sztandar szwoleżerski

Ostatnia szarża

Koroniarz 1795-1815 0 Komentarzy

sztandar szwoleżerski

Szwoleżerowie gwardii podczas stu dni Napoleona

 

Marcin Piontek

Wielu z czytelników pisma zna przedwojennych kawalerzystów, niektóre grupy szczycą się uznaniem kół pułkowych. Niestety każdy rok zabiera na wieczną wartę kolejnych weteranów. Wraz z nimi zaciera się pamięć przeszłości. Wydarzenia. Które dziś możemy wiązać z osobą, jutro będą wspomnieniem o niej, lub słowem w książce.  Dla ludzi, którzy przyjdą po nas, będą abstrakcją, podobnie jak świadkowie i uczestnicy minionych zdarzeń. To nieubłagane działanie czasu.

Pamiętam z dzieciństwa jak mój Ojciec opowiadał o powstańcach styczniowych, których widział jako chłopiec w czasach drugiej Rzeczypospolitej. Dla mojego dziada, gdy w roku dziewiętnastym dodawał sobie lat by zaciągnąć się do kawalerii powstańcy styczniowi byli równie bliscy co dla nas przedwojenni ułani (od końca drugiej wojny dzieli nas lat 65, rok dwudziesty od powstania styczniowego już tylko lat 55). Jeśli uświadomimy sobie, że dla powstańców styczniowych czasy powstania listopadowego były czasem ich ojców, lub własnej młodości, a wojny napoleońskie doświadczeniem żyjących, sztafeta pokoleń okazuje się krótka, a żołnierze powstania listopadowego, Napoleona, mają szansę z postaci historycznych stać się na nowo ludźmi z krwi i kości.

Kim był Bonaparte szczęśliwie przypominać nie trzeba. Warto jednak przypomnieć tych, których legenda jest nierozerwalnie związana z cesarzem Francuzów, i  których rogate czapy jeszcze po dwustu latach rozpoznawane są w najdalszych zakątkach Europy: szwoleżerów gwardii.

szwoleżerowie i 42 pod Quatre Bras

O ile ich historia od roku 1807-ego i rok późniejszej szarży pod Somosierrą po abdykację cesarza jest stosunkowo dobrze znana i opisywana po wielekroć, o tyle historia ich ostatniej kampanii wciąż czeka na historyka. Historia ta zaczyna się tam, gdzie inne kończą: w dniach zdrady marszałków Francji, którzy porozumiawszy się z carem Aleksandrem opuścili Napoleona. Wtedy to jedynymi zwartymi oddziałami, które przedarły się do cesarza były polskie pułki szwoleżerów i eklererów (zwiadowców) gwardii wraz ze szwadronem 7-ego pułku ułanów-lansjerów Legii Nadwiślańskiej. Jakkolwiek ich przybycie do Fontainbleau nie mogło cofnąć abdykacji, to wpisało się w godną postawę całości wojsk polskich, która zapewniła im na mocy traktatu abdykacyjnego powrót do kraju z bronią i sztandarami w ręku. Przejście pod opiekę Aleksandra było bolesne. Jak wspominał po latach[1] Aleksander Fredro:  „Na prawem skrzydle Les Chevaux legers lanciers de la Garde Imperiale, o których można było powiedzieć, że ich łzy nie oschły – tak jest łzy. Bo wychodząc z Fontainbleau, kilkanaście dni temu, płakano a gdzieniegdzie i głośno w szeregach tych weteranów, co od bitwy pod Somo-Sierra aż do ostatniej pod Paryżem, Sans peur et sans reproche [bez strachu i skazy], utrzymali wobec całego świata sławę polskiego żołnierza. (…) W końcu ostatniej kampanii sam wybór tylko pozostał i nikt nie widział ułanów tak Gwardyi jak i Linii odpartych w ataku. – Jako świadek bezstronny , a świadek co wiele widział i wiele myślał, mogę śmiało powiedzieć, że dużo, dużo czasu upłynie, nim taki pułk, jakim był pułk ułanów czyli polskich Lancierów Gwardyi Cesarskiej, – pułk takich dzielnych żołnierzy a jeszcze dzielniejszych oficerów i w takich wojnach wyćwiczony, rozwinie swój sztandar w jakim bądź kraju.”

 

Pożegnanie gwardii, Fontainebleau 1814-2014

JOB: „Fontainbleau”

 

W tym samym czasie 650-ciu wiarusów ze Starej Gwardii[2] pod dowództwem generała Cambronne’a, oraz szwadron złożony z ochotników z pułków szwoleżerów i eklererów gwardii, ruszyć miało za cesarzem na Elbę. Byli tam oficerowie: major Jan Paweł Jerzmanowski, kapitan Kajetan Baliński, porucznik Marcin Fiutowski oraz podporucznicy Tomasz Skowroński i Józef Piotrowski oraz kapitan Szulc z 7-ego lansjerów. Jerzmanowski wspominał że „Cesarz wyruszył z Fontainebleau z pikietą strzelców konnych gwardii, a inne eskorty tegoż regimentu towarzyszyły mu aż do trzeciego przeprzęgu. Od tej pory kontynuował swą podróż bez eskorty. (…) Dopiero od wrogich demonstracji pijanego ludu w Orange i Avignonie, podburzonego przez rojalistów, austriacki generał Koller, jeden z komisarzy, zażądał eskorty swego wojska i huzarzy niemieccy dostarczyli pikiet aż do Frejus . (…) Byłem jedynym oficerem gwardii na pokładzie [angielskiej Fregaty przewożącej cesarza – przypis M.P.]. W kilka dni po moim przybyciu na wyspę udałem się do Genui, by doręczyć wezwanie admirałowi Exmouth, aby ten dostarczył statki transportowe dla oddziałów cesarza, a gwardia, załadowana w Savonie, przybyła do Portoferraio dopiero w końcu maja. Cesarz po wylądowaniu zamieszkał w budynku merostwa, a później zajął dwa pawilony oficerów korpusu inżynierów, które kazał połączyć galerią. Nazajutrz odśpiewano Te Deum w kościele, w czym uczestniczyły władze i cesarz. Garnizon wyspy tworzył jego orszak. (…) Za cały ceremoniał musiało wystarczyć czterech szambelanów i sześciu oficerów ordynansowych, zwykła straż dowodzona przez oficera, kilku wartowników i czterech lansjerów polskich do eskorty, którymi cesarz rzadko się posługiwał.

 

Szwadron Elby

Chełmiński: „Szwadron Napoleona”

Generał Bertrand przedstawiał obcokrajowców cesarzowi, który łatwo godził się na audiencje. Podziw cudzoziemców, nasz szacunek i nasze oddanie zastępowały ceremoniał. (…) Nie wiadomo, czy generałowie Bertrand, Drouot i Cambronne znali projekty cesarza, ale mogę zapewnić, że pan Pons de l’Herault, administrator kopalń żelaza w Rio, wiedział o nich doskonale. (…) Ów człowiek energiczny i o wielkim charakterze cieszył się zaufaniem cesarza. To właśnie pan Pons wynajął w Civita Vecchia wielkie statki kupieckie sprowadził je do portu Longrono, gdzie na trzy dni przed odjazdem przybył zaopatrzyć je w żywność i załadować amunicję, którą dostarczyłem i która została załadowana potajemnie. Statki te odpłynęły do Portoferraio nocą w przeddzień odjazdu i posłużyła do przewiezienia części armii cesarza. Cała flotylla zgromadzona w zatoce Juan zaczęła wyładowywać się o czwartej godzinie z wieczora. Generałowie Bertrand, Drouot i Cambronne, pan Pan Pons de l’Herault i ja byliśmy z cesarzem na pokładzie „Inconstant”. (…) Załadowano tylko cztery konie, pierwszego dosiadł cesarz, drugiego generał Bertrand, trzeciego ja, a czwartego szef szwadronu Roule, wysłany jako obserwator i dla informowania o drogach dochodzących. Polacy nie dosiadali koni i nieśli na plecach swój ekwipunek. Udało mi się zakupić w Cannes przy świetle latarń kilkanaście koni od celników i żandarmów. Prowadziłem tę remonte aż do Grasse i w miejscach, które przechodziliśmy, kupując konie żandarmów i rolników, a opuszczając Gap wszyscy lansjerzy dosiadali już koni. Przybywszy do Grasse o świcie, kolumna zatrzymała się na wzgórzu ponad miastem. Mieszkańcy przybyli tłumnie, przynosząc jedzenie, ludność przyjęła nas z entuzjazmem i od tego momentu towarzyszyli nam zawsze mieszkańca okolic, przez które przechodziliśmy, pozdrawiając cesarza z radością i nadzieją, dorzucając parę przekleństw przeciw szlachcie i dawnym emigrantom, którą już im dali odczuć swą pogardę. (…) Polacy, przyjaciele narodu francuskiego, nigdy nie mieli z nim sporów i nie mogli nawet mieć. podzielali bowiem ten sam kult i podziw dla Napoleona. (…) Kiedy cesarz był u bram Grenoble, otoczony tysiącami osób niosących latarnie w ręku, wydałem rozkaz, aby zagaszono te, które były w jego pobliżu. Cesarz zauważył to i skarcił mnie.

— Czyż boisz się, że nas zobaczą?

— Tak, Sire, gdyż jakiś fanatyk rojalistyczny może strzelić do Waszej Cesarskiej Mości.

Byliśmy wówczas w zasięgu strzału pistoletowego z murów. (…) Kiedy cesarz zatrzymał się na kilka godzin w Moret, miałem okazję zakupić sześć koni od żandarmów. Lansjerzy na świeżych koniach pospieszyli za panami Déchamp i Marchand, którzy mieli przygotować kwaterę cesarza w Fontainebleau, ów przybywając tam, znalazł lansjerów na straży przy zamkowej kracie”[3], tej samej, którą strzegli po jego abdykacji, tak jakby nigdy tego miejsca nie opuścili. Francuscy pamiętnikarze opisywali, że był to wyczyn godny Polaków, pod których eskortą Napoleon wjechał tegoż dnia późnym wieczorem do Paryża by 21 marca 1815 r., w pałacu Tuileries objąć z powrotem władzę nad Francją. Parę dni później, mocą cesarskiego dekretu z 8 kwietnia szwadron Elby połączony został z francuskim Corps Royal des chevau-legers lanciers de France (dawnym holenderskim 2-gim pułkiem szwoleżerów gwardii, zwanym też od swych barw, pułkiem „czerwonych lansjerów”, który z czasem stał się jednostką złożoną z Francuzów i nielicznych już weteranów holenderskich i niemieckich). Zgodnie z postanowieniami dekretu  „Pierwszy szwadron złożony będzie całkowicie z Polaków; będzie miał mundur dawnych Polaków z Naszej Gwardii a rekrutowany będzie z Polaków, którzy podjęli służbę we Francji. (…) Szwadron polski dowodzony będzie przez pułkownika Jerzmanowskiego majora kawalerii Naszej Gwardii. Szwadron ten pozostanie pod rozkazami generała, pułkownika pułku Szwoleżerów Lansjerów Naszej Gwardii, a będzie wynagradzany i administrowany tak jak inne szwadrony przez Radę Administracyjną pułku”. Kolejną decyzją Napoleona, Szwadron Elby stał się specjalnym „szwadronem polskim”, a numer 1. oddano jednemu z czterech szwadronów francuskich[4], płk Jerzmanowski objął grosmajorostwo pułku, kpt Baliński został mianowany szefem szwadronu, a inni oficerowie i podoficerowie awansowali o stopień wyżej.[5] Jak pisze Andrzej Nieuważny „U progu kampanii belgijskiej, 6 czerwca 1815 r. dowodzony przez Colberta pułk ruszył w pole z 47 oficerami i 823 żołnierzami; 20 oficerów i prawie 500 szwoleżerów-lansjerów pozostało w zakładach.  Wśród tych 1370 wojskowych w rogatych czapkach było 225 Polaków, albowiem do Szwadronu Elby dołączyło wielu rodaków pozostałych w burbońskiej Francji. Wraz z szaserami i żandarmami wyborczymi pułk tworzył dywizję innego starego znajomego, generała Lefebvre-Desnouettes’a.” 12-ego czerwca szwoleżerowie weszli do Laon. W nocy 14-ego czerwca w Beaumont Napoleon, przez marsz. Soulta wydał swojej armii rozkaz rozpoczynający kampanię, zgodnie z którym Kawaleria Gwardii miała podążać w stronę Charleroi, wyruszając o godzinie 8:00 rano.[6] 15-ego czerwca o godzinie o 18:30 szwoleżerowie dotarli pod Frasnes. „Początkowo tylko kilku z nich zbliżyło się do pozycji aliantów [2-ego batalionu, 2-ego pułku Nassau-Ussingen dowodzonego przez podoficera, weterana wojny w hiszpanii, który wszakże pomylił mundury czerwonych lansjerów z mundurami kawalerii brytyskiej – przyp. M.P.], ale kiedy nadjechało ich więcej -zaatakowali. Niektórzy zsiedli z konia i zaczęli strzelać z karabinków wspierając innych, którzy ruszyli do przodu konno. Pikieta Nassauczyków została odparta. Normann wysłał kompanię z flanki pod kpt. Mullerem i oddział ochotników pod por. Hóelschen na pomoc zagrożonej pikiecie. Główna część batalionu i artyleria stały na północ od wioski i kilka serii z dział Bijlevelda powstrzymały na jakiś czas lansjerów uniemożliwiając im jakikolwiek ruch naprzód. Lefebvre-Desnoëttes, dowódca francuski w tym rejonie, zauważył, że kawaleria bez wsparcia nie będzie w stanie zmusić Niderlandczyków do opuszczenia pozycji. Wezwał więc na pomoc piechotę.”[7] W wyniku starcia, niedobitki 2-ego batalionu dołączyły do reszty dowodzonego przez mjr Normanna pułku. Jak pisze Marian Kukiel „nazajutrz 16 czerwca rozgrywały się dwie bitwy, pod Quatre-Bras Neya z Wellingtonem, pod Ligny Napoleona z Blucherem. Cesarz zwycięża, lecz samowola Neya niweczy jego plany, staje na przeszkodzie zupełnemu zdruzgotaniu Prusaków. Szwoleżerowie polscy dzielnie uczestniczyli w bitwie pod Ligny, bili się z Prusakami. W następnym dniu brali udział w gwałtownym pościgu za Wellingtonem do Belle Alliance. Wreszcie, 18 czerwca, stanęli przed wyżyną Mont-St-Jean do walnej potrzeby, nazwanej przez zwycięzców batalią pod Waterloo.”[8] Jakkolwiek twierdzenie Kukiela o udziale szwoleżerów w bitwie pod Ligny nie znajduje uznania innych autorów[9], to wiadomo, że 16-ego czerwca szwoleżerowie stali już na północ od Frasnes, z resztą Lekkiej Kawalerii Gwardii z dywizji gen. Lefebvre-Desnouettes półtora kilometra z nimi. Generał Colbert niepewny wielkości sił nieprzyjaciela  podzielił szwoleżerów na trzy grupy, z których pierwsza podążała główną drogą na Quatre-Bras, z pozostałymi dwoma ubezpieczającymi po flankach. Szwadron Polski pod komendą Jerzmanowskiego szarżował na piechotę Nassau, lecz został powstrzymany ogniem wrogiej artylerii.[10] Prowadzony osobiście przez dowódcę pułku, gen Colberta podszedł pod skrzyżowanie dróg pod Quatre Bras, obsadzone przez kilka tysięcy wojsk nieprzyjacielskich. Lekko ranny został tam szef szwadronu Szulc.[11] Podczas samej bitwy pod Quatre Bras Polacy stali w odwodzie, na głównej drodze, na południowym stoku wyżyny, 17-ego czerwca ruszając wraz z resztą pułku za wycofującymi się Anglikami.[12] Ochraniając wówczas prawą flankę szwoleżerowie zostali omyłkowo ostrzelani przez 7-y pułk huzarów. Łączne straty pułku z pierwszych dni walk sięgały 50 zabitych i rannych, włączając w to zranionego pod Ligny w lewą rękę gen. Colberta.[13] Noc pod Mont St. Jean spędzili pod bronią w ulewnym deszczu, z rzadka znajdując przypadkowe na ogół schronienie. Linia, która wówczas zajmowali odpowiada z grubsza położeniu farmy La Maison de Roi, która na swych polach gości co roku rekonstruktorów odtwarzających wojska napoleońskie, w tym kawalerię wraz ze szwoleżerami i szaserami gwardii. Gdy w deszczowe noce niektórzy z kolegów narzekają na pogodę, przypominam im o tym wskazując, że nasi przodkowie stając tu sto dziewięćdziesiąt i kilka lat temu nie mogli cieszyć się komfortem namiotów i przygotowanego posiłku. Odchodząc w zmrok i przykryte deszczem pole, czuję dreszcz nie z zimna wynikający. To to samo miejsce. To właśnie to miejsce wspominał bijący się po przeciwnej stronie kpt von Scribba z batalionu Bremen, wchodzącego w skład brygady Kielmansagge: „Podczas naszego odwrotu kilku ludzi, wyczerpanych przez błotniste ścieżki, zamarudziło i zostało wziętych do niewoli.” Wojska napoleońskie przerwały pościg „około 1800 kroków od nas, na przeciwległym grzbiecie. Jego centrum stanęło w Maison du Roi. Po wystrzeleniu od 50 do 60 razy z dział, z których ani jedna kula nie sięgnęła naszego batalionu, obydwie armie rozłożyły się obozem. Nasz batalion nic nie jadł przez cały dzień”.[14]

 

hvernet-retour del ile delbe

Horace Vernet” „Powrót z Elby”. W tle nieodłączny szwoleżer.

 

Szczegółowy opis bitwy pod Waterloo wykracza niestety poza ramy niniejszego artykułu. Osoby zainteresowane odsyłam tu do przebogatej literatury na ten temat (niektóre z pozycji znaleźć można w przypisach). Dość powiedzieć, że rozpoczęła się przed południem. 18 czerwca, opóźniona o kilka godzin przez ulewny deszcz i rozmoknięcie terenu, zaczęła się bitwa pod Waterloo: 67.000 Anglików i Holendrów z 156 działami stawiało czoło 74.000 Francuzów z 246 działami. Wellington wybrał tę pozycję już wcześniej, jako ryglującą potencjalną ofensywę francuską, z zamiarem pełnego wykorzystania jej walorów defensywnych, na które składały się wzgórza i umocnione farmy (Hougomont, La Haye Sainte), z podejściami teraz dodatkowo utrudnionymi ulewną pogodą minionych dni. Napoleon spieszył się do frontalnego przełamania tych linii rezygnując z manewrów flankujących. Pośpiech ten podyktowany był m.in. niejasną sytuację na prawej flance francuskiej, na którą ostatecznie uderzyli Prusacy, zrazu odparci przez odwody, potem jednak wzmacniani przez nadciągające siły, aż do przełomowego momentu bitwy. W centrum, „W szalonych, przedwczesnych atakach, przez które Ney, oszalały w boju, stargał całą jazdę napoleońską, brali udział odrazu szwoleżerowie polscy. Kirasyerzy przebić mieli linie nieprzyjacielskie; lekkiej jeździe przypadło rozszerzanie wyłomu lancą i pałaszem. Szarżował więc szwadron wyspy Elby przed innymi szwadronami szwoleżerów gwardyi, a generał Colbert obok Jerzmanowskiego prowadził ów zastęp bohaterski na masy konnicy angielskiej, na ziejące ogniem baterye, na żelazne czworoboki piechoty. Potężnem uderzeniem zmiażdżeni huzarzy angielscy idą w rozsypkę lub w niewolę; pędem wichru przebieżone armaty wroga, kanonierzy wycięci lub pierzchają — ale rozbija się impet tej najświetniejszej jazdy o zimną krew angielskich piechurów. Jak trąba powietrzna wirują szwoleżerowie dokoła czworoboków piechoty, kłując lancami, a gdy lance złamane, siekąc szablą, paląc z pistoletu. Pod ogniem morderczym zwijają się, uchodzą, aby odskoczyć, znów się sformować i wrócić do szarży. Daremne wysiłki. Wróg odzyskuje baterye. Atak jazdy, ogniem nieprzygotowany, niepoparty przez masy piechoty, kończy się klęską. Ale konnica napoleońska formuje się na nowo i znowu uderza i znowu w pędzie przelatuje przez baterye wroga. Od trzeciej po południu do zachodu słońca — około siódmej wieczorem — szwadron wyspy Elby szarżuje nieustannie, zaciekle, rozpacznie. Późnym wieczorem, w wysiłku ostatnim, z generałem Colbert na czele tratują polscy i francuscy szwoleżerowie dragonów kumberlandzkich, całe szwadrony ich wycinają pałaszem. Wśród rannych jest pułkownik-major Jerzmanowski.”[15] Warto jednak ten barwny opis uzupełnić o relacje uczestników. Z braku źródeł polskich, sięgnąć należy po wspomnienie Antoine Fortune de Brack i zestawić je z podobnymi ze stromy przeciwnej. De Brack, dawny huzar od Lassalle’a, w roku 1815-tym służył w pułku szwoleżerów gwardii pod komendą gen. Colberta. Doświadczenie zdobyte podczas wojen napoleońskich podsumował po latach w „Avant postes de cavalerie legere” („Służba polowa lekkiej kawalerii”). Ta biblia kawalerzysty, przetłumaczona na szereg języków, w tym polski, podczas powstania styczniowego uznana została przez Rząd Narodowy za oficjalną instrukcję formowania powstańczej kawalerii. Stosunkowo niedawno opublikowany został zaś jego list z roku 1835-ego, opisujący samą bitwę pod Waterloo:  „Poniesiony naszym sukcesem w działaniach przeciw Ponsomby’emu, oraz postępem kirasjerów na naszym prawym skrzydle, zawołałem: „Anglicy są zgubieni! Jasno to wynika z pozycji, na którą zostali odrzuceni. Mogą się teraz cofać wąską drogą między nieprzebytymi lasami. Jedna przeszkoda na drodze i cała armia będzie nasza! Albo dowodzący generał jest najgorszym spośród ich oficerów, albo ze szczętem stracił głowę. Anglicy zrozumieją swoją sytuację – tam – patrzcie – odprzęgli swoje armaty.” Nie widziałem wtedy, że angielskie baterie przystępują w ten sposób do walki. Przemawiałem głośno, moje słowa słychać było wyraźnie. Szereg oficerów z frontu naszego pułku, dołączało do naszej grupy. Linia z prawej postępowała za nimi. By wyrównać ruch powtórzyła linia z lewej, a wraz z nią strzelcy konni gwardii. To postąpienie z prawej o parę kroków jedynie, widoczne było lepiej po lewej stronie. Brygada dragonów i grenadierów konnych, która w każdej chwili oczekiwała rozkazu do szarży, zrozumiała, że rozkaz już padł. Ruszyli – my za nimi! To właśnie w ten sposób rozpoczęła się szarża kawalerii gwardii, o co spierało się tak wielu. Od tej chwili, równając do lewego, przekroczyliśmy drogę po przekątnej, tak że cała kawaleria gwardii znalazła się po lewej stronie. Przeszliśmy po płaskim terenie by wspiąć się na wzniesienie u szczytu którego rozciągnięta była armia angielska. Zaatakowaliśmy razem. Porządek w jakim armia ta była uszykowana, a przynajmniej część, którą widzieliśmy, był następujący:

Z prawej, w pobliżu poszycia zalegającego dół stoku stała szkocka piechota. Piechota ta prowadziła ciężki i dobrze wymierzony ogień. Po niej następowały czworoboki piechoty liniowej ustawione w szachownicę. Za nimi w podobnych czworobokach lekka piechota z Hanoweru, dalej umocniona farma. Pomiędzy czworobokami stały wyprzężone armaty, których załogi strzelały, a następnie ukrywały się pod nimi. Dalej grupy piechoty i kawalerii. Byliśmy już prawie na wysokości farmy, od której dzielili nas kirasjerzy gdy spadliśmy na baterie artylerii, których jednak nie byliśmy w stanie zabrać ze sobą. Obróciliśmy się przeciw czworobokom, które dawały nam godny odpór. Niektóre z takim opanowaniem, że wciąż prowadziły ogień szeregami. Mówi się, że na lewo od nas dragoni i grenadierzy wdarli się w kilka czworoboków; nie widziałem tego, mogę jednak zaświadczyć, że my, lansjerzy nie mieliśmy podobnego szczęścia i że nasze lance krzyżowały się bezskutecznie z angielskimi bagnetami. Aby otworzyć czworoboki wielu z naszych jeźdźców rzucało w pierwsze ich szeregi lancami jak oszczepami.

 

denis dighton szarza garde impriale pod waterloo

Denis Deighton: „Szarża kawalerii gwardii pod Waterloo”

Siła ognia pierwszej linii angielskiej wraz ze ścisłym uszykowaniem czworoboków, które się na nią składały, oznaczały że ogień prowadzony był ma najkrótszą odległość, jednak to ogień artylerii i drugiej linii wyrządzał nam największe szkody, co przy braku wsparcia własnej piechoty i artylerii zmusiło nas w końcu do odwrotu. Postępowaliśmy powoli odwracając się frontem do pozycji angielskich, kiedy nadjechał do nas marszałek Ney wraz oficerem sztabowym, wywołując znajomych mu z nazwiska oficerów. Twarz miał wzburzoną gdy nawoływał raz po raz: „Francuzi! Stawajcie śmiało! Od tego zależy nasza wolność!” co powtarzam słowo w słowo.

Pięciokrotnie ponawialiśmy szarżę; ponieważ była bezksuteczna, po tylekroć musieliśmy się cofnąć. „[16] Opisy tych samych scen ze strony przeciwnej przytacza Peter Hofschroer: „Zamiast pozwolić artylerii dokonać przygotowania, Ney rzucił do ataku na centrum sprzymierzonych brygadę kirasjerów z korpusu Milhauda. Następnie, około godz. 16.00, ruszyły kolejne pułki, w tym lekka kawaleria Gwardii dowodzona przez Lefebvre-Desnoettesa (…): „z przodu po prawej stronie farmy sformowała się w czte­rech liniach kawaleria. Pierwszą linię tworzyli kirasjerzy, drugą lansjerzy, trzecią dragoni a czwartą huzarzy. Nikt nawet przez chwilę nie wątpił, że ich zadaniem był atak na czworoboki naszej dywizji, a po ich zniszczeniu przełamanie całej naszej linii. Gdy jechali obok farmy w stronę naszych linii, nakazałem tylu żołnierzom, iłu zdołało, otworzyć do nich ogień, zabijając wielu jeźdźców i koni, co nie zniechęciło jednak pozostałych. Nie zwracajcie na nasz ogień najmniejszej uwagi, jechali nieulękłe dalej i zaatakowali pie­chotę. Mogłem widzieć to wszystko i przyznam się, że kilkukrotnie mój duch upadał  (…) W starciach tych czworobok (…) poniósł ciężkie straty, toteż włączył się do czworoboku 3 batalionu [Królewskiego Legionu Niemieckiego – przyp. MP]. Wkrótce potem czworoboki zostały ponownie zaatakowane przez kawalerię Gwardii (…). Żołnierze nabiwszy swe karabiny podwójnymi ładunkami, ze spokojem wstrzymywali ogień do ostatniej chwili, salwą z najbliższej odległości zadając kawalerii wielkie straty  (…) Następnie zaatakowaliśmy grzbiet przed nami (początkowa pozycja w środku prawego skrzydła), na którym nieprzyjacielska piechota opanowała nasze działa, i zmusiliśmy ją do ucieczki. Zaatakowała nas następnie z determinacją silna kolumna nieprzyjacielskiej piechoty wspartej kawalerią. Zbliżyła się do naszych dział i znalazła się około 30 do 40 kroków od naszego czworoboku. W tej chwili pik Robertson, nasz dowódca, ciężko ranny spadł z konia. Nieprzyjacielski ogień był niszczący. Na szczęście otrzymaliśmy wkrótce rozkaz ataku. Zaatakowaliśmy w czworoboku, odrzuciliśmy nieprzyjaciela w nieładzie. Zaszarżowali na nas lansjerzy, których odparliśmy z pewnymi stratami, podczas gdy nieprzyjacielska piechota wycofała się do ogrodu Hougoumont, chroniąc się w rowach, z których prowadzili ogień, zadając nam ciężkie straty. Cały czas zagrażali nam lansjerzy i dragoni, którym zadaliśmy straty, zanim wycofaliśmy się.”[17] Według wzmia­nek w listach oficerów angielskich szwoleżerowie gwardii szli do boju z chorągiewkami u lanc, a ofi­cerowie polskiego szwadronu w wielkich, tj. paradnych białych z amarantem mundurach, podobnie jak i polscy trębacze, którzy ponoć zagrali sygnał do ostatnich szarż.[18] Ponawiane, nieodmiennie kończyły się krwawym odwrotem. Jak wspominał de Brack: ” W odległości 150 kroków od wrogiej piechoty znaleźliśmy się pod zupełnie morderczym ogniem. Zaczęliśmy tracić ducha. Ogień karabinowy z przodu. Ogień artyleryjski z flanki, wybuchające nad głową granaty. Te ostatnie to szrapnele, których tam wcześniej nie doświadczyliśmy. W końcu podesłano nam wsparcie baterii artylerii Gwardii. Niestety zamiast artylerii lekkiej, należała do artylerii pieszej Rezerwy, uzbrojonej w działa 12-to funtowe. Z najwyższym trudem przedzierały się przez błoto by po koszmarnej zwłoce zająć pozycję za nami. Na domiar złego, jej pierwsze strzały były tak źle wymierzone, że zmiotły wielu żołnierzy naszego pułku. Nakazano odwrót. Stępem wycofaliśmy się za baterię. Strzelcy konni, dragoni i grenadierzy konni poszli dalej i sformowali się w niewielkiej odległości za nami i na lewo od nas w eszelony. Kawaleria postąpiła do przodu. Zbliżywszy się do naszych linii zatrzymała. Nasi lansjerzy budzili respekt. Długie lance skutecznie zniechęcały zaś przeciwnika do walki wręcz. Ograniczyli się więc do ostrzału z pistoletów by wycofać się za linię własnej piechoty, która wciąż stała w miejscu . Wyczerpanie bitwą po obu stronach zaowocowało nieformalnym zawieszeniem broni. Pół naszego szwadronu zsiadło z koni w zasięgu strzału. Trwało z czterdzieści pięć minut wypełnionych oczekiwaniem, że geniusz Cesarza przeważy szale bitwy, formując generalny, skoordynowany i decydujący atak – ale nic! Nic się nie wydarzyło!

Z uczestników bitwy staliśmy się wówczas widzami trudnego do pojęcia dramatu, którego przerażający bezsens był oczywisty i znajdował potępienie nawet najprostszych pośród naszych kawalerzystów. Przestrzeń zamknięta naszą linią z jednej, a angielskimi czworobokami z innych stron tworzyła niewielką równinę. Na tę krwawą arenę  wmaszerowała nasza piechota. Szła na spotkanie śmierci. Tym bliższej, że Anglicy bez żadnego zagrożenia dla siebie, oczekiwali na nią w odległości strzału niemal z przyłożenia. Najpierw parę batalionów wyminęło naszą lewą flankę wychodząc w kolumnie na prawe skrzydło Anglików, oraz nieustraszonych Szkotów, którzy dodatkowo korzystali z osłony lasu. Następnie z naszej prawej flanki postąpiła w kolumnie kłusem, brygada karabinierów by maszerując wzdłuż wrogich baterii zaatakować angielskie prawe skrzydło. Wówczas równocześnie rozgrzmiały salwy karabinów i dział Wellingtona.  Mimo gromu ich ognia słyszeliśmy trzy zawołania tych rzeźników. W ciągu paru sekund karabinierzy znikli: ginąc lub uciekając. Czary naszej goryczy dopełniały wieści przebiegające szeregi: wróg obszedł naszą flankę, Grouchy sprzedał się wrogom [historia Grouchy’ego była bardziej złożona, niestety ze względu na ramy artykułu, musimy zrezygnować z relacji Jerzego Despota Zenonowicza, oficera sztabu Wielkiej Armii, którego Napoleon wysłał do Gruchy-ego]; Bourmont, Clouet, du Barail i wielu innych oficerów zdezerterowało; oficer dowodzący kolumną, która zaatakowała Szkotów zginął, a pocisk uderzający w jego czako wyrzucił w powietrze 200 białych kokard. Gdy Anglicy cofali się ze swych pierwszych pozycji, pozostawili za sobą proklamacje Ludiwka XVIII obiecujące amnestię, zachowanie stanowiska i rangi dla tych co się poddadzą [biała kokarda była symbolem rojalistów, w domyśle można założyć, że oficer ten miał zamiar przeprowadzić swoich żołnierzy na stronę wroga, ale nie zdążył – przyp. M.P.].

Kiedy zabrakło dalszych ofiar do poświęcenie w tym krwawym widowisku, naszą uwagę przyciągnął nowy spektakl, który ukoronować miał dzień. Na wzniesieniu po naszej prawej stronie ukazały się czarne linie; postępując naprzód, poprzedzane artylerią. To Prusacy, którzy uciekli Grouchy’emu!

Jak mam opisać konsternację pośród kawalerii gwardii! Wołali cesarza, którego nie widzieli od rozpoczęcia walk, a którego wciąż brakło. Wydano rozkaz do odwrotu. Jakże znaczącego, niczym żałoba procesja.Nasza brygada lekkiej kawalerii, zredukowana do dwu i pół szwadronów dowodzonych przez genrałów Lefebvre-Desnouettes, Lallemand i (rannego) Colbert’a, cofała się powoli i wyciągała linię by zasłonić nasze pogromione wojska przed okiem Anglików. Maszerowaliśmy tak aż do spotkania z niedobitkami piechoty Starej Gwardii, która wraz z nami sformowała straż tylnią. Wykonali w tył zwrot. Wyrównaliśmy do nich i wraz z nimi obróciliśmy się w kierunku przeciwnika. Było nas wówczas 100-150 oficerów i szwoleżerów lansjerów i strzelców konnych gwardii. Wyczerpanych i sponiewieranych. Słońce już prawie zaszło i zbliżał się zmierzch. Naszych trzech generałów stanęło przed frontem utworzonym przez naszą linię. Dołączyło do nich paru oficerów, a ja pośród nich. Wzmocniona kolumna uderzeniowa wroga zmierzała drogą na czworobok starej gwardii. Ledwo jej czołówka sięgnęła grzbietu wzniesienia, za którym stała stara gwardia, kiedy ta otworzyła ogień. Salwa byłą równomierna i dobrze wymierzona, lecz przedwczesna. Sądzę, że przyniosłaby większy efekt gdyby była oddana z mniejszej odległości, skutecznie rażąc wgłąb. Nieprzyjaciel odpowiedział słabą salwą, dając początek utarczce, której przebiegu, z odległości, oraz ze względu na zapadły zmierzch już nie widziałem.” Dziś stanowisko ostatniego czworoboku oznacza pomnik z cesarskim orłem. Na jednej z jego przypór spoczywa skromna tabliczka upamiętniająca polskich szwoleżerów gwardii. Mniej uważny przechodzień może ją z łatwością przeoczyć pośród gałęzi okalającego pomnik żywopłotu. Ci, którzy ją dostrzegą być może wspomną, jak „Generał Lefebvre-Desnouettes pełnym emocji głosem zawołał „Tu musimy zginąć!” Powiedział, że żaden Francuz nie może przeżyć tak strasznego dnia, że musimy szukać śmierci w walce z masą nadciągającej angielskiej piechoty. Próbowaliśmy go uspokoić. Rozpoczęła się wymiana zdań, w której wszyscy wzięliśmy udział. Znamienne było to, że człowiek, który zachował zimną krew, który wciąż uważał, że powinniśmy przeprowadzić przemyślany odwrót na Paryż, zginąłby kiedy Burboni dostali go w swoje ręce: gen. Lallemand. Zignorował wiszące nad nim osobiście zagrożenie by rozważyć sytuację ogólną, rozważając problem spokojnie i z autorytetem [ciążył na nim wydany w imieniu króla wyrok śmierci, po ustaniu represji rojalistycznych został jednak zwolniony i wyemigrował do Luizjany – przypis M.P.]. Maszerując, usłyszeliśmy po paru godzinach stłumiony hałas z lewej strony. Narastał wraz ze zbliżaniem się do drogi na Quatre-Bras, gdzie natrafiliśmy na najbardziej pospieszny, bezładny i tłoczny odwrót jaki widziałem w życiu. Ustawiliśmy się w linii do boju, twarzą w tył, prawą flanką opierając się o drogę do Charleroi. Ledwo ukończyliśmy manewr, gdy jedne z oficerów wskazał: „Tam jest Cesarz!” Nasze oczy zwróciły się wówczas na drogę by tam, pośród masy piechoty, wozów, kawalerii i rannych zobaczyliśmy go jadącego konno w towarzystwie dwu oficerów, ubranych w podobne do cesarskiego szare surduty, w eskorcie czterech lub pięciu żandarmów gwardii. Sądzę, że była pierwsza nad ranem.

Cesarz, widząc zdyscyplinowany oddział, podjechał do nas. Nigdy tak jasny księżyc nie rozświetlał tak strasznej nocy. Jego blask padł na twarz stojącego przed frontem oddziału Cesarza. Nigdy, nawet podczas odwrotu spod Moskwy nie widziałem bardziej smutnego i zdezorientowanego wyrazu jego dostojnej twarzy.

„Kim jesteście?” zapytał Jego Wysokość „Lansjerzy gwardii”. „A tak! Lansjerzy gwardii! A gdzie jest Pire?”

„Sire, nie wiemy co się z nim stało.”

„Gdzie jest 6-ty pułk lansjerów?”

„Sire, nie wiemy, ta jednostka nie biła się wraz z nami.”

„No tak… ale Pire?”

„Nie wiemy” odpowiedział generał Colbert.

„Ale kim jesteś?”

„Sire, jestem Colbert, a to są Twoi Lansjerzy gwardii.”

„Tak…, ale gdzie jest 6-ty pułk lansjerów? … i Pire? Pire?”

Jeden z towarzyszących mu generałów odprowadził go i zniknęli w ciemnościach. Nasz żal nie znał granic.”

Jak pisał Kukiel, była to noc okropna, grozy i rozpaczy. Rozpaczy dla niektórych tym większej, że Polacy wzięli udział w kampanii mając świadomość wezwań arcyksięcia Konstantego do opuszczenia szeregów cesarza, pod najsroższym sankcjami. Wiedzieli też, że we Francji ponapoleońskiej będą obcymi, których nic nie ochroni przed zemstą rojalistów i wspierających ich zaborców. Mimo to służyli do samego końca, docierając wraz z resztą pułku do Paryża. Andrzej Ziółkowski opisuje, że jeszcze 24 czerwca 1815 r. cesarz słyszał odgłos dział swojej 56-tysięcznej armii walczącej przeciw Prusakom, ale Komisja Rządząca nie wydala mu zgody na ponowne objęcie dowództwa (inni autorzy twierdzą, że Napoleon sam zrezygnował z dalszej walki). Wyjechał wówczas do Malmaison, gdzie 29 czerwca 1815 r. odmówił delegacji oficerskiej udania się na front oraz odrzucił też plan pułkownika Pawła Jerzmanowskiego, by siłami szwoleżerów zainscenizować porwanie i sprowadzenie go do szeregów. Szeregi te zasilić zresztą chcieli i niektórzy spośród tych co wrócili do kraju po pierwszej abdykacji w roku 1814-tym. Jak raportował Andrzej Ruttie Janowi Kozietulskiemu w lipcu 1815 r.: „Mam honor Pułkownikowi donieść, że w tym tygodniu mieliśmy sześciu dezerterów, z których dwóch zabrali mundury. Z pułku 2-go uciekło im także pięciu ludzi i kilku także wzięło mundury. Zrobiliśmy de Concert z 2-gim Pułkiem Rekwizycyę o nich, do Pruss, przez tuteyszego naczelnika”.[19] Nie zdążyli Cesarz ponownie abdykował, a pułk szwoleżerów gwardii został ostatecznie rozwiązany. Historię tej kampanii warto zamknąć słowami  innego jeszcze historyka: „Wszystkie polskie jednostki wchodzące w skład armii francuskiej zostały skreślone z jej spisów kontrolnych 1 października 1815 roku. Młody generał Bonaparte godząc się na organizację we Włoszech Legionów Jana Henryka Dąbrowskiego nie przewidywał zapewne, że Polacy pozostaną z nim do samego końca. Będą wierni przez 18 lat jego sukcesów, a także w okresie jego największych klęsk.”[20]

 

job-lancier rouge waterloo

JOB: „Czerwoni lansjerzy pod Waterloo”

Okazję przypomnienia tej historii daje organizowana od piętnastu lat rekonstrukcja bitwy w miejscu rzeczywistych zdarzeń. Z czasem przedsięwzięcie to stało się największą cykliczną rekonstrukcją okresu wojen napoleońskich, gromadząc rokrocznie od tysiąca do ponad dwu tysięcy rekonstruktorów z całej Europy. Przez dwa dni każdego roku, pod Plancenoit i pod Waterloo starają się ukazać bitwę, która zakończyła epokę napoleońską. Ponieważ dawne linie podziału zatarły się już po wielekroć, a stające tam naprzeciw pułki angielskie i szkockie połączyło podczas drugiej wojny światowej z Polakami braterstwo broni, nie ma śladu dawnej wrogości. Przeciwnie wzajemna sympatia i zainteresowanie. I tylko Prusacy, którzy na równi z Wellingtonem roszczą sobie prawo do zwycięstwa, odezwą się niekiedy nieżyczliwym słowem. Szczęśliwie nie wszyscy i nieliczni. Inni, gdy zobaczyli nadciągający na dzień przed bitwą współczesnych szwoleżerów gwardii (pojechaliśmy do Hougomont, złożyć uszanowanie naszym przeciwnikom), szybko się sformowali i ustawili w linii frontem do naszego oddziału. Oddając honor szwoleżerom. Dołączyli do nich Anglicy.

Obóz w Hougomont to bardzo ciekawe miejsce. Historycznie był areną jednych z najkrwawszych zmagań tej bitwy. Współcześnie gości rekonstruktorów odtwarzających wojska koalicji antynapoleońskiej. O ile musztrę francuską, według której poruszali się szwoleżerowie znamy dość dobrze, o tyle ciekawie popatrzeć na podobne poruszenia podle musztry angielskiej czy pruskiej. Wiele kolorytu dodają odziani w spódniczki Szkoci, poruszający się z muzyką z kobzy. Jest to też miejsce, w którym urządzane są sklepy dla rekonstruktorów. Dostać tam można wszystko, od halsztuków, przez kubki, po saboty i karabiny. Sam zaopatrywałem się tam nieraz, a to w manierkę, a to w haftowane epolety do munduru małego i munduru wielkiego. W pewnym oddaleniu, w miejscu dawnego centrum wojsk angielskich stoi „Wioska lwa”, której najbardziej widocznym punktem jest kopiec lwa, posadowiony w miejscu, z którego bitwą dowodził Wellington. Usypanie kopca doprowadziło zresztą starego generała do furii, gdy po latach odwiedzał pole swego  największego zwycięstwa: ziemia zużyta na jego usypanie, zniosła wzgórze, które dało oparcie siłom brytyjskim i sprzymierzonym i skutecznie osłoniło przed ogniem francuskim. Przy wejściu na kopiec dwa muzea. Jedno z nich, w rotundzie, zawiera panoramę bitwy pod Waterloo. Widać na niej szarżę szwoleżerów gwardii. Drugie, mniejsze, po przeciwnej stronie ulicy zawiera pamiątki z pola bitwy, nieliczne mundury. Między nimi co roku odbywa się w obecności rekonstruktorów apel poległych. Jednego roku w słonecznej pogodzie, innego w ulewnym deszczu. Za każdym razem widok lanc i polskich rogatych czap budzi pośród widzów najwyższe zainteresowanie. A widzów bywa i kilkanaście i wiele więcej tysięcy. Nieprzypadkowo. Belgowie, inaczej niż my, nie wstydzą się historii i nie uważają jej za kompleks narodowy. Przeciwnie. Starają się ją przypomnieć na każdym kroku. Rozliczne pomniki i tablice pamiątkowe wskazują kluczowe momenty bitwy, pozycje wybranych jednostek, czy śmierć ich dowódców. Współczesne Waterloo to nie tylko historia, ale i atrakcja turystyczna, z której żyje cały region. Nieprzypadkowo na kompleksową renowację wioski lwa, oraz pola bitwy przeznaczono w minionych latach kwotę 20 mln Euro. Wyliczono, że jakkolwiek autostradą z Brukseli dociera się tu w ok. 20 minut, to równoczesna realizacja prac związanych z renowacją, jak też wyznaczenie szlaków komunikacyjnych wokół dawnego pola bitwy pozwoliłoby okolicznym gminom  w większym stopniu wykorzystać obecność 500.000-800.000 gości każdego roku. To już zaś przekłada się na poważnie pieniądze. Tak samo podchodzą tego Czesi, co roku, wczesną obchodząc rocznicę bitwy pod Austerlitz (dzisiejszym Sławkowem), a latem imieniny cesarza Napoleona. Tam również historia przekłada się na promocję regionu. A jak to wygląda u nas?

Plany renowacji sięgają daleko. Na pewnym etapie obejmowały nie tylko przywrócenie rzeźby terenu, ale nawet i wyburzenie części budynków Hameau de Lion, oraz przeniesienie kopca (co pewnie ucieszyłoby Wellingotna). Tę część uniemożliwiły jednak nie tyle koszta, co przepis prawa belgijskiego mówiący o zachowaniu miejsc pamięci I wojny światowej. W Belgii przebiegał jeden z najbardziej krwawych frontów Wielkiej Wojny, a w wiosce lwa był szpital polowy. Znów ta historia i znów pytanie, czy u nas szpital (dajmy na to) z wojny polsko-bolszewickiej upamiętniono by chociaż tablicą pamiątkową.

Rocznica bitwy pod Waterloo to obok pokazu szereg wydarzeń kulturalnych i wystawienniczych, jak np. wystawa grafik Patrice Courcelle, malarza i ilustratora postaci i mundurów z okresu XVIII i XIX wieku. Patrice Courcelle jest autorem ilustracji ponad 50 książek wydanych w Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii, w tym ostatnich pozycji z serii Man-at-Arms Osprey Publishing poświęconych szwoleżerom i eklererom gwardii (‚Napoleon’s Polish Lancers of the Imperial Guard’ oraz ‚Napoleon’s Scouts of the Imperial Guard’), wystawa w La Caillou, ostatniej kwaterze Napoleona i wiele, wiele innych. Każdego roku coś nowego. Mimo podobieństw, każdy rok rekonstrukcji przynosi też nowe doświadczenia. Nieodmiennie dzień po przyjeździe spędzony został na rozbijaniu namiotów i szykowaniu potrzebnego sprzętu. Z czasem na pustym zrazu polu rośnie nieprzebrany las namiotów. Kolejnego dnia z rana wielojęzyczny gwar przeplatany komendą francuską, werblami, sygnałami trębaczy. Zwykła muzyka rekonstrukcyjnego obozowiska. Dla nas czas na przygotowanie do ćwiczeń kawaleryjskich. Ostatnie uzupełnienia i wymiana brakującego sprzętu, popręgów, puślisk, obergurtów. Po mieszanych doświadczeniach lat ubiegłych, na 195-tą rocznicę bitwy, która przypadała w roku 2010 przywozimy własne konie. Część z Polski, część z Francji. Potem wspólne z Xème Escadron des Chasseurs à cheval de la Garde ćwiczenia. W 2008-ym lejący się z nieba żar wysysał stopniowo siły z wszystkich. W późniejszych latach bywało różnie. W 2011-tym ulewny deszcz i silny wiatr kładły namioty. Po ćwiczeniach wizyta w „obozie wroga” na farmie Hougoumont. Na ogół piesza, choć w 2010-tym konno. Po powrocie kolejne ćwiczenia. Po nich wymarsz do Plancenoit i tam wieczorna bitwa o miasto, lub starcie między la Caillou a la Maison de Roi. Widać który oddział ma konie jeszcze nieostrzelane. Jeden z grenadierów konnych nie może nad swoim zapanować i wraz z nim pada na ziemię. Szczęściem kończy się na strachu i potłuczeniach. Kolejnego dnia widzimy go już na innym wierzchowcu. W którymś momencie batalia nabiera spontanicznego rozmachu i przez linie francuskiej piechoty przedzierają się angielscy huzarzy. Będąc w osłonie cesarza bierzemy go wraz z szaserami gwardii w środek i odpieramy „atak”.  Stłoczone na niewielkiej przestrzeni setki piechurów salwa za salwą giną w coraz głębszych kłębach dymu. Widoczność spadała czasem do kilkunastu metrów. Zza dymnej zasłony w każdej chwili może wypaść atak piechoty na bagnety, bądź szarża kawalerii. Wysokie nasycenie wojskiem pola bitwy, zmienna i często bardzo zła widoczność połączone z nadciągającym zmierzchem daje wrażenie epickiego rozmachu i niebywałej dynamiki. Przejmujące wrażenie sprawia marszałek Ney, prowadzący w dym szarżę za szarżą, jadąc na czele dragonów i kirasjerów. Tak duża batalia wymaga od kawalerzystów największej uwagi. W każdej chwili przed końskimi kopytami może pojawić się najeżony bagnetami czworobok, czarna armatnia paszcza, bądź leżący na ziemi poległy piechur. Sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie. Tam gdzie chwilę temu było puste pole, po rozwianiu się dymu mogą objawić się setki piechurów. A czasem atak wyprowadzony na uszykowaną piechotę, bądź kawalerię trafiał w próżnię, bo przeciwnik pod osłoną dymu mógł wycofać się, bądź zmienić pozycję.

Całość niezwykle malownicza, uzupełniona potem scenkami rodzajowymi, w postaci miejscowych podających maszerującym świeżo upieczone placki.

Kolejny dzień zaczyna się wcześnie kawaleryjską rutyną i wymarszem pod kopiec lwa. Najpierw Chausse de Charleroi, potem polne drogi aż do samego Hougoumont. Tutaj bitwa już w pełni. Zupełnie niehistorycznie widać znacząca przewagę liczbową po stronie Francuzów. To kolejna kwestia na którą zrzymają się Niemcy. W jednym z numerów Focus, niemiecki dziennikarz przypomina, że Napoleon przegrał tę bitwę, czego jakoś nie widać po rekonstruktorach wojsk napoleońskich. Szczęśliwie rekonstruowanego wojska zawsze starcza na dwie strony. Z całą pewnością więcej jest go niż w minionych latach pod Pułtuskiem i Ostrołęką. W upalne lata gorąco daje się we znaki. W 2008-ym dwu doboszy w bermycach padło od udaru. Strzały przetrzebiają słabszych jeźdźców. Widok spłoszonych koni pędzących z pustymi siodłami dodaje realizmu. Gdy zdarzy się wypadek ujmuje go brnąca przez pola terenowa karetka. Tym razem nie chcemy się przecież pozabijać.

Widok niezwykły równych linii: granatowej (głównie) francuskiej, czerwonej angielskiej i w czarnych głównie mundurach pruskiej. Ciekawe, że tłumnie zgromadzona publiczność nie przeszkadza. Na ogół stoi w linii wzdłuż barier, co sprawia wrażenie jakby za rekonstruktorami stały dalsze oddziały. Wyjątek w roku 2010-tym kiedy to wybudowano dla publiczności specjalne trybuny, a setki, a może i tysiąc widzów obsiadło kopiec lwa.

Naszym ulubiony Napoleonem jest amerykański historyk, Mark Schneider (choć w niektóre lata wymienia się rolą z Frankiem Samsonem z Paryża). Zrazu spokojny. Obserwuje pole bitwy przez lunetę opartą obrazowo o szaserskie ramię. Potem objeżdża linię. Ta chwieje się by pod koniec rekonstrukcji się załamać. Przez cały czas linie fizylierów poprzedzane woltyżerami. Niekiedy prócz bagnetów i szabli błyskają kirysy. Pod jednym z nich widzę twarz znanego aktora, lub kogoś doń łudząco podobnego. Jedziemy przez pole zboża, które na koszt organizatora mamy prawo tratować co roku. To kolejne doświadczenie. Na ogół przemykamy ścieżkami wzdłuż pól, lub bijemy się na trawiastych łąkach. Tutaj jakbyśmy płynęli przez zielone morze. Towarzyszy temu delikatny szum ocierających się łodyg i kłosów. Wyjątkowego uroku nabierają tyraliery brytyjskiej lekkiej piechoty kryjące się w tym sięgającym pasa i wyżej zbożu. Pięknie staje w boju niezłomna szkocka piechota, której czerwone czworoboki grzmią muzyką dud i piszczałek. Muzyka to zresztą największy postrach przywiezionych z Polski koni. Na wystrzał armaty 12-to funtowej najwyżej wstrząsną łbem. Na palbę armat zastrzygą uszami. Delikatne dzwoneczki orkiestry gwardii (miejscowa orkiestra z Waterloo ubrana w historyczne mundury, towarzyszy nam podczas całej bitwy) wprawiają już niektóre z naszych wierzchowców w najwyższy niepokój. Mój niepokój dotyczy czego innego. Franky Simone, odtwarzający marszałka Neya, ma rzucić do wielkiej szarży kirasjerów, dragonów i lansjerów. Nie mogę przegapić tego momentu. Wreszcie jest. Daję komendę. Ruszamy. Ze stępa przechodzimy szybko w kłus, a chwilę później w galop. Najpierw linią, a potem zwrot czwórkami i kolumną wzdłuż czworoboków. Wiatr szumi w uszach. Strzały. Przemykające obok rzędy bagnetów. Za nimi sztandary. Armaty. Tak jak nasi przodkowie atakujemy po wielekroć. Bitwa staje się coraz ciekawsza gdy kończy się scenariusz. Uderzamy więc na coraz to nowe jednostki. Odtwarzający je rekonstruktorzy nierzadko wyszukują nas potem w Internecie by podziękować za atak polskich lansjerów. Zdarza się, że piszą, że był to dla nich najważniejszy moment w czasie całej bitwy. To piękna nagroda za ciężką pracę nad przygotowaniem, logistyką, niekończące się ćwiczenia. Szczególnie miły akcent wydarzył się już po bitwie. Rozciągnięta na setki metrów kolumna wojska mijała publiczność. Kiedy defilowali Szwoleżerowie przez tłum przeszedł szmer „Lanciers polonais”. Jak widać lekcja jaką polskie lance udzieliły brytyjskiej armii nie została zapomniana po dziś dzień.  Zupełnie jak przed niemal 200 laty nieliczny szwadron Szwoleżerów, zdawał się być obecny we wszystkich istotnych punktach bitwy. Ma to piękne odbicie  w wielu filmach i zdjęciach z tej rekonstrukcji, bo ciężko znaleźć taki film, na którym gdzieś nie przemykałby polski kawalerzysta. Najwyraźniej publiczność, zwyczajni cywile poznali polskie mundury, i było to dla nich coś szczególnego. Tak więc wyjazdy zagraniczne są nie tylko wielką przygodą z historią. Mogą być również manifestacją polskości i zaznaczeniem naszej obecności w historii Europy. Tu trzeba byłoby się zwrócić do potencjalnych sponsorów słowami samego Cesarza „Do prowadzenia wojny potrzebuję trzech rzeczy. Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.” Pasję mamy własną. Dlatego I Régiment de cheveau-légers (Polonais) de la Garde Impériale – Pułk Lekkokonnych Gwardii Cesarskiej wystawia każdego roku na Waterloo znaczący oddział kawalerii. W 2010-tym największy w Europie.

Niestety, każdego roku po licznych zmaganiach nadchodzi nieuniknione: koniec bitwy. Inaczej jednak niż dwa wieki temu, bezkrwawej. Cieszy to, że wraz z końcem nie widać dramatu i zawiedzionych nadziei, tudzież pomsty ze strony przeciwników, lecz uśmiechy i zapytania o możliwość kolejnego spotkania. W tym samym miejscu za rok, lub wcześniej, gdzie indziej jeszcze. Miłe reakcje obecnych. niekiedy szwoleżer bierze nawet niewiastę na siodło i wiezie ją przez pola do samego niemal obozu. Tu przyjdzie zająć się końmi i niestety zdjąć już mundury. I tylko myśl już podąża za wydarzeniami przeszłości. Cieniami, przywracanymi słowem Jerzmanowskiego, De Bracka i innych. Sztafeta pokoleń.

 

Warszawa 2010.

 


[1] Aleksander Fredro, „Trzy po trzy – Zapiski starucha.” Warszawa. Nakład Gebethnera i Wolfa. Kraków, Gebethner i SP. 1880. Str. 30 i 32.

[2] Ryszard Morawski, Andrzej Nieuważny „Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia: szwoleżerowie, Tatarzy, eklererzy, grenadierzy.”, KARABELA D. Chojnacka, Warszawa 2008, str 83.

[3] Lettre à M. âe Lamartine en réjutant ses assertions [w:] L’histoire de la Restauration relative à l’empereur Napoléon I et aux Polonais, Paris—Batignolles 1852.

[4] Ryszard Morawski, Andrzej Nieuważny „Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia: szwoleżerowie, Tatarzy, eklererzy, grenadierzy.”, KARABELA D. Chojnacka, Warszawa 2008, str. 84.

[5] Marian Kujawski, „Wojska Francji w wojnach rewolucji i cesarstwa 1789-1815” Z manuskryptu do druku przygotował i naukowo opracował Andrzej Kosim, Komisja Historyczna b. Sztabu Generalnego Polskich Sił Zbrojnych, Warszawa-Londyn 2007, str. 372.

[6] Peter Hofschroer, „Waterloo niemieckie zwycięstwo”, wydawnictwo Armageddon, Gdynia 2006, str164.

[7] Peter Hofschroer, „Waterloo niemieckie zwycięstwo”, wydawnictwo Armageddon, Gdynia 2006, str 204.

[8] Marian Kukiel „Dzieje oręża polskiego w epoce napoleońskiej”, Nakładem Zdzisława Rzepeckiego i Ski, Poznań 1812, reprint wydawnictwa Kurpisz, str. 474.

[9] Ryszard Morawski, Andrzej Nieuważny „Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia: szwoleżerowie, Tatarzy, eklererzy, grenadierzy.”, KARABELA D. Chojnacka, Warszawa 2008, str 85.

[10] Ronald Pawly, Patrice Courcelle „Napoleon’s Red Lancers”, Osprey Publishing 2003, str. 38.

[11] Andrzej Ziółkowski „Pierwszy Pułk Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej, 1807-1815”, Oficyna Wydawnicza „Ajaks” Pruszków 1996, str 205.

[12] Marian Kujawski, „Wojska Francji w wojnach rewolucji i cesarstwa 1789-1815” Z manuskryptu do druku przygotował i naukowo opracował Andrzej Kosim, Komisja Historyczna b. Sztabu Generalnego Polskich Sił Zbrojnych, Warszawa-Londyn 2007, str 373.

[13] Ronald Pawly, Patrice Courcelle „Napoleon’s Polish Lancers of the Imperial Guard”, Osprey Publishing 2007 str. 43 oraz Ronald Pawly, Patrice Courcelle „Napoleon’s Red Lancers”, Osprey Publishing 2003 str. 39.

[14] Peter Hofschroer, „Waterloo niemieckie zwycięstwo”, wydawnictwo Armageddon, Gdynia 2006, str. 365.

[15] Marian Kukiel „Dzieje oręża polskiego w epoce napoleońskiej”, Nakładem Zdzisława Rzepeckiego i Ski, Poznań 1812, reprint wydawnictwa Kurpisz, str. 474-475.

[16] List ten drukowany był we fragmentach w pracach Digby Smith „CHARGE! Great Cavalry Charges of the Napoleonic Wars”, Greenhill Books, London, Stackpole Books, Pennsylvania 2003, str 233-241, Andrew Roberts „Waterloo June 18, 1815: the battle for modern Europe”, Harper Perennial, New York 2006, Appendix II „Captain Fortune Brack’s Letter of 1835″, oraz w/w pracy Andrzeja Nieuważnego pt. ” Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia: szwoleżerowie, Tatarzy, eklererzy, grenadierzy.” na str 85. Powyższe tłumaczenie stanowi ich kompilację, wg. mojej wiedzy, wcześniej w całości nie tłumaczoną na język polski.

[17] Peter Hofschroer, „Waterloo niemieckie zwycięstwo”, wydawnictwo Armageddon, Gdynia 2006, str. 435-444

[18] Marian Kujawski, „Wojska Francji w wojnach rewolucji i cesarstwa 1789-1815” Z manuskryptu do druku przygotował i naukowo opracował Andrzej Kosim, Komisja Historyczna b. Sztabu Generalnego Polskich Sił Zbrojnych, Warszawa-Londyn 2007, str. 373. Podobnie Kirkor str. 186.

[19] Andrzej Ziółkowski „Pierwszy Pułk Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej, 1807-1815”, Oficyna Wydawnicza „Ajaks” Pruszków 1996, str. 204 i 206.

[20] Tomasz Malarski „WATERLOO 1815”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2003, str. 195.

 


Skrócona wersja tego artykułu pojawiła się w numerze 2/2011 „Szabla i Koń”.