrócił głowę.

— Woda tam, w kącie. Chcesz sobie ręce umyć?

— Tamowałem krwotok — rzekł porucznik d’Hubert. — Ale lepiej byś zrobił, gdybyś się pospieszył; upłynęło już więcej niż dziesięć minut.

Chirurg nie przyspieszył swych ruchów.

— Co takiego? Zabrakło bandaża? To śmieszne. Cały dzień pracowałem w szpitalu, ale ktoś mówił mi dziś rano, że ani go nie draśnięto.

— Zapewne nie ten sam pojedynek — mruknął niechętnie porucznik d’Hubert wycierając ręce w gruby ręcznik.

— Nie ten sam… Co? Inny? To musiałby być diabłem, żeby jednego dnia stawał dwa razy. — Chirurg spojrzał uważnie na porucznika d’Hubert. — Skąd ty masz taką podrapaną twarz? Obydwie strony i… symetrycznie. To śmieszne.

— Bardzo! — żachnął się porucznik d’Hubert. — Może ci się wyda również, że jego zranione ramię jest także śmieszne. Długi czas będziecie mieli obydwaj czym się bawić.

Doktor był zdumiony i zaskoczony szorstką goryczą słów porucznika d’Hubert. Razem wyszli z domu, ale na ulicy postępowanie porucznika zdumiało go jeszcze bardziej.

— Nie pójdziesz ze mną? — zapytał.

— Nie — rzekł porucznik d’Hubert. — Sam znajdziesz jego dom. Drzwi frontowe będą prawdopodobnie otwarte.

— Dobrze. Gdzie jest jego pokój?

— Na parterze. Ale lepiej zrobisz, jeśli przejdziesz dom i zajrzysz wprost do ogrodu.

Ta zdumiewająca informacja skłoniła chirurga do wyruszenia z pominięciem dalszych rozhoworów. Porucznik d’Hubert wrócił na swą kwaterę żywiąc w sercu gorący i dokuczliwy gniew. Obawiał się plotek swych kolegów prawie tyleż, co gniewu swych przełożonych. Prawda była niezmiernie groteskowa i kłopotliwa, nawet gdy się pominie nieprawidłowość samej walki, co stawiało ją w nieprzyjemnym sąsiedztwie przestępstwa kryminalnego. Podobnie jak wszyscy ludzie pozbawieni żywszej wyobraźni — właściwość pomocna refleksyjnym procesom myślowym — porucznik d’Hubert dręczył się okropnie niedwuznaczną wyrazistością swego smętnego położenia. Niewątpliwie, był zadowolony, że nie zabił porucznika Feraud bez przepisanych świadków i z pominięciem wszystkich zasad obowiązujących przy takich spotkaniach. Był z tego niesłychanie zadowolony. Równocześnie jednak czuł, że chętnie ukręciłby mu głowę z pominięciem wszelkich ceremonii.

Był jeszcze pod działaniem tych przeciwnych sobie uczuć, gdy chirurg, amator gry na flecie, przybył do niego w odwiedziny. Minęło już przeszło trzy dni. Porucznik d’Hubert przestał być officier d’ordonnance dywizjon era. Został odesłany do swego pułku. A swój powrót na łono żołnierskiej rodziny rozpoczął tym, że został osadzony w ścisłym areszcie, i to nie w swojej kwaterze miejskiej, ale w jednej z izb koszarowych. Wobec powagi zdarzenia zakazano mai widywać się z kimkolwiek. Nie wiedział, co się stało, co mówiono ani co myślano. Przybycie chirurga było dla rozstrojonego więźnia czymś najzupełniej nieoczekiwanym. Amator gry na flecie zaczął od wyjaśnienia, że zjawia się tu tylko dzięki szczególnej łasce pułkownika.

— Wytłumaczyłem mu, że wymaga tego choćby poprawność, byś otrzymał jakieś autentyczne wiadomości o swym przeciwniku — ciągnął dalej. — Ucieszy cię to zapewne, że przychodzi szybko do zdrowia.

Twarz porucznika d’Huberta nie zdradzała konwencjonalnych objawów zadowolenia. Chodził tylko dalej po pustym i zakurzonym pokoju.

— Proszę usiąść, doktorze — mruknął.

Doktor usiadł.

— O waszej sprawie sądzą rozmaicie —— w mieście i w armii. Ta (różnorodność zapatrywań to rzeczywiście śmieszne.

— O tak — bąknął porucznik d’Hubert chodząc wytrwale od ściany do ściany. Ale w duchu dziwił się, jak tu mogą być dwa zapatrywania. Chirurg ciągnął dalej:

— Oczywiście, ponieważ faktyczny stan rzeczy nie jest znany.

— Myślałem — przerwał d’Hubert — że tamten pan podał faktyczny stan rzeczy do waszej wiadomości.

— Powiedział mi coś niecoś — przyznał chirurg — gdy byłem pierwszy raz u niego. A mówiąc nawiasem zastałem go w ogrodzie. Wskutek upadku ma tył głowy był wówczas trochę nieprzytomny. Potem był raczej milczący niż rozmowny.

— Nie przypuszczałem, by raczył wstydzić się — mruknął d’Hubert, zaczynając znów chodzić, podczas gdy doktor mówił półgłosem:

— To naprawdę śmieszne. Wstydzić się. U niego to bynajmniej na wstyd nie wyglądało. Ale tobie wolno na tę sprawę patrzeć inaczej.

— O czym ty mówisz? Na jaką sprawę — zapytał d’Hubert patrząc z ukosa na siwą postać o szerokiej twarzy, siedzącą na drewnianym krześle.

— Jakkolwiek jest — rzekł chirurg trochę niecierpliwie — nie chcę wyrażać zdania o twym postępowaniu.

— Na miły Bóg, dobrze zrobisz! — wybuchnął d’Hubert.

— Talk! Tak! Nie trzeba być takim skorym do wywijania szablą. To nie popłaca na dłuższy dystans. Zapamiętaj to sobie raz ma zawsze, że nigdy mi na myśl nie przyszło pokrajać kogo z was młodych, chyba tylko moimi narzędziami. A moja rada jest dobra. Jeśli będziesz dalej postępował w len sposób, kiepską zyskasz sobie reputację.

— Postępował w tan sposób? Co? — zapytał porucznik d’Hubert, osłupiały ze zdumienia, i przystanął nagle. — Ja! ja! zyskam sobie reputację… Co ty sobie wyobrażasz?

— Powiadam ci, że nie chcę sądzić, po której stronie w tym zajściu jest słuszność, a po której jej nie ma. Nie moja to sprawa. Mimo to…

— Cóż, u ciężkiego pioruna, powiedział ci tamten? — przerwał porucznik d’Hubert z pewnego rodzaju poważnym przerażeniem.

— Powiedziałem ci już, że najpierw, gdy go znalazłem w ogrodzie, był nieprzytomny. Potem oczywiście milczał. Mam jednak to wrażenie, że nie może przejść nad tym do porządku.

— Nie może? — krzyknął porucznik d’Hubert, a potem dodał dobitniejszym głosem — A ja co? Ja mogę?

Chirurg podniósł się. Myślami był przy flecie, tym niezawodnym towarzyszu z głosem pocieszyciela. Opowiadano, że tuż obok ambulansów polowych po dwudziestu czterech godzinach ciężkiej pracy słodkimi dźwiękami fletu przerywał nieraz straszliwą ciszę pobojowiska pogrążonego w milczeniu śmierci. Zbliżała się codzienna godzina wytchnienia, a w czasie pokoju pilnował jej co do minuty niby skąpiec swego skarbu.

— Oczywiście! Oczywiście! — rzekł wymijająco. — Tobie wolno być tego zdania. To śmieszne. Mimo to jako zupełnie neutralny i dla obu równie przyjacielsko usposobiony, podjąłem się oświadczenie jego podać do twej wiadomości. Mażesz zresztą powiedzieć, że jestem stetryczałym inwalidą, jeśli ci się podoba. Otóż on pragnie cię zawiadomić, że sprawy bynajmniej nie uważa i za zakończoną. Ma zamiar posłać ci sekundantów, skoro tylko powróci do zdrowia — o ile, oczywiście, w tym czasie armia nie będzie w polu.

— Ma zamiar, czy tak? No, dobrze — rzucił namiętnie porucznik d’Hubert.

Tajemniczy powód tego wzburzenia nie był dla odwiedzającego jasny, ale uniesienie to potwierdziło zapatrywanie chirurga, które i poza tym zyskiwało uzna—nie, iż pomiędzy obydwoma młodymi oficerami powstały bardzo poważne różnice, dość poważne, by otoczyć wszystko atmosferą tajemniczości; jakieś fakty o niezmiernej doniosłości. By wyrównać te zasadnicze różnice powstałe w związku z tymi faktami, obydwaj młodzieńcy zaryzykowali, że złamią swe kariery i już u ich początku będą źle widziani. Chirurg obawiał się, że mające się odbyć śledztwo nie zdoła zaspokoić powszechnego zaciekawienia. Nie zechcą dopuścić publiczności do ich tajemnicy, do tego, co zdarzyło się tylko pomiędzy nimi i było tak wrogiej natury, że nie wahali się ściągnąć na siebie — ni mniej ni więcej — tylko dochodzenia o morderstwo. Ale co to być mogło?

Chirurg nie był ciekawy z natury. Ale myśl o tej sprawie chodziła mu wciąż po głowie i ona to była przyczyną, że tego wieczora dwukrotnie zamilkł na całą minutę, trzymając instrument przy wargach — w samym środku melodii — i usiłując wynaleźć jakieś prawdopodobne rozwiązanie.

 

 

II

Nie był w tym szczęśliwszy od reszty garnizonu i całego towarzystwa. Dwaj oficerowie, nie posiadający dotychczas żadnego szczególnego znaczenia, stali się teraz znani dzięki powszechnemu zaciekawieniu, jaka też była przyczyna ich zwady. Salon madame de Lionne był ogniskiem najbardziej pomysłowych przypuszczeń. Dama ta była przez jakiś czas zasypywana pytaniami, gdyż jak wiadomo, była ostatnią osobą, z którą rozmawiali obydwaj ci nieszczęśni a niebaczni oficerowie, zanim razem wyszli z jej domu na okrutne spotkanie z bronią w ręku o zmroku w prywatnym ogrodzie. Zapewniała ona, że w zachowaniu się ich nie zauważyła była nic szczególnego. Widać było, że Feraud czuł się dotknięty tym, iż go odwołano. To było dość naturalne: nie ma mężczyzny, fetory by lubił, by mu przeszkadzano w rozmowie z kobietą, znaną ze swej elegancji i uczuciowości. W rzeczywistości jednak cała ta sprawa dręczyła madame de Lionne, gdyż wysiłki nawet najśmielszych plotkarzy nie mogły połączyć jej osoby z tym zajściem. Złościło ją, gdy przypuszczano, iż, być może, wchodzi tu w grę jakaś kobieta. Złość ta nie miała źródeł w elegancji i uczuciowości, lecz w bardziej instynktownej stronie jej natury. Doszło wreszcie do tego, że zakazała stanowczo poruszać ten temat pod jej dachem. Bliżej jej sofy zakazu tego przestrzegano, lecz dalej, w głębi salonu, częściej lub rzadziej, ale stale łamano przymus nakazanego milczenia. Osobnik o długiej, bladej twarzy, mającej w sobie coś baraniego, twierdził potrząsając głową, że jest to dawny spór, zaostrzający się z biegiem czasu. Zarzucano mu, że obydwaj są za młodzi, by ta teoria mogła być prawdziwa. Przy tym pochodzili z różnych i odległych części Francji. Poza tym mówiono jeszcze o innych niepodobieństwach fizycznych. Pewien podkomisarz z intendentury, miły i wykształcony kawaler w spodniach z kaszmiru, wysokich butach i niebieskiej kurcie oblamowanej srebrną obwódką, który twierdził, iż wierzy w wędrówkę dusz, wypowiedział przypuszczenie, że obydwaj spotkali się może w jednym z przeszłych żywotów. Przyczyny zwady leżały więc wzamierzchłej przeszłości. Mogło to być coś takiego, co w ich obecnym życiu jest zupełnie niezrozumiałe. Ale dusze ich pamiętają dawną nienawiść i teraz przejawiają instynktowną niechęć. Temat ten rozwijał żartobliwym tonem, ale zajście było tak niedorzeczne, zarówno ze stanowiska wojskowego, honorowego, jak i zdrowego rozsądku, że to nadprzyrodzone wyjaśnienie wydawało się bardziej zrozumiałe od każdego innego.

Obydwaj oficerowie nie powiedzieli nikomu nic stanowczego. Upokorzenie, że z bronią w ręku uległo się w walce, i niemiłe uczucie, że dzięki niesprawiedliwości losu wpadło się w tarapaty, było przyczyną głuchego milczenia porucznika Feraud. Nie dowierzał on ludzkim sympatiom. Zwróciłyby się one, rzecz oczywista, ku wyelegantowanemu oficerowi sztabu. Leżąc w łóżku wykrzykiwał głośno do pięknej dziewczyny, która z poświęceniem spełniała wszystkie jego żądania i ze zgrozą słuchała jego straszliwych złorzeczeń, że d’Hubert będzie musiał „zapłacić za to”; wydawało się jej to słuszne i naturalne. Jej główną troską było to, by porucznik Feraud nie wzruszał się. W prostocie swego serca wydawał się jej tak godny podziwu i pociągający, że jedynym jej pragnieniem było zobaczyć go przy zdrowiu, choćby nawet po to, by mógł znów składać wizyty w salonie madame de Lionne.

Porucznik d’Hubert milczał z tego przede wszystkim powodu, że nie miał nikogo, z wyjątkiem młodego ordynansa, z kim mógłby mówić. Potem zauważył, że epizod ten, choć pod kątem służby tak poważny, ma swą komiczną stronę. Gdy myślał o tym, zawsze czuł jeszcze, że chętnie ukręciłby porucznikowi Feraud głowę. Ale zwrot ten miał raczej przenośne niż dosłowne znaczenie . i wyrażał bardziej stan jego duszy niż rzeczywistą potrzebę fizyczną. Przy tym poczucie koleżeństwa i dobroć powstrzymywały go od tego, by jeszcze pogarszać położenie porucznika Feraud. Nie chciał dużo opowiadać o tym przeklętym zajściu. Podczas dochodzenia byłby oczywiście musiał powiedzieć na swoją obronę całą prawdę. Ta perspektywa niepokoiła go.

Ale dochodzenie nigdy nie doszło do skutku. Armia ruszyła niebawem w pole. Porucznik d’Hubert, uwolniony bez zastrzeżeń, stawił się do służby w pułku, a porucznik Feraud, z ręką jeszcze na temblaku, bez żadnego sprzeciwu wyruszył ze swym szwadronem, aby zupełnie przyjść do zdrowia w dymach bitew i świeżym powietrzu biwaków. Ta wzmacniająca kuracja tak mu wyszła na zdrowie, że na pierwszą wieść o podpisaniu zawieszenia broni mógł bez obawy wrócić do myśli o swym prywatnym sporze.

Teraz odbyło się już wszystko według przepisu. Wysłał dwu przyjaciół do porucznika d’Hubert, którego pułk stał w odległości kilku mil zaledwie. Przyjaciele ci nie stawiali żadnych pytań swemu mocodawcy: „Jestem mu coś dłużny, temu elegantowi sztabowemu”, rzekł gniewnie, na co tamci odjechali, zadowoleni ze swej misji. Porucznik d’Hubert nie miał trudności z wyszukaniem dwu przyjaciół, równie dyskretnych i oddanych swemu mocodawcy. „Jest to taki zwariowany drab, któremu muszę dać nauczkę”, oświadczył krótko, ci zaś nie pytali o przyczyny bardziej rzeczowe.

Dla tych to powodów pewnego dnia, bardzo rano, odbyło się w odpowiednim do tego miejscu spotkanie na szable. Po trzecim starciu porucznik d’Hubert mógł stwierdzić, że leży na wznak na rosistej trawie z dziurą w boku. Jasne słońce wznosiło się nad łąkami i lasami po lewej jego ręce. Chirurg — nie flecista, lecz inny — pochylił się nad nim i badał ranę.

— Niedużo brakowało. Ale nic mu nie będzie — powiedział.

Porucznik d’Hubert wysłuchał słów tych z zadowoleniem. Jeden z jego sekundantów, który siedział na mokrej trawie i podtrzymywał mu głowę, rzekł:

— Szczęście wojenne, mon pauvre vieux[6]. Czegóż chcesz? Powinniście to skończyć jak dwaj dobrzy koledzy. Zrób to!

— Nie wiem, o co ci chodzi — szepnął porucznik d’Hubert. — Ale jeśli on…

W innej części łąki sekundanci porucznika Feraud nastawali na niego, aby podszedł i podał rękę swemu przeciwnikowi.

— Odpłaciłeś mu teraz — que diable[7]. Dobrze zrobiłeś. Ale ten d’Hubert to przyzwoity kolega.

— Znam ja już przyzwoitość tych generalskich lizusów — rzucił porucznik Feraud przez zęby, a posępny wyraz jego twarzy odstręczał od dalszych prób godzenia.

Sekundanci skłonili się więc z daleka i zeszli z pola razem ze swym mocodawcą. W ciągu południa wiele osób odwiedziło porucznika d’Hubert, który był bardzo lubianym i dobrym kolegą, a umiał połączyć osobistą dzielność z usposobieniem szczerym i zrównoważonym. Zauważono, że porucznik Feraud nie pokazywał się wiele, jak to zwyczajnie bywa, by przyjmować gratulacje przyjaciół. Nie byłoby mu tego zbrakło, bo i on był lubiany za żywiołowość swej południowej natury i prostotę charakteru. Wszędzie, gdzie oficerowie zazwyczaj zbierali się wieczorami, roztrząsano poranny pojedynek pod różnymi kątami widzenia. Chociaż porucznik d’Hubert uległ tym razem, chwalono jego zręczność. Nikt nie mógł zaprzeczyć, że władał szablą bardzo sprawnie i z wielką znajomością rzeczy. Szeptano nawet, że ranny został tylko dlatego, ponieważ chciał oszczędzić swego przeciwnika. Wielu znów twierdziło, że sile i rozpędowi ataków porucznika Feraud nie podobna się było oprzeć.

Wartość obydwu oficerów jako zapaśników omawiano szeroko, lecz ich wzajemny stosunek po pojedynku krytykowano z lekka i ostrożnie. Byli nieprzejednani i należało nad tym ubolewać. Lecz w ostateczności sami musieli wiedzieć najlepiej, co dyktuje im dbałość o honor. Nie była to sprawa, do której koledzy ich mogliby się zbytnio mieszać. Co do początku zwady, to ogólnie mniemano, że datuje się ona od czasu, gdy byli razem w sztrasburskim garnizonie. Muzykalny chirurg kiwał na to głową. Był on zdania, że jest ona znacznie dawniejszego pochodzenia.

— Co? Oczywiście! Pan musisz znać całą tę historie, — odezwało się kilka mocno zaciekawionych głosów. — Co to było?

Ten w zamyśleniu oderwał wzrok od swej szklanki:

— Choćbym nie wiedzieć jak dokładnie wiedział wszystko, nie możecie się spodziewać, bym cokolwiek powiedział, dopóki obydwaj bohaterzy tej sprawy uważają za stosowne milczeć.

Potem pożegnał się i wyszedł pozostawiając za sobą wiew tajemnicy. Nie mógł zostać dłużej, gdyż zbliżała się już czarodziejska godzina gry na flecie.

Gdy odszedł, jeden z bardzo młodych oficerów zauważył uroczyście:

— To jasne! Ma usta zamknięte.

Nikt nie wątpił w najzupełniejszą trafność tej uwagi. Dodało to tylko blasku całej sprawie. Kilku starszych oficerów obydwu pułków, kierując się tylko życzliwością i zamiłowaniem do zgody, zaproponowało złożenie sądu honorowego, któremu obaj młodzieńcy oddaliby sprawę ich pojednania. Nieszczęście chciało, że zwrócili się z tym najpierw do porucznika Feraud w tym przekonaniu, iż wobec uzyskanego ostatnio wyniku okaże Się ustępliwy i skłonny do umiarkowania.

To rozumowanie było dość słuszne. Mimo to jednak krok ten nie odniósł skutku. W okresie osłabienia napięcia psychicznego, co następuje zazwyczaj po zaspokojeniu próżności, porucznik Feraud w cichości swego serca raczył łaskawe zbadać wypadek raz jeszcze i nawet doszedł do tego, że nasunęły mu się wątpliwości, nie co do słuszności swej sprawy, lecz czy postępowanie jego było bezwarunkowo roztropne. Wobec takiego staniu rzeczy nie był skłonny do rozmowy o tym. Propozycja starszych pułku postawiła go w trudnym położeniu. Przejmowało go to odrazą, a odraza ta, na mocy logiki paradoksu, wywołała w nim znów nienawiść do porucznika d’Hubert. Czyż wiecznie miał go trapić ten hultaj — hultaj, który z taką diabelską zręcznością umiał sobie jakoś niewolić ludzi? A jednak trudno było z miejsca odrzucić pośrednictwo uświęcone przez kodeks honorowy.

Z trudności tych wywikłał się przyjmując postawę niechętnej powściągliwości. Podkręcał wąsa i rzucał mgliste słowa. Nie wstydził się bynajmniej przedstawić sprawy właściwemu sądowi honorowemu, jak nie bał się bronić jej w rozprawie orężnej. Ale nie widzi powodu, by godzić się na propozycję, zanim nie upewni się, jakie stanowisko zajmie wobec tego jego przeciwnik.

Pod koniec tego dnia, gdy rozgoryczenie w nim przemogło, drwiąco odezwał się w miejscu publicznym, „że d’Hubert w czepku się rodził, bo niech się nie spodziewa, że następnym razem uda mu się wykręcić taką drobnostką jak trzy tygodnie leżenia”.

Ten chełpliwy frazes podszepnął mu jakiś najgłębszy makiawelizm. Południowe natury nieraz kryją w sercach wiele chytrości pod maską zewnętrznej żywiołowości w czynie i słowie.

Porucznik Feraud nie dowierzał sprawiedliwości i dlatego nie chciał sądu honorowego. Słowa powyższe, tak odpowiadające jego temperamentowi, były na tyle dobre, że szły na rękę jego zamiarom. Czy były wypowiedziane z tą myślą czy z inną, faktem jest, że w niespełna dwadzieścia godzin znalazły drogę do sypialni porucznika d’Hubert. Skutek tego był talki, że gdy porucznikowi d’Hubert, który siedział wsparty na poduszkach, następnego dnia poczyniono w tym względzie przedstawienia, ten oświadczył, iż sprawa jest takiej natury, że wszelka dyskusja jest wykluczona.

Blada twarz rannego oficera, słaby głos, którym posługiwać się mógł tylko bardzo ostrożnie, i uprzejma godność tonu wywarły na słuchaczach silne wrażenie. Gdy wieść o tym rozeszła się, przyczyniło się to więcej do zaciemnienia tajemnicy niż wszystkie grzmiące banialuki porucznika Feraud. Wynik zaś był bardzo pomyślny: począł cieszyć się ogólnym zdumieniem i bawić się nim, dolewając niejako oliwy do ognia przez przybranie postawy jak najbezwzględniejszej dyskrecji.

Pułkownik, komendant pułku porucznika d’Hubert, był to siwy, spalony wichrami wojownik, który miał prosty pogląd na wszystkie odmiany swej odpowiedzialności. „Nie mogę pozwolić — powiedział sobie — aby najlepsi moi podwładni rozbijali sobie głowy i to dla niczego. Muszę prywatnie dowiedzieć się, co się w tym kryje na dnie. On musi mi wszystko powiedzieć, choćby diabli weszli mi w paradę. Pułkownik to więcej niż ojciec dla swych chłopców.” I rzeczywiście, ludzi swoich kochał taką miłością, jaką czuć może ojciec wielkiej rodźmy dla każdego poszczególnego jej członka. Bo jeśli wskutek jakiegoś niedopatrzenia opatrzności ludzie przychodzą na świat jedynie jako cywile, to powtórnie rodzą się w pułku, jak dzieci rodzą się w rodzinie, i tylko te wojskowe narodziny są ważne.

Na widok porucznika d’Hubert, który stanął przed nim blady i z zapadniętymi oczyma, serce starego żołnierza odczuło jakby skurcz szczerego współczucia. Cała jego miłość dla pułku — tego zespołu ludzi, który trzymał w swym ręku, by go rzucać naprzód lub cofać, zbiorowiska, które było jego dumą i do którego należały jego myśli — jakby skupiła się przez chwilę na osobie tego najlepiej zapowiadającego się podwładnego. Chrząknął więc groźnie i straszliwie zmarszczył brwi.

— Rozumiesz — zaczął — że diabła obchodzi mnie życie poszczególnej jednostki w pułku. Wszystkich razem, osiemset czterdziestu trzech ludzi i tyleż koni, wysłałbym galopem do piekła i więcej by mnie to nie obeszło, niż gdybym zabił muchę!

— Tak, pułkowniku, a pan jechałbyś na ich czele — rzekł porucznik d’Hubert z bladym uśmiechem.

Pułkownik, który czuł, że musi być w tym wypadku bardzo dyplomatyczny, począł na to okropnie ryczeć:

— Musisz to sobie zapamiętać, poruczniku d’Hubert, że mogę stanąć na boku i patrzeć, jak wszyscy galopujecie do Hadesu, gdy tego zajdzie potrzeba. Gotów jestem zawsze to uczynić, gdy dobro służby i powinność wobec kraju żądają tego ode mnie. Ale to jest nie do pomyślenia i dlatego proszę mi o czymś podobnym nie wspominać.

Rzucał jednocześnie okropne spojrzenia, ale głos jego złagodniał.

— Masz jeszcze mleko pod nosem, mój kochanku. Ty nie wiesz, do czego zdolny jest taki człowiek jak ja. Schowałbym się za płot, gdyby… Bez uśmiechów, mój panie! Na co ty sobie pozwalasz? Gdyby nie była to prywatna rozmowa, to… Otóż! — Jestem odpowiedzialny za to, by życie moich podkomendnych było narażone tylko dla sławy ojczyzny i honoru pułku. Zrozumiano? A więc cóż, u diabła, ma to znaczyć, że pozwalasz nadziać się na rożen takiemu hultajowi z siódmego pułku huzarów? To po prostu hańba!

Porucznik d’Hubert był niesłychanie strapiony. Tylko ramiona drżały mu lekko. To była cała jego odpowiedź. Nie mógł zaprzeczyć, że był za to odpowiedzialny.

Pułkownik przymrużył oczy i zniżył głos jeszcze bardziej.

— To okropne! — mruknął. Potem znów zmienił ton. — No! — ciągnął dalej przekonywająco i z tą przymieszką autorytatywności, którą posiada głos każdego dobrego dowódcy — trzeba tę historię raz skończyć. Chcę, abyś mi powiedział bez ogródek, co się w tym kryje. Jako najbliższy twój przyjaciel pragnę wiedzieć o wszystkim.

Niewoląca moc autorytetu i przekonywający wpływ przychylności sprawiły silne wrażenie na człowieku, który dopiero co wstał po chorobie z łóżka. Ręka porucznika d’Hubert, w której trzymał rączkę laski, drżała lekko. Lecz jego północna natura, sentymentalna, ale ostrożna, a także przy całym idealizmie umiejąca jasno patrzeć, pozwoliła mu zdusić w sobie skłonność do wywnętrzania się w tej śmiertelnej, głupiej sprawie. Stosownie do wskazań wiedzy ogólnoludzkiej siedmiokrotnie obrócił językiem w ustach, nim zaczął mówić. A wówczas wyraził tylko słowa podzięki.

Pułkownik słuchał najpierw z zaciekawieniem, potem z wyrazem rozczarowania na twarzy. W końcu zmarszczył czoło.

— Opierasz się? Mille tonnerres![8] Czy nie powiedziałem ci, że skłonny jestem omówić tę sprawę jako przyjaciel?

— Tak, pułkowniku! — uprzejmie odparł porucznik d’Hubert. — Ale obawiam się, że wysłuchawszy mnie jako przyjaciel, działać będziesz jako mój przełożony.

Pułkownik słuchał uważnie i poruszał szczękami.

— No więc, co się w tym kryje? — zapytał wprost. — Czy to taka diablo brzydka sprawa?

— Nie — zaprzeczył porucznik d’Hubert głosem słabym, ale stanowczym.

— Oczywiście, że postąpię, jak mi dobro służby nakazuje. Nic mię od tego wstrzymać nie może. Jak myślisz, dlaczego wiedzieć chcę o wszystkim?

— Wiem, że nie jest to próżna ciekawość — zapewnił porucznik d’Hubert. — Wiem, że pan pułkownik postąpi rozsądnie. Ale co będzie z dobrą sławą pułku?

— Nie może ucierpieć wskutek młodzieńczego wybryku byle porucznika — rzekł pułkownik surowo.

— Tak jest. Nie może. Ale może ucierpieć od złych języków. Będą gadali, że porucznik czwartego pułku huzarów bojąc się spotkania z przeciwnikiem chowa się za plecy swego pułkownika. To byłaby gorsze niż chowanie się za płotem — w interesie służby. A na to nie mogę pozwolić, pułkowniku.

— Nikt nie waży się powiedzieć czegoś podobnego — zaczął pułkownik zapalczywie, ale skończył zdanie niepewnym głosem. Męstwo porucznika d’Hubert było powszechnie znane. Lecz pułkownik wiedział dobrze, że odwaga w pojedynku, odwaga w spotkaniu wręcz z jednym tylko przeciwnikiem uchodzi, słusznie czy niesłusznie, za odwagę szczególnego rodzaju. Jest to niesłychanie ważne, by oficer jego pułku rozporządzał odwagą każdego rodzaju i umiał jej dowieść. Pułkownik wysunął dolną wargę i patrzał w przestrzeń dziwnie nieruchomym wzrokiem. Był to wyraz zakłopotania, wyraz nieznany dotychczas jego pułkowi, gdyż zakłopotanie jest uczuciem, którego nie podobna połączyć ze stopniem pułkownika kawalerii. Pułkownikowi samemu dokuczała nieprzyjemna nowość tego uczucia. A że nie był przyzwyczajony do myślenia, chyba o sprawach służbowych, związanych z dobrym stanem ludzi i koni oraz właściwym ich użyciem na polu chwały, przeto jego wysiłek umysłowy wyraził się jedynie powtarzaniem ludowych zwrotów: „Mille tonnerres!… Sacre nom de nom…”[9]! D’Hubert zakasłał boleśnie i dodał cichym głosem:

— Znajdzie się całe mnóstwo złych języków, które będą twierdzić, że się chowam. A pewny jestem, panie pułkowniku, że nie myśli pan, bym puszczał to płazem. I nagle mogę mieć na karku cały tuzin pojedynków zamiast tej jednej sprawy.

Niezaprzeczona prostota tego argumentu trafiła pułkownikowi do przekonania. Ostro spojrzał na swego podwładnego.

— Siadaj pan, poruczniku — rzekł mrukliwie. — Chyba diabli nadali tę… Siadaj pan!

— Mon colonel![10] — zaczął znów porucznik d’Hubert — nie baję się złych języków. Znalazłby się sposób, by je zmusić do milczenia. Ale chodzi także o mój spokój wewnętrzny. Nie mógłbym się pozbyć tego uczucia, że złamałem życie jednego z kolegów oficerów. Cokolwiek byś, pułkowniku, postanowił, sprawa zataczałaby szersze kręgi. A to byłoby bezwarunkowo fatalne dla Feraud.

— He! Co? Tak się źle zachował?

— Tak. Zupełnie źle — szepnął porucznik d’Hubert. A ponieważ był jeszcze bardzo osłabiony, odczuł skłonność do płaczu.

Ponieważ tamten nie należał do jego pułku, przeto pułkownik uwierzył w to bez trudu. Począł teraz chodzić po pokoju. Był on dobrym szefem i człowiekiem zdalnym do dyskretnej sympatii. Ale był ludziki i w innym znaczeniu, co się zaraz okazało, gdyż nie był zdolny do żadnych forteli.

— Diabli nadali, poruczniku — wyrwał się z niewinności swego serca — że zachciało mi się dochodzić I dna całej sprawy. A gdy pułkownik coś powie… rozumiesz…

Porucznik d’Hubert przerwał mu poważnie:

— Pozwalam sobie prosić pana pułkownika, by zechciał zadowolić się moim słowem honoru, że znalazłem się w takiej przeklętej sytuacji, z której nie było wyjścia. Nie miałem do wyboru nic innego, co byłoby zgodne z moim honorem jako człowieka i oficera… Ściśle biorąc, pułkowniku, ten fakt jest sednem całej sprawy. Teraz pan wie. Reszta, to tylko szczegóły…

Pułkownik przystanął. Opinia o poruczniku d’Hubert, jako o człowieku rozumnym i spokojnym, zaważyła na szali. Spokojna głowa, gorące serce, szczera dusza. Zawsze poprawny w stosunkach z ludźmi. Trzeba mu wierzyć. Pułkownik po męsku zdusił w sobie niezmierne zaciekawienie.

— Hm! Zapewniasz, że jako człowiek i jako oficer… bez wyjścia? Co?

— Jako oficer — do tego oficer czwartego pułku huzarów — potwierdził porucznik d’Hubert. — Nie miałem wyjścia. I to stanowi sedno sprawy, pułkowniku.

— Dobrze. Ale wciąż jeszcze nie rozumiem, dlaczego pułkownikowi… Pułkownik to ojciec — que diable!

Porucznikowi d’Hubert nie sądzone było jeszcze zakończyć tej rozmowy. Z upokorzeniem i rozpaczą zaczął dostrzegać w sobie oznaki fizycznej słabości. Lecz zawładnął nim niezdrowy upór chorego, gdy równocześnie czuł ku swemu przerażeniu, że oczy jego napełniają się łzami. Zbyt trudno było opowiedzieć tę historię. I łza spłynęła po wychudłym, bladym policzku porucznika d’Hubert.

Pułkownik odwrócił się raptownie. Słychać by była, gdyby szpilka upadła.

— To jakaś głupia awantura o kobietę, co?

Mówiąc te słowa pułkownik zrobił manewr, by schwycić prawdę, która nie jest cudną rusałką mieszkającą w źródle, ale płochliwym ptakiem, którego złapać można jedynie podstępem. To było ostatnie pociągnięcie pułkownikowskiej dyplomacji. Widział, jak niewątpliwa prawda wyjrzała z gestu porucznika d’Hubert, który wzniósł swe słabe ręce i oczy ku niebu na znak ostatecznego sprzeciwu.

— Nie kobieca awantura, co? — mruknął pułkownik patrząc nań ostro. — Nie pytam, kto i co? Chciałbym tylko wiedzieć, czy była w tym kobieta?

Ramiona porucznika d’Hubert opadły, a jego słaby głos załamał się ze wzruszenia.

— Nic podobnego, mon colonel.

— Ręczysz honorem? — napierał stary wojak.

— Ręczę honorem.

— Dobrze — rzekł pułkownik i w zamyśleniu przygryzł wargi. Dowody porucznika d’Hubert, w połączeniu z życzliwością dla tego człowieka, przekonały go. Z drugiej zaś strony było mu bardzo niemiło, że interwencja jego, z której nie robił tajemnicy, nie przyniosła żadnego istotnego wyniku. Przytrzymał porucznika d’Hubert jeszcze parę minut, po czym łaskawie pozwolił mu odejść.

— Połóż się jeszcze na kilka dni do łóżka, poruczniku. Co, u diabła, myśli sobie ten chirurg, że cię melduje do służby?

Wyszedłszy od pułkownika porucznik d’Hubert nic nie powiedział swoim przyjaciołom, którzy czekali na niego na dworze, by go odwieźć do domu. Nic nie powiedział nikomu. Porucznik d’Hubert nie zwierzał się z niczego, lecz wieczorem tego dnia pułkownik, przechadzając się w towarzystwie swego zastępcy pod wiązami niedaleko swej kwatery, począł mówić:

— Doszedłem wreszcie do sedna sprawy. Podpułkownik, suchy, o ciemnej cerze, niski pan okrótkich bokobrodach, nadstawił ucha nie zdradzając się z zaciekawieniem.

— To nie żarty — ciągnął pułkownik tajemniczo. Tamten milczał przez dłuższy czas, zanim szepnął:

— Naprawdę?

— O, nie żarty — powtórzył pułkownik patrząc przed siebie. — W każdym razie zakazałem d’Hubertowi w przeciągu najbliższych dwunastu miesięcy przyjmować wyzwanie lub wysyłać je Feraud.

Zakaz ten wymyślił, by ratować posłuch, jaki powinien mieć pułkownik. Wynikiem tego było, że tajemnica otaczająca tę śmiertelną zwadę otrzymała niejako pieczęć urzędową. Porucznik d’Hubert odpowiadał obojętnym milczeniem na wszystkie próby wydobycia zeń tajemnicy. Porucznik Feraud czuł się w duchu nieswojo, ale z biegiem czasu odzyskał pewność siebie. Nieświadomość tego, co ma znaczyć nakazane zawieszenie broni, przysłaniał lekko drwiącym uśmiechem, jakby bawiło go coś, co pragnął zachować dla siebie. „Ale co ty zrobisz?” — pytali go koledzy. On zadowalał się odpowiedzią: „Qui vivra — verra,”[11] rzucaną nieco wyzywająco. I wszyscy podziwiali jego dyskrecję.

Przed końcem tego zawieszenia broni porucznik d’Hubert otrzymał komendę szwadronu. To posunięcie w stopniu było rzetelnie zasłużone, ale jakoś nikt się tego nie spodziewał. Gdy porucznik Feraud dowiedział się o tym na pewnym zebraniu oficerskim, syknął przez zęby: „czy tak?”, i niezwłocznie zdjął szablę z haka obok drzwi, przypasał ją uważnie, po czym opuścił zebranie nie odezwawszy się ani słowem. Poszedł równym krokiem do domu, skrzesał ognia i zapalił łojową świecę. Potem chwycił z kominka jakiś nieszczęsny puchar szklany i wyrżnął nim mocno o podłogę.

Teraz, gdy d’Hubert został oficerem wyższego stopnia, nie mogło być mowy o pojedynku. Żaden z nich nie mógł wysłać ani przyjąć wyzwania, jeśli nie chciał odpowiadać za to przed sądem wojskowym. Nie było więc o czym myśleć. Porucznik Feraud, który od dłuższego czasu nie czuł już potrzeby spotkania z porucznikiem d’Hubert z bronią w ręku, teraz począł się zżymać na systematyczną niesprawiedliwość losu. „Czy on sądzi, że mi w ten sposób ujdzie? — myślał wzburzony. W awansie dopatrywał się intrygi, spisku i tchórzliwego manewru. — Pułkownik wiedział, co robi. Spieszno mu było przedstawić swego faworyta do awansu. To oburzające, że taki pan zdolny jest działać podobnie ciemnymi i pokątnymi środkami, by uniknąć następstw swego postępowania.”

Będąc z natury beztroskiego usposobienia i posiadając temperament raczej zawadiacki niż żołnierski, porucznik Feraud zadowalał się dotychczas tym, że mógł rozdzielać i dostawać cięcia dla samej radości walki, bez dalszej myśli o awansie; lecz teraz w piersi jego obudziło się palące pragnienie, by posunąć się w stopniu. Ten szermierz z powołania postanowił wykorzystać każdą sposobność, by pokazać się i zjednać sobie przychylną opinię swych przełożonych, zupełnie jak zwykły karierowicz. Wiedział, że jest odważny, jak mało kto, i nie wątpił w swój urok osobisty. Mimo to ani urok, ani męstwo nie działały zbyt pośpiesznie. W gwałtownym ibeztroskim usposobieniu porucznika Feraud, tego beau sabreur,[12] nastąpiła zmiana. Począł teraz czynić gorzkie aluzje do „spryciarzy, którzy awansują za nic”. „Armia pełna jest takich — mawiał — tylko obejrzeć i się dokoła.” Lecz zawsze miał na myśli tylko jednego, swego przeciwnika, d’Hubert. Raz zwierzył się zaufanemu przyjacielowi:

— Widzisz, ja nie umiem się łasić, komu potrzeba. To nie leży w mym charakterze.

Odpowiednie kroki porobił dopiero w tydzień po Austerlitz. Lekka jazda wielkiej armii miała przez jakiś czas ręce pełne zajmującej roboty. Lecz skoro tylko ciężar zajęć zawodowych zelżał nieco, porucznik Feraud poczynił przygotowania do bezzwłocznego spotkania. „Znam ja tego ptaszka — powiadał złośliwie. — Gdybym tylko nie pilnował sprawy, gotów byłby przeskoczyć w awansie z tuzin lepszych od siebie. O, on jest sprytny w takich sprawach.”

Pojedynek odbył się na Śląsku. Jeśli nie doprowadzono go do końca, to w każdym razie do ostateczności. Jako broń wybrano szable kawaleryjskie, a okazane przez obydwu przeciwników zalety: zręczność, umiejętność, energia i stanowczość, zjednały im podziw widzów. Spotkanie stało się przedmiotem rozmów, zarówno po obydwu brzegach Dunaju, jak i w odległych garnizonach Gracu i Lubiany. Siedmiokrotnie skrzyżowali szable. Obydwaj otrzymali po kilka ran, które obficie broczyły krwią. Po każdym starciu obydwaj odrzucali propozycje zaprzestania walki, czym wywoływali wrażenie śmiertelnej nienawiści. Sprawcą tego wrażenia był po części kapitan d’Hubert, który słusznie pragnął skończyć tę awanturę już raz na zawsze; kapitan Feraud czynił to pod wpływem niesłychanego rozigrania siwych zawadiackich instynktów oraz podrażnionej ambicji. W końcu, gdy rozczochrani, w koszulach podartych na strzępy, pokryci krwią nie mogli już prawie ustać na nogach, zdumieni i grozą przejęci sekundanci odprowadzili ich nieomal siłą. Gdy świadków później nagabywali koledzy, ciekawi szczegółów, ci oświadczyli, że nie mogli pozwolić, by taka jatka ciągnęła się w nieskończoność. Zapytani, czy tym razem zakończono sprawę, wyrazili przekonanie, że chodzi tu o spór, który zakończony będzie wówczas dopiero, gdy jeden z obydwu zostanie na placu bez życia. Ta sensacyjna wiadomość szła z korpusu do korpusu i dotarła wreszcie do najmniejszych nawet oddziałów, stacjonowanych pomiędzy Renem a Sawą. W kawiarniach Wiednia twierdzono ogólnie, opierając się na szczegółach z pierwszej ręki, że przeciwnicy będą mogli spotkać się znowu najdalej za trzy tygodnie. Oczekiwano czegoś po prostu niebywałego w dziejach pojedynku.

Oczekiwania te zawiodły, ponieważ ze względów służbowych rozdzielono obydwu oficerów. O sporze ich oficjalnie nic nie wiedziano. Teraz stał się on własnością całej armii i dlatego trudno było się w to mieszać. Ale sprawa ich pojedynku, a raczej ich zapałów pojedynkowych, musiała jednak w jakiś sposób stanąć im na przeszkodzie w awansie, gdyż byli jeszcze kapitanami, gdy spotkali się podczas wojny z Prusami. Odkomenderowani po Jenie na północ, wraz z armią dowodzoną przez marszałka Bernadotte’a, księcia na Ponto Corvo, razem weszli do Lubeki.

Dopiero po zajęciu tego miasta kapitan Feraud znalazł dość wolnego czasu, by namyślić się, jakie ma w przyszłości zająć stanowisko wobec faktu, że kapitan d’Hubert został trzecim adiutantem marszałka. Rozmyślanie to zajęło mu większą część nocy, a rano poprosił do siebie dwu zaufanych przyjaciół.

Rozważyłem to spokojnie — rzekł patrząc na nich nabiegłymi krwią, zmęczonymi oczyma — i widzę, że muszę uwolnić się od tego intryganta. Teraz wkręcił się do sztabu marszałka. To jest po prostu wyzwanie rzucone mi w twarz. Nie mogę znosić ‘położenia, w którym narażony jestem na to, że pewnego dnia mogę z jego rąk otrzymać rozkaz. I Bóg wie jeszcze, jaki rozkaz! Coś podobnego raz się już zdarzyło — ale już wtenczas było tego za dużo. Nie ma strachu, on zrozumie to doskonale. Więcej nie mogę wam powiedzieć. Teraz wiecie, co maicie robić.

Spotkanie to doszło do skutku poza krańcami miasta Lubeki, w otwartym polu, na miejscu wybranym ze szczególną troskliwością, z uwagi na powszechne przekonanie dywizji kawalerii należącej do korpusu, że tym razem obydwaj oficerowie powinni zmierzyć się konno. Pojedynek odbywał się przecież pomiędzy kawalerzystami, a trwanie przy walce pieszej mogło wyglądać na lekceważenie swej własnej broni. Sekundanci, zdumieni niezwykłością propozycji, zwrócili się z tym natychmiast ‘do swych mocodawców. Kapitan Feraud zgodził się na to z całą gotowością. Dla jakiegoś tajemniczego powodu, będącego niewątpliwie w związku z jego psychiką, wyobrażał sobie, że na koniu jest niezwyciężony. Gdy znalazł się sam w czterech ścianach swego pokoju, zacierał ręce i pomrukiwał triumfalnie: „Aha, mój kochany sztabowcze, teraz cię mam!”

Natomiast kapitan d’Hubert przez jakiś czas wpatrywał się nieruchomo w swych przyjaciół, po czym lekko wzruszył ramionami. Sprawa ta beznadziejnie i nierozumnie gmatwała mu życie. Jedna niedorzeczność mniej lub więcej to nie miało znaczenia — wszystkie niedorzeczności razem były mu nienawistne. Ale, uprzejmy jak zawsze, uśmiechnął się ironicznie i rzekł spokojnym głosem:

— To usunie zapewne dotychczasową jednostajność.

Gdy został sam, siadł przy stole i oparł głowę na rękach. Nie oszczędzał siebie ostatnimi czasy, a marszałek mocno orał wszystkimi swymi adiutantami. Ostatnie trzy tygodnie kampania, odbyte w czasie okropnej pogody, odbiły się na jego zdrowiu. Gdy był przemęczony, odczuwał kłucie w zranionym boku i to nieprzyjemne uczucie zawsze go przygnębiało.

,,To także robota tego bydlaka” — myślał z goryczą.

Dzień przedtem otrzymał z domu list, w którym donoszono mu, że jedyna jego siostra wychodzi za mąż. Pomyślał sobie, że od czasu przybycia do garnizonu w Strasburgu, gdy ona miała lat dziewiętnaście, a on dwadzieścia sześć, tylko diwa razy widział się z nią przelotnie. Byli dobrymi i zaufanymi przyjaciółmi, a teraz wydawano ją za człowieka, którego nie znał — niewątpliwie porządnego, lecz niegodnego jej ani w połowie. Nigdy już nie ujrzy swej poczciwej Leonii. Miała rozumną główkę i dużo taktu; będzie wiedziała, jak postępować ze swym towarzyszem — to pewna. Był spokojny o jej szczęście, ale uważał, że został wyparty z pierwszego miejsca w jej myślach, które zajmował zawsze, odkąd zaczęła mówić. I tęskne wspomnienie dni dzieciństwa ogarnęło kapitana d’Hubert, trzeciego adiutanta księcia na Pointę Corvo.

Odsunął na bok list z gratulacjami, który począł pisać z obowiązku, lecz bez zapału. Wziął czysty kawałek papieru i napisał na nim: „To jest moja ostatnia wola i mój testament.” Gdy spojrzał na te słowa, poczęły nasuwać mu się nieprzyjemne myśli; przeczucie, że nie będzie już oglądać miejsc, gdzie spędził dzieciństwo, podziałało przygnębiająco na jego duchową równowagę. Zerwał się, odtrącił krzesło, ziewnął przeciągle na znak, że nic sobie z przeczuć nie robi, po czym rzucił się na łóżko i zasnął. W nocy wzdrygał się kilkakrotnie, lecz nie obudził się. Rano wyjechał z miasta z obydwoma sekundantami, rozmawiając o rzeczach potocznych i patrząc z pozorną obojętnością w prawo i lewo na ciężkie mgły poranne, zalegające całunem zielone pola, podzielone żywopłotami. Przeskoczył rów i ujrzał wielu jeźdźców, poruszających się we mgle.

— Zdaje się, że będziemy się bili przed galerią — mruknął gniewnie do siebie.

Sekundanci jego byli zaniepokojeni stanem pogody, lecz nagle blade chore promienie słoneczne przedarły się przez niskie tumany, a kapitan d’Hubert zauważył w oddali trzech jeźdźców, którzy oddzielili się od reszty. Był to kapitan Feraud i jego sekundanci. D’Hubert wyciągnął szablę i upewnił się, czy jest dobrze przymocowana u przegubu. Teraz sekundanci, którzy dotychczas stali w zwartej grupie, głowami koni do środka, rozjechali się lekkim galopem, pozostawiając wielką i otwartą płaszczyznę pomiędzy nim a jego przeciwnikiem. Kapitan d’Hubert spojrzał na blade słońce, na posępne pola, i niedorzeczność zbliżającej się walki napełniła go beznadziejnością. Z dalszej części pola stentorowy głos wydawał komendy w krótkich odstępach „Au pas — Au trot — Charger!…”[13]

„Przeczucia śmierci nie na próżno nachodzą ludzi” — pomyślał w chwili, gdy dał koniowi ostrogę.

Dlatego też był więcej niż zdziwiony, gdy zaraz w pierwszym starciu kapitan Feraud odsłonił się i otrzymał cięcie w czoło, wskutek czego krew zalała mu oczy, a walka skończyła się, zanim jeszcze rozpoczęła się na dobre. Nie podobna było bić się dalej. Kapitan d’Hubert opuścił więc swego wroga, który klął okropnie i chwiał się na siodle pomiędzy swymi przerażonymi świadkami —po czym znów przeskoczył rów, wyjechał na drogę i pokłusował do domu razem ze swymi sekundantami, którzy byli raczej przestraszeni szybkim wynikiem spotkania. Wieczorem kapitan d’Hubert skończył list do swej siostry z okazji jej zamążpójścia.

Skończył go późno. Był to długi list. Kapitan d’Hubert puścił cugle fantazji. Pisał więc do swej siostry, że dopiero po tej wielkiej zmianie w jej życiu będzie się czuł samotny. Ale i dla niego przyjdzie dzień, w którym pojmie żonę.

I rzeczywiście myślał już o czasach, kiedy się nie będzie walczyć w Europie, a okres wojen będzie skończony. „Spodziewam się — pisał — że będę wówczas blisko sztabu jednego z marszałków, a ty będziesz doświadczoną mężatką. Wówczas poszukasz dla mnie żony. Będę wtedy zapewne już łysawy i trochę blase[14]. Potrzeba mi będzie młodej dziewczyny, oczywiście pięknej i z dużym majątkiem, abym moją sławną karierę mógł zakończyć otoczony przepychem, należnym mej wysokiej randze.” Kończył wiadomością, że dał właśnie nauczkę pewnemu (nieznośnemu i kłótliwemu koledze, który wyobraża sobie, że został przez niego pokrzywdzony. „Lecz jeśli ty, w swej głębokiej prowincji — ciągnął dalej — usłyszysz, że brat twój ma zawadiackie zapędy, nie wierz temu żadną miarą. Nie można wiedzieć, jaka plotka chodząca po armii dojdzie twych niewinnych uszu. Cokolwiek jednak usłyszysz, możesz być pewna, że twój zawsze cię kochający brat nie jest pojedynkowiczem.” Potem kapitan d’Hubert zmiął biały arkusz papieru, u góry którego widniały słowa: „To jest moja ostatnia wola i mój testament”, i rzucił go w ogień, głośno śmiejąc się z samego siebie. Nie troszczył się ani trochę o to, co ten głupiec mógł jeszcze zrobić. Nagle przyszedł do przekonania, że jego przeciwnik stał się najzupełniej bezsilnym i nie jest w stanie w żaden sposób zagrażać jego życiu, chyba że nabawi go znów jakiegoś niezwykłego wzruszenia w czasie tych miłych i wesołych przerw między wojnami.

Ale odtąd kapitan d’Hubert nie miał nigdy już zaznać tych miłych przerw pokojowych. Widział pola Iławy Friedlandu, robił marsze i kontrmarsze w śniegach, błotach, w kurzu równin polskich i w całej północno–wschodniej Europie zbierał odznaczenia i awanse. Tymczasem kapitan Feraud, wysłany ze swym pułkiem na południe, brał udział w nie dającej zadowolenia wojnie hiszpańskiej. Dopiero gdy zaczęły się przygotowania do wojny rosyjskiej, został zmów odkomenderowany na północ. Bez żalu opuścił kraj „mantyl i pomarańczy”.

Pierwsze oznaki bynajmniej nie niekorzystnej łysiny dodały wyniosłości czołu pułkownika d’Hubert. Ale nie było ono już gładkie i białe, jak w czasach młodości; dziecinne, jasne spojrzenie jego błękitnych oczu stało się nieco twarde, jakby wskutek nazbyt częstego patrzenia poprzez dymy bitew. Hebanowa czupryna pułkownika Feraud, bujna i kręcona niby czapka z włosia, miała przy skroniach wiele już siwych nitek. Obrzydliwa wojna zasadzek i nie przynoszących sławy podjazdów nie podniosła go na duchu. Orlą wypukłość jego nosa uwydatniły w nieprzyjemny sposób dwie fałdy po obydwu stronach ust. Dokoła oczu ukazały się dośrodkowe zmarszczki. Bardziej niż kiedykolwiek przypominał teraz nastroszonego i nieruchomo patrzącego ptaka — coś pośredniego między sową i papugą. Wciąż jeszcze żywił bezwzględną niechęć do tego „intryganta”. Korzystał z każdej sposobności, by akcentować, że rangi swej nie dorobił się w przedpokojach marszałków. Ci nieszczęśliwcy, cywilni czy wojskowi, którzy chcąc okazać swą uprzejmość prosili pułkownika Feraud o wyjaśnienie, jak doszedł do tej rzucającej się w oczy blizny na czole, otrzymywali ku swemu zdumieniu rozmaicie zabarwioną, ale opryskliwą odpowiedź, jedni po prostu grubiańską, drudzy tajemniczo drwiącą. Bardziej doświadczeni oficerowie z przychylności ostrzegali swych młodszych kolegów, by nie patrzyli zbyt ostentacyjnie na bliznę pułkownika. Ale naprawdę musiałby to być zupełnie świeżo upieczony oficerek, który by nie był słyszał legendarnych dziejów tego pojedynku, mającego za przyczynę jakąś tajemniczą i niewybaczalną obrazę.

http://youtube.com/watch?v=LOcxnQRUhMM

 

III

 

Odwrót spod Moskwy zatopił wszystkie osobiste niechęci w morzu nieszczęścia i nędzy. Pułkownicy bez pułków, d’Hubert i Feraud, nieśli muszkiety w szeregach tak zwanych świętych batalionów — batalionów składających się z oficerów wszystkich broni, (którzy nie mieli już podwładnych sobie oddziałów.

W batalionie tym rzeczywiści pułkownicy pełnili służbę sierżantów, generałowie byli komendantami kompanii, a marszałek Francji, książę cesarstwa, dowodził całością. Wszyscy zaopatrzeni byli w muszkiety, znalezione na drodze, i w patrony, zabrane trupom. W czasie zupełnego rozluźnienia więzów karności i obowiązku, które trzymały w karbach kompanie, bataliony, pułki, brygady i dywizje zbrojnych zastępów, oddziały te uważały za punkt honoru zachować przynajmniej pozory formacji i porządku. Jedynymi maruderami byli tu ci, którzy padali, by swe wyczerpane dusze oddać mrozom. Reszta wlokła się dalej, a przemarsz ich nie zakłócał śmiertelnego milczenia równin, świecących sinym światłem śniegu pod popiołowymi chmurami. Wiry powietrzne tańczyły po polach, załamywały się na czarnych kolumnach, okrywały je grozą lotnych igiełek lodowych i ginęły odsłaniając oddziały, pełzające swą tragiczną drogą bez rozmachu i rytmu żołnierskiego kroku. Zdobywało się przejście naprzód; nikt nie zamieniał z nikim spojrzeń ni słów; długie szeregi maszerowały dotykając się łokciami, dzień po dniu, nie podnosząc oczu, jakby zatopione w rozpaczliwych rozmyślaniach. W milczących, głuchych, czarnych lasach sosnowych trzask przeciążonych gałęzi był jedynym dźwiękiem, jaki ich dochodził. Nieraz zdarzało się, że od świtu do nocy nikt nie odezwał się w całej kolumnie. Wyglądali jak upiorny pochód wycieńczonych ciał zmierzający do dalekiego grobu. Jedynie alarm i pojawienie się Kozaków mogło przywrócić ich oczom pozory wojowniczej stanowczości. Batalion stawał i rozwijał się albo formował czworobok wśród padających bez końca płatków śnieżnych. Chmara jeźdźców w futrzanych czapkach na głowach, wywijając długimi lancami i krzycząc: „Hura! Hura!”, krążyła dokoła ich groźnego znieruchomiałego szyku, z którego sto ciemnoczerwonych płomieni wypadało z przytłumionym trzaskiem w powietrze, gęste od padającego śniegu. W chwilę potem jeźdźcy znikali, jakby uniósł ich wyjący wicher, a święty batalion stał cicho wśród śnieżycy i słuchał zawodzenia wiatru, którego podmuchy dochodziły do samego serca każdego z nich. Potem krzyknąwszy raz lub dwa: Vive l’Empereur![15], maszerowano dalej zostawiając za sobą parę nieżywych skręconych ciał, małe czarne plamy na niezmierzonej bieli śniegu.

Chociaż maszerowali razem lub walczyli w lasach ramię przy ramieniu, mimo to obydwaj oficerowie nie dostrzegali się wzajemnie, i to nie tyle z powodu nieprzyjaźni, ile z powodu rzeczywistej obojętności dla siebie. Cała ich energia duchowa zużywała się na walkę z straszliwie wrogą naturą i z miażdżącą świadomością beznadziejnej klęski. Przy końcu należeli do najczynniejszych, najmniej zdemoralizowanych w batalionie; ich silna żywotność sprawiała, że w oczach kolegów obydwaj uchodzili wprost za bohaterską parę. Ale nigdy nie zamienili więcej nad jedno lub dwa obojętne słowa, z wyjątkiem tego dnia, gdy odpierając na przodzie batalionu ciężki atak kawalerii zostali obydwaj odcięci w lesie przez mały oddział Kozaków. Garść owłosionych jeźdźców w futrzanych czapkach jeździła przed nimi potrząsając lancami w złowróżbnym milczeniu; ale obydwaj oficerowie nie myśleli o złożeniu broni, a pułkownik Feraud odezwał się nagle grubym, chrapliwym głosem przykładając równocześnie broń do ramienia:

— Weź na cel to najbliższe bydlę, pułkowniku d’Hubert; ja załatwię się z drugim. Jestem lepszym strzelcem niż pan.

Pułkownik d’Hubert skinął głową nad swym pochylonym muszkietem. Plecami byli wsparci o pień wielkiego drzewa; olbrzymie zaspy śnieżne, ciągnące się przed nimi, zabezpieczały ich przed napadem od przodu. Dwa pieczołowicie wymierzone strzały buchnęły w mroźne powietrze, dwaj Kozacy zsunęli się ze swych siodeł. Reszta nie uważała, by gra warta była świeczki, otoczyła swych rannych towarzyszy i pogalopowała poza odległość strzału. Obydwom oficerom udało się szczęśliwie połączyć ze swym batalionem jeszcze przed nastaniem nocy. W ciągu popołudnia niejednokrotnie wspierali się na sobie, a pod koniec pułkownik d’Hubert, któremu długość nóg dawała przewagę w marszu po miękkim śniegu, nie bacząc na nic, wziął muszkiet pułkownika Feraud i niósł go na ramieniu podpierając się swoim jak laską.

Na krańcu jakiejś wsi, do połowy ukrytej w śniegu, stara drewniana stodoła paliła się jasnym i ogromnym płomieniem. Święty batalion szkieletów obwiązanych łachmanami cisnął się łakomie po stronie zasłoniętej od wiatru i wyciągał do żaru setki rąk, zgrabiałych i zmarzniętych na kość. Nikt nie zauważył ich przybycia. Zanim weszli w krąg światła, pełgającego po twarzach zapadłych, wygłodzonych i o szklanych oczach, pułkownik d’Hubert odezwał się z kolei:

— Masz pan swój muszkiet, pułkowniku Feraud, jestem lepszym piechurem niż pan.

Pułkownik Feraud skinął głową i począł przeciskać się do żaru buchających płomieni. Pułkownik d’Hubert był względniejszy, niemniej jednak udało mu się dostać miejsce w pierwszym rzędzie. Ci, którzy zrobili im miejsce, próbowali słabymi okrzykami powitać powrót dwu towarzyszy nieporównanych w swej wytrwałości i dzielności. Męskim tym cnotom nigdy chyba nie złożono hołdu głębszego nad ten ledwie dosłyszalny okrzyk powitania.

To jest wierny opis rozmów, jakie w czasie odwrotu spod Moskwy prowadził pułkownik Feraud z pułkownikiem d’Hubert. Milczenie pułkownika Feraud było wynikiem jego skupionej wściekłości. Niski, rozczochrany, z twarzą czarną od pokładów sadzy i zarośniętą, rozwichrzoną brodą, z odmrożoną ręką, owiniętą w brudne gałgany i niesioną na temblaku, szedł i oskarżał los o bezprzykładną przewrotność wobec wzniosłego Męża Przeznaczenia. Pułkownik d’Hubert, z długimi wąsami, wiszącymi na kształt sopli lodowych po obu stronach popękanych, sinych ust, z powiekami zapalonymi od blasku śnieżnego, gdy główną część jego ubrania stanowił kożuch barani, z trudem ściągnięty z zamarzłego ciała jakiegoś ciury, znalezionego w opuszczonym wozie, miał dla wydarzeń tych bardziej myślące spojrzenie. Jego regularna, piękna twarz składała się teraz z wy— stających kości, z zagłębień bez ciała; wyzierała spod czepca kobiecego z czarnego aksamitu, na którym z trudem udało mu się umocować wielki kapelusz, znaleziony pod kołami pustego furgonu wojskowego, gdzie musiał kiedyś leżeć bagaż jednego z generałów. Kożuch barani był za krótki na mężczyznę jego wzrostu i kończył się dość wysoko, a sina od zimna skóra na nogach przeglądała przez łachmany dolnej części garderoby. W tych warunkach nie wywoływało to niczyich drwin ani współczucia. Nikt nie troszczył się o to, co jego sąsiad czuł lub jak wyglądał. Pułkownik d’Hubert, zahartowany na zimno, cierpiał głównie wskutek smętnej nieprzystojności swego kostiumu, drażniącej jego miłość własną. Ktoś, kto nie umie myśleć, byłby przekonany, że wobec całych armii trupów, rozsypanych po drodze odwrotu, nie mogło być poważnych trudności w uzupełnieniu braków. Ale nie jest to tak łatwo ściągnąć z zamarzłego trupa parę spodni, jakby się to wydawało czystemu teoretykowi. Wymaga to czasu i pracy. Trzeba zostać w tyle, gdy towarzysze maszerują dalej. Pułkownik d’Hubert miał skrupuły, gdy chodziło o odłączenie się od kolumny. Gdyby wyszedł z szeregu, nie mógłby być pewny, że kiedykolwiek odnajdzie swój batalion; także grozą przejmująca poufałość zmagania się ze zmarzniętym trupem, przeciwstawiającym jego przemocy nieugiętą sztywność żelaza, była przeciwna delikatności jego uczuć Na szczęście jednak, gdy pewnego razu grzebał w śniegu między chatami jakiejś wsi w nadziei, iż znajdzie zmarzłego ziemniaka albo może jadalne odpadki, które by mógł zgryźć swymi długimi i popękanymi zębami, znalazł kilka koców, jakich chłopi rosyjscy używają do wyściełania wozów. Oczyszczone z przymarzłego śniegu, owinięte dokoła jego eleganckiej postaci i przymocowane silnie u pasa, dały wspaniale leżącą dolną część garderoby, coś stara drewniana stodoła paliła się jasnym i ogromnym płomieniem. Święty batalion szkieletów Obwiązanych łachmanami cisnął się łakomie po stronie zasłoniętej od wiatru i wyciągał do żaru setki rąk, zgrabiałych i zmarzniętych na kość. Nikt nie zauważył ich przybycia. Zanim weszli w krąg światła, pełgającego po twarzach zapadłych, wygłodzonych i o szklanych oczach, pułkownik d’Hubert odezwał się z kolei:

— Masz pan swój muszkiet, pułkowniku Feraud, jestem lepszym piechurem niż pan.

Pułkownik Feraud skinął głową i począł przeciskać się do żaru buchających płomieni. Pułkownik d’Hubert był względniejszy, niemniej jednak udało mu się dostać miejsce w pierwszym rzędzie. Ci, którzy zrobili im miejsce, próbowali słabymi okrzykami powitać powrót dwu towarzyszy nieporównanych w swej wytrwałości i dzielności. Męskim tym cnotom nigdy chyba nie złożono hołdu głębszego nad ten ledwie dosłyszalny okrzyk powitania.

To jest wierny opis rozmów, jakie w czasie odwrotu spod Moskwy prowadził pułkownik Feraud z pułkownikiem d’Hubert. Milczenie pułkownika Feraud było wynikiem jego skupionej wściekłości. Niski, rozczochrany, z twarzą czarną od pokładów sadzy i zarośniętą, rozwichrzoną brodą, z odmrożoną ręką, owiniętą w brudne gałgany i niesioną na temblaku, szedł i oskarżał los o bezprzykładną przewrotność wobec wzniosłego Męża Przeznaczenia. Pułkownik d’Hubert, z długimi wąsami, wiszącymi na kształt sopli lodowych po obu stronach popękanych, sinych ust, z powiekami zapalonymi od blasku śnieżnego, gdy główną część jego ubrania stanowił kożuch barani, z trudem ściągnięty z zamarzłego ciała jakiegoś ciury, znalezionego w opuszczonym wozie, miał dla wydarzeń tych bardziej myślące spojrzenie. Jego regularna, piękna twarz składała się teraz z wy— stających kości, z zagłębień bez ciała; wyzierała spod czepca kobiecego z czarnego aksamitu, na którym z trudem udało mu się umocować wielki kapelusz, znaleziony pod kołami pustego furgonu wojskowego, gdzie musiał kiedyś leżeć bagaż jednego z generałów. Kożuch barani był za krótki na mężczyznę jego wzrostu i kończył się dość wysoko, a sina od zimna skóra na nogach przeglądała przez łachmany dolnej części garderoby. W tych warunkach nie wywoływało to niczyich drwin ani współczucia. Nikt nie troszczył się o to, co jego sąsiad czuł lub jak wyglądał. Pułkownik d’Hubert, zahartowany na zimno, cierpiał głównie wskutek smętnej nieprzystojności swego kostiumu, drażniącej jego miłość własną. Ktoś, kto nie umie myśleć, byłby przekonany, że wobec całych armii trupów, rozsypanych po drodze odwrotu, nie mogło być poważnych trudności w uzupełnieniu braków. Ale nie jest to tak łatwo ściągnąć z zamarzłego trupa parę spodni, jakby się to wydawało czystemu teoretykowi. Wymaga to czasu i pracy. Trzeba zostać w tyle, gdy towarzysze maszerują dalej. Pułkownik d’Hubert miał skrupuły, gdy chodziło o odłączenie się od kolumny. Gdyby wyszedł z szeregu, nie mógłby być pewny, że kiedykolwiek odnajdzie swój batalion; także grozą przejmująca poufałość zmagania się ze zmarzniętym trupem, przeciwstawiającym jego przemocy nieugiętą sztywność żelaza, była przeciwna delikatności jego uczuć Na szczęście jednak, gdy pewnego razu grzebał w śniegu między chatami jakiejś wsi w nadziei, iż znajdzie zmarzłego ziemniaka albo może jadalne odpadki, które by mógł zgryźć swymi długimi i popękanymi zębami, znalazł kilka koców, jakich chłopi rosyjscy używają do wyściełania wozów. Oczyszczone z przymarzłego śniegu, owinięte dokoła jego eleganckiej postaci i przymocowane silnie u pasa, dały wspaniale leżącą dolną część garderoby, coś wrodzaju sztywnej spódnicy, która pułkownikowi d’Hubert w zupełności zwróciła przyzwoitość wyglądu, ale postać jego uczyniła jeszcze bardziej wyróżniającą się niż przedtem.

Tak odbywał dalej odwrót nie wątpiąc ani na chwilę w swoje ocalenie, ale pełen innych obaw. Dawna, żarliwa wiara załamała się. Jeśli droga do sławy wiedzie przez takie nieprzewidziane cieśniny, to, pytał siebie — gdyż był naturą refleksyjną — czy i sam przewodnik godny jest tak bezwzględnego zaufania? Był to smutek patriotyczny, choć nie wolny od pewnych osobistych niepokojów, ale najzupełniej odmienny od nierozumnego oburzenia na wszystko, jakie żyło w piersi pułkownika Feraud. Przychodząc do sił w ciągu trzech tygodni spędzonych w małym miasteczku niemieckim pułkownik d’Hubert zdumiał się, gdy odkrył w sobie tęsknotę za pokojem. Powracające siły miały skłonności najzupełniej pokojowe. W milczeniu myślał o tej dziwnej przemianie swego umysłu. I niewątpliwie wielu jego kolegów, oficerów pełniących służbę polową, doświadczyło tej samej przemiany wewnętrznej. W jednym z listów do domu pisał pułkownik d’Hubert: „Wszystkie twoje plany ożenienia mnie, moja droga Leonio, z uroczą dziewczyną, którą wyszukałaś dla mnie w sąsiedztwie, wydają się dziś dalsze od urzeczywistnienia niż kiedykolwiek. Nie ma jeszcze pokoju. Europa potrzebuje nowej lekcji. Będzie to dla nas ciężkie zadanie, ale spełnić je trzeba, gdyż cesarz jest niezwyciężony.”

Tak pisał pułkownik z Pomorza do swej zamężnej siostry Leonii, mieszkającej w południowej Francji. Wypowiedzianych tu uczuć nie byłby się w pewnym znaczeniu zaparł pułkownik Feraud, który do nikogo nie pisał listów, gdyż ojciec jego był niepiśmiennym kowalem, a nie miał siostry ani brata, ani nikogo, kto by gorąco pragnął go skojarzyć z uroczą, młodą dziewczyną na dalszy, spokojny żywot. Ale list pułkownika d’Hubert zawierał również filozoficzne rozważania na temat niepewności wszystkich nadziei osobistych, jak długo są one ściśle związane ze zwodną fortuną człowieka niewątpliwie wielkiego, to prawda, ale przy całej swej wielkości tylko człowieka. Te zapatrywania musiałyby się wydać pułkownikowi Feraud czystą herezją. Pewne ponure wróżby wojskowej natury, wyrażone ostrożnie, uznałby pułkownik Feraud za oczywistą zdradę stanu. Lecz Leonia, siostra pułkownika d’Hubert, przeczytała list z prawdziwym zadowoleniem, potem zaś, składając go w zamyśleniu, zauważyła po cichu, że „Armand gotów jeszcze stać się rozumnym człowiekiem”. Od czasu swego małżeństwa, odkąd weszła do rodziny z południowej Francji, wierzyła niezachwianie w powrót legalnego króla. Pełna nadziei, a zarazem niepokoju, modliła się rano i wieczór i paliła w kościołach świece na intencję zdrowia i pomyślności swego brata.

Miała wszelkie dane, by przypuszczać, że modlitwy jej zostały wysłuchane. Pułkownik d’Hubert przeszedł Lützen, Budziszyn i Lipsk, nie draśnięty nawet, a sława jego ciągle rosła. Przystosowując postępowanie swe do potrzeb tych rozpaczliwych czasów nigdy nie wypowiadał swych obaw. Ukrywał je pod maską wesołej uprzejmości, mającej tak miły charakter, że ludzie pytali się ze zdziwieniem, czy pułkownik d’Hubert wie aby coś o tych wszystkich nieszczęściach. I nie tylko postępowanie, ale nawet spojrzenia jego niczym nie były zmącone. Niezmienna pogoda jego niebieskich oczu rozbrajała wszystkich zniechęconych i uciszała nawet rozpacz.

To zachowanie jego spotkało się z przychylną oceną samego cesarza, gdyż pułkownik d’Hubert, przydzielony teraz do sztabu generalnego, miał sposobność kilkakrotnie zwrócić na siebie uwagę cesarską. Lecz oburzyło to zawsze więcej wymagającego pułkownika Feraud. Gdy przejeżdżał przez Magdeburg w sprawach służbowych i zasępiony siedział przy obiedzie z komendantem placu, wyraził się o swym wiecznym przeciwniku:

— Ten człowiek nie kocha cesarza.

Goście przyjęli te słowa głębokim milczeniem. Pułkownik Feraud zmieszany nieco okrucieństwem swego zarzutu próbował poprzeć go przekonywającymi dowodami.

— Już ja go znam! — krzyknął dodając kilka przekleństw. — Każdy studiuje swego przeciwnika. Ja miałem z nim z pół tuzina pojedynków, jak to wie cała armia. Czegóż chcecie więcej? Jeśli to nie da każdemu durniowi dość sposobności do poznania człowieka, to niech mnie diabli wezmą, jeśli wiem, co mu ją da!

Potem uporczywie i ponuro powlókł wzrokiem po siedzących przy stole.

Później w Paryżu, gdy od świtu do nocy zajęty był reorganizacją swego pułku, pułkownik Feraud dowiedział się, że pułkownik d’Hubert został generałem. Z niedowierzaniem spojrzał na informatora, potem założył ręce i odwrócił się mrucząc:

— U tego człowieka nic mnie już nie dziwi.

Ale głośno dodał mówiąc przez ramię:

— Byłbym panu bardzo zobowiązany, gdybyś zechciał przy pierwszej sposobności zakomunikować generałowi d’Hubert, że awans jego chroni go na jakiś czas przed ciężką przeprawą orężną. Czekałem tylko, kiedy się tu zjawi.

Tamten oficer począł mu przekładać:

— Czyż możesz pan myśleć o tym, pułkowniku Feraud, w tych czasach, gdy każde życie należy oddać sławie i bezpieczeństwu Francji?

Ale nieszczęścia, spowodowane niepowodzeniem wojennym, ujemnie wpłynęły na charakter pułkownika Feraud. Podobnie jak tylu innych, stał się złym wskutek tej odmiany losu.

— Nie jestem zdania, by istnienie generała d’Hubert miało jakiekolwiek znaczenie dla sławy i bezpieczeństwa Francji — warknął złośliwie. — Przypuszczam, że nie sądzi pan, ii zna go pan lepiej niż ja, ja, który miałem z nim pół tuzina pojedynków. Czy tak?

Rozmówca, człowiek młody, zamilkł. Pułkownik Feraud począł krążyć po pokoju.

— Nie są to czasy, by mówić ogródkami — rzekł. — Nie mogę w to uwierzyć, by ten człowiek kochał kiedykolwiek cesarza. Wygrzebał sobie gwiazdki generalskie spod butów generała Berthiera. Doskonale. Ja zdobędę je sobie inaczej, a wtenczas skończymy raz z tą historią, która wlecze się już za długo.

Gdy generał d’Hubert dowiedział się okrężną drogą o stanowisku pułkownika Feraud, zrobił ruch, jakby chciał usunąć na bok natręta. Myśli jego zajęte były ważniejszymi sprawami. Nie miał nawet czasu wyjechać, by odwiedzić rodzinę. Siostra jego, której rojalistyczne nadzieje wzrastały z dnia na dzień, choć dumna ze swego brata, do pewnego jednak stopnia nie była zadowolona z ostatniego awansu, gdyż to był szczególny dowód łaski uzurpatora, co mogło później mieć zły wpływ na jego karierę. Brat odpisał jej, że nawet śmiertelny wróg nie mógłby twierdzić, że awans ten zawdzięcza czyjejkolwiek łasce. A co do kariery, zapewnia, że nie patrzy w przyszłość dalej jak po najbliższą bitwę.

W tym ponurym nastroju rozpoczął generał d’Hubert kampanię francuską, lecz w drugi dzień bitwy pod Laon został ranny. Gdy znoszono go z pola, słyszał, że pułkownik Feraud, mianowany na miejscu generałem, wysłany został, aby w jego zastępstwie stanąć na czele brygady. Mimo woli klął swój los, gdyż w pierwszej chwili nie był w stanie pojąć, ile dodatnich stron posiada jego ciężka rana. A jednak w ten to heroiczny sposób opatrzność zapewniła mu przyszłość. Niebawem pod opieką wiernego, starego służącego generał d’Hubert jechał powoli na południe, do posiadłości swej siostry, co oszczędziło mu upokorzeń i rozterek, jakie w chwili upadku Napoleona przechodzili wszyscy mężowie cesarstwa. Gdy leżał w łóżku, naprzeciw okna rozwartego szeroko na słoneczny krajobraz Prowansji, zrozumiał dopiero wszystkie dodatnie strony rany, zadanej mu odłamkiem pruskiego pocisku, który zabijając mu konia i rozdzierając bok uratował go od czynnego zmagania się z własnym sumieniem. Po czternastu latach spędzonych w siodle i z bronią w ręku, mając przeświadczenie, że obowiązek swój spełnił aż do końca, przekonał się, że rezygnacja nie jest cnotą trudną. Siostra była zachwycona jego rozsądkiem.

— Oddaję się w zupełności w twoje ręce, droga Leonio — rzekł do niej.

Leżał jeszcze w łóżku, gdy z uwagi na rodzinę jego szwagra, która zajęła się tą sprawą, otrzymał od rządu królewskiego nie tylko potwierdzenie swego stopnia, ale i zapewnienie, że przyjęty zostanie do czynnej służby. Do tego dodano bezterminowy urlop dla poratowania zdrowia. Nieprzychylna opinia, jaka rozeszła się o nim w kołach bonapartystów — aczkolwiek nie oparta na czymś bardziej rzeczowym jak nieuzasadnione oświadczenie generała Feraud — miała za bezpośrednią przyczynę zatrzymanie generała d’Hubert na liście czynnych oficerów. Co zaś tyczy się generała Feraud, to otrzymał on również potwierdzenie stopnia. Było to więcej, niż mógł się spodziewać, ale marszałek Soult, ówczesny minister wojny przywróconego króla, miał szczególne względy dla oficerów, którzy służyli w Hiszpanii. Lecz nawet protekcja marszałka nie mogła mu zapewnić przyjęcia do czynnej służby. Został więc na uboczu, niezadowolony, bezczynny, niechętny, i w podejrzanych restauracjach szukał towarzystwa innych oficerów na półżołdzie, którzy w kieszeniach na piersi przechowywali z miłością brudne, ale sławą okryte kokardy trójkolorowe, a przy wytartych mundurach nosili zakazane guziki z orłami, uzasadniając to tym, że są za biedni, by mogli sobie pozwolić na przepisaną zmianę. Gdy nastąpił triumfalny powrót z Elby, fakt historyczny tak cudowny i nieprawdopodobny jak czyny mitologicznych półbogów, generał d’Hubert nie był jeszcze zdolny dosiąść konia. Nie mógł też dobrze chodzić. Te trudności, które madame Leonia uważała za bardzo szczęśliwe, pomogły jej ustrzec brata od wszelkiego rodzaju fałszywych kroków. Lecz zauważyła z przykrością, że stan jego umysłu był w tym czasie daleki od rozsądku. Generała, wciąż jeszcze zagrożonego utratą nogi, pewnej nocy zastał w stajniach chateau[16] chłopiec od koni, który zobaczył światło i narobił hałasu myśląc, że to złodzieje. Kule generała leżały na wpół przykryte słomą podściółki, a w którejś z klatek generał skakał na jednej nodze dokoła parskającego konia, którego pragnął osiodłać. Tak działał czar cesarza na spokojny temperament i zrównoważony umysł. Pod naciskiem przedstawień, łez, wyrzutów, perswazji i próśb swej rodziny, która kołem go otoczyła w świetle latarni stajennych, wykręcił się z trudnej sytuacji po prostu tym, że padł zemdlony w ramiona swych najbliższych, po czym przeniesiono go do łóżka. Zanim je opuścił, drugie panowanie Napoleona, sto dni gorączkowej agitacji i najwyższego wysiłku, przeszło niby straszliwy sen. Tragiczny rok 1815, który zaczął się fermentem i wzburzeniem umysłów, skończył się mściwymi proskrypcjami.

Jak generał Feraud uniknął łapy Specjalnej Komisji i ostatniej posługi, wyświadczonej przez oddział egzekucyjny, tego on sam nigdy nie wiedział. Po części przypisać to należy podrzędnemu stanowisku, jakie zajmował w czasie stu dni. Cesarz nie oddał mu komendy nad żadnym z oddziałów, lecz powierzył mu kawaleryjskie dépôt[17] w Paryżu, skąd miał pośpiesznie ćwiczonych i zaprawionych rekrutów wysyłać w pole. Ponieważ zadanie to uważał za niegodne swych zdolności, nie wykonywał go ze szczególną gorliwością; ale ratunek przed represjami rojalistycznymi w większej jeszcze mierze zawdzięczał interwencji generała d’Hubert.

Ten zaś wciąż jeszcze był na urlopie ozdrowieńczym, ale mógł już podróżować i dlatego dał się nakłonić siostrze, aby udać się do Paryża i przedstawić się swemu prawowitemu władcy. A że nikt w stolicy nic prawdopodobnie nie wiedział o epizodzie w stajni, przyjęto go więc z wyróżnieniem. Ponieważ był żołnierzem do szpiku kości, przeto możność wykonywania swego zawodu była mu pocieszeniem za to, że stał się przedmiotem nienawiści bonapartystów, prześladujących go z uporem, którego nie mógł zrozumieć. Cała złość tej rozgoryczonej i prześladowanej partii skupiła się na nim jako na tym, który nigdy nie kochał cesarza — na potworze gorszym właściwie od zwyczajnego zdrajcy.

Generał d’Hubert nie gniewał się, lecz wzruszał ramionami na to okrutne uprzedzenie. Odtrącony przez swych dawnych przyjaciół, a mocno nie dowierzający zaszczytom rozdawanym przez sfery rojalistyczne, młody ten i przystojny generał (miał zaledwie około czterdziestki) przybrał maskę zimnej i uprzedzającej uprzejmości, która przy najlżejszej oznace usiłowanego lekceważenia przechodziła w cierpką wyniosłość. Tak uzbrojony generał d’Hubert chodził za swoimi sprawami po Paryżu czując w duszy szczęście, to szczególne szczęście uniesienia, jakie przeżywają ludzie bardzo zakochani. Wyszukana przez siostrę śliczna dziewczyna pojawiła się i podbiła go w sposób, w jaki młoda dziewczyna podbija mężczyznę blisko czterdziestoletniego: po prostu żyjąc na jego oczach. Ślub miał się odbyć, skoro tylko generał d’Hubert otrzyma oficjalną nominację na przyobiecane stanowisko.

Pewnego popołudnia generał d’Hubert siedział na tarasie Cafe Tortom i z rozmowy dwu nieznajomych, zajmujących stolik obok niego, dowiedział się, że generałowi Feraud, który wraz z całym mnóstwem wyższych oficerów został aresztowany po drugim powrocie króla, grozi, iż zostanie wezwany przed Specjalną Komisję. Ponieważ w Obecnej chwili żył, jak prawie wszyscy tęskniący kochankowie, myślą o dniu urzeczywistnienia marzeń i nieustannie widział go przed oczyma, potrzeba było wymienić nazwisko jego wiecznego przeciwnika głosem dość silnym, by wyrwać najmłodszego z generałów napoleońskich z jego marzeń. Spojrzał dokoła. Nieznajomi byli w cywilnych ubraniach. Chudzi i smagli od wiatrów, chwiali się na swych krzesłach i spod kapeluszów mocno wciśniętych na oczy patrzyli na ludzi z posępnym i nie dowierzającym roztargnieniem. Nietrudno było poznać, że byli to dwaj przymusowo zwolnieni oficerowie starej gwardii. Z brawury i przez nieostrożność usiłowali mówić głośno, a generał d’Hubert, który nie widział powodu, dla którego miałby zmienić miejsce, słyszał każde słowo. Nie wyglądali na osobistych przyjaciół generała Feraud. Nazwisko jego wymienili między innymi. Gdy generał d’Hubert usłyszał je kilkakrotnie, miłe jego sny o szczęściu domowym u boku pięknej kobiety przerwała ostra tęsknota za przeszłością wojenną, za nieustannym, oszałamiającym zgiełkiem bojowym, jedynym w wielkości swej sławy i upadku — za tym cudownym dziełem i najistotniejszą własnością jego generacji. I nagle uczuł niezrozumiałą czułość dla swego starego przeciwnika i ze wzruszeniem myślał o morderczej niedorzeczności, jaką spotkanie się z nim wprowadziło do jego życia. Było to jak przyprawa korzenna w gorącej potrawie. Z nagłą tęsknotą pomyślał o dziwnym smaku tej historii. Nigdy nie miał go już zakosztować. Wszystko minęło. „Zdaje mi się, że to go tak rozgoryczyło na mnie, iż go wtenczas, za pierwszym razem, zostawiłem w ogrodzie” — myślał pobłażliwie.

Dwu nieznajomych przy najbliższym stoliku umilkło, gdy wymieniono po raz trzeci nazwisko generała Feraud. Po chwili starszy z nich odezwał się znów zgorzkniałym głosem i oświadczył, że z generałem Feraud już skończone. A dlaczego? Po prostu dlatego, że nie był, jak niektórzy wielcy panowie, kochający tylko siebie. Rojaliści wiedzieli, że nigdy nie uda się im go przerobić. Zanadto kochał Tamtego.

Tamten to mąż z wyspy Św. Heleny. Obydwaj oficerowie kiwnęli do siebie głowami i trącili się szklankami, zanim wypili „za niemożliwy powrót”. Potem ten sam, który mówił przedtem, odezwał się z drwiącym uśmiechem:

— Jego przeciwnik miał więcej sprytu.

— Co za przeciwnik? — zapytał młodszy, jakby zdziwiony.

— Nie słyszałeś? Było ich dwu huzarów. Po każdym awansie bili się. Nie słyszałeś o tym pojedynku, który ciągnął się od 1801 roku?

Tamten, oczywiście, słyszał o pojedynku. Teraz dopiero zrozumiał aluzję. Generał baron d’Hubert będzie mógł w spokoju używać teraz łask swego otyłego króla.

— Niech mu to wyjdzie na zdrowie — mruknął starszy. — Obydwaj byli zuchami. Nigdy nie widziałem tego d’Huberta, ponoć to przebiegły elegancik, jak słyszałem. Ale wierzę w to, co mówił o nim Feraud — on nigdy nie kochał cesarza.

Potem wstali i odeszli.

Generał d’Hubert odczuwał przerażenie lunatyka, który budzi się z rozkosznego snu, aby ujrzeć, że idzie środkiem bagna. Wstręt do błota, po którym stąpa, przejął go do głębi. Nawet obraz uroczej dziewczyny uniosły mu sprzed oczu fale wzburzenia wewnętrznego. Wszystko, czymkolwiek był lub spodziewał się zostać, miałoby dlań posmak hańby, gdyby nie udało mu się wybawić generała Feraud od losu grożącego tylu mężnym. Pod naciskiem prawie chorobliwego pragnienia, alby zapewnić życie swemu przeciwnikowi, generał d’Hubert pracował (jak mówią Francuzi) rękami i nogami, aż znalazł sposób, by w niespełna dwadzieścia cztery godziny otrzymać nadzwyczajną audiencję u ministra policji.

Generał baron d’Hubert wprowadzony został bez zwykłych formalności. W mroku gabinetu ministerialnego poza konturami biurka, krzeseł i stołów, pomiędzy dwoma snopami woskowych świec, płonących w kandelabrach, ujrzał postać we wspaniałym ubiorze, pozującą się przed wielkim lustrem. Stary członek Konwentu Fouché, książę Otranto, senator cesarstwa, zdrajca każdego człowieka, każdej zasady i przyczyny postępowania ludzkiego oraz podstępny zwolennik drugiej restauracji, przymierzał swój strój paradny, w którym jego młoda i świetna fiancée[18] pragnęła go mieć na portrecie wykonanym na porcelanie. Był to kaprys, urocza zachcianka, którą pierwszy minister policji (w czasach drugiej restauracji) spieszył zaspokoić. Człowiek ten bowiem, którego ze względu na jego chytrość często porównywano z lisem, a którego wartość etyczną symbolizował tchórz, był przejęty swą miłością na równi z generałem d’Hubert.

Zaskoczony przy tej czynności wskutek niedopatrzenia służących, ukrył odrobinę zmieszania pod maską charakterystycznego bezwstydu, który tak doskonale oddawał mu usługi w niezliczonych intrygach jego egoistycznego żywota. Nie zmieniając więc postawy ani na jotę, z jedną nogą w jedwabnej pończosze wysuniętą naprzód, z głową zwróconą przez lewe ramię, odezwał się spokojnie:

— Tu, generale. Proszę zbliżyć się. A więc? Cały w słuch się zamieniam.

Gdy generał d’Hubert, zmieszany, jak gdyby spowiadał się z jednej ze swych słabości, przedstawiał mu możliwie najkrócej swą prośbę, książę Otranto sprawdzał dalej, jak leży kołnierz, poprawiał przed lustrem wyłogi i z trudem pochylał plecy, aby przekonać się, czy dobrze opadają złotem haftowane poły. Jego spokojna twarz, jego uważny wzrok nie mógł wyrażać większego zainteresowania tym zajęciem, niż gdyby był sam w pokoju.

— Wyłączyć ze śledztwa Specjalnej Komisji sprawę niejakiego Feraud, Gabriela Floriana, generała brygady, mianowanego w roku 1814? — powtórzył lekko zdziwionym głosem i wówczas odwrócił się od lustra. — Dlaczego jego sprawę specjalnie?

— Jestem zdumiony, że jego ekscelencja, tak kompetentny w ocenie ludzi tej epoki, mógł uznać za stosowne umieszczenie tego nazwiska na liście.

— Wściekły bonapartysta!

— Jak każdy grenadier i każdy żołnierz z armii, czym jego ekscelencja wie dobrze. A do osobistości generała Ferauda nie można przywiązywać większej wagi niż do pierwszego lepszego grenadiera. Jest to człowiek bez inicjatywy, w ogóle bez zdolności. Nie podobna wyobrazić sobie, by kiedykolwiek mógł on zdobyć sobie jakiś wpływ.

— Choć ma język bardzo obrotny — dorzucił Fouché.

— Donośny, to przyznaję, ale nie niebezpieczny.

— Nie chcę spierać się z panem. Nie wiem o nim nic bliższego. Prawdę mówiąc znam tylko to nazwisko.

— A jednak jego ekscelencja jest przewodniczącym komisji, ustanowionej przez króla w tym celu, aby wybrać tych, przeciwko którym wystąpić należy — rzekł generał d’Hubert z patosem, który nie uszedł uszu ministra.

— Tak, generale — rzekł cofając się w ciemną część wielkiego pokoju, gdzie rzucił się w głęboki fotel, który pochłonął go całego, z wyjątkiem złotego haftu i bladej plamy jego twarzy — tak, generale. Proszę, niech pan siada.

Generał d’Hubert usiadł.

— Tak, generale — ciągnął dalej arcymistrz w sztuce intrygi i zdrady, którego dwulicowość doznawała może ulgi w wybuchach cynicznej szczerości, gdy stawała się już nieznośną dla niego samego. — Starałem się jak najprędzej zebrać komisję proskrypcyjną i sam objąłem jej przewodnictwo. A wiesz dlaczego? Po prostu ze strachu, iż jeśli nie wezmę prędko tej sprawy w ręce, moje własne nazwisko może znaleźć się na czele listy proskrypcyjnej. Takie są czasy, w których żyjemy. Ale teraz jestem ministrem króla i pytani pana otwarcie, dlaczego mam skreślić z listy nazwisko tego jakiegoś Feraud? Dziwi się pan, że nazwisko jego tam się znalazło! Czy to możliwe, byś pan znał ludzi tak mało? Mój drogi generale, na pierwszym posiedzeniu komisji lał się nam po prostu potok nazwisk, jak woda z dachu Tuilleriów po deszczu. Nazwisk! Mieliśmy wybór wśród tysięcy. Skąd pan wie, że nazwisko tego Feraud, którego życie czy śmierć jest dla Francji równie mało ważne, nie zdoła powstrzymać ludzi o innych nazwiskach?

Głos z fotelu zamilkł. Naprzeciw siedział cicho generał d’Hubert, cichy i podobny do cienia. Tylko szabla jego dźwięczała lekko. Głos w fotelu zaczął znów:

— A my musimy przecież starać się także zaspokoić oczekiwania sprzymierzonych władców. Książę de Talleyrand mówił właśnie wczoraj, że Nesselrode zakomunikował mu oficjalnie, iż jego cesarska mość cesarz Aleksander jest niemile dotknięty małą liczbą egzekucji dla przykładu, jakie rząd królewski wykonać zamierza — szczególnie, gdy chodzi o wojskowych. Mówię to panu w zaufaniu.

— Słowo daję! — wybuchnął generał d’Hubert mówiąc przez zęby — jeśli jego ekscelencja raczy zaszczycić mnie większą ilością poufnych wiadomości, nie wiem, co zrobię. Wystarcza to już, aby szablę złamać na kolanie i kawałki rzucić…

— Jakiemu rządowi służy pan, jak się panu wydaje? — przerwał ostro minister.

Po krótkiej pauzie generał d’Hubert odparł przygnębionym głosem:

— Rządowi Francji.

— To znaczy tyle, co oszukiwać swe sumienie pustymi słowami, generale. Otóż prawdą jest, że służysz pan rządowi wygnańców, którzy wrócili, rządowi ludzi, którzy przez lat dwadzieścia nie mieli ojczyzny. A także ludzi, którzy dopiero co przeżyli okropną i upokarzającą grozę… Niech pan nie ma co do tego złudzeń.

Książę Otranto zamilkł. Ulżył sobie, a zarazem osiągnął swój cel dotykając poczucia godności tego tu, który niepotrzebnie zastał go przed lustrem przy pozowaniu, ubranego w złotem haftowany strój paradny. Ale ci z armii mieli gorące głowy, przyszło mu na myśl, że byłoby to niepożądane, gdyby dobrze widziany generał, przyjęty na audiencję na skutek polecenia jednego z książąt krwi, natychmiast po prywatnej rozmowie z ministrem popełnił nierozważnie jakiś skandal. Zmienionym więc tonem zapytał:

— Pański krewny, ten Feraud?

— Nie, bynajmniej nie krewny.

— Bliski przyjaciel?

— Bliski… tak. Łączy nas pewien stosunek takiej natury, że uważam za obowiązek mego honoru próbować…

Minister zadzwonił nie czekając na koniec zdania. Gdy wyszedł służący, który wniósł parę ciężkich srebrnych kandelabrów i postawił je na biurku, książę Otranto podniósł się (cała pierś jego błyszczała od złota!) i wyjąwszy z szuflady kawałek papieru trzymał go ostentacyjnie w ręku, mówiąc przy tym z przekonywającą grzecznością:

— Nie powinien pan mówić o łamaniu swej szabli na kolanie, generale. Może nigdy nie dostałbyś pan już innej. Tym razem cesarz już nie wróci… Diable d’homme![19] Teraz właśnie była chwila, tu, w Paryżu, tuż po Waterloo, kiedy napędził mi strachu. Wyglądał tak, jakby był gotów wszystko zaczynać na nowo. Na szczęście, nikt nie może naprawdę zacząć na nowo. Nie powinien pan myśleć o łamaniu szabli, generale.

Generał d’Hubert patrzał w ziemię i lekko zrobił ręką beznadziejny ruch wyrzeczenia. Minister policji odwrócił od niego oczy i w zamyśleniu począł czytać papier, który przez cały czas trzymał w ręku.

— Wybrano tylko dwudziestu generałów, którzy mają zginąć dla przykładu. Okrągła liczba. Popatrzmy, Feraud… Aha, tu jest Gabriel Florian. Parfaitement.[20] O niego panu chodzi. Dobrze, tylko dziewiętnastu zginie dla przykładu.

Generał d’Hubert wstał czując się jakby po ciężkiej chorobie.

— Muszę prosić jego ekscelencję, by interwencję moją zechciał zachować w najzupełniejszej tajemnicy. Przywiązuję do tego jak największą wagę, by on nie dowiedział się…

— Któż może go o tym powiadomić, chciałbym wiedzieć? — rzekł Fouché, z zaciekawieniem podnosząc oczy na surową i nieruchomą twarz generała d’Hubert. — Weź pan pióro i przekreśl sam jego nazwisko. Jest to jedyna lista, jaka istnieje. Jeśli nabierzesz pan dość atramentu, nikt nie będzie wiedział nawet, czyje nazwisko wykreślono. Ale, par exemple,[21] nie odpowiadam za to, co z nim potem zrobi Clarke. Jeśli będzie się dalej awanturował, minister wojny osadzi go w jednym z miast prowincjonalnych i odda pod dozór policyjny.

W parę dni potem, po wstępnych powitaniach, generał d’Hubert powiedział do swej siostry:

— Ach, moja droga Leonio! Nie wiesz, jak mi się śpieszyło opuścić Paryż.

— To z miłości — powiedziała z chytrym uśmiechem.

— I ze wstrętu — dodał generał d’Hubert z głęboką — powagą. — Omal żem nie umarł z… obrzydzenia.

Twarz jego skurczyła się z odrazy Gdy siostra spojrzała na niego uważnie, ciągnął dalej:

— Musiałem być u Fouchégo. Byłem na audiencji. W jego gabinecie. Kto miał to nieszczęście, że w jednym pokoju musiał oddychać z tym człowiekiem tym samym powietrzem, ten ma wrażenie, że stracił na godności; ma sięto przykre uczucie, że mimo wszystko nile jest się tak czystym jakby się być spodziewało… Ale wy tego nie możecie zrozumieć.

Ona skinęła głową kilkakrotnie. Przeciwnie, rozumiała to doskonale. Znała swego brata na wylot i kochała go takiego, jakim był. Poza tym zresztą obrzydzenie i pogarda wszystkich towarzyszyły „jakobinowi” Fouché, który wykorzystywał dla swego dobra każdą słabość, każdą cnotę, każde wspaniałe złudzenie ludzkości, by całą swą generację wodzić za nos i jako książę Otranto umrzeć w zapomnieniu.

— Mój drogi Ammandzie — rzekła ze współczuciem — czegóż mogłeś żądać od takiego człowieka?

— Ni mniej, ni więcej, tylko życia ludzkiego — odparł generał d’Hubert — i otrzymałem je. Musiałem je otrzymać. Ale czuję teraz, że nigdy nie zapomnę tego człowiekowi, którego musiałem ratować.

Generał Feraud zupełnie niezdolny do zrozumienia (jak większość z nas), co się z nim dzieje, otrzymał rozkaz ministra wojny, nakazujący mu udać się natychmiast do jednego z miasteczek centralnej Francji, co przyjął z uczuciem, którego naturalnym wyrazem było dzikie przewracanie oczyma i straszliwe zgrzytanie zębami. Przeminięcie stanu wojny, jedynego stanu społecznego, jaki znał, i okropna perspektywa świata podczas pokoju, przyprawiały go o dreszcze. Przybył do miasteczka mocno przekonany, że to nie może trwać długo. Tam zawiadomiono go, że został zwolniony z armii i że pensja jego (obliczona według stopnia pułkownika) uzależniona została od nienaganności jego zachowania się oraz od przychylnych raportów policji. Już nie w armii! Nagle uczuł, że ziemia stała mu się obca jak duch pozbawiony ciała. Nie podobna było żyć. Z początku nie był w stanie uwierzyć w to. To niemożliwe. Czekał tylko, kiedy przyjdą pioruny, trzęsienie ziemi czy inne kataklizmy żywiołowe; ale nic podobnego nie zaszło. Ołowiany ciężar nieodwołalnej bezczynności zwalił się na generała Feraud, który, nie rozporządzając poza tym siłami duchowej natury, popadł w stan grozą przejmującego ogłupienia. Przebiegał więc ulice małego miasteczka, patrząc przed siebie oczyma czarnymi i błyszczącymi jakby z laki i nie zwracając uwagi na kapelusze, które uchylały się, gdy przechodził; ludzie, gdy ich mijał, szeptali:

— To jest ten biedny generał ze złamanym sercem. Patrzcie no tylko, jak on kochał cesarza!

Inne żywe widma z napoleońskiej burzy zbierały się dookoła generała Feraud z niesłychanym respektem. On sam był przekonany, że boleść podarła mu duszę na strzępy. Cierpiał na napady, w czasie których chciało mu się płakać, wyć, kąsać ręce aż do krwi, spędzać dnie w łóżku z głową wciśniętą w poduszkę; lecz wszystko to było wynikiem czystej apatii, wyrazem ogromnej, nieopisanej, niepojętej nudy. Jego niezdolność do objęcia całej beznadziejności swego położenia powstrzymywała go od samobójstwa. Nigdy nawet nie pomyślał o tym. Ale apetyt opuścił go, a trudność, jaką sprawiało mu wyrażenie swego przygnębienia (najstraszliwsze przekleństwa nie mogły uczynić temu zadość), doprowadziła go powoli do zamilknięcia, pewnego rodzaju śmierci dla natur południowych.

Dlatego sprawiło to wielkie wrażenie na anciens militaires[22], uczęszczających do pewnej małej kawiarni, pełnej much, gdy jednego parnego popołudnia „ten biedny generał Feraud” wybuchnął nagle potokiem niesłychanych przekleństw.

Siedział spokojnie w swym uprzywilejowanym kącie przeglądając gazety z Paryża z takim zainteresowaniem z jakim skazaniec oczekiwałby nowin w przeddzień egzekucji. Grono marsowych brązowych postaci, których jednej brakowało oka, drugiej w Rosji odmarzł koniec nosa, otoczyło go z niepokojem.

— Co się stało, generale?

Generał Feraud siedział prosto i trzymał gazetę w wyciągniętych rękach, aby móc łatwiej czytać mały druk. Czytał po cichu kilkakrotnie ułamki wiadomości, które były przyczyną, można by powiedzieć, jego zmartwychwstania.

„Jak donoszą, generał d’Hubert, który dotychczas przebywał dla poratowania zdrowia na południu, powołany został na dowódcę piątej brygady jazdy w…”

Opuścił gazetę, jakby skamieniał… — Powołany został na dowódcę… — i nagle mocno uderzył się w czoło. — Prawie zapomniałem o nim — mruknął takim tonem, jakby cierpiał od wyrzutów sumienia.

Jakiś weteran o szerokiej piersi ryczał przez całą kawiarnię:

— Nowe łajdactwo rządu, generale?!

— Łajdactw tych szubrawców — piorunował generał Feraud — nie podobna zliczyć. Jedno mniej, jedno więcej!… — tu zniżył głos. — Ale przynajmniej jednemu z nich dam w końcu radę.

Spojrzał po twarzach.

— Jest taki wypomadowany, wyfiokowany sztabowiec, pieszczoch kilku marszałków, którzy ojca swego sprzedali za garść angielskiego złota. Ten musi przekonać się jak najprędzej, że jeszcze żyję — oświadczył stanowczo. — Ale to jest sprawa prywatna. Dawna sprawa honorowa. Ba! Nasz honor nie gra roli. Przepędzono nas z przeciętym uchem jak stado wybrakowanych koni — już tylko dla oprawcy. Ale może coś się zrobi, że będzie można zadać cięcie dla cesarza… Messieurs, potrzebuję dwu panów do pomocy.

Wszyscy poczęli się cisnąć. Generał Feraud, głęboko wzruszony tą demonstracją, wybrał z widocznym przejęciem kirasjera, weterana z jednym okiem, i oficera z Chasseurs a Cheval, który stracił koniec nosa w Rosji. Wybór swój wytłumaczył reszcie.

— Sprawa między kawalerzystami, rozumiecie. Chór przeróżnych głosów odpowiedział mu:

— Parfaitement, mon generał… Cest juste… Parbleu, c’est connu…[23]

Każdy był zadowolony. Trójka opuściła razem kawiarnię przy towarzyszeniu okrzyków: „Bonne chance.[24]

Na dworze wzięli się pod ręce, z generałem w pośrodku. Trzy wypłowiałe, wielkie kapelusze, włożone z fantazją na bakier, en bataille[25], zajmowały niemal całą szerokość ulicy. Rozpalone miasteczko, zbudowane z szarych kamieni i czerwonych cegieł, przesypiało swe prowincjonalne popołudnie pod niebieskim niebem. Pomiędzy domami rozlegały się miarowe donośne uderzenia bednarza, nabijającego obręcze na beczkę. Generał powłóczył lewą nogą, idąc w cieniu domów.

— Ta przeklęta zima z roku 1813 porządnie poszła mi w kości. Ale to nic. Musimy wybrać pistolety, w tym rzecz. To reumatyzm. Żebyście byli widzieli mnie w Rosji, jak sobie dawałem radę z tymi wiecznie kręcącymi się Kozakami, i to z okropnego, starego muszkietu piechockiego. Mam specjalne zdolności do broni palnej.

Tym tonem ciągnął generał Feraud dalej, trzymając wysoko głową z oczyma i z drapieżnym dziobem jak u sowy. Ponieważ przez całe życie był szermierzem, kawalerzystą, sabreur, pojmował wojnę w sposób niezmiernie prosty, jako w gruncie rzeczy zwielokrotnienie poszczególnych starć, coś w rodzaju gromadnego pojedynku. Tu mógł prowadzić wojnę na swój wyłączny rachunek. Odżył więc. Cień pokoju odstąpił go jak cień śmierci. Było to dziwne zmartwychwstanie niejakiego Ferauda Gabriela Floriana, engage volontaire[26] z roku 1793, generała z 1814, pochowanego swego czasu bez ceremonii za pomocą rozkazu podpisanego przez ministra wojny za drugiej restauracji.

 

https://www.youtube.com/watch?v=t3ksvHXBHH0

 

IV

 

Nikt nie ma powodzenia we wszystkim, do czego się weźmie. W tym znaczeniu wszyscy jesteśmy ułomni. Rzecz główna w tym, by nie zbłądzić w obiorze celu naszego życia i wytrwania przy nim. W tym próżność często zwodzi nas na manowce. Ona pcha nas w sytuacje, z których musimy wychodzić pokonani, podczas gdy duma jest naszym strażnikiem, zarówno w wstrzemięźliwości, z jaką kieruje wyborem naszych celów, jak i w cnocie wytrwania.

Generał d’Hubert był dumny i powściągliwy. Z miłostek swoich, szczęśliwych lub nie, wyszedł obronną ręką. W jego pokrytym bliznami ciele zachowało się aż do czterdziestki nienaruszone serce. Choć z zastrzeżeniami godził się na małżeńskie plany swej siostry, aż po uszy wpadł w nieuleczalną miłość, tak jak się spada z dachu. Był nadto dumny, by się czegoś obawiać. A uczucie to było naprawdę zbyt rozkoszne, by się niepokoić.

Niedoświadczenie człowieka około czterdziestki jest czymś poważniejszym od niedoświadczenia młodzieńca, mającego lat dwadzieścia, gdyż nie wyrównuje tego porywczość gorącej krwi. Dziewczyna była tajemnicza jak zwykle młode dziewczęta, po prostu dzięki wrażeniu, jakie sprawia ich przysłoniona niewinność, jemu zaś tajemniczość tej młodej dziewczyny wydała się wyjątkowa i zajmująca. Nie było jednak nic tajemniczego w sposobie, w jaki madame Leonia partię tę przygotowała. Nic w tym też nie było szczególnego. Była to odpowiednia partia, bardzo pożądana przez matkę młodej damy (ojciec nie żył), a traktowana z przychylnością przez jej wuja — starego émigré[27], który niedawno powrócił z Niemiec i teraz z trzciną w ręku, niby chudy duch ancien regime’u[28], snuł się po ścieżkach ogrodu, należącego do gniazda rodzinnego młodej damy.

Generał d’Hubert nie był człowiekiem, który potrafiłby zadowolić się kobietą i majątkiem — (gdyby przyszło już do czego. Duma jego (a duma pragnie zawsze rzeczywistych wyników) nie zadowoliłaby się niczym innym, jeno miłością. Ale że prawdziwa duma nie wyklucza próżności, przeto nie mógł sobie wyobrazić, z jakiego powodu to tajemnicze stworzenie, z głębokimi i błyszczącymi oczyma koloru fiołków, miałoby mieć dla niego jakieś uczucie żywsze nad obojętność. Młoda dama (miała na imię Adela) udaremniała wszelkie próby jasnego porozumienia się w tej sprawie. Prawda, że próby te podejmowano niezręcznie i lękliwie, gdyż generał d’Hubert przypomniał sobie nagle swój wiek, swe rany, swoją niedoskonałość, swą wewnętrzną niegodność — i przypadkowo poznał doświadczalnie znaczenie słowa strach. O ile mógł zrozumieć, dawała mu do poznania, że przy bezgranicznym zaufaniu do miłości i rozsądku swej matki nie żywiła nieprzezwyciężonego wstrętu do osoby generała d’Hubert, co jest zupełnie wystarczające dla dobrze ułożonej młodej kobiety, by na tym oprzeć pożycie małżeńskie. Ten pogląd męczył i obrażał dumę generała d’Hubert. A jednak pytał sam siebie z rozkoszną rozpaczą, czegóż więcej mógł się spodziewać. Miała spokojne, jasne czoło. Jej fiołkowe oazy śmiały się, gdy linie ust i brody posiadały podziwienia godną powagę. A wszystko to uzupełniało tak wspaniałe bogactwo jasnych włosów, tak przedziwna figura, taki urok w wyrazie, że generał d’Hubert nigdy właściwie nie miał sposobności, by z zupełną bezstronnością roztrząsnąć górne żądania swej dumy. W rzeczywistości bowiem począł czuć strach przed tego rodzaju badaniem, odkąd raz czy dwa znalazł się w ciężkiej rozterce ze swą utajoną namiętnością, co uświadomiło go, że kocha dość silnie, by swą umiłowaną raczej zabić niż stracić. Z walk tych, znanych mężczyznom w wieku lat czterdziestu, wychodził złamany, wyczerpany, skruszony i trochę smutny. Ale prawdziwą pociechą były za to spokojne chwile, gdy pół nocy przesiadywał czasami przy otwartym Oknie i rozmyślał o cudzie istnienia swej wybranki, jak wyznawca zatopiony w mistyczne rozważania prawd swej wiary.

Nie należy sądzić, że o wszystkich tych przemianach jego życia wewnętrznego świat się dowiedział cośkolwiek. Generałowi d’Hubert nie było trudno otoczyć się uśmiechami, gdyż w rzeczywistości czuł się bardzo szczęśliwy. Zastosował się do zasad obowiązujących w Jego położeniu i każdego dnia rano posyłał kwiaty (z ogrodu i z cieplarni swej siostry), a niedługo potem szedł, by zjeść śniadanie ze swoją wybraną, jej matką i starymi émigré, jej wujem. Południe spędzali na przechadzce albo siedząc w cieniu. Baczne uszanowanie, zbliżające się do czułości, było z jego strony zasadniczym tonem ich rozmów — przy czym swoboda wymiany zdań przysłaniała głębokie wzruszenie, jakim przejmowała go jej niedostępna mu bliskość. Później, po południu, wracał generał d’Hubert pośród pól winnych, czasem strasznie ‘biedny, czasem niewymownie szczęśliwy, czasem w smutnym zamyśleniu; ale zawsze czul tę szczególną intensywność istnienia, to uniesienie wspólne artystom, poetom i kochankom — mężczyznom opanowanym silną namiętnością, wielką myślą albo nowym widzeniem piękna plastycznego.

Świat zewnętrzny nie istniał wówczas dla generała d’Hubert w wyraźnych kształtach. Ale pewnego wieczora, gdy przechodził wzgórze, z którego mógł widzieć obydwa domy, zauważył dwie postacie, idące drogą, daleko w dole. Dzień był cudowny. Radosna wspaniałość rozpłomienionego nieba rzucała łagodny żar na przytłumione kolory południowego krajobrazu. Szare skały, brunatne pola i purpurowe falujące dale składały się na świetlisty akord i wionęły już zapachami wieczoru. Dwie postacie na drodze, w dole, wyglądały jak dwie sztywne sylwetki drewniane, czerniejące na wstążce białego pyłu. Generał d’Hubert rozpoznał długie, równe, wojskowe capotes[29] zapięte szczelnie aż po czarny halsztuk, wielkie kapelusze, chude, ciemne, wyraziste twarze — stare wiarusy, vieilles moustaches! Wyższy z nich miał czarną przepaskę na oku, twarz drugiego, ściągła i sucha, odznaczała się jakąś inną, dziwną i niepokojącą osobliwością, którą gdy podeszli bliżej, okazał się brak końca nosa. Podniósłszy ręce, aby pozdrowić utykającego cywila, idącego powoli o grubej lasce, zapytali go o dom, w którym mieszka generał barond’Hubert, oraz w jaki sposób można by pomówić z nim na osobności.

— Jeśli życzycie sobie, panowie, to możecie zaraz — rzekł generał d’Hubert tocząc wzrokiem po winnicach ujętych w purpurowe raimy, nad którymi wznosiło się gniazdo szarych i brunatnych domów wiejskich, cisnących się dookoła szczytu stożkowatego wzgórza, tak że niezgrabna wieża kościelna wyglądała tylko jak wystająca sikała. — Jeśli życzycie sobie, panowie, to możecie mówić z nim natychmiast. I proszę was, koledzy, mówicie otwarcie i z zupełnym zaufaniem.

Na to obydwaj zrobili krok w tył i z podkreśloną ceremonialnością znów podnieśli ręce do kapeluszy. Następnie jeden z nich, ten ze zniekształconym nosem, przemówił za obydwu i oświadczył, że sprawa jest bardzo poufnej natury i że należy ją traktować dyskretnie. Ich główna kwatera znajduje się w tej wsi, tam dalej, gdzie ci przeklęci szubrawcy — niech diabli wezmą ich fałszywe, rojalistyczne serca! — patrzą dość koso na trzech Bogu ducha winnych wojskowych. Tymczasem pragnęliby tylko zapytać o nazwiska przyjaciół generała d’Huberta.

— Jakich przyjaciół? — zapytał zdumiony generał, najzupełniej tym stropiony. — Tam mieszkam wraz z moim szwagrem.

— Dobrze, to byłby jeden — rzekł weteran z oberwanym końcem nosa.

— Jesteśmy przyjaciółmi generała Feraud — rzekł drugi, który dotychczas milczał i tylko jednym okiem rzucał spojrzenia na człowieka, który nigdy nie kochał cesarza. Było na co patrzeć. Bo nawet ci wyzłoceni Judasze, którzy sprzedali go Anglikom, marszałkowie i książęta, nawet ci przez jakiś czas go kochali. Ale ten człowiek nigdy nie kochał cesarza! Generał Feraud powiedział to wyraźnie.

Generał d’Hubert poczuł w piersiach ukłucie. Przez nieskończenie drobną część sekundy zdawało mu się, że obrót ziemi wydaje słaby, ale straszliwy szmer wśród wiecznej ciszy przestrzeni. Lecz był to tylko szum krwi w uszach, który ustał natychmiast. Mimowolnie szepnął:

— Feraud! Zapomniałem o jego istnieniu.

— A on żyje, bardzo niewygodnie, co prawda, w tej przeklętej oberży, w tym gnieździe dzikusów — rzekł sucho jednooki kirasjer. — Przybyliśmy w tę okolicę przed godziną pocztowymi końmi. On oczekuje niecierpliwie naszego powrotu. Widzi pan, że chodzi o pośpiech. Generał postąpił wbrew rozkazowi ministra, aby uzyskać od pana satysfakcję, do czego według zasad postępowania honorowego jest uprawniony, a oczywiście pragnąłby skończyć ze wszystkim, zanim żandarmeria wpadnie na jego ślad.

Drugi wyłożył myśl tę nieco szerzej:

— Chcemy wrócić zupełnie po cichu, rozumie pan? Szust! Tak najlepiej. My także wymknęliśmy się. Pański przyjaciel, król, ucieszyłby się, gdyby przy pierwszej lepszej sposobności udało mu się cofnąć nam nasze mizerne racje. To jest ryzyko. Ale honor przede wszystkim.

Generał d’Hubert znów odzyskał mowę.

— A więc dlatego włóczycie się po drodze, aby mnie wyzwać do walki na śmierć i życie z tym… tym… — Opanował go śmiech wściekłości: — ha–ha–ha–ha!

I wsparłszy pięści na biodrach, ryczał nie oglądając się na nic, podczas gdy tamci stali przed mim, chudzi i prości, jakby jakaś sprężyna wyrzuciła ich przez zapadnię w ziemi. Jeszcze przed dwudziestu czterema miesiącami panowie Europy, teraz robili już wrażenie upiorów, a w wyszarzałych ubraniach wydawali się mniej cielesnymi od ich własnych, wąskich cieni, padający czarną plamą wszerz drogi: żołnierskie, groteskowe cienie dwudziestu lat wojny i zwycięstw. Mieli jakiś cudzoziemski wygląd, dwóch niewzruszonych bonzów religii miecza. A generał d’Hubert, także ekspan Europy, śmiał się z tych dwóch posępnych upiorów, które stanęły mu na drodze.

Wtenczas jeden z nich odezwał się wskazując ruchem głowy na śmiejącego się generała:

— To wesoły gość!

—i Są pośród nas tacy, którzy nie uśmiechnęli się od dnia, w którym Tamten nas opuścił — rzekł jego towarzysz.

Generał d’Hubert uczuł gwałtowne pragnienie, by rzucić się na te bezcielesne cienie i powalić je na ziemię. Nagle przestał się śmiać. Jedynym jego pragnieniem było teraz uwolnić się od nich, stracić ich z oczu jak najprędzej, zanim przestanie panować nad sobą. Dziwił się rozwścieczeniu, które poczęło mu rozpierać piersi. Ale nie miał czasu zajmować się teraz właśnie tym szczególnym zjawiskiem.

— Rozumiem życzenie panów, chcielibyście się załatwić ze mną możliwie jak najprędzej. Nie traćcie więc czasu na błahe formalności. Widzicie, panowie, ten las, tam u stóp tego zbocza? Tak, ten las sosnowy. Spotkamy się tam jutro o świcie. Przyniosę moją szablę albo pistolety, albo jedno i drugie, jeśli sobie życzycie.

Sekundanci generała Feraud spojrzeli po sobie.

— Pistolety, generale — rzekł kirasjer.

— Niech będzie. Au revoir — jutro rano. Aż do tego czasu pozwoliłbym sobie poradzić panom, byście się nie pokazywali, o ile nie chcecie, aby żandarmeria zaczęła się wami interesować, jeszcze nim się ściemni. Nieznajomi są rzadkością w tej okolicy.

Zasalutowali w milczeniu. Generał d’Hubert odwrócił się tyłem do odchodzących i przez dłuższy czas stał cicho na środku drogi, przygryzając dolną wargę i patrząc w ziemię. Potem począł iść prosto przed siebie, lecz powrotną drogą, aż znalazł się przed bramą parku, należącego do domu swej wybranki. Mrok już zapadał. Nieruchomo patrzał przez kraty na fronton domu, przeświecający jasno poprzez krzewy i drzewa. Kroki zaskwierczały na żwirze i nagle wysoki, pochylony cień wynurzył się z bocznej alei, biegnącej wzdłuż wewnętrznej strony muru parkowego.

Le Chevallier de Vaknassigue, wuj zachwycającej Adeli, eksbrygadier armii książąt, introligator w Altonie, potem szewc (mający wielkie wzięcie, gdyż jego damskie buciki leżały znakomicie) w innym miasteczku niemieckim, nosił jedwabne pończochy na swych chudych nogach, płytkie trzewiki z srebrnymi klamrami i ‘brokatową kamizelkę. Długie okrycie à la française zwisało swobodnie z jego chudych, pochylanych pleców. Mały, trójgraniasty kapelusz spoczywał na bujnej, upudrowanej peruce z warkoczykiem.

Monsieur le Chevalier — zawołał cicho generał d’Hubert.

— Co? Pan znów tutaj, mon ami[30]? Czy zapomniał pan czegoś?

— Nieba! Tak jest. Zapomniałem czegoś. Przyszedłem powiedzieć o tym panu. Nie tu. Za tym murem. Sprawa jest zbyt okropna, by można było o niej mówić, tam gdzie ona żyje.

Chevalier wyszedł natychmiast z tą przychylną rezygnacją, jaką starzy ludzie okazują czasem nadmiarowi młodości. Starszy o ćwierćwiecze od generała d’Hubert, uważał go w duchu za niespokojnego młodzieńca, opętanego miłością. Doskonale słyszał jego tajemnicze słowa, ale nie przywiązywał szczególnej wagi do tego, co głęboko przejęty mężczyzna mający dopiero czterdzieści lat robi albo mówi. Zmiana pojęć u tej generacji Francuzów, która wyrosła w latach jego wygnania, była otu po prostu niezrozumiała. Ich uczucia, wydawało mu się, są niepotrzebnie gwałtowne, bez delikatności i umiaru, ich mowa jest zbytnio przesadna. Spokojnie wyszedł do generała, stojącego na drodze, po czym przeszli razem parę kroków w milczeniu, gdy tymczasem generał próbował opanować swe wzruszenie i stać się panem swego głosu.

— Rzeczywiście, to prawda, zapomniałem o czymś.

Jeszcze pół godziny temu nie pamiętałem, że mam pewną niecierpiącą zwłoki sprawę honorową. Jest to nie do wiary, ale tak jest!

Przez chwilę było cicho. Potem w głębokim milczeniu wieczoru wiejskiego rozległ się czysty, stary głos Chevaliera, drżący lekko:

— Monsieur! To jest niegodne!

To była jego pierwsza myśl. Dziewczyna urodzona w czasie wygnania, pogrobowczyni jego biednego brata, którego zamordowała banda jakobinów, stała się od jego powrotu bardzo droga jego staremu sercu, które przez tyle lat usychało na samo wspomnienie miłości.

— To jest niepojęte, powiadam panu! Mężczyzna załatwia takie sprawy, zanim zamierza prosić o rękę młodej damy. Co! Jeślibyś pan był jeszcze dziesięć dni o tym nie pamiętał, byłbyś się ożenił, zanim zdołałbyś sobie przypomnieć. Za moich czasów ludzie nie zapominali o czymś podobnym, również o tym, co się jest winnym uczuciom niewinnej, młodej dziewczyny. Gdybym tych nie miał na względzie, określiłbym pańskie postępowanie w sposób, który by nie był panu miły.

Generał d’Hubert ulżył sobie po prostu ciężkim westchnieniem:

— Niech panu względy te nie przeszkadzają. Nie należy się obawiać, byś ją dotknął śmiertelnie.

Ale starzec nie zwracał uwagi na głupstwa, które wygadywał zakochany. Wątpliwe, czy je w ogóle słyszał.

— Co to takiego? — zapytał. — Jakiej natury?…

— Nazwij pan to młodzieńczym wybrykiem. Monsieur le Chevalier. To jest niepojęte, niewiarygodne. — Nagle zamilkł. „On nigdy nie uwierzy w tę historię — pomyślał. — Będzie sądził tylko, że robię z niego głupca, i obrazi się.”

Generał d’Hubert począł mówić dalej:

— Tak, zaczęło się to młodzieńczym wybrykiem, a stało się…

Chevalier przerwał:

— Dobrze, trzeba to załatwić.

— Załatwić?

— Tak, obojętne, co będzie to kosztowało pańską amour propre[31]. Powinieneś pan pamiętać, że jesteś zaręczony. O tym także zapomniałeś pan, jak mi się zdaje. A potem idziesz pan i zapominasz o swym zatargu. To jest świadectwo najbrzydszej lekkomyślności, o jakiej kiedykolwiek słyszałem.

— Boże święty, monsieur! Przecież pan nie wyobraża sobie chyba, że ja wynalazłem tę historię w czasie mego ostatniego pobytu w Paryżu, czy też coś podobnego?

— Ech! Co za znaczenie ma dokładna data pańskiego nierozumnego kroku! — zawołał podrażniony Chevalier. — Chodzi przede wszystkim o to, by ją załatwić.

Zauważywszy, że generał d’Hubert upiera się i próbuje coś powiedzieć, stary émigré podniósł ręce i dodał z godnością:

— Ja także byłem żołnierzem. Nigdy nie ważyłbym się człowieka, którego nazwisko ma nosić moja bratanica, posądzić o jakiś czyn dwuznaczny. Ale powiadam panu, że entre galants hommes[32] każda sprawa może być załatwiona.

— Ależ, saperlotte[33], monsieur le Chevalier, to jest już piętnaście albo szesnaście lat temu. Byłem wtenczas porucznikiem huzarów.

Stary Chevalier widocznie stropił się namiętnym i rozpaczliwym tonem tej informacji.

— Pan byłeś porucznikiem huzarów szesnaście lat temu? — szepnął jakby oszołomiony.

— A tak! Przecież nie przypuszcza pan, że w kołysce byłem już generałem, jak książę krwi.

W purpurowym mroku, opadającym na pola pokryte wirnną latoroślą, nad którym na zachodzie nisko zawisła wstęga szkarłatnych chmur, głos starego eksoficera Armii Książąt brzmiał głośno i przesadnie uprzejmie.

— Czy ja śnię? Czy to żart? Albo ja mam to tak zrozumieć, że sprawę honorową wlokłeś pan przez piętnaście czy szesnaście lat?

— Tak długo już pęta się ona przy mnie. To właśnie chciałem powiedzieć. Samej sprawy tnie podobna wytłumaczyć łatwo. Przez ten czas kilkakrotnie pojedynkowaliśmy się, rzecz oczywista.

— Cóż za maniery! Co za okropne znieprawienie męskości! Nic nie jest w stanie wytłumaczyć tego barbarzyństwa tylko krwawa głupota rewolucji, która zaraziła całą generację — rzekł cicho przybyły z zagranicy émigré. — Kto to jest ten pański przeciwnik? — zapytał trochę głośniej.

Niby cień w swoim tricorne[34] i staromodnym stroju, podobny do pochylonego, chudego ducha ancien regime’u, Chevalier począł snuć upiorne wspomnienia.

— Przypominam sobie spór o małą Zofię Derval między panem de Brissac, kapitanem gwardii przybocznej, a d’Anjourantem (nie tym ospowatym, tym drugim — zwanym Beau d’Anjourant). Trzy razy pojedynkowali się w przeciągu osiemnastu miesięcy, zupełnie po kawalersku. Była w tym także wina i małej Zofii, która chciała się bawić…

— To nic podobnego — przerwał generał d’Hubert. Uśmiechnął się drwiąco. — Nic równie prostego — dodał. — Ani też w połowie tak rozsądnego — zakończył przez zęby ledwie dosłyszalnym głosem, po czym zazgrzytał z wściekłości.

Po tym dźwięku przez długi czas nic nie przerywało milczenia, aż Chevalier zapytał spokojnie:

— Kto to jest ten Feraud?

— Także porucznik huzarów — to jest, teraz generał. Gaskończyk. Syn kowala, zdaje mi się.

— Ach, tak! Zaraz to sobie pomyślałem. Ten Bonaparte miał szczególne upodobanie do takich canailles[35]. To nie dotyczy pana, d’Hubert, pan jest jednym z naszych, chociaż służyłeś uzurpatorowi, który…

— Dajmy temu pokój — przerwał generał d’Hubert.

Chevalier wzruszył wystającymi ramionami.

— Taki Feraud. Potomek jakiegoś kowala i jakiejś dziewki wiejskiej. Widzisz pan, co z tego wynika, gdy się kto wdaje z takimi ludźmi.

— Pan sam robiłeś buciki, Chevalier.

— Tak. Ale nie jestem synem szewca. Ani pan nim nie jesteś, monsieur d’Hubert. Pan i ja posiadamy coś, czego książęta i marszałkowie waszego Bonapartego nfe D0Siaidalli, gdyż nie ima na świecie siły, która by im to dać mogła — odparł émigré ze wzrastającym podnieceniem człowieka, który posiada nieodparty argument. — Ci ludzie po prostu nie istnieją, wszyscy ci Feraudowie. Feraud? Kto to jest Feraud? Jakiś va–nu–pieds[36], wykierowany na generała przez korsykańskiego awanturnika, przebranego za cesarza. Nie ma rozumnej przyczyny, aby miał d’Hubert s’encanailler[37] w pojedynku z osobą takiego pochodzenia. Możesz mu się pan zupełnie gładko wymówić. A jeśli manant[38] wbił sobie w głowę, że to nie podobna, to powiedz mu po prostu, że się nie będziesz z nim bił.

— Sądzi pan, że mógłbym tak uczynić?

— Oczywiście. Z najczystszym sumieniem.

— Monsieur le Chevalier! Jak pan myślisz, gdzieś pan wrócił ze swej emigracji?

Było to powiedziane tak ostrym tonem, że starzec nagle podniósł swą pochyloną głowę, świecącą srebrną siwizną pod koronkami małego tricorne.

— Bóg jeden wie! — rzekł w końcu, wskazując powolnym i ciężkim ruchem na stojący u skraju drogi wysoki krzyż, który wprawiony w blok kamienny wyciągał ramiona z kutego żelaza ku ciemniejącej czerwonej wstędze. — Bóg jeden wie! Gdyby nie ten znak, który widziałem na tym miejscu będąc jeszcze dzieckiem, nie wiedziałbym, po co wróciliśmy, my, którzy służyliśmy wiernie Bogu i królowi. Ludzie się zupełnie zmienili.

— Tak, to jest zmieniona Francja — rzekł generał d’Hulbert.

Zdawało się, że znów odzyskał spokój. Ton jego był lekko ironiczny.

— Dlatego nie mogę pójść za pańską radą. Poza tym, jak można psu odmawiać prawa do kąsania, gdy chce kąsać? Nie podobna. Ręczę słowem. Feraud nie jest kimś, kto dalby się powstrzymać wymówką lub odmową. Ale są jeszcze inne sposoby. Mógłbym, na przykład, wysłać posłańca z jednym słówkiem do brygadiera żandarmerii w Senlac. Tamten i jego obydwaj przyjaciele zostaliby po prostu na mój rozkaz natychmiast aresztowani. Byłoby z tego powodu trochę hałasu w armii, zarówno w czynnej, jak i zwolnionej — szczególnie w zwolnionej. Wszystko to canailles! Wszyscy byli kiedyś towarzyszami broni Armanda d’Hubert. Ale cóż obchodzi d’Huberta, co myślą ludzie, którzy nie istnieją? O, lepiej jeszcze, mogę powiedzieć memu szwagrowi, by posłał do wójta do wsi i dał mu małą wskazówkę. Nie trzeba więcej, by trzech „brygantów” opadnięto z cepami i widłami i wpędzono w piękny, głęboki, mokry rów — nic mądrzejszego! Coś podobnego zdarzyło się zaledwie dziesięć mil stąd trzem biedakom, zwolnionym z czerwonych ułanów gwardii, wracającym do domu. Cóż mówi na to pańskie sumienie, Chevalier? Czy d’Hubert może zrobić coś podobnego trzem ludziom, którzy nie istnieją?

Kilka gwiazd pokazało się na błękitnej ciemni nieba, czystej jak kryształ. Suchy, cienki głos Chevaliera zabrzmiał cierpko:

— Po co mówi mi pan to wszystko? Generał chwycił mocno zwiędłą, starczą rękę.

— Ponieważ winien jestem panu me pełne zaufanie. Któż mógłby to powiedzieć Adeli, jeśli nie pan? Rozumie pan, dlaczego nie ważę się zwierzyć z tego memu szwagrowi, a nawet mej siostrze? Chevalier! Byłem tak bliski tego, że drżę jeszcze. Nie wiesz pan, jak straszliwy wydaje mi się ten pojedynek. A nie ma sposobu, by go uniknąć. Po chwili szepnął:

— To jest przeznaczenie. — Opuścił obojętną rękę Chevaliera i powiedział zupełnie zwykłym głosem: — pójdę bez sekundantów. Jeśli znaczone jest mi zostać na placu, pan będziesz przynajmniej wiedział wszystko, co w tej sprawie może być wiadome.

Upiorny cień ancien regime’u zdawało się, pochylał się w czasie rozmowy coraz bardziej.

— Czyż będę mógł mieć dziś wieczór spokojną twarz wobec tych dwu kobiet? — jęknął. — Generale! Trudno będzie mi wybaczyć to panu.

Generał d’Hubert nic nie odpowiedział.

— Czy przynajmniej słuszność jest po pańskiej stronie?

— Jestem niewinny.

Potem chwycił upiorne ramię Chevaliera powyżej łokcia i ścisnął je mocno.

— Muszę go zabić! — syknął, puścił go i wielkimi krokami poszedł drogą.

Dzięki czułej zapobiegliwości swej kochającej siostry, generał miał zapewnioną zupełną swobodę ruchu w domu, w którym był gościem. Miał nawet swe osobne wejście przez małe drzwi w rogu cieplarni. Dlatego też nie był zmuszony tego wieczora ukrywać swego wzburzenia przed resztą domowników, którzy się niczego nie domyślali. Był z tego zadowolony. Zdawało mu się, że gdyby otworzył usta, wybuchnąłby straszliwymi bezcelowymi przekleństwami, że łamałby meble, rozbijał porcelanę i szkło. Od chwili, gdy otworzył swe prywatne drzwi, i w czasie, gdy przeszedł dwadzieścia osiem stopni krętej klatki schodowej, którą wychodziło się na korytarz, gdzie znajdował się ]ego pokój, przebył mękę straszliwej i upokarzającej sceny, w której rozwścieczony szaleniec, z nabiegłymi krwią oczyma i pianą na ustach, .wyrządzał straszliwe spustoszenie wśród martwych przedmiotów, znajdujących się w tej godnie urządzonej jadalni. Gdy otworzył drzwi swego pokoju, napad przeszedł, ale jego zmęczenie fizyczne było tak wielkie, że chwytał się krzeseł, gdy szedł przez pokój, zmierzając do niskiej i szerokiej sofy, na którą ciężko upadł. Jego moralne przygnębienie było jeszcze większe. Ta brutalność uczuć, którą odczuwał tylko wówczas, gdy z szablą w ręku szarżował na nieprzyjaciela, zdumiewała człowieka lat czterdziestu, który nie rozpoznawał w niej instynktownej gwałtowności swej zagrożonej namiętności. Lecz w tym duchowym i cielesnym wyczerpaniu (namiętność jego przejaśniła się, oczyściła i wysubtelniła w uczucie smutniej rozpaczy, że będzie może musiał umrzeć, zanim tę śliczną dziewczynę nauczy miłości.

Tej nocy generał d’Hubert leżał wyciągnięty na wznak, z rękami na oczach albo też na piersi, z twarzą wciśniętą w poduszki, i przechodził kolejno wszystkie możliwie uczucia. Niesłychany wstręt do niedorzeczności sytuacji, wątpliwości, czy jest zdolny pokierować swym życiem, nieufności do swych najlepszych uczuć (po kiego diabła zachciało mu się chodzić do tego Fouchégo?) — wszystko to poznał kolejno.

„Jestem idiotą, nie ma dwóch zdań — myślał — uczuciowym idiotą. Ponieważ podsłuchałem dwóch ludzi rozmawiających w kawiarni… Jestem idiotą, który boi się kłamstwa — a przecież w życiu tylko prawda ma znaczenie.”

Wstawał kilkakrotnie, w skarpetkach chodził po pokoju, aby go nikt nie słyszał na dole, i wypił wszystką wodę, jaką odnalazł był w ciemności. Przeszedł także tortury zazdrości. Ona wyjdzie za kogo innego. Na myśl tę dusza jego wiła się. Upiór Ferauda, okropna wytrwałość tego głupiego bydlaka, działała nań ze straszliwą mocą bezlitosnego przeznaczenia. Generał d’Hubert; zadrżał, gdy odstawiał próżny już dzbanek na wodę.

„Zabije mnie” — pomyślał.

Generał d’Hubert zakosztował wszelkiego uczucia, jakiego życie dostarczyć może. W wyschniętych ustach poczuł mdły, niezdrowy posmak strachu, nie tego dopuszczalnego strachu przed czystym i wesołym spojrzeniem młodej dziewczyny, ale strachu przed śmiercią, strachu honorowego człowieka przed tchórzostwem.

Jeśli prawdziwa odwaga polega na tym, że idziemy na spotkanie nienawistnego niebezpieczeństwa, przed którym wzdryga się nasze ciało, dusza i serce, to generał d’Hubert miał sposobność okazać ją po raz pierwszy w życiu. Z uniesieniem szarżował na baterie i czworoboki piechoty i jeździł z rozkazami pod gradem kul nie myśląc o tym. Teraz miał po cichu wyśliznąć się o świcie na niesławną i gwałtowną śmierć. Generał d’Hubert nie ociągał się. Włożył dwa pistolety do skórzanych olster, które zarzucił na plecy. Zanim wyszedł z ogrodu, w ustach poczuł znów suchość. Zerwał więc dwie pomarańcze. Dopiero gdy zatrzasnął za sobą bramę, poczuł lekkie osłabienie.

Nie bacząc na to poszedł niepewnym krokiem, lecz po kilku chwilach odzyskał pełną władzę w nogach. W bezbarwnym i przejrzystym brzasku porannym sosnowy las, składający się z kolumn pni i ciemnozielonego baldachimu, odznaczał się wyraźnie na tle skał szarego stoku górskiego. Generał wlepił weń nieruchomy wzrok i idąc ssał pomarańczę. Ten właściwy jego naturze pogodny spokój w obliczu niebezpieczeństwa, dzięki czemu był oficerem lubianym przez podwładnych i cenionym przez przełożonych, powoli dochodził do swych praw. D’Hubert miał wrażenie, że idzie do bitwy. Gdy przybył na skraj lasu, usiadł na kamieniu trzymając drugą pomarańczę w ręce, po czym zaczął sobie wyrzucać, że przybył tak śmiesznie wcześnie na plac boju. Niedługo to trwało, gdy usłyszał w krzakach szelest, kroki po twardej ziemi i odgłosy urywanej, głośnej rozmowy. Gdzieś poza nim odezwał się chełpliwy głos:

— Już go mam w kieszeni.

„A więc już. Co to znaczy w kieszeni? Czy oni o mnie mówią?” — pomyślał generał. A przypomniawszy sobie drugą pomarańczę, którą trzymał w ręku, myślał dalej: „To są dobre pomarańcze. Własne drzewo Leonii. Mogę ją teraz równie dobrze zjeść, jak wyrzucić.”

Gdy generał Feraud i jego towarzysze wynurzyli się zgęstwy skał i krzaków, ujrzeli generała d’Hubert zajętego obieraniem pomarańczy. Przystanęli, czekając, aż podniesie oczy. Wówczas sekundanci ukłonili się, gdy tymczasem generał Feraud założył ręce w tył i odszedł parę kroków na bok.

— Zmuszony jestem prosić jednego z panów, messieurs, by zechciał mi sekundować. Nie przyprowadziłem mych przyjaciół. Czy zechcą panowie?

Jednooki kirasjer odrzekł stanowczo:

— Tego nie można odmówić.

Drugi weteran zauważył:

— A jednak, to dziwne.

— Ze względu na nastrój mieszkańców tej części kraju, nie miałem nikogo, komu mógłbym z czystym sumieniem zwierzyć się z obecności panów — wytłumaczył uprzejmie generał d’Hubert.

Obydwaj zasalutowali, spojrzeli dokoła i oświadczyli równocześnie:

— Zły teren.

— Niestosowny.

— Po co się niepokoić terenem, pomiarami i tak dalej? Uprościmy sobie to wszystko. Nabijcie, panowie, dwie pary pistoletów. Ja wezmę pistolety generała Feraud, a on weźmie moje. Albo jeszcze lepiej, każdy weźmie po mieszanej parze. Po jednym z każdej pary. Potem wejdziemy do lasku i będziemy strzelać do siebie, gdy się zobaczymy, a panowie zostaniecie tu. Nie przyszliśmy ceremoniować się, ale walczyć — walczyć na śmierć i życie. Każdy teren nadaje się do tego. Jeśli padnę, musicie zastawić mnie tam, gdzie będę leżał, i ulotnić się. Nie wyszłoby to panom na dobre, gdyby po czymś takim złapano was jeszcze tutaj.

Po krótkiej rozmowie z generałem Feraud okazało się, że godzi się na te warunki. Gdy sekundanci ładowali pistolety, słychać było, jak świstał, zacierając przy tym ręce z ogromnego zadowolenia. Mocnym ruchem ściągnął z siebie wierzchnie okrycie; generał d’Hubert zdjął je również i troskliwie złożył na kamieniu.

— Proponuję, abyście, panowie, wprowadzili swego mocodawcę z drugiej strony lasku i pozwolili mu wyjść dokładnie za dziesięć minut — rzekł generał d’Hubert spokojnie, mając jednak takie uczucie, jak gdyby wydawał zarządzenia do własnej egzekucji. Ale to byłe ostatnia chwila jego słabości. — Proszę poczekać! Musimy najpierw porównać nasze zegarki.

Generał wyciągnął swój. Oficer ze zniekształconym nosem poszedł, aby przynieść zegarek generała Feraud. Przez jakiś czas stali z pochylonymi nad nim głowami.

Tak, cztery minuty przed szóstą u panów, siedem na moim.

Przy boku generała d’Hubert został kirasjer, który nieruchomo wpatrywał się jednym okiem w białą taczkę zegarka leżącego na dłoni, a czekając na uderzenie ostatniej sekundy otworzył usta na długo przedtem, im rzucił słowo:

— Avancez![39]

Generał d’Hubert ruszył naprzód i z jaskrawego blasku słonecznego poranka prowansalskiego wszedł w chłodny i aromatyczny cień sosen. Teren był równy, a mnogość czerwonych pni, pochylonych do siebie pod rozmaitymi kątami, mąciła mu początkowo wzrok. Miał wrażenie, że idzie do bitwy. Naczelna cnota, jaką jest wiara w siebie, znów poczęła dochodzić do głosu. Cały był zajęty swą sprawą. Zadanie brzmiało: jak zabić przeciwnika? Nic innego nie mogło go uwolnić od tej głupiej zmory.

„Nie ma celu ranić takiego bydlęcia” — myślał generał d’Hubert.

Był on znany jako pomysłowy oficer. Koledzy jego sprzed lat zwykli byli nazywać go „strategiem”. I rzeczywiście umiał myśleć w obliczu nieprzyjaciela. Natomiast Feraud był tylko szermierzem — ale także, niestety, niezawodnym strzelcem.

„Muszę sprowokować go do strzału na możliwie jak największą odległość” — powiedział sobie generał d’Hubert.

W tej samej chwili ujrzał coś białego, poruszającego się pomiędzy drzewami, koszulę swego przeciwnika. Wysunął się nagle pomiędzy dwoma drzewami zupełnie się odsłaniając, potem szybko jak błyskawica skoczył wtył. Był to niebezpieczny ruch, ale osiągnął swój cel. Prawie równocześnie z hukiem wystrzału mały kawałek kory, oderwany przez kulę, boleśnie uderzył go wucho.

Straciwszy jeden strzał generał Feraud począł być ostrożny. Gdy generał d’Hubert wyjrzał zza drzewa, nie mógł go dojrzeć. Ta nieznajomość stanowiska swego nieprzyjaciela wzbudziła w nim poczucie niepewności— Generał d’Hubert czuł się obrzydliwie odsłonięty od flanku i od tyłu. Znów coś białego zamajaczyło mu przed oczyma. Ha! A więc nieprzyjaciel był jeszcze przed nim. D’Hubert począł się obawiać obejścia. Ale generał Feraud nie myślał o tym. Generał d’Hubert widział, jak tamten nie spiesząc się zbytnio szedł wprost na niego przebiegając od drzewa do drzewa. Z mocnym postanowieniem podniósł generał d’Hubert rękę. Jeszcze za daleko. Wiedział, że nie był pewnym strzelcem. Musi czekać sposobności, by zabić.

Aby wykorzystać większy obwód pnia, generał d’Hubert usiadł na ziemi. Gdy wyciągnął się jak długi, głową do przeciwnika, uzyskał zupełne zabezpieczenie swej osoby. Nie chciał się teraz pokazywać, gdyż tamten był obecnie zbyt blisko. Przekonanie, że generał Feraud zrobi niebawem coś nierozważnego, było balsamem dla duszy generała d’Hubert. Ale było mu nieprzyjemnie trzymać brodę przy samej ziemi i to bez wielkiego pożytku. Rozglądał się dokoła, ze strachem odsłaniając część głowy, w rzeczywistości jednak z małym ryzykiem. Nieprzyjaciel jego nie spodziewał się oczywiście, by mógł go ujrzeć tak nisko. Generał d’Hubert znów dojrzał przelotnie generała Feraud, który rozważnie i ostrożnie kręcił się wciąż między drzewami.

„Lekceważy moje zdolności strzeleckie — pomyślał próbując wczuć się w stan swego przeciwnika, co jest tak bardzo pomocne przy wygrywaniu bitew. Utwierdziło go to w jego taktyce nieruchomości. — Gdybym tylko swoje tyły mógł tak zabezpieczyć jak front!” — myślał z troską, żywiąc to nieziszczalne pragnienie.

Odłożenie pistoletów wymagało pewnego wysiłku duchowego; ale generał d’Hubert uczynił to zupełnie spokojnie i ulegając nagłemu popędowi położył po jednym z nich z każdej strony. W armii uchodził za skończonego dandysa, ponieważ w dzień bitwy golił się i wkładał świeżą koszulę. Rzeczywiście, zawsze bardzo dbał o swój wygląd zewnętrzny. U człowieka bliskiego czterdziestki, zakochanego w młodej i zachwycającej dziewczynie, cenna ta dbałość mogła przerodzić się w słabostkę, jak na przykład noszenie przy sobie eleganckiego, małego portfelu, zawierającego grzebyk z kości słoniowej i zaopatrzonego w małe lusterko po zewnętrznej stronie. Ponieważ generał d’Hubert miał ręce wolne, sięgnął więc do kieszeni w spodniach po to narzędzie niewinnej próżności, wybaczalne u właściciela długich, jedwabistych wąsów. Wyciągnął więc portfel i z największą szybkością i spokojem przewrócił się na wznak. W tym nowym położeniu, z głową nieco podniesioną, trzymał lusterko tuż przy pniu, a patrząc w nie z ukosa lewym okiem, prawym bacznie strzegł tyłu swego stanowiska. Tak sprawdziły się słowa Napoleona, że „dla francuskiego żołnierza nie istnieje słowo niemożliwość”. Drzewo po prawej ręce całkowicie prawie przysłaniało pole widzenia jego lusterka.

„Jeśli przyjdzie od tyłu — pomyślał z zadowoleniem — będę musiał zobaczyć jego nogi. Ale żadną miarą nie będzie mógł zajść mnie niespodzianie.”

I rzeczywiście ujrzał, jak buty generała Feraud błyskały raz po raz przysłaniając na chwilę wszystko, co się w lusterku odbijało. Odpowiednio do tego zmienił pozycję. Ale ponieważ sądził tylko po zmiennym i pośrednim odbiciu w lustrze, przeto nie mógł wiedzieć, że jego stopy i część nóg generał Feraud widział dokładnie.

Na generała Feraud zaczęła robić wrażenie zdumiewająca zręczność, z jaką ukrył się jego przeciwnik. Trafił na właściwe drzewo z krwiożerczą pewnością. Tego był zupełnie pewny. A jednak dotychczas nie mógł zobaczyć ani nawet końca jego uszu. Nie było w tym nic dziwnego, gdyż szukał ich na wysokości pięciu stop i dziesięciu cali — ale generałowi Feraud wydało się to dziwne.

Ody ujrzał stopy i nogi przeciwnika, krew uderzyła do głowy. Po prostu zachwiał się za drzewem i musiał się o nie oprzeć ręką. A więc tamten leży na ziemi. Na ziemi! I to zupełnie cicho! Odsłonięty! Co to może znaczyć?… Myśl, że może zabił przeciwnika za pierwszym strzałem, zaświtała w głowie generała Feraud. Myśl ta nabierała pewności z każdą sekundą uważnego patrzenia i przysłaniała wszelkie inne możliwości, nieodparta, triumfująca, okrutna.

„Cóż za osioł ze mnie, że mogłem pomyśleć, iż spudłowałem — szepnął do siebie. — Sterczał przecież en pleine[40], głupiec, przez dobre dwie sekundy.”

Generał Feraud patrzał ma nieruchome członki i ostatnie ślady zdziwienia ustępowały bezgranicznemu podziwowi dla swego śmiertelnego strzału.

„Palcami do góry! Na bogów wojny! To był strzał! — triumfował w duchu. — Dostał w głowę, nie ma dwóch zdań, tak właśnie, jak mierzyłem, zatoczył się za to drzewo, przewrócił na wznak i umarł.”

I patrzał! Patrzał, aż zapomniał się ruszać, trochę przejęty grozą, trochę zasmucony. Ale za nic w świecie nie chciałby, aby się to odstało.

„Taki strzał! Taki strzał! Przewrócił się na wznak i umarł.”

Gdyż ta właśnie bezsilna pozycja, to położenie na wznak upewniało generała Feraud w jego przekonaniu. Nigdy nie przyszłoby mu na myśl, że z rozmysłu mógłby ją przyjąć żywy człowiek. To było nie do pojęcia. To Przechodziło wszelkie możliwości zdrowego rozsądku. Trzeba jednak dodać, że obrócone do góry palcami nogi generała d’Hulberta wyglądały rzeczywiście martwo. Generał Feraud zaczerpnął już oddechu, by zawołać głośno na swych sekundantów, ale chwilowo powstrzymał się, gdyż miał skrupuły, które sam uważał za przesadne.

— Pójdę tylko i popatrzę, czy jeszcze żyje — mruknął do siebie porzucając spokojnie zasłonę drzewa. Ten ruch spostrzegł natychmiast pomysłowy generał d’Hubert. Wydawało mu się, że w tym kryje się jakiś podstęp, a gdy buty znikły z powierzchni lusterka, stało mu się nieswojo. Ale generał Feraud tylko zboczył nieco z obranego kierunku, a jego przeciwnik nie mógł przypuścić, że idzie on zupełnie swobodnie. Generał d’Hubert, który począł się dziwić, co się z tamtym dzieje, został zaskoczony talk nagle, że pierwszym znakiem ostrzegającym o niebezpieczeństwie był długi, poranny cień jego wroga, padający ukośnie na wyciągnięte jego nogi. Nie słyszał nawet kroków po miękkim gruncie między drzewami.

To było nawet dla jego zimnej krwi za wiele. Zerwał się nie myśląc już o niczym i zostawił pistolety na ziemi. Nieprzezwyciężony instynkt zwykłego śmiertelnika (o ile wzburzenie nie byłoby go zupełnie obezwładniło) nakazałby mu schylić się po broń wystawiając go na niebezpieczeństwo zastrzelenia w tej pozycji. Instynkt jest nieprzemyślany, rzecz prosta. To jest prawdziwa jego definicja. Ale wanto by zbadać, czy w opartych na myśleniu czynnościach ludzkich zwyczajny sposób rozumowania nie wpływa na mechaniczne odruchy instynktu. W latach swej młodości Armand d’Hubert, myślący, obiecujący oficer, wyraził zapatrywanie, że „na wojnie nigdy nie należy poprawiać błędów”. Myśl ta, broniona i rozwijana w wielu dyskusjach, stała się jedną z podstawowych zasad jego umysłowości i zmieniła się niejako w część jego indywidualności. Czy przeniknęła go tak głęboko, że wpływała aż na odruchy jego instynktu, czy też po prostu, jak to sam później mówił, był „zbyt przerażony, by pamiętać o tych przeklętych pistoletach” — fakt jednak, że generał d’Hubert nie próbował schylić się po nie. I zamiast poprawić ten błąd, obydwoma rękami objął szeroki pień drzewa i z takim impetem rzucił się zań, że okręciwszy się dokoła pnia, przy blasku i huku wystrzału pistoletowego po drugiej stronie drzewa, spotkał się oko w oko z generałem Feraud. Ten zaś, wytrącony zupełnie z równowagi widokiem tej zwinności nieżywego człowieka, drżał jeszcze. Lekka mgiełka dymu zawisła przed jego twarzą, która wyglądała tak, jakby dolna szczęka opadła.

— Nie chybiony! — zaharczał chrapliwie z głębi swego suchego gardła.

Te posępne dźwięki złamały czar, jaki padł na zmysły generała d’Hubert.

— Owszem, chybiony, à bout portant[41] — usłyszał swój głos, zanim odzyskał pełną władzę nad sobą. Zmianie uczuć towarzyszył napływ morderczej pasji, która w gwałtowności swej zawarła wszystką mściwość, jaka w nim zebrała się w ciągu całego życia. Przez lata doprowadzała generała d’Hubert do rozpaczy i upokarzała ta okrutna głupota, narzucona mu przez dziki kaprys tego człowieka. Ponadto generał d’Hubert zbyt niechętnie w tym ostatnim wypadku patrzał śmierci w oczy, aby w reakcji na jego udrękę nie było pragnienia zadania śmierci.

— A ja mam jeszcze obydwa strzały — dodał bezlitośnie.

Generał Feraud zacisnął zęby, a twarz jego stała się gniewna i nieustraszona.

— Dalej! — rzekł ze złością.

To byłyby jego ostatnie słowa, gdyby generał d’Hubert trzymał pistolety w ręku. Ale pistolety leżały na ziemi, u stóp sosny. Generał d’Hubert miał chwilę czasu, potrzebną do przypomnienia sobie, że bał się śmierci nie jako mężczyzna, ale jako kochanek, nie jako niebezpieczeństwa, ale jako rywala, nie jako wroga życia, ale jako przeszkody do małżeństwa. I patrzcie! Oto rywal był pokonany! — Pokonany, zmiażdżony, unicestwiony zupełnie!

Mechanicznie podniósł broń z ziemi i, zamiast strzelić w pierś generała Feraud, dał wyraz najważniejszej swojej myśli:

— Teraz nie będzie się pan już więcej pojedynkować.

Ten ton swobodnego a nie dającego się wyrazić zadowolenia był czymś więcej, niż mógł znieść stoicyzm generała Feraud.

— Nie wierć się już, ty przeklęta lalo sztabowa z wodą w żyłach! — ryknął nagle z niewzruszoną twarzą na swym wyprostowanym i sztywnie nieruchomym ciele.

Generał d’Hubert ostrożnie spuścił kurki swych pistoletów. Tamten patrzał na to żywiąc bardzo mieszane uczucia.

— Dwa razy chybiłeś mnie pan — rzekł zwycięzca biorąc obydwa pistolety do jednej ręki. — Ostatni raz na pół kroku, czy coś podobnego. Według wszelkich praw pojedynkowych życie pańskie należy do mnie. To nie znaczy, że chcę je teraz wziąć panu.

— Nie potrzebuję pańskiej wspaniałomyślności — mruknął ponuro generał Feraud.

— Pozwól pan sobie powiedzieć, że nic mnie to nie obchodzi — rzekł generał d’Hubert, któremu każde słowo dyktowała głęboka delikatność uczuć. W gniewie mógł zabić tego człowieka, ale uspokojony wzdrygał się przed upokarzaniem tej nierozumnej istoty, choćby odruchem wspaniałomyślności wobec kolegi, żołnierza grande armée[42], z którym przeszedł cuda i okropności wielkiej epopei wojennej.

— Nie zechcesz pan chyba dyktować mi, co mam zrobić z tym, co jest moją własnością.

Generał Feraud patrzał zmieszany, a tamten mówił dalej: — pan zmusiłeś mnie, wiążąc mnie prawami honoru, oddawać życie moje do pańskiej dyspozycji przez lat piętnaście. Doskonale. Teraz, gdy los rozstrzygnął na moją korzyść, chcę według tej zasady postąpić z pańskim życiem i zrobić, co mi się podoba. Teraz pan jesteś związany prawami honoru, aż ja powiem moje słowo.

— Tak jest! Ale, sacrebleu! To byłaby głupia sytuacja dla generała cesarstwa! — zawołał niespokojnie generał Feraud z wyrazem głębokiego przeświadczenia. — Ależ to znaczy, że całe życie mam siedzieć z naładowanym pistoletem w szufladzie i oczekiwać pańskiego słowa! To jest idiotyczne; ja stanę się przedmiotem… przedmiotem drwin.

— Głupie? Idiotyczne? Tak pan sądzi? — pytał generał d’Hubert z pozorną powagą. — Być może. Nie widzę jednak sposobu, by tego uniknąć. Ale nie będę się nad tym rozwodzić. Nikt nie dowie się o tym ani słowem. Tak jak nikt, zdaje mi się, nie wie, jaki jest początek naszej zwady… Ani słowa — dodał szybko. — Naprawdę nie mogę o tym rozmawiać z człowiekiem, który w stosunku do mnie nie istnieje.

Gdy obydwaj zapaśnicy wyszli na otwarte pole — generał Feraud szedł nieco w tyle, jakby na wpół przytomny — obydwaj sekundanci rzucili się ku nim, każdy ze swego stanowiska na krańcu lasu. Generał d’Hubert zwrócił się do mich mówiąc głośno i wyraźnie:

— Messieurs, korzystam ze sposobności, by oświadczyć panom uroczyście w obecności generała Feraud, że różnice pomiędzy nami zostały ostatecznie wyrównane. Możecie panowie o tym wszystkich zawiadomić.

— Pojednanie — w końcu! — zawołali razem.

— Pojednanie? Niezupełnie. Coś bardziej wiążącego. Prawda, generale?

Generał Feraud tylko skinął twierdząco głową. Obydwaj sekundanci spojrzeli po sobie. Gdy dnia tego znaleźli się później sami, w takiej odległości od swego markotnego przyjaciela, że ich usłyszeć nie mógł, kirasjer powiedział:

— Na ogół biorąc jednym okiem mogę widzieć tyle, co wszyscy ludzie; ale to zabiło mi ćwieka w głowę. On nie chce mi nic powiedzieć.

— W tej sprawie honorowej, na mój rozum, było od początku coś, czego nikt w armii nie mógł dobrze zrozumieć — rzekł strzelec ze zniekształconym nosem. — Tajemniczo się zaczęła, tajemniczy był jej przebieg i jak się zdaje, tajemniczo się skończyła.

Wielkim, spiesznym krokiem szedł generał d’Hubert do domu, zupełnie nie podniesiony na duchu uczuciem triumfu. Zwyciężył, ale nie wydawało mu się, by tym zwycięstwem wiele był osiągnął. Poprzedniej nocy pienił się na niebezpieczeństwo zagrażające jego życiu, które wydało mu się wspaniale, godne posiadania, gdyż umożliwiało pozyskanie miłości młodej dziewczyny. Miał chwile, w których dzięki cudownemu złudzeniu zdawało mu się, że tę miłość już posiada, a zagrożone życie daje mu jeszcze wspanialsze możliwości pełnego ocenienia jego wartości. Teraz, gdy życie jego już nie było zagrożone, nagle straciło swą szczególną wspaniałość. Miast tego nabrało drażniącego charakteru pułapki, w której okazała się cała niegodność jego osoby. Co się zaś tyczy cudownego złudzenia zdobytej miłości, jakie nawiedziło go na chwilę podczas gorączkowej bezsennej nocy, która mogła być jego ostatnią, to obecnie rozumiał jego prawdziwą naturę. Był to tylko napad majaczącej zarozumiałości. Tak to człowiekowi, którego Otrzeźwił zwycięski wynik pojedynku, życie wydało się pozbawione uroku po prostu dlatego, że nie było już zagrożonym.

Ponieważ zbliżał się do domu od tyłu, przez sad i ogród warzywny, nie mógł dostrzec zamieszania, jakie panowało na froncie. Nie spotkał żywej duszy. Tylko wówczas gdy przechodził przez korytarz, zauważył, że wszyscy się już zbudzili, a w domu było bardziej gwarno niż zazwyczaj. Imiona służby wywoływano na dole z towarzyszeniem zgiełku i bieganiny. Z pewnym zdziwieniem ujrzał, że drzwi jego pokoju były odchylone, choć okiennice jeszcze zamknięte. Miał nadzieję, że jego ranna wycieczka nie została zauważona. Spodziewał się zastać tu kogoś ze służby, kto przed chwilą właśnie wszedł do pokoju, ale blask słoneczny, który wdzierał się przez szpary, pozwolił mu dojrzeć na niskiej sofie coś wielkiego, co miało wygląd dwu kobiet trzymających się w objęciach. Tajemniczy szept, pełen łez i rozpaczy, doszedł go od tej grupy. Generał otworzył gwałtownie najbliższą parę okiennic. — Jedna z kobiet zerwała się. Była to jego siostra. Stała przez chwilę z rozpuszczonymi włosami i ręce wzniosła ponad głowę, potem z tłumionym okrzykiem rzuciła się w jego objęcia. On odpowiedział na jej uścisk próbując jednocześnie uwolnić się z niego. Druga kobieta nie podniosła się. Przeciwnie, zdawało się, że jeszcze mocniej przycisnęła się do sofy kryjąc twarz w poduszkach. Jej włosy, również rozpuszczone, były przedziwnie jasne. Ze wzrastającym wzruszeniem poznawał je generał d’Hubert. Mademoiselle de Valmassigue! Adela! W rozpaczy!

Generał zaniepokoił się bardzo i ostatecznie uwolnił się z objęć siostry. Teraz madame wyciągnęła swe kształtne nagie ramię z peniuaru i dramatycznie wskazała na sofę.

— To biedne, przestraszone dziecko przybiegło tu z domu, pieszo, dwie mile, cały czas biegnąc.

— Co się takiego stało, na miły Bóg?! — zapytał generał d’Hubert niskim, przejętym głosem.

Ale madame Leonia mówiła głośno:

— Uderzyła w duży dzwon przy bramie i zbudziła wszystkich domowników; my wszyscy spaliśmy jeszcze. Możesz wyobrazić sobie, co za okropny cios… Adelo, moje drogie dziecko, podnieś głowę.

Wyraz twarzy generała d’Hubert nie był wyrazem człowieka, który łatwo „wyobraża” sobie. Z chaosu domysłów wyłowił przekonanie, że jego przyszła teściowa nagle umarła, lecz choć myśl tę musiał zaraz porzucić, nie mógł wyobrazić sobie, co za wypadek czy katastrofa mogła skłonić mademoiselle de Valmassigue — mieszkającą przecież w domu pełnym służby — by sama pospieszała z wiadomością przez pola, dwie mile, cały czas biegnąc.

— Ale dlaczego przyszłyście, panie, do mego pokoju? — szepnął pełen trwogi.

— Ja oczywiście pobiegłam na górę, alby popatrzeć, a to dziecko… nie zauważyłam tego… poszło za mną. To ten niemądry Chevalier winien — ciągnęła dalej madame Leonia patrząc na sofę. — Włosy się jej zupełnie rozsypały. Możesz wyobrazić sobie, że nie traciła czasu na wołanie służącej, aby ją ubrała, zanim pobiegła… Adelo, moja droga, podnieś głowę… Wygadał się jej ze wszystkim o wpół do piątej rano. Zbudziła się wcześnie, otworzyła okiennice, aby odetchnąć świeżym powietrzem, i zobaczyła go, jak złamany siedział na ławce przy końcu wielkiej alei. O tej godzinie — możesz wyobrazić sobie! Wieczorem poprzedniego dnia powiedział, że się źle czuje. Ona zarzuciła coś na siebie i zbiegła do niego. Nawet o coś błahszego można się zaniepokoić. Bo on kocha ją, ale nie bardzo rozumnie. Przez całą noc nie spał, zupełnie ubrany, biedny staruszek; teraz jest całkiem wyczerpany. Nie był w stanie wynaleźć jakiejś wiarogodnej wymówki. Cóż to za powiernika wyszukałeś sobie! Mój mąż był wściekły. Powiada: „Teraz nie możemy się w to wtrącać.” Siedliśmy więc i czekamy. To było straszne. A to biedne dziecko biegnie tu, z rozpuszczonymi włosami, na oczach wszystkich ludzi! Widzieli ją, jak biegła przez pola. I cały dom postawiła na nogi. To było dla niej bardzo przykre. Na szczęście, bierzecie ślub w przyszłym tygodniu… Adelo, podnieś głowę. Wrócił do domu na własnych nogach… Myśleliśmy, że może cię tu przyniosą na noszach, czy ja wiem? Muszę to dziecko odwieźć zaraz do domu. Nie wypada, by została tu, Choćby minutę dłużej.

Generał d’Hubert znieruchomiał. Wyglądał tak, jakby nic nie słyszał. Madame Leonia zmieniła swe zamiary.

— Pójdę sama zobaczyć — rzekła. — Muszę także wziąć płaszcz. Adelo… — zaczęła, ale nie skończyła „podnieś głowę”. Wyszła, mówiąc bardzo głośno i wesoło: — Drzwi zostawiam otwarte.

Generał d’Hubert zrobił krok w kierunku sofy, ale wówczas Adela podniosła głowę, on zaś stanął jak przygwożdżony. Myślał: „Nie myłem się dziś rano. Muszę wyglądać jak stary włóczęga. Plecy powalałem sobie ziemią, a we włosach mam szpilki sosnowe.” Przyszedł do przekonania, że sytuacja ta wymaga specjalnej ostrożności z jego strony.

— Bardzo mi przykro, mademoiselle — zaczął niepewnie i zaraz dał temu pokój.

Ona siedziała na sofie, policzki jej pałały niezwykle, a włosy, przecudownie jasne, opadały na ramiona, co było dla generała nieznanym dotychczas widokiem. Przeszedł pokój, spojrzał dla pewności przez okno i powiedział z wyrazem szczerej rozpaczy:

— Obawiam się, iż pani myśli, że zachowuję się jak szaleniec.

Potem zaczął chodzić po pokoju, przy czym zauważył, że ona towarzyszy mu spojrzeniem. Nie spuściła też oczu, gdy spotkały się z jego wzrokiem. A wyraz jej twarzy był dla niego również czymś nowym. Wyraz ten, można by powiedzieć, przemienił się. Te oczy patrzyły na niego z poważnym zamyśleniem, gdy cudowne linie ust, jakby układały się w powstrzymywany uśmiech. Zmiana ta sprawiała, że jej nieziemska piękność stała się znacznie mniej tajemnicza, ale za to bardziej dostępna męskiemu rozumieniu. Dziwna swoboda przeniknęła duszę generała — a także i jego postępowanie. Chodził po pokoju z tym tak bardzo rozkosznym uczuciem, jakie miał, gdy szedł na baterie ziejące śmiercią, ogniem i dymem; potem stanął patrząc roześmianymi oczyma na dziewczynę, której ślub z nim (w przyszłym tygodniu) tak troskliwie przygotowała mądra, dobra, podziwu godna Leonia.

— Ach, mademoiselle! — rzekł tonem ugrzecznionego pożałowania — gdybym tylko mógł być pewny, że dziś rano nie biegłaś pani dwie mile jedynie z miłości do swej matki!

Czekał na odpowiedź, nieruchomy, ale podniesiony wewnętrznie. Brzmiała ona jak słaby szept, przy tym opadające powieki robiły szczególne wrażenie:

— Proszę nie być równie méchant[43], jak szalonym. Wówczas generał d’Hubert wykonał w kierunku sofy ruch atakujący, któremu nie podobna było się oprzeć. Mebel ten nie stał dokładnie naprzeciw otwartych drzwi.

Ale gdy madame Leonia, ubrana w lekki płaszcz, wróciła niosąc na ręce koronkowy szal dla Adeli, by ukryć pod nim jej zdradzieckie włosy, miała wrażenie, że brat jej podniósł się z kolan.

— Chodź, moje drogie dziecko! — zawołała z progu.

Generał był już znów sobą w pełnym tego słowa znaczeniu i okazał zręczność pomysłowego oficera kawalerii oraz stanowczość dowódcy.

— Nie będziesz wymagała, aby schodziła do powozu — rzekł z oburzeniem. — Przecież nie może; zniosę ją na dół.

Uczynił to ostrożnie, podczas gdy zdziwiona siostra szła za nim z uszanowaniem; lecz potem jak wicher wrócił na górę, by zmyć wszystkie znaki, pozostałe po tej nocy lęku przed śmiercią i po poranku walki, oraz przybrać uroczysty strój zwycięzcy, zanim uda się do tamtego domu. Niewiele brakowało, a generał d’Hubert byłby dosiadł konia i popędził za swym dawnym przeciwnikiem tylko po to, aby go wziąć w objęcia z nadmiaru szczęścia.

„I to wszystko zawdzięczam temu głupiemu bydlakowi — myślał sobie. — W przeciągu jednego poranka dokonał tego, czego ja przez całe lata nie potrafiłbym zrobić, bo jestem lękliwym głupcem. Ani śladu wiary w siebie. Zupełny tchórz ze mnie. A Chevalier! Przemiły staruszek!”

Generał d’Hubert zatęsknił, by i jego objąć ramionami.

Chevalier leżał w łóżku. Przez kilka dni czuł się bardzo źle. Mężczyźni cesarstwa i młode kobiety porewolucyjnych czasów były dla niego czymś więcej, niż znieść potrafił. Wstał w dzień przed ślubem, a będąc ciekawym z natury wziął na stronę swą bratanicę, aby pomówić z nią poufnie. Radził jej, by wyciągnęła od w małżonka prawdziwą historię jego sprawy ho— i: nor owej, która była tak ważna i tak nie cierpiąca zwłoki, że omal nie stała się dla niej tragedią.

— Słuszna to rzecz, by powiedział to swej żonie. A najbliższy miesiąc, moje drogie dziecko, to czas, w którym (będziesz się mogła wszystkiego dowiedzieć od swego małżonka.

Później, gdy para nowożeńców przybyła w odwiedziny do matki młodej małżonki, madame la generale d’Hubert opowiedziała swemu ukochanemu wujowi prawdziwe dzieje tej sprawy, których bez trudności dowiedziała się od swego małżonka.

Chevalier słuchał z wielką uwagą do końca, zażył niuch tabaki, strzepnął jej ziarnka z fałdzistego przodu swej koszuli i zapytał spokojnie:

— I to wszystko?

— Tak, wuju — odpowiedziała madame la generale otwierając szeroko swe piękne oczy. — Czy to nie zabawne? C’est insensé[44], gdy się pomyśli, do czego mężczyźni są zdolni!

— Hm, hm! — zauważył stary émigré. — To zależy jacy mężczyźni. Ci żołnierze Bonapartego to byli dzikusy. To jest insense. Jako żona, moje dziecko, musisz bezwzględnie wierzyć w to, co ci mówi twój mąż.

Ale mężowi Leonii wyraził Chevalier swoje prawdziwe o tym mniemanie.

— Jeśliś wymyślił tę historię dla swej żony, i to jeszcze w czasie miodowych miesięcy, to możesz pan być pewny, że teraz już nikt nie dowie się, jaka jest tajemnica tej sprawy.

Znacznie już później generał d’Hubert doszedł do przekonania, że nadszedł czas i że okoliczności dobrze się składają, by wystosować list do generała Feraud. List ten zaczynał się zaprzeczeniem wszelkiej nieprzyjaźni. „Nigdy nie życzyłem sobie — pisał generał baron d’Hubert — pańskiej śmierci, przez cały czas naszego pożałowania godnego sporu. Pozwól więc pan — ciągnął dalej — że w całej pełni zwrócę mu postradane przez niego życie. I słuszne będzie, jeśli my dwaj, którzy przeżyliśmy razem tyle dni wojennej chwały, otwarcie zostaniemy teraz przyjaciółmi.”

List ten zawierał również wiadomości o ściśle familijnym charakterze. Na te ostatnie generał Feraud odpowiedział z małego miasteczka nad brzegami Garonny tymi słowy:

„Gdyby syn pański miał na imię Napoleon albo Józef, albo choćby Joachim, mógłbym panu z większą radością pogratulować tego szczęśliwego zdarzenia. Ale że uważałeś pan za właściwe dać mu imiona Charles Henri Armand, utwierdziło mnie to w przekonaniu, żeś nigdy nie kochał cesarza. Myśl o tym wzniosłym bohaterze, przykutym do skały na środku straszliwego oceanu, czyni mi życie tak bezwartościowym, że z prawdziwą radością byłbym na pańskie polecenie roztrzaskał sobie głowę. Od samobójstwa wstrzymuje mnie poczucie honoru. Ale w szufladzie trzymam nabity pistolet.”

Przy czytaniu tego listu madame la generale d’Hubert załamywała ręce z rozpaczy

— Widzisz? On nie chce się pogodzić — rzekł jej mąż. — Nigdy, pod żadnym warunkiem nie może dowiedzieć się, skąd pochodzą pieniądze. To niemożliwe. Nie zniósłby tego.

— Jesteś brave home[45], Armandzie — rzekła z uznaniem madame la générale.

— Moja droga, miałem prawo roztrzaskać mu głowę, ale ponieważ nie uczyniłem tego, nie możemy pozwolić, by umarł z głodu. Stracił pensję, ale jest zupełnie niezdolny zapracować na siebie. Musimy się zająć nim po cichu aż po koniec jego dni. Czyż nie zawdzięczam mu najpodnioślejszej chwili mego życia?… Ha–ha–ha! „Przez pola, dwie mile biegnąc cały czas.” Nie mogłem wierzyć własnym uszom!… Gdyby nie ta niemądra krwiożerczość, trzeba by było lat, aby cię przejrzeć. To szczególne, jak ten człowiek umiał, tak czy inaczej, znaleźć łączność z moimi głębszymi uczuciami.

 

Przekład Wilam Horzyca[46]

 

https://www.youtube.com/watch?v=FfTgXJpc3VA

 


[1] Conrad Joseph , właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski, ur. 3 XII 1857, Berdyczów, zm. 3 VIII 1924, Bishopsbourne k. Canterbury, pisarz angielski, z pochodzenia Polak. W dzieciństwie dzielił z rodzicami zesłanie w głąb Rosji (1862–67), wcześnie osierocony, wychował się w Krakowie i Lwowie pod opieką wuja T. Bobrowskiego; 1874 wyjechał z Polski; od 1878 w brytyjskiej marynarce handlowej (od 1886 kapitan), pływał m.in. do Australii i po morzach Archipelagu Malajskiego; 1886 uzyskał obywatelstwo brytyjskie; od 1894 poświęcił się wyłącznie pracy pisarskiej, rozpoczętej powieścią Szaleństwo Almayera (1895, wydanie polskie 1923 pt. Fantazja Almayera). Długie lata Conrad żył w trudnych warunkach materialnych; okres sławy i niezależności finansowej zapoczątkowała mniej ceniona przez krytyków literackich, lecz ciesząca się powodzeniem wśród ówczesnych czytelników powieść Los (1914, wydanie polskie 1955). W powieściach i opowiadaniach Conrada, opartych głównie na osobistych doświadczeniach z lat spędzonych na morzu, dominuje problematyka psychologiczno-moralna; sceptycyzm światopoglądowy pisarza łączy się w nich z przekonaniem o bezwzględnej konieczności przestrzegania kodeksu zasad etycznych; w losach samotnych bohaterów, poddawanych próbom charakteru wśród klęsk i załamań, Conrad ukazuje heroizm wierności wobec nakazów, obowiązku społecznego, odpowiedzialności i honoru; egzotyka tła i symbolizm splatają się w jego twórczości z wpływami techniki realistów francuskich i rosyjskich. Do najwybitniejszych powieści należą: Murzyn z załogi „Narcyza” (1897, wydanie polskie 1913), Lord Jim (1900, wydanie polskie 1904), Jądro ciemności (1902, wydanie polskie 1925), Tajfun (1902, wydanie polskie 1925), Zwycięstwo (1915, wydanie polskie 1927), Smuga cienia (1917, wydanie polskie 1925), a także Tajny agent (1907, wydanie polskie 1908) i W oczach Zachodu (1911, wydanie polskie 1925), w których wyraził nieufność wobec ruchów anarchistyczno-rewolucyjnych wywodzących się z Rosji; zainteresowanie Polską i jej przeszłością ujawniał w artykułach zamieszczanych na łamach prasy (m.in. Zbrodnia rozbiorów); dorobek literacki Conrada obejmuje również tomy opowiadań (np. Opowieści niepokojące 1898, wydanie polskie 1925, Opowieści zasłyszane 1925, wydanie polskie 1928) oraz napisane wraz z F.M. Fordem powieści Spadkobiercy (1901, wydanie polskie 1959) i Przygoda (1903, wydanie polskie 1960); Listy (1968), Dzieła (t. 1–27 1972–74), wybór publicystyki w t. 28 Dzieł (Szkice polityczne, Londyn 1975). (Encyklopedia PWN: http://encyklopedia.pwn.pl/index.php?module=haslo&id=3887586 ).

[2] adiutant (fr.)

[3] Tak jest! (fr.)

[4] Uwaga, do diabła! (fr.)

[5] ozdobniki (fr.)

[6] mój biedny stary (fr.)

[7] u diabla (fr.)

[8] do kroćset (fr.)

[9] sakramencka! (fr)

[10] pułkowniku (fr.)

[11] Kto przeżyje — zobaczy, (fr.)

[12] wspaniałego rębacza (fr.)

[13] Stępa — kłusem — do ataku1 (fr.)

[14] zblazowany (fr)

[15] Niech żyje cesarz! (fr.)

[16] pałacu (fr.)

[17] tu: koszary rezerwy (fr.)

[18] narzeczona (fr.)

[19] diabeł wcielony (fr.)

[20] doskonale (fr.)

[21] na przykład (fr.)

[22] starych wojakach (fr.)

[23] Doskonale, generale… Tak powinno być… Do diabła, to się rozumie… (fr.)

[24] powodzenia (fr.)

[25] jak w bitwie (fr.)

[26] ochotnika (fr.)

[27] emigranta (fr.)

[28] starego porządku (fr.)

[29] płaszcze (fr.)

[30] przyjacielu (fr.)

[31] miłość własną (fr)

[32] między wytwornymi ludźmi (fr.)

[33] Przekleństwo francuskie

[34] trójgraniastym kapeluszu (fr.)

[35] mętów (fr.)

[36] golec (fr)

[37] Pospolitować się (fr )

[38] cham (fr.)

[39] naprzód! (fr.)

[40] na widoku (fr.)

[41] z bliska (fr.)

[42] wielkiej armia (fr.)

[43] złośliwym (fr.)

[44] to szaleństwo (fr.)

[45] dzielnym człowiekiem (fr)

[46] Dyrektor warszawskiego Teatru im. W. Bogusławskiego (1924–1926) i Teatrów Miejskich we Lwowie (1932–1937), scen dramatyczno-komediowych: Wielkiej i Rozmaitości Teatru Wielkiego we Lwowie (1930–1936). Redagował miesięcznik Droga (1928–1937), Scena Lwowskia (1932–1937), tygodnik Pion (1937–1939). Członek i teoretyk grupy Skamander. W latach 1930–1935 poseł na Sejm z ramienia BBWR, zapraszał do współpracy Schillera posądzanego o lewicowe poglądy, w 1936 — udzielił sali teatralnej Zjazdowi Pracowników Kultury, będącemu największą manifestacją lewicy literackiej i artystycznej w Polsce międzywojennej. Dzięki Leonowi Schillerowi oraz Horzycy scena lwowska stanęła w rzędzie pierwszych teatrów Europy. W 1936 zamieszkał w Warszawie. Podczas okupacji niemieckiej wraz z Ferdynandem Goetlem był redaktorem miesięcznika Nurt. Pismo poświęcone kulturze polskiej. W 1945 organizował teatr w Katowicach (od marca do września 1945 był jego dyrektorem). (Wikipedia: http://pl.wikipedia.org/wiki/Wilam_Horzyca )

Howard Blake – The Duellists (1977)