O stanie żołnierskim

sebav15 Felietony Skomentuj

Zgodnie z zapowiedzią wracamy do tematu I Rzeczypospolitej i wojska tego okresu. Niewątpliwie punktem wyjścia po temu od lat ponad dwustu pozostaje praca Jędrzej Kitowicza „Opis obyczajów za panowania Augusta III”, której istotną część stanowi opis stanu żołnierskiego.

Jak podaje Wikipedia

 

quote:

Jędrzej Kitowicz (ur. jesienią 1727 lub 26 października lub 1 grudnia 1728 prawdopodobnie w Wielkopolsce, zm. 3 kwietnia 1804 w Rzeczycy), polski historyk, pamiętnikarz, ksiądz. (…) Walczył w szeregach konfederatów barskich w Wielkopolsce (w stopniu rotmistrza), później wstąpił do seminarium duchownego (1771) w Warszawie. Pozostawał w służbie biskupa kujawskiego Antoniego Ostrowskiego (późniejszego prymasa), ok. 1777 przyjął święcenia kapłańskie, a przed 1781 uzyskał probostwo w Rzeczycy gdzie spędził resztę życia. Jest autorem dwóch niedokończonych dzieł, które pisał w Rzeczycy prawdopodobnie na podstawie wcześniejszych notatek. Opis obyczajów za panowania Augusta III (opublikowany w 1840) był pierwszą próbą syntetycznego ujęcia obyczajowości epoki saskiej w Polsce; Pamiętniki, czyli Historia polska (częściowo wydane w 1840, w całości w 1971) stanowiły kronikę lat 1743-1798, ze szczególnym uwzględnieniem konfederacji barskiej. Prace Kitowicza, szczególnie Opis obyczajów, mają zarówno wartość literacką, jak i historyczną. Jego sądy o czasach mu współczesnych były bardzo krytyczne. Wypowiadał się przeciwko Stanisławowi Augustowi i jego obozowi.

Zapraszamy do lektury części „Opisu obyczajów” poświęconej wojsku i wojskowości przedrozbiorowej.

Jędrzej Kitowicz
OPIS OBYCZAJÓW

O stanie żołnierskim

Wojsko polskie za Augusta III było bardzo szczupłe; komput jego, przez konstytucją sejmową za Augusta II determinowany- 12 tysięcy koronnego, 6 tysięcy litewskiego. Suma wszystkiego wojska 18 tysięcy na papierze, ale nie na placu. Choć się co rok wszystkie chorągwie likwidowały w Radomiu i wszystkie regimentu, potrafiono jednak w to, że się tam wszystkie głowy odrachowały co do jednej, chociaż w każdej chorągwi i w każdym regimencie po połowie ich brakowało. Gatunki żołnierstwa były następujące:

1-mo autorament polski, a w nim chorągwie: husarskie, pancerne i lekkie albo przedniej straży; w litewskim wojsku petyhorskie chorągwie to samo znaczyły, eo w koronnym pancerne. Nazywał się ten gatunek wojska dlatego autoramentem polskim, iż zażywał stroju polskiego i siądzeniów na konie polskich, to jest kulbak, które nie były jednoformne, ale podług gustu każdego jeźdźca rozmaite: łęk, terlica, jarczak i turecka kulbaka, co wszystko podpadało pod imię powszechne „kulbaki”. Łęk był o dwu kulach równych, z przodu i z tylu w góro podniesionych, między które kule siadał jeździec na poduszkę skórzaną, sierścią bydlęcą wypchaną, rzemieniem pod brzuch konia przechodzącym przywiązaną. Terlica była o jednej kuli, z przodu w górę wydanej, i o ławce okrągłej, z tylu na ćwierć łokcia szerokiej, z poduszką w środku takąż jak i łęk. Jarczak była terlica albo lęk gładki, skórą obklejony, bez poduszki, na którym jarczaku chłopcy, ciurowie i towarzystwo rękodajni do twardego siedzenia na koniu bywali przyuczani; turecka kulbaka była podobna do terlicy z tą tylko różnicą, iż przednia kula była wyższa i ostrzejsza, a zadnia lawa szersza; miasto zaś poduszki cały wierszch kulbaki miękko wnusiem końskim wysłany i suknem powleczony; i takiego najwięcej siądzenia husarze do potrzeby zażywali. Możno i stąd ciągnąc derywacją autoramentu polskiego, iż to był rodzaj milicji polskiej najdawniejszv krajowy, starszyznę wszystkę pod nazwiskami polskimi mający. A tymi byli: hetmani, rejmentarze, pułkownicy, rotmistrzowie, porucznikowie, chorążowie, namiestnicy i całemu wojsku służący oboźniowie, pisarze polni, sędziowie wojskowi i buńczuczni hetmańscy.

hetman samowładnie rządził całym wojskiem: wielki koronny – koronnym; wielki litewski-litewskim; polni hetmani nie mieli żadnej władzy, tylko wtenczas, kiedy hetman wielki umarł, a król zaraz po jego, śmierci buławy wielkiej nikomu nie oddal. W czasie także wojny dzielili się dawnych lat władzą i pracą wojskową; lecz ciągły pokój pod panowaniem Augusta III widzieć nam tego podziału władzy hetmańskiej i operacji wojennej nic pozwolił; w calem także trakcie panowania wspomnionego króla raz tylko jeden buława wielka koronna wakowała po Józefie Potockim, którą otrzymał Jan Klemens Branicki, hetman polny koronny; i dwa razy litewska: po Hieronimie Wiśniowieckim, którą wziął Michał książę Radziwiłł, hetman polny litewski, a po Radziwille Massalski.

Rejmentarzów w Koronie było czterech: jeden partii ukraińskiej, drugi partii sendomirskiej, trzeci partii małopolskiej, czwarty partii wielkopolskiej. Tych kreował podług upodobania swego hetman wielki koronny, bardziej dla pompy jak potrzeby; bo prawdę rzekłszy, wszyscy nie mieli nic do czynienia w małym wojsku i głębokim pokoju. W litewskim wojsku nie było rejmentarzów, bo nie było co dzielić; z sześciu tysięcy wojska być należącego, ledwo się znajdowało w istocie dwa lub trzy tysiące, a przeto nad tak małą kwotą sam hetman niewiele użył pracy i ledwo ta garsztka wystarczała na asystencje hetmanom i trybunałom. Rejmentarze byli to namiestnicy hetmańscy, pomagający mu dźwigać ciężaru pracy, jakoby nieznośnej na jednę głowę rządu wojskowego; gdy w samej rzeczy nie mieli więcej do czynienia, jak odbierać raporta od chorągwi i regimentów sobie powierzonych i te przesyłać hetmanowi, a czasem też wydawać ordynanse na asystencją jakiemu wjazdowi lub pogrzebowi.

Pułkownicy chorągwiów husarskich i pancernych w Koronie, a petyhorskich w Litwie byli tylko tytularni, gdy aktualnych być nie mogło, kiedy i pułków takich nie było; ponieważ każda chorągiew osobną miała konsystencją jedna od drugiej czasem o sto mil odległą, repartycją płacy osobną, którą każda chorągiew wybierała z podatku pogłównego i hibernowego w województwie i powiecie sobie naznaczonym, ani w służbie lub jakiej powinności żołnierskiej jedna z drugą nie miała żadnej komunikacji. W jednych tylko regestrach popisowych i w drugich kalendarzykach politycznych wojsko polskie pułkami układano, na przykład pułk Króla JMci, Królewica JMci, pułk hetmana wielkiego, pułk hetmana polnego. W pierwszej chorągwi każdego pułku porucznik tytułował się pułkownikiem, zdobiąc się niejako rangą swego rotmistrza, którym w takiej chorągwi był król, syn królewski albo hetman; i takowy tytuł dawano mu wszędzie, tak w regestrach wojskowych, jako też w ordynansach. W drugich chorągwiach porucznikom tytuł pułkownika w urzędowych pismach nie był dawany. Lecz jako honory są rzeczą miłą, tak nie gniewali się porucznicy drugich znaków, gdy im dawano tytuły pułkowników w potocznych pismach, listach i konwersacjach. A tak pożyczając jedni od drugich tytułów, wszyscy porucznikowie znaków husarskich i pancernych zwani bywali pułkownikami. Rotmistrze znaków pancernych, petyhorskich i husarskich byli sami wielcy panowie, książęta, senatorowie i ministrowie, sam król i hetmani; a to też osobliwsza, że w tym wojsku polskim i stan duchowny miał swoje umieszczenie; książę prymas był rotmistrzem jednej chorągwi usarskiej, książę biskup krakowski drugiej, a w litewskim kompucie biskup wileński trzeciej. Należały te poważne znaki do rozdawniczej łaski królewskiej, która była w niepoślednim szacunku; dosługowano się jej rozmaitymi dworowi aplikacjami tudzież zabiegami i instancjami.

Jeden pan mógł mieć dwa znaki, czyli chorągwie: jednę husarską, drugą pancerną; owszem mógł mieć i trzy: dwie w Koronie, a trzecią w Litwie – i nawzajem. Nawet mógł być w jednej chorągwi pancernej koronnej rotmistrzem, w drugiej husarskiej koronnej porucznikiem, w trzeciej petyhorskiej litewskiej rotmistrzem i na ostatku być generałem-szefem którego regimentu. Tak sobie Czytelnik niechaj wyobraża wojsko polskie jak duchowną hierarchią, w której jedna osoba może służeć kilku kościołom w rozmaitych stopniach, na przykład w jednym kościele jest biskupem, w drugim kanonikiem, w trzecim prebendarzem, w czwartym plebanem; tak też i oficjerowie wojska polskiego, z tą tylko różnicą, iż duchowni takowi wieloracy w jednej osobie, wyjąwszy kanonie, muszą na innych miejscach swoich trzymać zastępców, jako to na prebendach i plebaniach, którzy by ich powinności odbywali. Wojskowi zaś tej potrzeby nigdy nie mieli, gdy całe wojsko, w głębokim uśpione pokoju, niewielu potrzebowało rządców. Rotmistrz nie miał więcej do czynienia, jak tylko imieniem i godnością swoją zaszczycać i chrzcić chorągiew; porucznik i chorąży, którzy byli kreaturą rotmistrza, przydawali jej nieco lustru, kiedy sami byli skądinąd dystyngwowanymi ludźmi. Na przykład pod znakiem królewskim albo hetmańskim, albo jakiego pana wojewody, kiedy pan kasztelan, podkomorzy lub sędzia ziemski porucznikował lub nosił chorągiew, to więcej znaczyło, jak kiedy tylko jaśnie wielmożny pan N. N., co się też bardzo rzadko zdarzało prostemu szlachcicowi, gdyż do tych rangów ubiegali się mocno najpierwsi w kraju obywatele i urzędnicy. Rotmistrz nigdy nie należał do żadnej służby wojskowej i podobno, choćby był chciał, nie byłby przypuszczony, o czym nie umiem Czytelnika mego uwiadomić, gdyż się ta pretensja za życia mego nigdy nie zdarzyła.

Porucznik i chorąży – ci już, jeżeli chcieli, mogli się interesować do swoich powinności, lecz i to rzadko się trafiało; pospolicie rząd cały chorągwi i komendę trzymał namiestnik, którym bywał jeden z towarzystwa spomiędzy starszych. Ten już zawsze przy chorągwi siedział, wszystkimi pocztowymi i całym gospodarstwem chorągwianym zawiadował. Towarzystwo tylko wtenczas podlegało subordynacji jakiejkolwiek namiestnika, kiedy chorągiew bądź cala, bądź część jej jakowa za ordynansem rejmentarskim ruszała z miejsca. Wtenczas znajdujący się przy chorągwi towarzyszowie obowiązani byli słuchać komendy namiestnika tak co do stawania w szyku, jako też co do marszu i stacji; i to było wszystko, czym mógł namiestnik komenderować; nie było albowiem więcej nigdy rezydujących przy chorągwi towarzystwa nad czterech, pięciu, a najwięcej sześciu; a i ci nieustawicznie, ale więcej po sąsiadach, obywatelach, przyjaciołach, trybunałach, komisjach lub po swoich interesach zabawni. Musztry do tego lub innych ćwiczeń żołnierskich nie znało wojsko polskie, oprócz tych dwóch tempów, w przysłowiu częstym, w używaniu rzadkim będących: „Nabij, zabij!” A jeżeli w jakiej chorągwi była musztra i egzercerunki, to nie z regulamentu wojskowego, ale z ochoty i fantazji pana porucznika, chorążego lub namiestnika, który miał gust w rzemieśle wojskowym. Do czego pierwszy dał pochop Wojciech Niemojowski, skarbnik ostrzeszowski, chorąży znaku pancernego Jego Królewskiej Mości, leżą swoją w Krzepicach mającego. Ten przyjął na swój koszt jednego unteroficjera pruskiego, który pocztowych, czyli szeregowych, w rozmaitych handgryfach i szarżerunkach wymusztrował. A za przykładem Niemojowskiego przez emulacją poszły niektóre chorągwie, ale nie wszystkie. Towarzystwo jednak do tej musztry wcale nie należeli.

Ci, którzy się zaciągali pod znak husarski lub pancerny, obowiązowali się zaraz albo służeć osobiście, albo też dać za siebie pocztowego. Każdy towarzysz zaciągał się podwójno, to jest towarzysz i pocztowy; który zaś nie miał woli traktować żołnierskiej profesji, tylko dla honoru być towarzyszem Jego Królewskiej Mości lub JOPana hetmana, lub innego jakiego pana, stawiał za siebie dwóch pocztów, na których należącą płacą odciągał namiestnik, a resztę oddawał towarzyszowi.

Towarzysz służący w osobie nie mógł się oddalać od chorągwi bez urlapu po teraźniejszemu, a po dawnemu bez permisji, której nie mógł otrzymać od kogo innego, tylko od samego hetmana; co tylko wtenczas potrzebne było, kiedy chorągiew zabierała się do jakiego marszu albo gdy z komenderowaną częścią pocztów na jaką wyprawę, na przykład lipinie jakich rabusiów, zbójców, Cyganów lub hajdamaków ukraińskich, na niego ciągnąć z regestru kolej przypadała; z takowych powinności urlap otrzymany ekskuzował go legitime; bywał też dawany z łatwością za jakąkolwiek wymyśloną przyczyną, powinność zaś jego zastępował drugi po nim lub przed nim w regestrze następujący towarzysz podług ordynansu, jak szedł za regestrem, czy z góry na dół, czy z dołu do góry. Taki zastępca brał gażą za tego, którego zastępował, do proporcji czasu wyprawy przystosowaną.

Kiedy zaś chorągiew leżała na swojej kwaterze i nie było żadnej ekspedycji, niepotrzebny był żadnemu urlap, gdyż rezydencji aktualnej przy chorągwi towarzystwa ściśle i wcale nie wyciągano, dosyć, że był na regestrze i że nie mając urlapu, musiał stanąć, kiedy potrzeba wyciągała. Namiestnik też nie gniewał się o to bynajmniej, że często sam jeden chorągwi pilnował; albowiem, zwyczajem powszechnie wniesionym, każdemu towarzyszowi, bądź w osobie, bądź w sowitym poczcie służącemu, odciągał na rok z lafy złotych osimdziesiąt, za które abcugi dawał stół towarzystwu przy chorągwi rezydującemu. Im tedy mniej było rezydentów, tym się więcej okrawało namiestnikowi. Ci, którzy dali za siebie sowity poczet, do żadnej wyprawy niebezpiecznej nie należeli, ale tylko tracili lafę dla zastępcy swego, tak jak pierwsi.

Lecz kiedy chorągiew dostała ordynansu nemine excepto asystować jakiemu pompatycznemu aktowi, wtenczas kto się chciał uwolnić od takiego mozołu, oprócz pocztów musiał przystawić na miejsce swoje innego kogo, dusznego personata, który za niego na dzielnym koniu w rynsztunku wojennym paradował, co chorągiew mile przyjmowali; mianowicie gdy aktualny towarzysz był albo nikczemnej urody, albo dziad stary, albo kulawy, albo garbaty, albo ślepy, gdyż w polskim autoramencie co do towarzystwa żadnego braku nie było; całą przystojnością i ozdobą osoby było szlachectwo. W takowej paradzie chorągiew wydawali się wspaniała i okryta, gdy za jednę osobę dwie pod nią stawało.

O kole chorągwianym

Co rok każda chorągiew pancerna i husarska odprawiała koło, to jest obradę w interesach chorągwianych i partykularnych; na takie koło zjeżdżali się towarzystwo, którzy chcieli, a którzy nie chcieli, przez innych swoje interesa zasyłali.

Towarzysz, ciągnący na koło, sadził się według możności jak najparadniej tam przybyć. Najuboższy towarzysz był, który jachał na koło karabonem, to jest wozem w skórę czarną obitym, w cztery konie zaprzężonym, od woźnicy w barwę ubranego kierowanym.

Na wozie siedział towarzysz, mający na sobie szarawary, ładownicę i niemal każdy krucyfiks za pazuchą lub obraz Matki Boskiej na taśmie jedwabnej lub wstążce na szyi zawieszony, z dwiema obdłużnymi końcami na plecy spuszczonymi. Szabla wedle niego była z jednej strony w wasąg utchwiona, z drugiej strony sztuciec lub rusznica; wedle wasąga była przywiązana dzida, grotem w tył obrócona, za koła zadnie na dwa łokcie stercząca, z kitajką, czyli chorągiewką, wedle drzewca obwiniętą, aby się nie szargała. Za wozem luzak, to jest służalec towarzysza, ubrany w barwę jednego koloru z woźnicą, siedząc na jednym koniu w ładownicy i szarawarach i mając także jak i pan jego krucyfiks lub obraz, powodował drugiego konia pańskiego wierszchowego, na którym była kulbaka z rządzikiem lub rzędem z pistoletami w olstrach; i to wszystko było przykryte dekiem tureckim czerwonym, zielonym albo pomarańczowym, wełnianym, w kutner tkanym; głowę także konia i kark przykrywał kutan, to jest kapa z białego sukna prostego, na którym były poprzyszywane innego sukna rozmaitego koloru płatki, wystrzygane w kwiaty, ptaki i różne figury; w tym kutanie były cztery dziury, otaśmowane czerwoną lub zieloną tasiemką albo sznurkiem, przez które wyglądały uszy końskie i oczy. Za wozem szedł uwiązany albo wolno puszczony chart albo wyżeł.

Majętniejsi towarzystwo z większą ciągnęli liczbą koni i ludzi. Służyli za towarzysz tak majętni obywatele, osobliwie młodzi paniczowie, że mogli paradować na koło karetą sześćma końmi. Wóz jeden i drugi za karetą sześciokonny, koni powodnych kilka, ludzi służących dworskich kilku i kilkunastu, z kucharzami, hajdukami, pajukami, prowadząc w wozach wina beczkę jednę i drugą, gorzałki gdańskiej kilka puzder i różnych porządków stołowych i żywności karabony z górą wypakowane, ponieważ tak się popisać u chorągwi było to zaszczytem szczególniejszym rycerstwa polskiego, do innych dzieł w kwitnącym pokoju pola nie mającego.

Zajechawszy do miejsca chorągwi, towarzysz stanął z całą swoją paradą przed stancją namiestnika, który wyszedłszy przeciwko niemu, przyjmował go jako gościa. Tam po pierwszych komplementach towarzysz upraszał namiestnika o kwaterę, który mu ją jakoby z urzędu swego naznaczał, choć już ta pierwej przez ludzi towarzysza, przodem wysłanych, była najęta i obstalowana.

Gdy dzień kołu naznaczony nastąpił, zeszli się wszyscy przytomni do porucznika albo chorążego, jeśli który byt z nich przytomny, albo do namiestnika, jeśli żadnego oficjera nie było. Tam zasiadłszy dokoła stołu porządkiem starszeństwa – prezydujący miał mowę do rycerstwa powitalną, w której ofiara życia i fortuny dla całości ojczyzny była najprzód wspominana, potem dzięki Najjaśniejszemu Panu za ojcowskie jego o dobro publiczne staranie; dalej płynęły z ust krasomówcy marsowego pochwały JO.hetmana, wodza i szafarza krwi żołnierskiej, nieustraszonego i niezwyciężonego wojownika, walecznych bohatyrów polskich, Żólkiewskich, Koryckich, Chodkiewiczów, Czarneckich, Sobieskich wykapanego sukcesora, dostało się na koniec po trosze pochwał jw. rotmistrzowi, porucznikowi, chorążemu, namiestnikowi i całemu godnych kolegów zgromadzeniu, przytomnym i nieprzytomnym.

Po skończonej mowie, jeżeli nowy jaki towarzysz miał podjeżdżać pod znak kupiwszy sobie regestr, bo inaczej bardzo było trudno dostać się do tych znaków, chyba za wielką jaką promocją lub wysługą rotmistrzowi, porucznikowi albo chorążemu, tedy wysyłano po niego dwóch młodszych towarzystwa, którzy go imieniem całej kompanii do koła zapraszali. Ten, w wszelkiej już gotowości na to czekający, jechał na koniu w zupełnym moderunku i za nim pocztowy jeden albo dwóch, jeżeli nie osobiście, lecz przez sowity poczet miał służeć. Szeregowi stanęli w paradzie, wyniesiono chorągiew, pod którą stanął nowy towarzysz, obrócił się na koniu i machnął proporcem w jednę i w drugą stronę, po której ceremonii zsiadł z konia, którego odebrawszy masztalerz poprowadził na kwaterę wraz z szeregowymi. Towarzysz zaś, obstąpiony od drugiego towarzystwa, przy powinszowaniach był wprowadzony do izby, gdzie oddawszy ukłony należyte oficjerom in quantum przytomnym i kolegom, rekomendował się perorą, ułożoną do rzeczy, albo też tylko słowy, jakie mu naprędce przyszły, braterskiej przyjaźni. Potem wyszedł do którego pobliższego domu lub do izby drugiej, jeżeli była, rozebrał się z zbroi, gdy ją miał; gdy zaś nie, to tylko z ładownicy i szarawarów, powrócił do kompanii i zasiadł miejsce swoje u stołu po ostatnim towarzyszu.

Następowała potem rada wojskowa, czyli chorągwiana, na której deputat przeszłoroczny składał pieniądze wybrane na chorągiew z podatków do niej należących, podawał delatę wsiów i miast, które podatku nie zapłaciły, i czynił rachunek z ekspensy, jeżeli miał jaką na przeszłym kole zleconą. Resztę gotowizny oddawał namiestnikowi, który każdemu towarzyszowi wypłacał jego należytość, wytrąciwszy pieniądze stołowe wyżej powiedziane, strawne dla szeregowego i inny wydatek zdarzony na naprawę rynsztunku lub konia upadłego; tym zaś towarzyszom, którzy na koło nie zjechali, odsyłał przez przyjaciół, jeżeli tak żądali.

Po uprzątnionych rachunkach przystępowano do obrania nowego deputata, który lubo powinien był iść za regestrem z góry na dół, dla wielu jednak nieprzytomnych albo nie chcących się tym zatrudniać, dostawała się ta funkcja częstokroć najmłodszym, kiedy mieli za sobą mocne instancje albo miłość u kolegów. Na Dostatku obierali plenipotenta na komisją do Radomia i dwóch rezydentów na asystencją do rotmistrza albo dawnych potwierdzali. Tym dziełom byty trzy dni naznaczone, po których już obrady miejsca nie miały, ale zjazd trwał czasem tydzień i drugi, póki tego, co poprzywozili z sobą, możni nie wyczęstowali, a chudsi nie wyjedli i nie wypili. Przez cały czas zjazdu szeregowi zaciągali wartę, formowali obwach i gdy ich panowie wytrząsali kielichy za zdrowie króla, hetmanów i oficjerów, oni dawali ognia, a za to odbierali od niektórych wspanialszych na beczkę piwa jednę i drugą, na garniec gorzałki jeden i drugi. Co zebrawszy i odbywszy kampanią, gdy się koło rozjechało, sprawiali sobie ucztę albo też, jeżeli nie chcieli, to się pieniędzmi podzielili. Niemal każdy albowiem szeregowy miał żonę i dzieci w miejscu, w którym chorągiew stała, która nigdy leży swojej nie odmieniała; więc szeregowy pobywszy w takim miejscu rok jeden i drugi, wprędce postarał się o żonę i o gospodarstwo, pewny będąc, że się po świecie tłuc nie będzie, a choćby go potkała wyprawa na jakich rabusiów, że się skończy wprędce i on do swojej leży powróci; za czym kiedy takich żeniatych szeregowych więcej bywało niż bezżennych, częściej woleli podział pieniędzy do ręki niż traktament.

Póki trwało koło, póty znać było, że tam stoi chorągiew; jak się koło rozjechało, szeregowi do kwater się i do gospodarstwa porozchodzili, mundury z siebie pozdejmowali, już więcej nie było znaku chorągwi. Przed panem namiestnikiem warta nie stała, na ordynansie nie był, tylko jeden szeregowy za koleją, a dobosz co dzień jako sługa domowy, który czasem bywał kucharzem jw. pana namiestnika. Trębaczów jednak, których po dwóch bywało przy każdej chorągwi, obowiązkiem było co poranek na pobudkę i co wieczór na wczas trąbić przed stancją namiestnika, także wytrębować wiwat, kiedy namiestnik gości częstował; prócz tych więcej nie było znaków chorągwi przez cały rok. Każdy słodko spoczywał w swojej kwaterze, a pan namiestnik przechadzał się tędy owędy po mieście lub po wsi, z obuchem w ręku i lufką w gębie, dla utrzymania subordynacji i dojrzenia porządku.

O deputacji do egzakcji

Wyznaczonemu do egzakcji nie godziło się prowadzić z sobą więcej ludzi, koni, jak tylko tyle, ile towarzyszowi należało, co obacz. W takowej tedy wyprawie ciągnął od wsi do wsi lub miasteczka, chorągwi jego podatek płacącego. Powinien był ujeżdżać po dwie mili na dzień i po trzech dniach takowej ciągłej podróży wypoczywać przez trzy dni w miejscu dostatniejszym; ale tego przepisu nie słuchał żaden deputat, odprawiał wszędzie trzydniówkę, gdzie mu się podobało, choć z jednej wsi do drugiej nie ujechał więcej nad pół mili. Skoro wjechał do wsi, oświadczył się dworowi lub starszemu chłopu we wsi, gdzie nie było dworu, a w miasteczku burmistrzowi. Lokował się czasem we dworze, czasem u chłopa, jak mu gdzie dano kwaterę, stosując się w tym do woli zwierszchności miejscowej, zachowując jakoby prawo skromność nakazujące. Ale w innych wygodach w cale się trzymał opodal tego prawa: kazał sobie szafować tyle owsa i siana, ile tylko jego konie na miejscu i przez drogę aż do drugiej stacji umyślonej zeźrzeć mogły, tyle kur, gęsi, kapłonów, jajec, masła, sera, chleba, mąki, kaszy, słoniny, ile dla niego z czeladzią potrzeba było i do woza okroić się mogło. Pamiętał także wszędzie, gdziekolwiek baczył dwór porządny, aby jego puzderko podróżne wódką dobrą przepalaną i baryłkę okowitką dla czeladzi w tyle] kwocie, ile wysuszył przez drogę tam, gdzie takiego trunku nie znajdował do smaku, dopełniono; z piwem się nie woził, jako trunkiem prędko wietrzejącym, na miejscu pił go, co chciał, z swoją czeladzią; i to, co napił, gromada kaczmarzowi płaciła.

Gdzie założył trzydniówkę, bawił koniecznie, choć mu zaraz pierwszego dnia podatek oddano, na który dawał kwit ręczny i nawzajem brał drugi od zwierszchności miejscowej, jako się skromnie obszedł z obywatelem i żadnej mu krzywdy nie uczynił; acz nieraz chłopek, a czasem i podstarości oberwał po grzbiecie obuchem od jmci pana deputata albo gandziarą od jego szeregowego lub ciury, gdy albo furaż dla koni nie na wybór przedni lub skąpy, albo prowiant kuchenny takiż był zniesiony. Najwięcej zaś bywało zatargi około pieniędzy; że albowiem w kraju bardzo mało znajdowało się monety srebrnej, a i ta była dużo wytarta, jako jeszcze za Jana Kazimierza bita, dlatego deputat nie chciał przyjmować podatku w złocie, dopominając się monety; w tej znowu czynił brak wielki, więc stąd często przychodziło do kłótni. Posiadacz uparty posyłał do kancelarii, tam składał podatek z manifestem przeciw deputatowi o ekstorsją. Towarzysz siedział we wsi, przewodził i dokuczał, pokąd z manifestem z kancelarii nie powrócono i pozwu mu nie położono, po odebraniu którego, zazwyczaj na wozie deputackim kładzionego, ruszał ze wsi, tego i owego na pożegnanie obuchem wyłechtawszy lub batogiem wykropiwszy.

A że się między ludźmi alternata szczęścia i nieszczęścia trafiać zwykła, bywało i to, że pan deputat z hańbą, guzami albo i ranami został ze wsi ekspediowany, z których przypadków, z pierwszej i z drugiej strony zdarzonych, rodziła się sprawa na komisją radomską z sukcesem od szalbierstwa, obrotu w prawie i mocy strony zawisłym. Kto nie lubił kłótni, ujmował deputata dobrymi sposobami, godził się z nim o cenę pieniędzy, na przykład dając szóstak bity, w którym liczyło się groszy miedzianych 12 i szelągów 2 za groszy 11 albo 12 zupełne; czerwony złoty, po 18 złotych kurs mający, za złotych 17, 16-według zgody. Pieniądze, w kancelarii złożone, deputat czasem namyśliwszy się odbierał, czasem podawał wieś na delatę, według nadziei wygrania sprawy lub przegrania.

Naładowawszy deputat furażem i żywnością skarbnik, póty nie odprawiał nigdzie trzydniówki, póki go nie wypróżnił. Lecz w każdej wsi, do której przybył po podatek, godził się na pieniądze za trzydniówkę, którą skoro mu wraz z podatkiem zapłacono, natychmiast ze wsi ustępował. I ten tylko jeden sposób był pozbycia się prędkiego tego gościa: ułatwić jak najprędzej podatek, zapłacić mu trzydniówkę albo zamiast pieniędzy próżny wóz wyładować furażem i prowiantem tudzież grzecznymi manierami i dolaniem gardła i bukładów wozowych, pod pretekstem ubogiego poddaństwa, wyprawić go do innej wsi najbliższej, królewskiej lub duchownej.
Deputat miał zysk trojaki: najprzód na pieniądzach, biorąc ich w niższej cenie, a oddając chorągwi w większej podług kursu krajowego; po wtóre na trzydniówkach, pieniędzmi opłacanych; po trzecie z pensji, na którą się chorągiew deputatowi składała z konia po taleru bitym. Czwartego zysku nie wszyscy się chwytali, a ten był, że te same szóstaki, brane po 11 lub 12 groszy, przemieniali między Żydami i kupcami w cenie zupełnej groszy 12 i szelągów 2, dając za czerwony złoty ważny obrączkowy po złotych 16 lub 17, a czasem, gdy było złoto obrzynane, to i mniej, chorągwi zaś oddając go po zupełnych złotych 18. Więc funkcja deputacka z tych wszystkich akcydensów wynosiła do trzech i czterech tysięcy, nie rachując, że przez ćwierć roku albo i dalej nic go nie kosztował wicht własny, ludzi i koni.

O marszu chorągwi husarskich i pancernych

Chorągwie husarskie nie były zażywane do innych ekspedycji tylko na asystencją jakiemu wjazdowi pańskiemu na starostwo lub województwo albo pogrzebowi podobnemuż; dlatego pancerni husarzów nazywali żołnierzami pogrzebowymi; asystowali także pierwsi i drudzy koronacjom obrazów cudownych.

Kiedy na taką wyprawę ruszała się chorągiew husarska, prowadziła za sobą wielką moc wozów czterokonnych i parokonnych, ludzi przy tym trzy razy tyle, ile komplet chorągwi zabierał, a to z tej przyczyny: najprzód szły wozy naładowane zbrojami, których w ciągnieniu ani towarzysze, ani szeregowi nie zażywali, aż na samym miejscu; raz dla lekszego siedzenia na koniu, druga dla deszczu, po którym potrzebowały chędożenia i polerowania, a zatem się darty. Po wozach zbrojowych następowały wozy z bagażami jmci pana namiestnika i towarzystwa przy chorągwi się znajdującego, z sukniami od podróżnych paradniejszymi, z rzędami, kulbakami w srebro oprawnymi, z pościelami, pawilonami, makatami, kobiercami, namiotami, treptuchami, to jest żłobami płóciennymi, na kołkach rozpinanymi, w którym koniom, gdy w polu trzeba stać było, obroki dawano; z dekami, dywdykami, derami, z rondlami, misami, półmiskami, talerzami cynowymi, kociołkami miedzianymi, z wędzonkami, szynkami, kiełbasami, schabami, legominami, mięsiwami, chlebami i obrokami, zgoła ze wszystkimi potrzebami, do żywności ludzi i koni należącymi. Jeżeli chorągwi komplet był koni pięćdziesiąt, to z woźnicami, masztalerzami i inną czeladzią służącą możno ją było rachować na trzysta głów, a koni na pięćset. Trzeba było bardzo obszernej wsi, ażeby się w niej cała pomieściła. Najczęściej się rozkładała na trzy części: na towarzystwo z potrzebniejszymi wozami, na szeregowych z takimiż wozami i na resztę taboru, w drodze mniej potrzebnego.

Nim się chorągiew ruszyła, poprzedzały ją zazwyczaj trzy ordynanse: za pierwszym namiestnik rozpisował listy do towarzystwa, aby się do chorągwi ściągali, co czynił w dwojakim przypadku: raz, kiedy był ordynans do wszystkich towarzystwa, nie uwalniający żadnego od asystowania aktowi nakazanemu; drugi raz, kiedy nie było żadnego towarzysza przy chorągwi, aby dla jej honoru mógł przynajmniej kilku ściągnąć; ordynans za ordynansem najprędzej wychodził we dwie niedzieli jeden po drugim. Więc towarzystwo, uwiadomione od namiestnika, każdy podług odległości swojej zabierał się ku chorągwi, jedni przybywając na samo miejsce stacji, drudzy łącząc się z nią w marszu, trzeci dopiero tam, dokąd chorągiew była ściągniona.

Dniem przed ruszeniem chorągwi poprzedzał jeden towarzysz z młodszego końca z dwiema szeregowymi i kilką luźnymi wszystkie stacje, które chorągiew przechodzić miała, dla obmyślenia kwater i przysposobienia wcześnego furażów i prowiantów, co się wojskowym trybem nazywało szachownicą, podobieństwem wziętym od tablicy, na której grają w szachy lub warcaby; przystosowanym do rozmaitego koloru sukien, które się na tej garstce ludzi znajdował.

Po wyprawionej szachownicy nazajutrz ruszała się chorągiew tym porządkiem uszykowana: najprzód jachało dwóch trębaczów, potrębując tędy owędy marsz; za trębaczami następował dobosz, bijący pałkami w dwa kotły miedziane, z obu stron konia gna przedniej kuli u kulbaki zawieszone; w odległości kilku kroków sadził się na dziarskim koniu namiestnik, mając goły pałasz w ręku, w pół człeka trzymany; za namiestnikiem maszerowało towarzystwo parami, trzymające pałasze na ramionach; któremu brakło pary, jechał trzeci między dwiema w ostatnim rzędzie. Za towarzystwem szła chorągiew, piastowana od starszego z regestru towarzysza, za chorągwią maszerowali szeregowi, trzymający przed sobą karabiny kolbą o kulbakę oparte, na ukoś na głowie końskiej pochylone. Za szeregowymi szły konie powodne, za końmi wierszchowymi ciągnęły się karety, kolaski i wozy taborowe. Kiedy chorągiew szła bez prezentowania broni, to pan namiestnik trzymał nadziak, czyli obuch, w ręku. Towarzystwo i szeregowi mieli ręce próżne, karabiny zaś u szeregowych wisiały w tokach przy kulbace, rurami w tył obrócone, po prawym boku.

Wyprowadziwszy chorągiew w pole o jedno lub drugie staje, namiestnik i towarzystwo przesiadali się do kolasek i karabonów; jeden tylko młodszy z regestru zostawał na koniu do prowadzenia chorągwi. Tym sposobem pochód był ciągniony aż do miejsca, chyba jeżeli przyszło chorągwi przechodzić przez jakie miasto, w którym stała jaka komenda cudzoziemskiego autoramentu lub polskiego, to znowu towarzystwo wsiadało na koń i czyniło paradę broni, co się po wojskowemu nazywało: maszerować ostro. Należy i to przydać do wiadomości Czytelnika, iż chorągiew przy dobytej broni bywała rozwinięta, a kiedy maszerowano bez broni, to w pokrowcu, aby się nie szarzała.

Było co widzieć w popisie swoim chorągiew polską usarską lub pancerną, ale najbardziej usarską. Nic nad to nie przydam, gdy powiem, że żaden monarcha w świecie nie miał nic tak okazałego, jak chorągiew polska usarska. Koń pod komenderującym (na sam akt bowiem zjeżdżał zawsze porucznik i chorąży) wart był najmniej sto, a czasem i dwieście czerwonych złotych. Rząd na koniu turecki suty, srebrny, pozłocisty, kamieniami nasadzany, kulbaka takaż; przy prawym uchu konia buńczuk z gałką pozłacaną, kameryzowaną zawieszony (jest to ogon koński biały – moda tureckich baszów); nad czołem konia kita z strusich piór albo z szklannego włosia rozmaitego koloru misternie zrobionych, z egretką, czyli naczelnikiem, diamentami i kamieniami drogimi wysadzaną, srebrno-pozłocistą, do rzędu przypiętą. Wierszchnią część głowy końskiej i całą szyję okrywał czepiec albo siatka srebrna lub złota, z kutasami takimiż, gęsto z obu stron szyi u dołu wiszącymi, z tyłu dywdyk turecki złotem tkany, jedwabny, z frandzlą sutą srebrną lub złotą, całego z zadu konia okrywający, aż do pętlin zadnich nóg długi, albo zamiast tureckiego dywdyka dek takiegoż kroju aksamitny, srebrem lub złotem suto haftowany, paradniejszy od pierwszego i kosztowniejszy.

W czym taki u niektórych panował zbytek, że się tak kosztownemu fantowi szargać po błocie dopuszczali; acz tak uflagany aparat bardziej szpecił, jak przyozdabiał paradę sadzając tuż przy bukiecie, złotem wyhaftowanym, flores nieprzyjemny oczom, z rynsztoka. Na komendancie zbroja stalowa, biało-na kształt srebra-polerowana, z ciągłej blachy, z brzegami pozłocistymi, całego jeźdźca z tyłu i z przodu aż do pasa okrywająca. (NB. Niektórzy oficjerowie mieli zbroją z kawałków w karpiową łuszczkę zrobioną. Czasem dla większego przepychu te łuszczki były złotymi szpiglami, czyli goździkami głowiastymi, spinane; taka zbroja była wygodniejsza, ponieważ mogła się zginać, czego blacha nie miała.) Ręce podobnież zbroją okryte, która nawet z wierszchu na palce się na kształt rękawiczki spuszczała, spodem zostawując gołą dłoń i palce, do ujęcia i utrzymania broni sposobne; w ręce prawej buzdygan srebrny lub blachmalowy, lub marcypanowy, kamieniami sadzony. Na plecach wisiała skóra lampartowa, adamaszkiem lub atłasem pąsowym podszyta, przez lewe ramię pod prawą pachę wydana, klamrą pozłocistą kameryzowaną na piersiach za dwie nogi tegoż zwierza spięta; u niektórych komendantów zastępował miejsce klamry jeden duży, kosztowny, świecący kamień. Na głowie szyszak, wysokimi piórami strusimi, w grzebienia koguciego formę uszykowanymi, natkany, których końce zginały się aż nad czoło jeźdźca; szyja obojczykiem żelaźnym, policzki twarzy takimiż blachami i broda opatrzone więcej na widok nie wystawiały gołego ciała, jak tylko jeden nos, oczy i same wargi, miąższym wąsem okryte; a jeszcze u niektórych bywała żelazna blacha wąska i obdłużna, prosto przed nosem i w miarę jego do szyszaka jednym końcem przyszrubowana.

Od pasa do nóg już nie używano zbroi; szarawary, to jest portki wielkie, przestronne i fałdziste, na wierszch botów zawdziane, okrywały jeźdźca od pasa aż do kostek nóg; te szarawary bywały z sukna: u towarzystwa przedniego francuskiego, u szeregowych z ordynaryjnego krajowego, paklak zwanego. Kolor sukien i szarawarów, nim nastały mundury, był według gustu każdego rozmaity. Po wymyślonych mundurach przez księcia Michała Radziwiłła, hetmana wielkiego litewskiego, dla chorągwi pancernych: żupan, wierszch czapki i szarawary karmazynowe, kontusz granatowy, dla usarskich: żupan, wierszch czapki i szarawary granatowe, kontusz karmazynowy. Kontusze nosili sami towarzystwo; szeregowi zamiast kontuszów mieli katanki nad kolano krótkie, z zawijanymi rękawami i wyłogami na guziki, w sposób niemieckiej sukni zapinanymi; guziki mosiężne, pobielane; wyłogi u rękawów i na piersiach tudzież kołnierz wywracany na wierszch takiego koloru jak żupan. Na ramionach katanek były wąskie paski z takiegoż sukna jak żupan, jednym końcem do żupana przyszyte, drugim na guzik zapinane, którymi paskami przypinali flintpas i ładownicę, aby w obrotach i rozmaitych ruszeniach z ramienia nie spadały. Tych pasków nie mieli towarzystwo z początku, ale z czasem wnieśli sznurki na ich miejsce srebrne lub złote, dalej zaś szerokie taśmy galonowe z frandzlami sutymi. Kontuszów i katanek nie używano, tylko wtenczas, kiedy byli bez zbroi; gdy zaś brali zbroją, już nie brali kontuszów ani katanek, tylko żupany i szarawary.

Towarzystwo usarskie i pancerne, oprócz szabli przy boku i pistoletów w olstrach przy kulbace, do potrzeby i parady używali dzid, przy których były małe chorągiewki kitajkowe, u usarzów dłuższe, u pancernych krótsze; kolory tych chorągiewek najczęściej bywały czerwony z białym, acz pod niektórymi chorągwiami używano takich jak mundur. Nazwisko takim dzidam z chorągiewkami dawano: usarskim-kopia, pancernym-proporzec, lekkim-znaczek.

Jak oficjerowie przesadzali się na dzielne konie i siądzenia, tak i towarzystwo, z tą tylko różnicą, iż towarzysz nie miał buńczuka ani zbroi odmiennej od drugich, ani dywdyka, czyli czapraka, na koniu inakszego, ale kolorem i fasonem musieli się wszyscy stosować do równości, chociaż w gatunku materii i roboty jedni się nad drugich przesadzali.

Szeregowi usarscy zamiast lampartów używali wilczej skóry, takim sposobem na zbroi zawieszonej jak lamparty towarzyskie. Zamiast strusich piór szeregowi usarscy mieli z tyłu do zbroi przyśrubowane drewno od pasa nad wierszch głowy wysokie, nad tęż głowę zakrzywione, piórami długimi od końca do końca rzędem natchnięte, rozmaitymi kolorami wraz z piórami malowane, gałęź laurową lub palmową naśladujące, co czyniło dziwnie piękny widok, lecz takiego lauru nie wszystkie chorągwie używały. Pod innymi chorągwiami szeregowi na szyszakach mieli tylko kity z piór, pospolicie gęsich, farbowanych, albo też gałkę mosiężną okrągłą, na pręcie żelaznym grubym, na trzy cale długim, osadzoną. Czapraki u szeregowych były długie do kolan konia i okrywały cały tył jego, wszystkie były jednakowego kroju, koloru i gatunku, sukna ordynaryjnego, akomodowanego kolorem do munduru szeregowych, który mundur u wszystkich chorągwi usarskich i pancernych z dawna dawien dawany był szeregowym, choć jeszcze go towarzystwo nie nosiło.

Pancerne chorągwie w powadze i szacunku w narodzie nie ustępowały znakom usarskim; tak się do nich dobijano jak i do usarskich; jedne obyczaje, jeden regulament trybu żołnierskiego, jeden rygor albo raczej jeden nie-rygor u obydwóch znaków; przeto, co się pisało względem konsystencji, marszu i parady chorągwi usarskiej, to wszystko służy pancernym. Czym się różnili pancerni od usarskich, to opiszę:

Pancerni zamiast zbroi zażywali pancerzów. Był to kaftan żelazny, w pół człeka długi, z rękawami po łokieć długimi, robiony z kółek maleńkich, płaskich, okrągłych albo też z podługowatych ogniwków, jedne za drugie zakładanych, z rozporem małym na piersiach, na haftki zapinanym, do obłóczenia i zdejmowania pancerza służącym; po ręku szły karwasze żelazne, od łokcia do pięści długie, na glanc polerowane, pół piszczeli obejmujące, rzemiennymi paskami na rękę zapinane; sama pięść ręki nie uzbrojona żelazem, tylko rękawicą grubą łosią okryta. Od pasa do nóg szarawary tak jak u usarzów. Na głowie misiurka, to jest na samym wierszchu głowy okrągła blacha żelazna, z gałką mosiężną lub srebrną pozłacaną-według osoby; o tej blachy był przyrobiony kawał pancerza, który otaczał niższe części głowy, czoło i kark tudzież policzki twarzy, nie zasłaniając oczów, nosa, ust, brody i szyi.

Lampartów ani wilków nie zażywały chorągwie pancerne; oficjerowie znaków pancernych zamiast gałki na misiurce zażywali kitów z piór farbowanych albo z włosia szklannego, w tulejce kameryzowanej osadzonego. W koniach, siądzeniach, rzędach, buńczukach, dywdykach bynajmniej nie ustępowali pancerni usarskim; zgoła we wszystkim aparacie wojennym jedni się nad drugich podług fortuny przesadzali; a gdy oficjer pancerny włożył na lewą rękę tarczą perłami lub drogimi kamieniami sadzoną, przypiął do boku lewego z strzałami rozmaicie pofarbowanymi sajdak, podobnież jak tarcza perłami i kamieniem ozdobiony, to jeszcze przesadzał usarskiego; acz tego rynsztunku za czasów Augusta III już mało co zażywali. Nosili go jako znaki starożytne sławnych zwycięstw przodków swoich nad Turkami i Tatarami. Towarzystwo także pancerne niekiedy i nie wszyscy używali na podjazdach przeciw hajdamakom strzał, lubo już broń ognista dawno w Polszcze zażywaną była. Dlatego używali strzał, iż najprzód strzała cicho raziła albo i na śmierć zabijała hajdamakę, bez wydania rażącego, w jakim dole lub chwaście ukrytego; po wtóre, iż w owe czasy trwała opinia między wojskowymi, że jest sekret albo czary od ołowiu i że ten sekret czy czary hajdamacy posiadają, nie mogąc być kulą ołowianą ranionymi; a nie masz sekretu żadnego przeciw żelazu, z jakiego kruszcu był grot u strzały. Słyszałem od wielu towarzystwa, bywalców w potyczkach z hajdamakami, że ci wystrzelone do siebie kule zmiatają z sukien jak pigułki śniegowe, że je wyjmują zza pazuchy, że je w ręce łapią i na urągowisko naszym odrzucają; dodawali ci opowiadacze, iż aby się kule ołowiane jęły hajdamaków, trzeba było lać je na pszenicę święconą albo też mieć je żelazne, srebrne lub złote. Tak tedy wierzącym wojskowym potrzebne były strzały, choć już po wynalezieniu strzelby. Trzecia, ale najprawdziwsza była przyczyna używania długiego strzał, a nie tak strzał, jak sajdaków, iż w owe czasy nie było jeszcze dla towarzystwa mundurów; więc towarzysz, chcący się dystyngwować od obywatela prostego na kompaniach i zjazdach publicznych, przypasował do boku sajdak, bo szabla, jako wszystkim powszechna, oznaczała tylko szlachcica, ale nie towarzysza; zbroi też lub pancerza używać prócz służby żołnierskiej nie należało i niewygodno było. Szeregowi pancerni mieli takież pancerze jak towarzystwo, acz nie tak ozdobne.

Postać chorągwi w pancerze ubranej, w szyku stojącej, z daleka patrzącemu wydawała podobieństwo deszczu rzęsistego, co czyniły owe punkta próżne między kółkami i ogniwkami, cień między blask samych kółek i ogniwków polerowanych rzucające, oku z daleka krople grubego deszczu reprezentujące.

W pół panowania Augusta III chorągwie pancerne zatrzymały tylko imię swoje, to jest imię pancernych. Pancerze zaś pozarzucali i na końcu panowania Augusta III nie było więcej chorągwi zażywających pancerzów, jak cztery w Koronie. Miejsce pancerzów wzięły blachy żelazne tylko na piersiach jeźdźca, szyszak na głowie zamiast misiurki i karwasze na ręku. Ta odmiana stała się dlatego, że pancerze bardzo wiele kosztowały, że się prędko darły, częstego chędożenia potrzebujące, że od kuli z muszkieta były przenikliwsze niż blacha żelazna, po której, gładko wypolerowanej, prędko się zemknęła.

Między strojami do ozdoby należącymi niepoślednie miejsce trzymała burka; krój tego odzienia naśladuje kapę kościelną, cokolwiek krótszą, materia z wełny koziej lub wielbłądziej sposobem pliśni siodlarskiej robiona, z wierszchu kosmata, z spodu gładka, koloru trojakiego: siwa, biała i czarna. Fabryki krymskiej burka była najprzedniejsza i kosztowała najprzedniejsza do 40 czerwonych złotych bez podszewki; użytą do jakiego aktu wspaniałego, pospolicie czarną, podszywano przednim atłasem błękitnym lub pąsowym, lub karmazynowym, sznurkiem złotym suto szamerowanym, czyli raczej w rozmaite pręgi po atłasie ciągnionym. Takową burkę komenderujący zawieszał na plecy, sznurem długim i grubym złotym pod szyję przestrono zawiązaną, z dwiema kutasami miąższymi na piersi spadającymi; prawa poła burki była na plecy nieco zarzucona, atłasem na wierszch wywrócona, co na szklącym się pancerzu lub zbroi, od atłasu odbitym, dziwnie piękny czyniło widok. A lubo wielu z towarzystwa znajdowało się tak majętnych, iżby im o podobną burkę nietrudno było, dla różnicy jednak oficjerów żaden towarzysz nie zażywał jej do parady. Usarscy także oficjerowie burek nie zażywali, mając na tym miejscu lamparty wyżej opisane. Burki mniej kosztowne krymskie lub jeszcze podlejsze kuligowskie od wszystkich wojskowych byty zażywane autoramentu polskiego, ale tylko w ciągnieniu i obozowaniu, jako lżejsze od futer, trwalsze od nich na słotę i lepiej od fali broniące niż płaszcz cienki. Jeżeli zaś trzeba było nocować w polu, co się czasem trafiało uganiającym się komendom za hajdamakami, służyła żołnierzowi, rozpięta’ na kijach, za pół namiotu.

O powadze towarzystwa usarskiego i pancernego

Każdy towarzysz tych znaków tytułował się równym swemu rotmistrzowi; stąd poszło nazwisko towarzysz, czyli kolega. Nie mówił, że służy pod królem JMcią albo pod panem hetmanem, lub pod panem wojewodą, lecz z królem JMcią, z panem hetmanem, z panem wojewodą. Towarzysz miał wyższą rangę niż którykolwiek oficjer autoramentu cudzoziemskiego, nawet sam generał. Towarzysz nie mógł pójść pod komendę generała, a przeciwnie, generał z całym regimentem swoim mógł pójść pod komendę towarzysza. Lecz to tylko zachowane było w mniemaniu, ale nie w skutku; albowiem każdy generał, biorąc regiment, starał się zaraz mieć chorągiew usarską lub pancerną, żeby tym sposobem stał się wyższym od towarzysza i nie szedł pod jego komendę. Acz i to druga prawda, że sami generałowie nigdy swymi regimentami nie komenderowali, tylko ich pułkownicy, obersztelejtnanci lub majorowie. Generał każdy był pan wielki, senator albo urzędnik koronny, który się wojskową służbą nie zatrudniał, mając dosyć na honorze i pensji.

Ze wszystkich generałów, którycheśmy widzieli za czasów Augusta III, jeden Skórzewski był generałem dragonii, nie mający żadnego urzędu obywatelskiego, zatrudniający się służbą wojskową, swojej randze należącą. Ten także, jak inni wszyscy, miał chorągiew pancerną. Jeżeli który regiment cały był komenderowany do jakiej wyprawy wraz z chorągwiami usarskimi i pancernymi, w takowym razie na komendanta generalnego dobierano porucznika, pułkownikiem zwanego, od jakiego znaku pancernego lub usarskiego, aby tym sposobem sztaboficjerowie regimentowi nie mieli sobie za poniżenie pójść pod jego komendę.

Polacy przez małe panowanie Augusta III nie mieli żadnej innej wojny, tylko z hajdamakami, którzy wypadając z Siczy, do Moskwy należącej, na Ukrainę polską i często zabiegając aż na Podole, szlachtę, Żydów i chłopów bogatych tamtejszych rabowali. Przeciw którym rabusiom wyprawiali hetmani koronni co rok dywizje od różnych regimentów pieszych i konnych, chorągwie polskie, pancerne i lekkie, to jest przedniej straży. Nad takim korpusem czynili generalnym komendantem jakiego porucznika pancernego, dawszy mu tytuł regimentarza; więc już taką godnością przyodzianemu komendantowi wszyscy oficjerowie obojga autoramentów, znajdujący się w obozie, posłusznymi byli. Ten zaś, kiedy z swego korpusu wyprawiał jaką partią na podjazd, z towarzystwa i regimentowych składaną, nie komenderował wyższych oficjerów jak kapitanów, a komendę nad całym podjazdem oddawał namiestnikowi lub towarzyszowi z chorągwi najstarszej najstarszemu, albo też dzielił władzą, każdemu nad swojego gatunku żołnierstwem równą, tak iż jeden drugiemu nie mógł rozkazywać, ale tylko znosić się jeden z drugim podług potrzeby.

Towarzysz w każdej kompanii publicznej był konsyderowany jak osoba dystyngwowana, mieścił się między pierwszymi osobami tak cywilnymi, jako też wojskowymi; nawet oficjerom swoim, pułkownikom, rotmistrzom (wyjąwszy służbę żołnierską), miejsca nie ustępował, chyba przez grzeczność i interes, mając się każdemu dystyngwowanemu za równego. Na pokoje królewskie, na opery, na bale, kiedy był zakaz puszczać mniejszej konsyderacji ludzi, towarzysza zawsze puszczono, skoro za takiego był uznany. A że długi czas sascy żołnierze, drabantami i karwanierami zwani, trzymali wartę przy królu na sali i przy operami, którzy – mniej znający się na godnościach obywatelskich, tym bardziej towarzyskich – wybór do puszczania osób miarkowali po sukniach: kto się dobrze ustroił i był personat, tego wpuścili, chociaż był plebejusz, z gminu prostego człowiek; kto zaś nikczemny na osobie albo nie nadto jasno ubrany, tego zatrzymano przed pokojami lub cisnącego się gwałtem w nadzieję rangi swojej tego kolbami odparto. Takowe trafunki, częstokroć towarzystwu, a czasem i samym oficjerom polskiego autoramentu zdarzone, dały okazją do przyjęcia mundurów, które dotąd nosić towarzystwo polskie za sromotę i jakąś nierówność miało. Skoro hetman litewski Radziwiłł wymyślił mundury, obaczywszy koronne wojsko, iż ta sukienka żołnierska więcej ma szacunku u Sasów niż najbogatsza obywatelska, co tchu się wzięli wszyscy do mundurów, tę różnicę zostawiwszy sobie, że nie mieli pętelki z guzikiem na ramieniu; litewscy zaś nosili na lewym ramieniu: usarze złotą pętelkę sznurkową z guzikiem złotym, petyhorcy srebrną pętelkę z guzikiem takimże, z czego ich korończykowie przez szyderstwo nazwali „pętelkami”. A tak wstydząc się Litwini tego przydomku sobie nadanego, podobieństwo do pewnej rzeczy białogłowskiej mającego, w lat kilka i oni pętelki poodrzucali.

Mundury tedy stały się równe u koronnych i litewskich i były zaszczytem u obojga narodów, dystyngwującym żołnierza od obywatela. Tak sobie poradzili towarzystwo, czyli raczej hetman wielki litewski poradził towarzystwu, żeby cześć swoją odbierało.

Nie dostawało jeszcze znaku dla oficjerów autoramentu polskiego, po których byliby poznawani i jako tacy czczeni. Kiedy albowiem oficjer autoramentu cudzoziemskiego przechodził wedle szyldwacha stojącego na warcie, szyldwach spojrzawszy na jego szpadę przy boku i ujrzawszy przy gifesie wiszący temblak jedwabny, srebrem przerabiany, z kutasem takimże (który znak po francusku nazywał się pour tepe, po niemiecku feldceich, a ja po polsku chrzcę go namiecznikiem albo oręźcem), natychmiast poznał przechodzącego być oficjerem i prezentował przed nim broń, czyli jak wtenczas mówiono, skwerował, to jest brał z ramienia lub od nogi karabin i trzymał przed sobą wpół chłopa, poki oficjer nie przeszedł. Gdy zaś przechodził oficjer, choćby największy, autoramentu polskiego, nie skwerował przed nim szyldwach, nie widzący przy jego szabli znaku pomienionego oficjerskiego, prócz którego nie był inny żaden pewny, bo towarzysz prosty, kiedy był majętny, tak suty od galonów i innych szamerunków złotych lub srebrnych podług mody krajowej zawalił na siebie mundur jak jego porucznik albo pułkownik. Za czym nie chcąc być upośledzeni w tej czci oficjerowie autoramentu polskiego, przejęli od oficjerów cudzoziemskich feldceichy, czyli namieczniki, a na ostatku przejęli i szarfy, którymi się bądź w służbie, bądź nie w służbie, byle w znacznej kompanii, opasywali, sadząc się na jak bogatsze i kapiące srebrem, żeby ich, znakami oficjerskimi zewsząd ozdobionych, lepiej szanowano.

Zdaje mi się, żem już wszystko opisał, com widział i wiedział o znakach poważnych, usarskich i pancernych w Koronie; należy mi oddzielić to dla Litwy, czym się jej znaki usarskie od usarskich koronnych różniły. Ta zaś różnica na małej zawisła rzeczy: koronni usarze na plecach nosili skórę lamparta, jako się w swoim miejscu napisało, litewscy usarze nie nosili lampartów, tylko do lewego boku, siedząc na koniu, przypasowali wielkie skrzydło z strusich piór robione, zasłaniające cały bok konia i nogę jeźdźca od pasa aż do kostek, co dotychczas w herbie litewskim na pieniądzach i pieczęciach publicznych lepiej niż w opisaniu rozeznać możno. Sadzili się zaś tak na ozdobę pomienionego skrzydła, jak koronni na ozdobę lamparta. Petyhorscy litewscy nie mieli żadnej odmiany od pancernych koronnych. I to także do powagi należy, iż towarzysz nie mógł być karany żadną karą cielesną, tylko aresztem i ujmą lafy, a za ciężkie wykroczenie odsądzeniem od regestru i wytrąbieniem z wojska. Ta ostatnia kara kogo potkała, wyrażała się tym terminem: stanęła na nim trąba. Areszt był dwojaki: wolny i niewolny; wolny areszt, kiedy mógł wychodzić z stancji, ale bez broni; niewolny, kiedy musiał siedzieć w niej, nie wychodząc za próg i wtenczas był pod wartą [brak końca zdania]

O znakach lekkich

Lekkimi znakami, czyli chorągwiami, nazywali jazdę polskiego autoramentu, nie używającą żadnej zbroi ani pancerza. Składała się ta jazda, tak jak usarska i pancerna, z towarzystwa i pocztowych. Broń towarzysza była: szabla, pistolety i dzida z małą kitajkową chorągiewką; ubiór: kontusz, żupan, pas, a na tym szarawary, na głowie czapka z barankiem siwym albo czarnym. Broń pocztowego: karabin, pistolety i szabla; ubiór: katanka do kolan krótka, żupan, pas, szarawary, na głowie czapka z baranem czarnym, dwa razy tak wysokim jak u towarzysza; oprócz którego odzienia, przestronnym krojem robionego, od słoty i zimna pocztowy miał płaszcz, towarzysz zaś jeden płaszcz, drugi opończą, inny burkę, jak się któremu podobało i na co którego stać mogło; długi albowiem czas i lekkich znaków towarzystwo nie używało mundurów, wyjąwszy pocztów, których już zaznałem w mundurach. Prędzej atoli daleko lekkie towarzystwo wzięli mundury – niżeli usarscy i pancerni. Kolor mundurów lekkich znaków był niemal jeden w Koronie i Litwie: żupan siarkowy, kontusz albo katanka błękitne z wyłogami żupanowymi.

Różniły się chorągwie jasnością lub ciemnością większą lub mniejszą, jedne od drugich, pomienionych kolorów. A nawet pod jedną chorągwią bywała pstrokacizna, albowiem iż takowe kolory z natury swojej prędko pełzną, przy tym nie będąc mundury z jednego postawu krajane, ale każdy towarzysz, sprawując sobie i pocztowemu swemu mundur podług upodobania i potrzeby, tyle się różnił jeden od drugiego, ile na jednym nowszy, na drugim wytarłszy znajdował się mundur.

Pod te znaki nie dobierano na towarzystwo koniecznie samej szlachty; wolno tu było być towarzyszem i nieszlachcicowi, i Tatarowi; dlatego też wielu tu bardzo służyło Tatarów. Wielu jednak znajdowało się i szlachty chudych pachołków, których fortuna pod znakami usarskimi i pancernymi pomieścić nie raczyła, a którzy mając gust być żołnierzami, nie lubili jednak zostawać pod rygorem cudzoziemskiego autoramentu, w regimentach zachowanym. Nie zważano także na urodę; mógł pod tymi znakami służeć i stać w szyku garbaty i jednooki.

Płaca rocznie na towarzysza i szeregowego tudzież dwa konie była sześćset złotych, z których musiał wszelkie potrzeby swoje i szeregowego opatrywać. Była to płaca dosyć szczupła; w głębokim atoli pokoju, ile przy leżach nieodmiennych, w pastwiska i żywność obfitujących, dosyć wystarczająca. Byle się towarzysz skromnie obchodził i nie doznał upadku w koniach, mógł się dobrze trzymać, osobliwie, który umiał handlować końmi albo był zręczny do myślistwa. Takowy, szczując i strzelając lisy, okrył nimi grzbiet albo skórki przedając Żydom, nazbierał na suknią, zające zaś, sarny, kuropatwy i inną rozmaitą zwierzynę stołową jednę do swojej kuchni adresując, drugą sąsiadom szlachcie podarunkiem rozsyłając, wypasał konie wet za wet darowanym owsem i sianem.

Dwie atoli wady były w tym regulamencie, które wielu z towarzystwa tego ciemiężyły. Pierwsza, iż płacą odbierali razem rocznią i że każdy towarzysz wszystkich swoich potrzeb byt opatrzycielem. Namiestnik tu nie miał żadnej opieki o stole towarzyskim i pocztach, tak jak w chorągwiach poważnych, przeto który towarzysz był pijaczek albo kostera, albo się nie umiał rządzić, prędko roczną płacą stracił; skąd potem nie stać go było na potrzeby przystojne tak dla siebie, jak dla szeregowego. U takowego też pospolicie koń gałgan albo pożyczony od kogo na odbycie powinności przypadłej; pistoleciska złe, na szabli półpochew, kulbaka skrzypiąca, mundur podarty, zgoła cała figura jeźdca i konia odartusa jakiego borowego, nie żołnierza reprezentująca.

Druga wada, że pod tymi znakami towarzystwo nie należało do likwidacji ani egzakcji płacy chorągwianej. Zwykle pan rotmistrz odbywał tę funkcją i wypłacał towarzystu żołd należący. Przyjechawszy z pieniędzmi do chorągwi, dal dla towarzystwa obiad jeden i drugi, podpoił należycie, a wprowadziwszy w dobry humor, wytargował na nich, iż za fatygę podjętą w egzakcji zrzucili mu się z konia po czerwonym złotym jednym i drugim; to w karty wywabionych poogrywał; to fantem jakim, koniem, szablą, pistoletami lub jakim odzieniem podszarzanym – we troje drożej, niż był wart, w żołdzie potrąconym – tego i owego zarzucił; albo też pod pozorem nie wybranej całkowitej sumy chorągwianej po kilkadziesiąt złotych między towarzystwo rozdawszy, a sam resztę na pijatykę i zbytki straciwszy, na kredyt nigdy nie uiszczony, ale od czasu do czasu rozmaitymi sztukami łudzony, puścił. Jeżeli się chorągiew krzywdzona odważyła zapozwać rotmistrza do komisji radomskiej, śmielszych i obrotniejszych co prędzej na swoją stronę ujął, za faworem których reszcie słabszej groźbą i obietnicą gębę zatkał, niektórych sobie nienawistnych pod wyszukanymi pretekstami za niezdatnych do służby podał i z regestru wymazał.

Wszystko to uchodziło w chorągwiach lekkich, mianowicie w tych, gdzie był rotmistrz szlachcic, kreatura hetmańska, jego interesów po sejmikach i sejmach tudzież reasumpcjach trybunalskich żwawy obrońca, do korda zawołany junak. Ten talent nadgradzał i zastępował wszystkie inne wady. Bywali też pod lekkimi znakami rotmistrze i inni oficjerowie Tatarowie; pod takimi bywała pewniejsza dla towarzystwa płaca. Tatarowie albowiem, kochając się w trzeźwości i oszczędności, nie wpadają w potrzebę krzywdzenia innych żołdu i gdyby się był znalazł takowy, prędka z niego byłaby sprawiedliwość, nie mającego tych względów u zwierszchności krajowej ani mocnych przyjaciół co szlachcic.

Lekkie chorągwie dzieliły się istotnie na pułki, mając rzeczywistych pułkowników, a tymi pułkownikami w Koronie bywali sami szlachta, w Litwie Tatarowie i szlachta.

Kiedy na jaką wyprawę ściągano w obóz lekkie pułki, wtenczas pułkownik komenderował chorągwiami do swego pułku należącymi; kiedy zaś pojedynczo chorągwiów używano, ordynanse szły prosto do rotmistrza, nie zatrudniając pułkownika. Te zaś wyprawy, do których wzywano całych pułków, dwa razy się, ile pamiętam, pod panowaniem Augusta III zdarzyły; raz, kiedy Józef Potocki, hetman wielki koronny, z nieukontentowania do Sasa chciał przeciw niemu podnieść rokosz i na ten koniec ściągał wszystkie regimenta i chorągwie polskie lekkie i ciężkie, który rokosz za staraniem książęcia Jana Lipskiego, biskupa krakowskiego i kardynała, został odwrócony; drugi raz, kiedy Jan Klemens Branicki, po Potockim hetman wielki koronny, zajechał książęciu Januszowi Sanguszkowi, marszałkowi nadwornemu litewskiemu, ordynacją dubieńską i ostrogską, utrzymując ją od podziału na familie, przez wspomnionego książęcia Sanguszka w grodzie sendomirskim uczynionego.

Oprócz tych dwóch razów ruszały się czasem wojska polskie i regimenta niektóre na koła rycerskie, które hetmani, pokazując czułość swoją, czasami naznaczali. Tam ściągnione pułki, chorągwie i regimenta popisowali się z dzieł rycerskich, w owym czasie tryb wojskowy i powinną umiejętność zawierających, o których więcej uczynię wiadomości Czytelnikowi tam, gdzie będę pisał o hetmanach. Tu zaś ciągnę rzecz dalszą o lekkich znakach.

Na hajdamaków najwięcej zażywano lekkich chorągwi, ale z trudna kiedy ruszano całe chorągwie, tylko od tej i owej po trosze na przemianę, aby tak szkody lub zdobyczy każda chorągiew doznawała pod miarą. Bywało jednak, że i całe chorągwie ruszano, gdy rotmistrz, ochoczy do wojny, sam się o to starał albo kiedy nagła jaka potrzeba nie dozwalała zbierać od chorągwiów, daleko od siebie stojących, potrzebnego podjazdu. Na przykład: kiedy kazano łapać jakiego infamisa mocnego, na gardło osądzonego, który z desperacką rezolucją miał się do obrony; albo jaki zbójca zebrawszy partią najeżdżał dwory; albo Cygani w licznej kwocie obrąbali się gdzie w lesie, wychodząc z takiego legowiska na plądrowanie pobliższych wiosek, młynów i łupienie kościołów. W takich i tym podobnych przypadkach dawano ordynanse całkowitym chorągwiom pobliższym.

Prócz tych ekspedycji wojennych, nie bez szwanku żołnierstwa, czasem i znacznego, podejmowanych, chorągwie lekkie zażywane bywały do konwoju hetmanów, kiedy się na sejm do Warszawy i Grodna z ogromnym dworem prowadzili albo w innej jakiej okoliczności do króla przyjeżdżali; w takim razie jedna chorągiew porządniejsza konwojowała hetmańską karetę, samego hetmana wiozącą, towarzystwem z znaczkami, czyli dzidami, przed karetą, szeregowymi z karabinami za karetą paradującymi. Druga i trzecia chorągiew – mniej porządne – rozerwane były do innych wozów, karet, kolasek i bryk hetmańskich konwojowania.

Lekkich także chorągwi powinnością było biegać z listami hetmańskimi i regimentarskimi, dla której szczególnie potrzeby zawsze przy hetmanie znajdowała się jedna chorągiew lekka, a przy rejmentarzu komenderowanych po kilku od każdej chorągwi jego regimentarstwa. Zażywano także lekkich chorągwi czasem i do wjazdów publicznych, pogrzebów wielkich panów i koronacyj cudownych obrazów, żeby z rozmaitego gatunku żołnierstwa większa się okazałość aktu publicznego wydawała.

Na koniec rozstawiano chorągwie lekkie po kresach, gdy hetman lub regimentarz, interesowany do trybunału, chciał prędko wiedzieć, jak się udała jego reasumpcja. Zgoła nie tylko do wojskowych powinności, ale też do wszelkich innych usług hetmańskich służeć musiały lekkie chorągwie; te nazywano pospolicie przednią strażą.

Póki nie nastały mundury w chorągwiach usarskich i pancernych, żaden rotmistrz lekkiej chorągwi nie starał się być za towarzysz pod znakiem poważnym. Lecz gdy, jako się wyżej rzekło, poważne znaki przyjęły mundury, wszyscy rotmistrze lekkich znaków (wyjąwszy Tatarów) ubiegali się o regestr pod znakami usarskimi lub pancernymi, a to dlatego, że jako rotmistrz mając przy szabli pour tepe, to jest namiecznik, a wdziawszy na się mundur pancerny lub usarski, udawał człowieka poważniejszego, niż był w samej rzeczy; i gdzie nie był znany, uchodził za oficera znaku wysokiego. Toż samo uczynili porucznicy i chorążowie przedniej straży, acz nie wszyscy. Wielu bowiem z nich, obligowanymi będąc do ustawicznego znajdowania się przy chorągwiach, nie mieli sposobności zażycia munduru innego znaku, którym tylko się wtenczas krasić mogli, gdy byli extra służby; przeto którzy swoim chorągwiom ustawicznie służyli, o taką ozdobę, której zażyć nie mogli, nie starali się.

Musztry takiej zażywały chorągwie lekkie albo przedniej straży, jakiej zażywały chorągwie usarskie i pancerne; szeregowi sami należeli do tej musztry, towarzystwo nie należeli. Musztry konnej nie znano w chorągwiach lekkich, a nawet wszelkich innych autoramentu polskiego; maszerować parami i stanąć w szeregu pod linią podług regestru, nie podług wzrostu, to była cała musztra konna. Piesza zaś składała się z niektórych handgryfów: jak wziąć karabin przed się, na ramię, do nogi i tym podobnych; ale to wszystko szło rozwioźle, nieostro i nie razem. W czym się najbardziej ćwiczyli szeregowi, to w tym, aby ognia dawali razem, jak gdyby orzech zgryzł; i wiele razy trafiło się polskim chorągwiom dawać ognia po kolei z żołnierzami autoramentu cudzoziemskiego, jak to na komisjach radomskich, na kołach rycerskich, na wjazdach i pogrzebach wielkich panów, zawsze się lepiej popisali polscy niż cudzoziemscy, ale też za to w nabijaniu broni nie byli tak sprawni jak żołnierze regimentowi. Po jednym wystrzeleniu trzeba było kilka minut czasu, nim się do wydania drugi raz ognia przygotowali; której zwłoki po części przyczyną były stemple drewniane u karabinów, długi czas pod panowaniem Augusta III tak u chorągwiów polskich, jak u regimentów używane. Żelazne stemple w wojsku polskim generalnie i karabiny w każdym regimencie jednostajne nastały dopiero około roku 1759, kiedy Moskale, wojujący z królem pruskim, Fryderykiem II, wielką moc broni, tak Prusakom w różnych bitwach zabranej, jako też swojej własnej, po zginionych swoich sołdatach, w Polszcze zostawili. Niemało także dostało się Polakom broni takiej od dezertorów, a że u tej broni były stemple żelazne, więc stąd regimenty i chorągwie polskie wzięli okazją i sposobność do stemplów żelaznych.

U pistoletów jednak nie mieli Polacy stemplów żelaznych, tylko drewniane, i to tylko dla proporcji: do nabijania których mieli stemple dłuższe od pistoletów, pobojczykami zwane, do ładownicy na obdłużnej taśmie jedwabnej albo rzemieniu przywiązane, czasem wiszące, czasem za pas z tyłu zatchnięte. Takie pobojczyki bywały u niektórych żelazne, u niektórych trzcinowe, w miarę kalibru pistoletowego grube. Towarzystwo majętniejsi u wszystkich polskich chorągwi, lekkich i poważnych, pobojczyki swoje oprawiali skuwkami srebrnymi i gałkami takimiż z drugiego końca od ładownicy wiszącego, z kołkiem takimże. Niemniej także sadzili się na ładownice sute, które były dwoiste: jedna zwała się blachmalowa, ta była z czarnej lub czerwonej skóry, po wierszchu srebrem lub złotem w kwiaty haftowanej, na boku od pola blachą srebrną szmelcowaną obita; a czasem w tej blasze były sadzone kamienie turecką modą, czerwone, zielone i błękitne. U takiej ładownicy szła taśma na dwa alce szeroka, szmuklerską robotą srebrem lub złotem przerabiana, jedwabna. Druga była z łosiej skóry, mająca czasem całkowitą srebrną blachę, jasno polerowaną, w różne figury przyozdobioną; czasem zamiast blachy szła obwódka srebrna, w środku obwódki krzyż kawalerski z herbem towarzysza; zamiast taśmy był pasek z takiejże łosiej skóry jak i ładownica, na którego przedzie była przybita gwiazda srebrna, czyli-róża, mająca w sobie mały werblik i kółko, od którego kółka wisiały dwie małe przetyczki, jak iglice na łańcuszkach; spodem różyczki na odległość dłoni była druga sztuka gładka albo fugowana, w miarę paska szeroka, na pół ćwierci długa, w załomki zakończona, dwie rurki okrągłe przez blachę wzdłuż idące mająca, w które rurki wtykano iglice. Te iglice, czyli przetyczki, nie służyły do przetykania zapałów, ponieważ były przygrubsze, ale tylko służyły do ozdoby ładownicy. W tyle ten pasek zapinał się na sprzączkę szeroką i grubą, jednym fasonem z przednią sztuką wyrobioną; u końca paska, wychodzącego spod przączki, był wypustek suty, w kształcie wprzód opisanym sztukom równy; wszystkie zaś sztuki byty z srebra.

Ładownice takowe srebrne czy blachmalowe najwięcej były używane w czasie bezpiecznym; i już to był towarzysz albo zbyt ostry surowości żołnierskiej obserwant, albo w takim stopniu skąpy, albo zbytnie ubogi, który nie miał ładownicy sutej albo przynajmniej jako tako w sreberko oprawnej.

Podczas podjazdów na hajdamaki wystrzegali się towarzysze brać na się ładownic bogatych. Jeżeli bowiem potyczka nieszczęśliwie padła i uciekać przyszło, hajdamak blaskiem ładownicy zapalony póty dojeżdżał towarzysza, ubranego w blachmal lub srebro, póki go nie dogonił i nie skłuł, pomijając i opuszczając innych, błyskotki na sobie nie mających. Jedna rączość konia, przechodząca hajdamackiego, mogła towarzysza unieść od zawziętości hajdamaki, albo też chcąc się pozbyć doganiacza, trzeba było zerwać z siebie ładownicę i porzucić. Towarzystwo nosiło ładownice na prawym boku, szeregowi ładownicę na lewym, flintpasy od karabinów na prawym.

Towarzystwo, wojując z hajdamakami, używali także małych karabinków albo sztućców, zawieszając je z lewego ramienia na prawy bok jak i szeregowi, nie przekładając ładownicy na drugi bok, ale na jednym mając ładownicę i sztuciec, a to dla różnicy od pocztowych. Kiedy zażywali karabinków albo sztućców, wtenczas nie zażywali dzidów, albowiem karabin straszniejszy był hajdamakom niż dzida, którą to hultajstwo dziwnie zręcznie i daleko lepiej od Polaków szermować umiało. Jeden hajdamak, wpadłszy między polskich, mógł czterdziestu w momencie rozpędzić, każdemu zadawszy ranę albo śmierć. Dzidy, po rusku spisy zwane, hajdamacy mieli krótkie, nad cztery łokcie nie dłuższe, grotem ostrym żelaznym z obu końców opatrzone; ta spisa i samopał były całym hajdamaki uzbrojeniem, kulbaka na koniu, lęczek goły i wojłoczek, strzemiona drewniane, uzdeczka cieniuchna rzemienna albo parciana. Koń szybki i zwrotny jak wiatr na wszystkie strony; sam jeździec podobnież lekki; ubiór jego: koszula gruba, czarna, łojem kozłowym od gadu wysmarowana, szarawary płócienne, na nogach boty lekkie albo kurpie, na koszuli kontusz kusy do kolan, z cielęcej skórki z szerścią wyprawnej, nie przypasany pasem, ale na wierszch zawdziany, rękawy z wylotami dużymi wiszące albo na plecy założone, na głowie czapka takoż jak kontusz cielęca, w formę worka spiczastego uszyta, końcem swoim na prawe ucho zwieszona; łeb cały ogolony jak kolano, kosmek włosów długi nad czołem zostawiony, za ucho zakręcony; wąsy opuszczone, broda u niektórych ogolona, u niektórych zapuszczona.

Ci hajdamacy mieli swoje siedlisko w Siczy, kraju do Moskwy należącym, przy granicy Tatarów krymskich; a że często wspominam o tych hajdamakach, traktując o wojsku polskim, za rzecz słuszną sądzę opisać ich gniazdo tyle, ile mi się o nim dostało wiadomości, zwłaszcza gdy teraz panująca Katarzyna II, cesarzowa moskiewska, zupełnie z Siczy tych hultajów wypleniła.

O Siczy i hajdamakach

Sicz jest to miasto albo lepiej obóz Kozaków zaporoskich w kraju do Moskwy należącym, w szczerych polach, na kilkadziesiąt mil ciągłych, pustych. Kto w nim dawniej siedział i kiedy go Kozacy zaporoscy osiedli, o których mam pisać, nie mogłem pewnej od nikogo powziąć wiadomości; za czym nie sięgając początku, będę pisał o środku i o końcu pomienionych Kozaków.

Było w Siczy Kozaków, ich terminem zowiąc, czterdzieści kureni (po polsku: korzeni). Każdy kureń zamykał w sobie dziesięć chorągwi, a każda chorągiew sto kampańczyków, czyli po naszemu towarzyszów, co uczyniło czterdzieści tysięcy wojska, gotowego na każdy rozkaz imperatorowy moskiewskiej; ale ich do żadnej wojny za mego wieku, nawet z królem pruskim i z Turkami wojując, Moskwa nigdy nie użyła. Słyszałem, iż dlatego, że lud zbyt niesforny, a w potrzebie zazwyczaj z placu pierszchający. Mieli ci Kozacy nad sobą hetmana jednego spomiędzy siebie na tę godność od imperatorowej moskiewskiej wyniesionego i zwał się terminem kozackim: koszowy. Ten był ich wodzem, a raczej sędzią we wszystkich sprawach ostatecznym i najwyższym; za cóż albowiem dawać mu imię wodza, kiedy nigdy wojska swego w pole nie wyprowadzał. Religii byli schizmatyckiej, greckiej; mieli swoją cerkiew i popa; i to było dosyć nabożeństwa dla hultajów. Żon nie mieli ani kobiety żadnej między sobą nie cierpieli; a kiedy który został przekonany, że kędy za granicą miał sprawę z kobietą, tedy takowego do pala w kureniu, z którego był, za dekretem przywiązanego, póty tłukli polanami, to jest szczypami drew, póki go nie zabili, pokazując na pozór, jakoby czcili stan czystości; dla czego też nazywali się powszechnie mołojcami, to jest młodzieńcami, gdy w samej rzeczy prowadzili życie bestialskie, mażąc się jedni z drugimi grzechem sodomskim albo łącząc z bydlętami, na które sprośności, samej naturze obmierzłe, nie było żadnej kary, jakby uczynek z kobietą był plugawszy niż z kobyłą albo z krową.

Rolnictwa bardzo mało traktowali; najwięcej bawili się rybołówstwem, myślistwem i chowaniem stad wielkich rozmaitego bydła i koni. Bydło ich rogate różniło się szerścią od bydła naszej Ukrainy, było bowiem czerwone; bawili się także handlem ryb suszonych, soli, skór, futer i rozmaitych rzeczy, zdobytych na rozboju, który był najcelniejszym ich rzemiosłem.

Każdy kampańczyk był zapisany w regestr, składający owę liczbę wojska czterdzieści tysięcy. Miał każdy swój dom i kram do towarów, które tam przybywającym kupcom przedawali albo za zboża i gorzałkę zamieniali, nie wychodząc nigdy dla żadnej potrzeby z siedliska swego. Kampańczyk miał swoich wyzwoleńców, czyli sług kilku: pięciu, sześciu, siedmiu i więcej, podług tego, jak się miał który. Kiedy kampańczyk podchodził w lata szędziwe, wybierał spomiędzy czeladzi swojej jednego, który mu był najmilszy, prowadził go do kancelarii i tam uroczyście zapisował swoim następcą. A ten po śmierci takiego ojca swego ogarniał wszystek majątek, reszta zaś czeladzi albo przy nim zostawała, albo się do innych kampańczyków rozchodziła; chcąc tedy zostać sukcesorem, trzeba było przylgnąć do jednego kampańczyka i służyć mu jak najwierniej aż do śmierci.

Kampańczykowie sami, mając się dobrze i będąc gospodarzami, rzadko kiedy wychodzili na rozbój, wychodzili jednak i wtenczas bywali hersztami kup hajdamackich. Do takich wycieczków przyprowadziła kampańczyków potrzeba, gdy swój majątek jakim sposobem utracił, albo gdy do rozboju miał serce i ochotę. Pospolicie atoli na rozbój wychodzili sami wyzwoleńcy, którzy nim wyszli, musiał się każdy najprzód opowiedzieć swemu kampańczykowi, a potem zebrana kupa generalnemu koszowemu, który tym sposobem, ponieważ wiedział zawsze, wiele i w którą stronę udało się ich na rozbój, przeto gdy który koszowy miał dobre zachowanie z panami polskimi, przestrzegał ich, aby się mieli na ostrożności, uwiadamiając oraz o liczbie ciągnącej na rozbój. Zabraniać im koszowy takiej ochoty nie mógł, kiedy polityka dworu moskiewskiego prawie dlatego tych hultajów konserwowała, aby Polaków i Tatarów ciemiężyli, a oraz ginąc sami w różnych potyczkach i egzekucjach, w liczbę nadpotrzebną nie wzrastali. Do tego rozbój był drogą krótszą i chwalebniejszą dosłużenia się rangi kampańczyka niż inne usługi przy boku swego pryncypała. Jeżeli siedym lat szczęśliwie rozbijał, już miał w ręku ascens na pierwsze miejsce wakującego kampańczykostwa; lubo się tego szczęścia niewielem dostawało, bo ich od polskich podjazdów dużo ginęło, jako się niżej da widzieć lepiej.

Drugą zasługą, jeszcze krótszą od rozboju, acz nie tak estymowaną, było kucharstwo. To przez dwa roki bez nagany odbyte czyniło kucharza kampańczykiem. Ale praca ledwo znośna; każdy kureń, to jest chorągiew – miała swego kucharza; ten dzień i noc musiał mieć gotowe jadło dla przybywających w różne godziny dzienne i nocne od różnych zabaw Kozaków. Był razem kucharzem i szafarzem; powinien wcześnie starać się u starszego chorągwi o to, czego mu do kuchni brakowało. Nie gotował on tam żadnych wymyślnych potraw ani rozmaitych, tylko dwie raz na raz, całym traktamentem kozackim będące, z skarbu szafowane: kasza jaglana rzadko, w mięsne dni słoniną, w postne olejem okraszona, i bigos z ryb suszonych bez wszelkiej przyprawy. Nalewał i nakładał tych potraw w korytka podług miary, jak ich ubywało. Kozak przyszedłszy, bądź jeden, bądź więcej, siadał w czubki przy korytku, dobył łyżki od pasa i jadł tego i owego, póki mu się podobało; gotowały się te potrawy w kociołkach miedzianych, na trzech kijach nad ogniem zawieszonych.

Tenże kucharz miał w dozorze swoim tytoń, który także, jak strawę wyżej opisaną, z skarbu na kurenie rozdawano. W każdym kureniu niedaleko korytek stało kilka lulek wielkich glinianych, mających dokoła po kilka dymników, czopkami, na sznurkach przywiązanymi, pozatykanych; kiedy który Kozak nie chciał ekspensować swego tytuniu, siadał do generalnej lulki, wyjął czopek i założył swój cybuch w dymnik, ciągnął, póki mu się podobało; kucharz zaś dawał baczenie na lulki i nakładał raz za razem tytuniem, skoro były wypróżnione. Do jednej lulki mogło się zmieścić i ośmiu Kozaków, jeżeli mieli cybuchy długie; podług długości których robił się cyrkuł obszerniejszy, a tym samym do przyjęcia i pomieszczenia więcej palaczów sposobniejszy. Odchodząc od lulki każdy Kozak zatchnął swój dymnik czopkiem, na sznurku przy lulce wiszącym.

Jeżeli kucharz był ospały i nie pilnował swojej powinności w tych dwóch artykułach, każdy Kozak, nie znajdujący dla siebie gotowego jadła lub tytuniu, miał prawo wykropić mu skórę batogiem, a oprócz tej kary częste skargi na niego zachodzące sprawiały mu degradacją. Na tę publiczną wygodę jadła i tytuniu składali się wszyscy kampańczykowie z swoich majątków i była to jak kontrybucja.

Że tedy takie były publiczne stoły i tytunie z skarbu, przeto żaden kampańczyk swoim wyzwoleńcom nie dawał wichtu, tym, którzy dla niego w rybołówstwie, myślistwie, pasieniu trzód lub w rolnictwie pracowali, wyjąwszy tych, którzy przy boku pańskim na zawołanie być musieli. Jurgieltu też pewnego żaden wyzwoleniec nie brał; należało do szczodrobliwości kampańczyka udzielić mu co z tych pożytków, około których który dla kampańczyka wyzwoleniec pracował.

Trunki w szynkowniach były przedawane: miód, wino i gorzałka; ta ostatnia Kozakom najlubsza i najpospolitsza. Wolno było każdemu za swój grosz pić tyle, ile się któremu podobało, byle swojej powinności nie opuścił i hałasu nie zrobił; bo za te występki surowie karano. Dla czego, choć w Siczy mieszkali najgorsi z całego świata ludzie, apostatowie od wiary i różnych zakonów, infamisowie, zbiegowie kryminalni z rozmaitych stron, skromność atoli wielka tam panowała i bezpieczeństwo tak wielkie, iż żadnemu podróżnemu z towarem, po towar lub w innym jakim interesie do Siczy przybywającemu włos z głowy nie spadł; pieniędzy, nawet gdyby na środku ulicy położonych, nikt nie ruszył. Albowiem naruszenie osoby lub majątku cudzego, bądź tamtejszego mięszkańca, bądź gościa, śmiercią natychmiast karano, na kogo tylko padła suspicja. Dla którego rygoru wszyscy zaraz starali się o wyśledzenie winowajcy, skoro się w tych dwóch miarach jaki występek pokazał. Takie prawo ludzkości rozciągali aż do granicy swojej, dalej zaś nie służyło, tylko tym, którzy pozbywszy lub nabywszy w Siczy towarów, powracali z nimi do domów z paszportem od koszowego. Jadącym zaś do Siczy i prowadzącym towary było wszelkie bezpieczeństwo zaraz od mety zaczynającej step siczowy, to jest puste pole, które do Siczy prowadziło z osiadłej Ukrainy.

Po wziętym pozwoleniu od koszowego hajdamacy szli do cerkwi; tam brali błogosławieństwo od popa, jakoby wychodząc na uczynek pobożny, Bogu miły, niszczenia łacinników, Żydów i wszelkich innych Rusinów, od ich wiary i chizmatyckiej odszczepieńców.

W ziemię tatarską, jako sąsiedztwem bliższą i tylko rzeką Dunajem od Siczy przedzieloną, wpadali rozmaitymi czasy. Tym pospolicie tylko zajmowali z pastwisk stada koni i bydła rogatego, z którym co prędzej wpław uchodzili przez rzekę na swoją stronę, za którą Tatarowie nigdy ich gonić nie śmieli, widząc odpór gotowy, od swoich sił mocniejszy, i kontentując się tym, co przed rzeką odbili i którego hajdamakę zatłukli.

Głęboko w Tatarszczyznę nie wkraczali ani siedlisk tatarskich nie plądrowali (ponieważ Tatarowie, będąc takimiż rabusiami, jak i hajdamacy, zawsze wsieść na koń i skupić się na swoich najezdników gotowymi byli), ale tylko nad brzegiem dawali baczenie, gdzie Tatarowie z swoimi stadami koczują; ukradkiem tedy napadłszy na Tatara mniej ostrożnego albo drzymiącego wpadli na niego znienacka (co w Polach Dzikich, wielkimi trawami zarośniętych, uczynić im nietrudno było) i udusiwszy człowieka albo mu gardło przerznąwszy, co prędzej zawinęli się około stada. Jeżeli mieli zajmować konie, tedy uważali, który ogier wodzi stado; na tego złapanego wsiadłszy, jeden hajdamak krzyknął i co tchu do rzeki pędził, a stado zhukane za nim, drudzy zaś hajdamacy z tyłu na innych koniach schwytanych poganiali. Lub jeżeli im czas nie pozwolił ująć żadnego konia, pieszo się w owych trawach do rzeki zmykali, bydło zaś rogate jak najciszej zająwszy, takimże cichaczem, pospieszając ile możności, w rzekę pędzili, gdzie na nich czekali inni Kozacy w czółnach, tak dla przewiezienia swoich, jako też dla odparcia pogoni tatarskiej.

Na Ukrainę polską wychodzili zawsze na wiosnę, a powracali przed zimą; wyszedłszy z Siczy w sto, dwieście lub trzysta koni, rozdzielali się na różne partie, co czynili najprzód dlatego, żeby więcej kraju zasięgnąć mogli, druga: żeby komendom polskim, ścigającym za nimi, łatwiejsze roztargnienie uczynić mogli, trzecia: żeby razem wszyscy, gdyby zostali pokonani, nie zginęli, czwarta: żeby się łatwiej w małych partiach ukrywać mogli. Formowali z siebie dwojakie kupy, nigdy z sobą nie złączone, ale osobno szczęścia szukające: jedni plądrowali konno, drudzy pieszo. Jak jazda, tak piechota innej nie zażywała broni, tylko spisę i samopał; piechota, sposobniejsza do ukrycia się w wielkich trawach ukraińskich, trudniejsza była naszym do zniesienia niżeli jazda, raziła bowiem naszych z samopałów, nie będąc widziana; a jeżeli była dokoła obstąpiona, broniła się do upadłej, tak iż często nasi, wziąwszy mocną plagę, odstąpić ich musieli albo też oni sami, doczekawszy się nocy, z pośrodka nich wymknąć się potrafili. Gdy już tak blisko podjazd polski natarł na hajdamaków, że już dalej uchodzić nie mogli, stanęli w szyku i zdjąwszy czapki, uczynili Polakom pokłon, a dopiero zaczęli się bronić, co czynili częścią przez zuchowatość, częścią dodając sobie serca.

Z jazdą mieli łatwiejszą sprawę Polacy, osobliwie kiedy dragonia znajdowała się przy komendzie polskiej. Ta zsiadłszy z koni i dając ognia plutonami, prędko hajdamaków rozpłoszyła, na których, zmięszanych i tył podających, wpadłszy jazda pancerna i przedniej straży, jednych żywcem schwyciła, drugich ubiła albo przynajmniej prowadzony tabor z zdobyczą zabrawszy, na cztery wiatry rozpędziła. Lecz kiedy nie było dragonii przy Polakach, ciężko im było ponękać hajdamaków i nieraz od nich dobre plagi wzięli.

Do tych hajdamaków, którzy wyszli z Siczy, przywiązywało się wiele hultajstwa z Rusinów polskich i Żydów. Ci, rozbijając z nimi całe lato, na zimę rozchodzili się po wsiach, służąc po karczmach za parobków i po gorzelniach (po rusku: winnicach) za palaczów; drudzy zaś, przyjąwszy bractwo hultajskie raz na zawsze, do Siczy z hajdamakami powracali i ci to byli nasieniem i potomstwem hajdamaków, którzy oprócz takich plemienników, powracając do Siczy, porywali też i chłopców młodych, bądź obcych, bądź swoich krewniaków, a tak mnożyli się i następowali jedni po drugich, choć żon nie mieli.

Najeżdżali ci hajdamacy szlacheckie dwory, wsie i miasta nawet, nikomu nie przepuszczając, kogo tylko zrabować mogli; na śmierć, prawda, najechanych z trudna kiedy zabijali, chyba z szczególnej jakiej osobistej zemsty sługi, chłopa lub Żyda, do hajdamaków zbiegłego. Ale dla wyciśnienia pieniędzy męczyli niemiłosiernie; i chyba znacznym a oraz łatwym obłowem, sobie bez ciężkiej inkwizycji ofiarowanym, ułagodzeni zostali, kiedy nie męcząc, dawszy tylko na nezabudesz kańczugiem po plecach, odjechali z takim pożegnaniem: „Porastaj!”” Dlatego panowie ukraińscy wszyscy trzymali po kilkadziesiąt i po kilkaset kozaków nadwornych, którzy ich tak w domu, jak w drodze dzień i noc od tych rabusiów strzegli. Miasta zaś i miasteczka w każdą noc przez połowę mieszkańców, w broń opatrzonych, z kotłami i tarabanami chodząc po ulicach pilnowały się od rozboju. A jednak przy takiej chociaż ostrożności, w nocy, zazwyczaj napadnieni, nieraz tak panowie, jak chłopi we wsiach i Żydzi z mieszczanami i kościołami, i klasztorami po miastach zrabowanymi zostali, kiedy straż domową albo przełamali hajdamacy, albo też w zmowie z nimi zostając, niby do ucieczki przymusili. Dlatego całe lato na Ukrainie z pomiernej szlachty i chłopi tudzież arendarze Żydzi nicht w domu nie nocował, ale każdy przed zachodem słońca z duszą wynosił się w step, ukrywszy majątek i jeden kryjąc się przed drugim: mąż przed żoną, żona przed mężem, ojciec i matka przed dziećmi, dzieci przed rodzicami i sami przed sobą, ażeby znaleziony jeden z bólu nie wydał drugiego, gdyby go męczono i o drugich pytano.

Drogi także publiczne obsiadali ciż hajdamacy; w lada dolinie zakradłszy się niedaleko od drogi, uważali kurzawę, która w tamtej ziemi tłustej za każdym jadącym na kształt dymu podnosi się wysoko w górę. Uważali tedy wielkość kurzawy; jeżeli miarkowali, że kto jedzie z małym konwojem albo w cale bez konwoju, wypadali na niego, obdarli ze wszystkiego, co miał, i obiwszy ratyszczami, to jest drzewcami od dzidów, plecy, w koszuli puścili, powiedziawszy swoje zwyczajne: „Porastaj!”

Ci, którzy szczęśliwie powrócili do Siczy, połowę zdobyczy oddawali swoim kampańczykom, a kampańczykowie dziesiątą część tej potowy koszowemu; takiż podział był koni i bydła, Tatarom zabranego.

Z takimi tedy hultajami co lato wojsko nasze polskiego i cudzoziemskiego autoramentu odprawiało kampanie, przybierając na czas do siebie kozaków porodowych, to jest nadwornych, różnych panów; najwięcej zaś sami za nimi chodzili, bo Kozacy z trudna swoich bratów wiernie prześladowali, chyba wtenczas, gdy się rzecz działa bardzo jawno pod okiem komendanta polskiego; ale jak na boku Opodal, to jak wilcy z psami z wilczycy i psa spłodzonymi powąchawszy się, każdy poszedł w swoją stronę.

Kozacy humańscy Potockiego, krajczego koronnego, a potem wojewody kijowskiego, najsprawniejsi byli w dojeżdżaniu i znoszeniu hajdamaków, wyjąwszy, iż tę przysługę dla kraju bardzo niewiernie czynili. Nie napastowali oni nigdy hajdamaków, kiedy na wiosnę na rozbój w kraj wstępowali, tylko pod jesień, kredy miarkowali, że z zdobyczą powracają, wtenczas im zastępowali, zdobycz odbierali, a samych hajdamaków, chyba że się bronili do upadłej, szczerze bili; jeżeli zaś słabo im się stawiwszy w ucieczkę prysnęli, nie bardzo gonieniem za nimi koni swoich mordowali. Druga: kto z zrabowanych chciał odzyskać od kozaków humańskich swoje rzeczy, musiał je dobrze opłacić, darmo nie dostał; które poczytali za rzeczy prawnie nabyte, bo z azardem życia.

Komendanci polscy, wielu dostali żywcem hajdamaków, żadnego nie pardonowali, lecz zaraz na placu albo wieszali na gałęziach, albo jeżeli mieli czas, żywcem na pal wbijali; która egzekucja takim szła sposobem: obnażonego hajdamakę położyli na ziemi na brzuch; mistrz albo który chłop sprawny do egzekucji użyty naciął mu toporkiem kupra, zacierany pal ostro z jednego końca wetchnął w tę jamę, którą gnój wychodzi z człowieka, założył do nóg parę wołów w jarzmie i tak z wolna wciągał hajdamakę na pal rychtując go, aby szedł prosto. Zasadziwszy hajdamaka na pal, a czasem i dwóch na jeden, kiedy było wiele osób do egzekucji, a mało palów, podnosili pal do góry i wkopywali w ziemię. Jeżeli pal wyszedł prosto głową lub karkiem, hajdamak prędko skonał; lecz jeżeli wyszedł ramieniem albo bokiem, żył na palu do dnia trzeciego, czasem wołał horyłki, to jest gorzałki, i pił podaną sobie.

To tak okrutne morderstwo bynajmniej hajdamaków nie uśmierzało; mieli sobie za jakiś heroizm skonać na palu. Kiedy się w kompanii przy gorzałce jeden z drugim kamracił, życzył mu: „Szczo by ty ze mnoju na jednym palu strytył”, to jest: „Bogdajbyś ze mną na jednym palu sterczał.” Bywali drudzy tak zatwardziałego serca, że miasto jęczenia w bólu wołali na dyrygującego zaciąganiem na pal: „Krywo idet, punc mistru”, jakby bólu żadnego nie czuł albo jakby go tylko kto w ciasny bot obuwał. Dla tak okrutnej śmierci, acz niby lekceważonej, hajdamacy wszędzie się do upadłej bronili. Na pięćdziesiąt hajdamaków trzeba było naszych dwieście, trzysta i więcej, aby ich zwyciężyli; równej lub mało większej liczbie nigdy się pobić nie dali.
To już wszystko, co mogłem w pamięci utrzymać, com widział i com słyszał pewnego o wojsku autoramentu polskiego i regularnym nieprzyjacielu Ukrainy, hajdamakach. Jako zaś celem moim jest pisać o obyczajach polskich za Augusta III, tak nie mogę pominąć i tego, lubo mam za bajki i gusła, że Polacy wierzyli mocno, iż między hajdamakami wielu się znajdowało charakterników, których się kule nie imały. Powiadali z przysięgą nieraz, że widzieli hajdamaków zmiatających z siebie kule, które w ich twarz albo piersi trafiły, że wyjmując takie kule zza pazuchy, nazad na Polaków odrzucali. Dla czego nasi, zabobon zabobonem przemagając, robiąc kule na hajdamaków lali je na pszenicę święconą, to już taka kula chwycić się miała hajdamaki.

O autoramencie cudzoziemskim

Autoramentem cudzoziemskim nazywano wojsko polskie, które używało sukni, języka i trybu niemieckiego. Były to regimenty piesze i konne tudzież artyleria. Konnych regimentów w Koronie było *… [w rękopisie brak danych], pieszych *…, artylerii regimenty dwa: jeden składał się z puszkarzów, którzy z harmat strzelali, race i inne ognie do fajerwerków służące robili; drugi, który był jakoby obroną i strażą w czasie wojny harmatników; pierwszy, puszkarzów, nosił mundur zielony z obszlagami i kamizelkami czerwonymi, kapelusz na głowie z dwiema mosiężnymi harmatkami, miasto kokardy na krzyż przypiętymi; do odbywania warty używał karabinu tak jak inni żołnierze; drugi miał zwierszchnią suknią czerwoną, obszlagi, kamizelkę i spodnie zielone, u kapelusza kokardę białą.

Litewskich regimentów konnych było *…, pieszych *… i takież jak w Koronie dwa regimenty artylerii.

Wszystkie regimenty piesze i konne w Koronie i Litwie używały na zwierszchnich sukniach koloru czerwonego, wyjąwszy artylerią wyżej wspomnioną; różniły się jedne od drugich kamizelkami i obszlagami tudzież pludrami, które to ubiory spodnie u każdego regimentu były odmienne: żółte, granatowe, błękitne, zielone, piaskowe, czarne i białe; którym zaś nie stało odmiennego koloru, różniły się guzikami, kapeluszami i galonkami, które gwardie koronne i litewskie miały, inne regimenty polowe nie miały.

Że regiment generała Golcza miał – tak jak inne regimenty – kolor czerwony z obszlagami, kamizelkami i pludrami białymi, przeto przez swawolą przezwano go „białymi rakami”.

Regiment konnej gwardii koronnej zamykał w komplecie swoim pięćset żołnierza gminnego prócz oficjerów; kompania jedna składała się z piącidziesiąt żołnierza. Inne regimenty konne miały tylko po sto osimdziesiąt gminnych, to jest po sześć chorągwi, czyli kompanii, a po trzydziestu żołnierza w jednej kompanii. Dlatego wiele było oficjerów, a żołnierzy mało.

W regimencie pieszym gwardii koronnej liczono najprzód dziesięć kompanii, w każdej kompanii po sto chłopa; co czyniło sumę całego regimentu tysiąc. Od połowy jakoś panowania Augusta III z dziesięciu kompanii zrobiono dwadzieścia, podzieliwszy jednę na dwie, a to dlatego, żeby było więcej placów do promocji szlachty; nie starano się albowiem o powiększenie sił narodowych, tylko o powiększenie honorów i pożytków dla szlachty. Lubo w regimentach cudzoziemskiego autoramentu do wszystkich rang oficjerskich mieli przystęp i nieszlachta, wyjąwszy generałów aktualnych, czyli terminem żołnierskim szefami zwanych, która godność nie dawana była, tylko rodowitej szlachcie polskiej, a do tego najwięcej panom mającym zasługi u dworu lub mocne instancje drugich panów.

W regimentach gwardii wszystkie szarże i w innych wszystkich regimentach generalskie rangi należały do dystrybucji królewskiej. W regimentach innych wszystkich wakujące stopnie, począwszy od pułkownika aż do ostatniego chorążego, rozdawali hetmani wielcy. Unteroficjerów w regimentach wszystkich kreowali generałowie-szefowie, nie zatrudniając króla ani hetmanów.

Oprócz zaś w istotnej służbie znajdujących się przy regimentach oficjerów, miała Polska co nie miara tytularnych generałów-majorów, generałów-adiutantów Jego Królewskiej Mości, buławy wielkiej, buławy polnej, koronnej, litewskiej, pułkowników w wojsku koronnym, pułkowników w wojsku Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Ci także, którzy w aktualnej zostawali służbie, starali się mieć wyższą rangę od tej, w której służyli; i tak chorąży, biorąc płacą i posiadając stopień w regimencie chorąski, starał się o patent porucznikowski, porucznik o kapitański, kapitan o majorowski, major o obersztelejtnancki, obersztelejtnant o pułkownikowski, pułkownik o generalski; przeto w jednym regimencie widzieć było trzech generałów. Na przykład pierwszym generałem był król albo hetman, drugim generał-lejtnant komenderujący, trzecim generał-major tytularny, a pułkownik aktualny; oficjerów zaś niższych bez liczby prawie, bo nawet znajdowali się tacy unteroficjerowie, którzy, będąc tylko w służbie podchorążymi albo sierżantami, z racji familii wysokiej byli przyodziani rangą chorążego, tak dalece, że z tej mnogości oficjerów urosło przysłowie: „Dwa dragany, a cztery kapitany.”

Oprócz mundurów regimentowych był mundur osobliwy, znaczący po samej sukni generała-majora, a ten był jednostajnego koloru na wszystkim odzieniu pąsowego, galonami złotymi na wierszchniej sukni i kamizelce suto szamerowany. Generała-adiutanta był mundur biały kolor na zwierszchniej sukni, pąsowy na kamizelce i pludrach. Niektórzy adiutanci swoją zwierszchnią suknią i kamizelkę szamerowali galonem złotym, niektórzy tylko kamizelkę, a niektórzy wcale nie dawali galonów, tylko palety złote około dziurek, z guzikami tombakowymi pozłocistymi, kapelusz na głowie czarny, czasem z galonem, czasem bez galonu, z kokardą białą. Do kapelusza czarnego przydawali czasem strusie pióro białe, w trzygran podług kapelusza zwinione.

Takich mundurów zażywali najwięcej ci generałowie-majorowie i generałowie-adiutanci, którzy do żadnego regimentu nie należeli, lubo go nosili czasem i zostający w aktualnej służbie. Generałowie-majorowie byli dwojacy: jedni z forsztelacją, drudzy bez forsztelacji. Generał forsztelowany odbierał wszelkie honory wojskowe randze generalskiej należące. Jeżeli się znajdował tam, gdzie stał jaki regiment lub komenda cudzoziemskiego autoramentu, dawano mu do stancji szyldwacha i przysyłano mu parol, jaki był wydany którego dnia od komendanta; oficjer każdy niższy, chociaż aktualny, dawał mu pierwsze miejsce. Zasiadali czasem do krygsrechtów, to jest sądów kryminalnych wojskowych, i kiedy była jaka rada wojskowa albo komis, używano do tego generałów forsztelowanych. Tych honorów nie czyniły żadnemu oficjerowi ani nawet generałowi aktualnemu chorągwie usarskie i pancerne, mając się za wyższych od żołnierzów cudzoziemskiego autoramentu, wyjąwszy generała, który był oraz rotmistrzem jakiego znaku poważnego, jako się wyżej rzekło, pod autoramentem polskim.

Generałowie nie forsztelowani niczego z tych przywilejów nie korzystali; wszystka ich dostojność na tym zawisła, że się mogli nosić i mianować generałami i że im tego tytułu nie mógł nicht dysputować, skoro patent pokazali. Było albowiem i takich wiele, którzy nie mieli od kogo innego patentu, tylko od krawca i szmuchlerza, to jest mundur i portepe. Czyniło tak wielu młodzi majętnej, zasługi i wziętości u dworu i panów wielkich nie mającej, a chcącej się pokazać czymsić więcej od drugich, także i z dojrzałych ludzi, kiedyś w wojsku zagranicznym małymi oficjerami będących, nadętych, szulerów, awanturników, filutów, aby się łatwiej na pańskie pałace i królewskie pokoje, na bale, na asamble, na opery i komedie, darmo za biletami dawane – wśrubować mogli; zwano pospolicie takich potwarców „generałami od pustego regimentu”. Kiedy z takowych który popełnił jaki występek godzien kary, brano go bez ceremonii do kozy i sądzono jak prostego winowajcę.

W ostatnich leciech panowania Augusta III nastali w autoramencie cudzoziemskim generałowie-inspektorowie; tych kreowali hetmani wielcy, wybierając na ten urząd czasem aktualnych, czasem tylko patentowanych i forsztelowanych generałów. W Koronie było ich dwóch, w Litwie dwóch: mieli pensją od hetmanów naznaczoną. Powinność generałów-inspektorów była: objeżdżać regimenta na ich konsystencjach, lustrować one i hetmanom o stanie ich reportować; jeden inspektor należał do regimentów pieszych, drugi do konnych. Tę lustracją czynili oni z wiernością taką, jaką im zachowanie ścisłe lub obojętne z generałem komenderującym i jego subalternami przepisowało. Jeżeli generał komenderujący był w przyjaźni lub poważeniu u generała-inspektora, wszystko się w regimencie pokazało dobre i zupełne, choć i ludzi, i porządków przez połowę brakowało. Jeżeli generał-szef z generałem-inspektorem byt w obojętności, a tym bardziej jeżeli był w nienawiści, nic się przed okiem inspektora nie skryto, cokolwiek się nagany godne znalazło.

Gdzie była lustracja ścisła, kazano mimo wszelkie wymówki stanąć razem całemu regimentowi, pościągawszy nawet szyldwachy; za czym wnet się defekta pokazały. Gdzie zaś była z faworem lustracja, za przyczyną jaką taką od generała-szefa przełożoną, rozpołowiono regiment i jednego dnia lustrowano jednę połowę, drugą drugiego. Był tedy tym sposobem regiment we wszystkim zupełnie znaleziony, bo kompanie jedne drugim pożyczali ludzi i innych potrzeb i tak jeden żołnierz stawał dzisiaj pod własną chorągwią za siebie samego, jutro stawał pod inną za tego, którego brakowało. Lustracja odbywała się tym sposobem: czy cały regiment, czy jego połowa stanęła na placu naznaczonym, generał-inspektor stanął przeciw niemu w pewnej dystancji, odebrał regestr regimentu całego lub półregimentu, który się miął tego dnia popisować, czytał głośno każdego po imieniu albo komu przy sobie będącemu dał do czytania. Najprzód czytane były osoby sztab składające, jako to: generał, pułkownik, obersztlejtnant, major, rejmentskwatermistrz, ksiądz kapelan (często z jakiego kościoła pożyczony albo też dwiema panom, to jest kościołowi i rejmentowi, za małą płacą służący), audytor, regimentsfelczer, regimentsdobosz, generał-profos, stopka, a u konnych fajnszchmit po niemiecku, po polsku konował regimentowy; za tymi kapela rejmentowa. Z osób sztabowych żadnego nie brakło, ponieważ do rangów oficjerskich jako wszyscy aspirowali, tak też pilnowali tego mocno, aby i jednej godziny nie wakowały; inne miejsca służebne, wyżej wyliczone, czasem musiały jaki czas wakować, kiedy po zejściu lub ustąpieniu jednego, drugiego zdatnego na pogotowiu nie było; tymczasem dobre było i to, co się panu szefowi za jaki miesiąc wakującej kondycji do kieszeni okroiło, byle tylko przy lustracji wszystkie miejsca swoimi subiektami napełnione były. Po przeczytanym sztabie czytano kompanie porządkiem starszeństwa, zaczynając od kapitana, a kończąc na ostatnim doboszu i trębaczu, u piechoty zaś na ostatnim fajfrze, wołając każdego po imieniu i urzędzie.

Każdy z zawołanych na imię bądź swoje własne, bądź cudze, na które był subordynowany, odezwał się po niemiecku: „Jer”, to jest: „Jestem tu”, ruszył się z miejsca konny na koniu, piechotny na nogach, przeszedł mimo generała-inspektora, oddał mu przyzwoitą swojej randze i służbie salutacją: oficjer konny szpadą, piechotny piką, czyli szpontonem, granatierski karabinem, gemein konny pałaszem, piechotny flintą, kapelista i trębacz instrumentem, do jakiego służył, fajfer piszczałką, dobosz bębnem, każdy swoim krótki odgłos uczyniwszy; inni zaś słudzy rejmentowi, których talent i służba nie były in promptu, czyli na doręczu, tylko w okazji – niskim ukłonem; i to odbywszy szedł na drugą stronę do placu, na który miał się przenieść cały ów popis.

Po skończonym regestrze żołnierzów czytano woźniców sztabowych i chorągwianych, których jak generałowie, tak kapitani nigdy z umysłu nie chowali, ale na przykład generał miał swoje nadworne cugi i forszmany, na ten tedy festyn lustracji kabat tylu wyjechać w takiej zaprzędze, ilu i jakich przy sztabie znajdować się powinno było. Po sztabowych wozach następowały wozy chorągwiane, po jednemu każdej kompanii. Jeżeli kapitan miał woźnicę i konie do swojej wygody, kazał zaprząc do karabona chorągwianego, raz w rok na lustracją użytego, a zatem nigdy nie zdartego; jeżeli nie miał swoich koni, najął na tę godzinę furmana, ubrawszy go w płaszcz skarbowy nieśmiertelny i tylko od jednych molów przy złej konserwacji zepsuciu podpadający.

Woźnica każdy, tak jak i żołnierz, na zawołanie swoje zaciął koni, przejechał mimo generała-inspektora, trzasnął biczem na znak sprawności swojej i zajechał z wozem do stajni, a z tej z końmi najęty do domu.

Po przejściu całego rejmentu z jednej strony na drugą rachowano potem głowy w ogół, jeżeli są wszystkie podług sumy w regestrze wyrażonej, która w całkowitego rejmentu lustracji nigdy, w połowicznej zaś zawsze się w zupełności pokazała.

Ci, co nie mieli kompletu, tylo mieli szkody, że od generała-inspektora publiczną otrzymali naganę; więcej ich to nic nie kosztowało, poszło w ekskuzy, w zapomnienie, w dysymulacją i tysiąc innych wybiegów, czasem sparzyło generała lub kapitana, że został przymuszony do przedaży swojej rangi, ale to tylko wtenczas, kiedy kapitan nie miał z kolegów żadnego przyjaciela, a generał wszystkich spiknionych przeciw sobie oficjerów w komisji radomskiej, przy złym świadectwie, czyli raporcie od generała-inspektora zaszłym, onemuż dokuczających.

Zakończywszy rachunek głów, generał-inspektor pytał się ogólnie żołnierzy, jeżeli który ma jaką krzywdę od swego kapitana, aby wystąpił z szeregu i uskarżył się przed nim. Na ten głos z trudna się który odezwał wiedząc, iż nic więcej nie wskóra, tylko napomnienie kapitana i obietnicę nadgrodzenia krzywdy, a po skończonej lustracji za lada wyszukaną okazją sto kijów lub fuchtlów na plecy, które śmiałków takowych, jeżeli się znalazł który, nigdy nie minęły.

Jakoż sądząc rzeczy nie tak, jak być powinny, ale tak, jak się na świecie dzieją: kapitan, kupiwszy najczęściej kompanią, musiał poszukiwać na urwiszu swoich żołnierzy wydanej sumy i lepszego, niż mu gaża przynosiła, mienia- a za to nie broniąc żołnierzom pod grzechem śmiertelnym kradzieży i łupiestwa, byle się nie wydali; tak właśnie jak dzierżawca, zapłaciwszy drogo arendę, dobiera z zdzierstwa i oszukaństwa chłopów tego, czego mu z pożytków ziemi brakuje.

Po skończonej tej ostatniej inwestygacji krzywd, a raczej ceremonii próżnej, przerobiono raz i drugi karabinami rozmaite handgryfy. Generał pojechał do stancji, a żołnierze rozeszli się na kwatery i rzeczy zostały w takim stanie, w jakim były przed lustracją, aż do roku następującego, w którym taż znowu, co i przeszłego, wychodziła na plac scena.

Jeżeli generał-szef był kontent z dobrze udanej figury regimentu swego, to kazał podczas obiadu na honor generała-inspektora dawać ognia żołnierzom; i to była niby druga próba ćwiczenia żołnierskiego, czasem jak na złość niezdarna, czego mniej zważano, spędziwszy na proch zły lub na omyłki rekrutów, choć ich nie było, i gdy w samej rzeczy „pif paf stąd pochodził, że żołnierze do ognia nigdy nie byli egzercytowani, bo Rzeczpospolita na proch nie dawała i żaden też generał nie chciał jej w tym zastępować, chyba pod jaki festyn albo akt pogrzebowy. Co jako się rzadko trafiało, tak też sprawności dawać nie mogło, lecz od zdarzenia dependowało.

Służba regimentów konnych była rozmaita: jedne ustawicznie zostawały na usłudze i asystencji hetmanów, biorąc od nich nazwiska swoje, na przykład: regiment konny buławy wielkiej koronnej, buławy wielkiej Wielkiego Księstwa Litewskiego, buławy polnej koronnej, buławy polnej Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te regimenty konsystencją swoją przenosiły za hetmanami swymi do ich miast, w których ciż hetmani rezydowali, po śmierci lub odmianie jednego hetmana prowadząc się do drugiego. Inne regimenty nieporuszenie zostawały na swoich leżach raz na zawsze wyznaczonych. Mimo atoli tej powszechności, pan jaki wielki, otrzymawszy regiment dla pomnożenia okazałości dworu swego i propinacji, za pozwoleniem hetmana przeprowadzał regiment z dawnej leży do miasta swego rezydencjonalnego. Oficjerowie zagęszczali pokoje szefów swoich, drygani trzymali warty przed pałacem i podczas wielkich bankietów nosili do stołu półmiski z potrawami, kapela regimentowa wygrywała koncerty i tańce.

Te regimenty, które nie były hetmańskimi albo generałów swoich zadęte usługami, w głębokim pokoju na leżach swoich zostawały, przez połowę częstokroć nie mając koni i ludzi, wtenczas dopiero krzątając się około powiększenia jakiego takiego brakującej liczby, kiedy regiment cały albo część jaka jego dostała ordynansu na Ukrainę przeciw hajdamakom. Które ordynanse, iż nie były nagłe i – opodal czasu – trzy jedne po drugich następowały, przeto ułatwiały oficjerom ekwipaż i werbunek. Po odbytej kampanii powracały komendy lub regimenty na swoje leże; i nie przypadały owe ekspedycje na regimenta stojące w Prusach i Wielkiej Polszcze albo na pograniczu zachodnim, chyba co kilka lat. Albowiem najwięcej zażywano do pomienionej wojny hajdamackiej wojska partii ukraińskiej, tego zaś polskiego autoramentu tudzież kozaków horodowych, jako się wyżej namieniło pod opisem hajdamaków.

Używane także bywały regimenta konne do asystencji jakim solennym wyjazdom, pogrzebom i koronacjom cudownych obrazów.

Gwardia konna koronna, mirowskimi zwana, przez lat sześć ostatnich panowania Augusta II zawsze była na straży królewskiej, trzymając obwach na sali przedpokojowej pałacu królewskiego i szyldwachy przy różnych drzwiach wewnątrz, asystowała także królowi, kiedy jechał na zamek, na sejm albo senatus consilium, za karetą, i kiedy wyjeżdżał z Warszawy, na polowanie, wyprowadzała go za miasto o ćwierć mili, potem się wracała, na której… * królewscy wartę zaciągali na koniach z trębaczami dwiema bez dobosza.
Co się wyraziło o lustracji regimentów pieszych, przez generata-inspektora czynionej, toż samo ma się rozumieć o lustracji regimentów konnych. Jak tu, tak i tam równy wzgląd kierował okiem inspektora.

O gwardii pieszej koronnej

Piechota, ile do służby cywilnej, miała więcej do czynienia od jazdy: a najprzód gwardia piesza koronna zawsze asystowała królewskiemu pałacowi i zamkowi, zaciągając warty swoje i obwachy do pierwszych bram tychże gmachów: czy był król w Polszcze, czy nie był, z tą różnicą, iż kiedy się król znajdował w Warszawie, to ich ciągnęło więcej i z kapelą, i z chorągwiami tudzież z dwiema cieślami, którzy poprzedzali o trzy kroki oficjera prowadzącego wartę, mieli na głowach czapki granatierskie, z tylu końcem cienkim na plecy opuszczone, z małym kutasikiem; mundury takie jak żołnierze: na przedzie fartuchy ciesielskie skórzane, na ramionach zamiast flinty siekiery w tył ostrzem obrócone; gdy zaś króla nie było w Warszawie, to mniej, bez chorągwi i kapeli. Ta gwardia długi czas miała kwatery po przedmieściach warszawskich, nim książę Czartoryski, wojewoda ruski, generał tego regimentu, wystawił dla niej obszerne koszary w końcu zachodnim prowadzącym do Bielan.

Zaciągając wartę, gwardia szła bez porządku i tropu od koszar aż do dominikanów-dyspensatów, przed których dopiero kościołem szykowała się w cugi. Dobosze uderzyli w bębny, kapela zagrała marsz i tata komenda zaczęła maszerować tropem żołnierskim, to jest biorąc kroki razem i pod jedną miarę. Tak ciągnęta w całości aż do bramy zamkowej przy Krakowskiej Bramie będącej, do której wchodziła dywizja komenderowana do zamku; reszta trybem zaczętym maszerowała za Krakowską Bramę, za którą część mała tejże gwardii oddzielna się od korpusu, udała się na Podwale do pałacu Branickiego, hetmana wielkiego koronnego, któremu asystować miała; a póki był Potocki hetmanem wielkim koronnym, to ta część Senatorską ulicą ciągnęła do jego pałacu na Lesznie będącego; pryncypalna zaś dywizja tej warty maszerowała wciąż Krakowskim Przedmieściem do pałacu Saskiego, w którym za drugą bramą na dziedzińcu trzymała obwach, w budynku na to wymurowanym, różne przy tym poczty przy stajniach, kuchni i innych oficynach królewskich.

Druga warta, zluzowawszy pierwszą, zostawała na jej miejscu od godziny dziesiątej przed południem do takiejż nazajutrz godziny; pierwsza zaś warta, pozbierawszy swoje poczty, ciągnęła do koszar bez kapeli, która z placu zaraz do swoich się domów rozchodziła, bez cieślów, którzy także powracającej warcie nie asystowali, i z chorągwiami zwinionymi, ale maszerowali z biciem w bębny i w tropie aż do tegoż samego dominikańskiego kościoła, mając na ramionach karabiny kolbą do góry obrócone. Gdy przyszli przed kościół, oficjer zawołał: „Halt!”- stanęli wszyscy; drugi raz zawołał, aby karabiny z ramion zdjąwszy, zawiesili na plecach za flintpasy. Co zrobiwszy, dobosze odezwali się w bębny pośpiesznym kilka razy uderzeniem i już żołnierze, figurę natężoną zwolniwszy, szli do koszar w pospolitej sytuacji.

Ta komenda, która powracała z pałacu królewskiego, nie czekała za drugimi z zamku, z pałacu hetmańskiego i innych drobniejszych, w różne miejsca komenderowanych, powracającymi; bo tylko ciągnąc na wartę, razem z koszar wychodzili; na powrót zaś schodzili się do nich osobnymi partiami, jak się która prędzej lub później obluzowała.

Prócz usługi warszawskiej chodziła gwardia piesza koronna corocznie na strażą i asystencją trybunałom, przenosząc się z tąż magistraturą z Piotrkowa do Lublina; do Radomia zaś na komisją wojskową komenderowana była z tegoż regimentu inna partia. Do tej usługi najwięcej komenderowano 80 ludzi gemejna, jednego kapitana na komendanta, dwóch poruczników i dwóch chorążych. Za laski zaś książęcia Janusza, marszałka nadwornego litewskiego, ordynata ostrogskiego, z wielką wspaniałością funkcją marszałka trybunatu sprawującego, w Lublinie praesidium trzymała komenda z regimentu pieszego buławy polnej koronnej. Gwardia koronna asystowała samemu marszałkowi, czego nie miał żaden przed i po nim marszałek. Uczyniono mu ten honor w nadgrodę podjętej funkcji, gdy żadnej innej nie potrzebował, z własnej swojej fortuny będąc wielkim, i nie wiem, jeżeli nie największym, panem. Ze zaś w Piotrkowie nie pokazował żadnej okazałości i krótko w nim bawił, chowając się z całą magnificencją swoją do Lublina, jako ruski pan, dlatego mu też w Piotrkowie tymi honorami co w Lublinie nie kadzono.

Zmięszałem poniekąd okoliczność wojskową z obywatelską, lecz nie mogłem jej opuścić, bobym bez niej nie mógł był Czytelnikowi uczynić zadosyć w ciekawości, dlaczego gwardia koronna asystowała marszałkowi, a nie trybunałowi; do czego należy jeszcze przydać, iż dla folgi i awantażu samejże gwardii: albowiem nie miała tyle pracy na usługach marszałka co na usłudze trybunału, wolna u niego będąc od rontów nocnych; po wtóre żołnierze brali z skarbu jego przydatek do zwyczajnego od Rzeczypospolitej traktamentu; oficjerowie ledwo nie co dzień nowe od niego podarunki odbierali przy sutym stole i dostatku wina.

Prawda, że bardzo często musieli wystawać z żołnierzami po całych nocach do ognia, ale się o to nie gniewali, kiedy mieli czym spłukiwać z gardeł swoich kurzawę prochową, oficjerowie przystojnymi podarunkami, a żołnierze tuzinami dukatów będąc rekompensowani. Innym marszałkom na ordynans komenderowany bywał unteroficjer, jaki kapral albo sierżant; księciu Sanguszkowi do takiej służby dawano porucznika lub chorążego. Oprócz zaś oficjera, z ordynansu księciu marszałkowi asystującego, wszyscy oficjerowie, tak od gwardii, jak od buławy polnej, ile tylko od służby wolnymi byli, jego pokojów pilnowali, mając w nich otwartą garkuchnią i szynkownią, a przy tym podług okoliczności, wpadłszy książęciu w dobry humor, często i donatywę. Ta tedy była przyczyna, dlaczego nie od innego regimentu, ale od gwardii koronnej dano książęciu Sanguszkowi asystencją.

Gwardia koronna piesza nie miała ludzi dobranych co do wzrostu, przyjmowała każdego, kto tylko chciał służeć, chociażby najniższej miary, byle nie chromy, ślepy, kulawy i garbaty. Była to matka powszechna wszystkich kosterów, szulerów, krnąbrnych rodzicom synów, utracjuszów, zabójstwem lub innym ciężkim występkiem do ucieczki przymuszonych, przy tym rozmaitych rzemieślników warszawskich, od starszyzny cechowej – dla nie zapłaconego cechu – wolnego używania rzemiosła nie mających. Ktokolwiek z takich oblekł się w gwardiacką suknią, już był wolny od wszelkiej mocy, napaści i ścigania. Mieli też między sobą gwardiacy i ludzi zacnych, w nadzieję promocji i wykrzesania od rodziców albo krewnych do tego nowicjatu zarekomendowanych. Na ostatek mieli ludzi kradzionych: przystojnych hajduków, lokajów, parobków hożych gdzie w szynkowni na ustroniu przydybanych, podpojonych, kapelusz gwardiacki włożeć sobie na głowę dopuszczających; a po takim przymierzeniu, jakby najuroczystszym słowie danym, bez ceremonii, chcąc nie chcąc porwanych i do komendy za rekruta stawionych. Gwardia tedy koronna, mająca najwięcej ludzi azardownych, na wszelkie przygody śmiałych, przy tym w ustawicznym ćwiczeniu się w ręcznej bitwie po trybunałach, komisjach radomskich, zjazdach warszawskich z rozmaitymi grasantami, szałaputami i zuchwalcami znajdująca, była w reputacji najsprawniejszego żołnierza. Jakoż nikt prędzej tumultu, bitwy i rąbaniny zajuszonej nie uspokoił jak gwardiacy; ale też żaden inny żołnierz prędszym nie był do zaczepki jak gwardiacki. Oni się ustawicznie snuli po wszystkich szynkowniach i zgrajach szukając, z kim by zadrzeć, a potem go pobić i odrzeć mogli, nie hamując się wspacznym szczęściem nie raz doświadczonym ani karą regimentową.

Najmilszą mieli zabawę z drabantami królewskimi (był to regiment saski konny z ludzi najpiękniejszych twarzy i wzrostu niemal olbrzymiego złożony). Za tymi tedy drabantami gwardiacy chodzili jak myśliwi za zwierzem, a gdzie tylko z nimi zwarzyli bitwę, regularnie ich porąbali, a najwięcej po twarzach, haniebnie szpecąc przeciętymi nosami, policzkami, odwalonymi uszami pięknych wcale ludzi, nie mając z nich żadnego innego pożytku, tylko jednę sławę, że karłowie bili olbrzymów. Król haniebnie się gniewał o swoich drabantów na oficjerów gwardii i generała, że nie mogą utrzymać żołnierza, aby mu tej psoty nie wyrządzał. Wołał w tej mierze do siebie po kilka razy oficjerów sztabowych i samego generała, przekładając im swoję z tej okazji dolegliwość i żądając skutecznego onej powściągnienia. Generał i oficjerowie czynili z siebie, co tylko mogli, karali niemiłosiernie, ile tylko przestępców takowych dociec mogli; nareszcie gdy wszystko nic nie pomagało, uradzili, aby gwardiakom odebrać pałasze, przy których dotąd wszyscy żołnierze tak na powinności, jako też extra niej będący chodzili. Lecz był wtenczas zwyczaj, iż żołnierze nie zasadzali bagnetów na flinty, tylko stawając na poczcie i podczas musztry, a w inne czasy nosili ich przy boku nad pałaszem. Więc gdy gwardiakom zostały pałasze odebrane, oni chodzili z kijami i kiedy się mieli potykać z drabantami, pozasadzali bagnety na kije i tak dobrze nimi albo jeszcze gorzej wycinali pyski drabantom jak pałaszami; bo drabanty, chłopy ciężkie i niesprawne do szabli, żadnego układu szermierskiego nie umieli, tylko z góry niby cepami cięli na gwardiaków. Ci zaś, podsadziwszy się z układem gładkim i szybkim pod drabów, tedyż ich nacechowali i umknęli.

August król widząc, iż na każdym zaciąganiu warty coraz więcej stawa w szyku drabantów oszpeconych paragrafami, nareszcie odesłał ich do Saksonii, a na ich miejsce przyzwał regiment karwanierów, chłopów tak jak i drabanci rosłych, lecz nie tak urodziwych, o których nie był tak troskliwy; i gwardiacy nie mieli na nich takiego apetytu jak na pierwszych.

Jak byli sprawni do korda, tak równie byli sprawni do ognia; wiele razy na nich przypadła ta powinność, zawsze się niemal gracko popisali: bądź w skupionym, bądź w ciągłym paleniu; pierwszego ognia częste miewali okazje na pogrzebach żołnierskich i oficjerskich tak swego regimentu, jako też innych, których bez komendy po swojej potrzebie w Warszawie, Lublinie, Piotrkowie i Radomiu śmierć zabrała. Na pogrzebie żołnierza prostego dawało ognia dwunastu żołnierzy, na unteroficjera dwudziestu czterech, na chorążego i porucznika trzydziestu sześciu, na kapitańskim cała kompania, na sztabsoficjerskim cały regiment, wyjąwszy tych, którzy byli na powinności albo w lazarecie i areszcie. Każdemu nieboszczykowi trzy razy wystrzelono na cmentarzu po spuszczeniu trupa w dół albo do grobu, a potem, za głosem komenderującego poklęknąwszy na jedno kolano, zmówiono pacierz za duszę nieboszczyka, jeżeli był katolik, jeżeli zaś był dysydent, nie mówiono pacierza, który dysydenci za umarłych mają za niepotrzebny. Ceremonią zaś strzelania każdemu, jakiejkolwiek był wiary, oddawano jako ostatnią służby żołnierskiej zapłatę. Lecz jeżeli zginął w jakiej bitwie szałapuckiej albo w pojedynku, w pierwszym razie nie miał honoru strzelania, w drugim ani pogrzebu uroczystego. Honor strzelania swoim na pogrzebie był zwyczajem w powinność obróconym. Obcym zaś oficjerom nie świadczono go, chyba za staraniem i prośbą chowających zmarłego.

Inne okazje do ognia skupionego były rozmaite różnych panów uroczystości, o których pisało się wyżej w powszechności o autoramencie cudzoziemskim.

Procesja Bożego Ciała uczczona bywała czasem, ale nie zawsze, ciągłym ogniem gwardiackim albo też skupionym, albo i takim, i owakim, kiedy król znajdował się w Warszawie i kiedy chciał widzieć sprawność do ognia tych graczów do pałasza. Ten eksperyment odprawiał się na dziedzińcu saskim po odejściu z niego procesji misjonarskiej.

Jednego także razu widziałem w tymże dziedzińcu dawany takiż ogień trzema zawodami oddzielnymi podczas wjazdu na publiczną audiencją do króla posła tureckiego. Jak tylko kalwakata minęła szwadrony gwardiackie, czyli bataliony, po obu stronach drogi uszykowane, zaraz gwardiacy zaczęli palić ciągły swój ogień; czy to było dla honoru posła, czyli dla okazania Turkom sprawności żołnierza polskiego, jedno z tego dwojga być musiało, a może i oboje.

Mieli także gwardiacy doskonalszy od innych regimentów talent oszukaństwa, kuglarstwa i sztucznej kradzieży; księgę by nimi zapisał, gdyby wszystkie miał wyszczególniać; dosyć więc będzie ogółem namienić o ich sztukach, że najprzezorniejszy, wdawszy się z gwardiakiem w jaki frymark, został oszukany: kupił niejeden zamiast pasa bogatego garść konopi albo jakich gałganów w takiejż miąższości i zawinięciu, w jakim był pas, pokazany; zamiast zegarka – rzepę, zamiast sobola – barani ogon, zamiast karabeli bogatej – kawał drewna krzywego i innych tym podobnych rzeczy. Gdy się zbiegło do jakiego woza, masłem, serem, ptastwem domowym i innymi żywnościami naładowanego, kilku gwardiaków, już się tam przedający swego towaru nigdy nie dorachował, choć żadnego kradnącego nie postrzegł. Oni wymyślili blaszki ołowiane, monecie kurs natenczas w kraju mającej ze wszystkim podobne, a do tego moneta krajowa, będąc stara, bo jeszcze za Jana Kazimierza bita, dlatego w cale wytarta, równą gładkość i śliskość jak blaszki ołowiane palcom dotykającym sprawowała. Z tymi tedy blaszkami rozbiegłszy się gwardiacy po ulicach warszawskich, na przymroczu przechodzącym przedawali różne fanty, pożyczone gdziekolwiek za niską cenę, które takim powabem prędko przedawszy, pieniądze wzięte za rzecz sprzedaną do kieszeni schowawszy, a podobnych blaszek ołowianych w równej liczbie w garść nabrawszy, w tropy kupców doganiali i udając przed nimi jakoby tchniętych sumnieniem z racji rzeczy kradzionej, którą przedali, i bojaźnią kary stąd pochodzącej, rzecz przedaną odbierali, a zamiast pieniędzy za nią wziętych owe blaszki ołowiane oddawali. Każdy kupiwszy jaką rzecz, pogoniony od gwardiaka z pobudki owych szkrupułów, frantowską miną za prawdziwe udanych, rzecz nabytą z łatwością oddawał kontent, że się bez szkody (jak mniemał o ćmie) wyplątał z grzechu i intrygi z gwardiakiem. Ale przyszedłszy do światła albo nazajutrz za potrzebą spojrzawszy do worka, postrzegł, że został oszukanym. Ta sztuka niedługo trwała, bo przez oszukanych prędko się po Warszawie rozgłosiła.

Dłużej służyły gwardiakom kubki; była to gra: trzy kubki drewniane, jak pół balsamki małe, gwardiak, gdziekolwiek na ulicy na stołku wystawiwszy, przerabiał nimi sprawnie, przemykając postawiony na prawej stronie na lewą, z lewej na prawą, średni na bok, i tak kilka razy tu i ówdzie owe kubki przemykając; pod tymi kubkami była jedna gałeczka mała woskowa, raz tym, drugi raz innym kubkiem przykryta; kto trafił na kubek, pod którym ta gałeczka była, ten wygrał, kto nie trafił, ten przegrał. Lecz gwardiacy mieli taką sprawność w ręku, iż z trudnością można było upatrzeć ową gałeczkę, pod którym kubkiem po przerobieniu nimi została, choć czasem gwardiak z umysłu wolno kubkami robił. A gdy już kto pieniądze stawił, w punkcie gwardiak kubki przemięszał, a zatem grający gałeczki pod podniesionym kubkiem nie znalazł, którą gwardiak natychmiast pod innym kubkiem pokazał i stawione pieniądze z stołka zgarnął. Żeby mu zaś na grających nie zbywało, tędy owędy grającemu jednemu i drugiemu wygrać pozwolił, więcej razy natomiast każdego oszukawszy, umiał bowiem szybko i bez postrzeżenia ową gałeczkę spod kubka między palce chwytać i gdy pod kubkiem od grającego podniesionym znalezioną nie była, pod drugi podłożeć.

Miewali też przy sobie jakich ludzi namówionych, którzy w te kubki grając, często wygrawali i innych przechodzących swoim szczęściem obłudnym do gry zachęcali. Tym sposobem gwardiacy oszukiwali bardzo wiele ludzi, mianowicie prostych chłopów i kobiet po sprzedaniu jakiego bydlęcia lub innego towaru wiejskiego, chciwością nabycia więcej pieniędzy do gry zachęconych, także służebne kucharki warszawskie i inne sługi tak miejskie, jako też dworskie, z pieniędzmi po sprawunki posłanych.

O co gdy często zachodziły skargi, surowie tej gry zakazano gwardiakom, lecz nie zaraz i za wielką pilnością zwierszchności zaniechanej; mieli bowiem długo sposób ustrzeżenia się oficjerskiego oka przez rozstawionych około siebie kamratów, na oficjera, skądkolwiek by się pokazał, pilne oko dających, za postrzeżeniem którego pilnujący, zbliżony do gracza, rzekł do niego: „Porzuć to, bracie, co ci to po tym?” Za takim hasłem gwardiak co prędzej porywał kubki i stołek i krył się do kamienicy lub domu najbliższego; a skoro oficjer minął, znowu ciągnął grę, aż gdy wyszedł rozkaz, żeby takich graczów każdy miał moc sprzed swego domu rugować albo do którejkolwiek najbliższej warty końcem zabierania ich dawać znać, lub jeżeli przemógł, gwardiaka z pieniędzy i narzędziów grackich odrzeć -dopiero po takim rygorze gra pomieniona ustała.

Doboszowie gwardii pieszej koronnej w dzień Nowego Roku z fajframi obchodzili panów możnych, tak rycerskiego, jak duchownego stanu, hałasem bębnów swoich i piskiem swoich fujarek winszując Nowego Roku, a za to biorąc dukaty, za których nazbieraniem zaczynał się im rok szczęśliwy.

Ci, którzy nie mieli przemysłu i sumnienia do oszukaństwa, w pracy rąk szukali lepszego wyżywienia, niż go mieć mogli z lenugu, półdziewięta grosza miedzianego na dzień wynoszącego, z którego jeszcze musiał żołnierz opatrywać sobie glinkę do farbowania patrontasza, szwarc do wąsów, kamaszów i trzewików, i jeżeli któremu podarł się mundur albo trzewiki, albo się co zepsuło w moderunku, to wszystko sporządziwszy kapitan odciągał z traktamentu, bez czego z trudna który obszedł się żołnierz, biorąc na dwa roki mundur, parę koszul, parę trzewików z kamaszami i parę podeszew, co jednym przy pracy, drugim przy łotrostwie nigdy na dwa roki nie wystarczało. Drugi posiłek mieli z najmowania się na wartę jedni za drugich, mianowicie za tych, którzy będąc rzemieślnikami żadnej powinności nie odbywali i tylko dla protekcji mundur gwardiacki nosili. Tacy obowiązani byli tylko ryz w miesiąc prezentować się kapitanowi swemu w mundurze, wziąć od niego urlap od miesiąca do miesiąca, podczas lustracji regimentu stanąć w szeregu osobiście lub podczas wielkiej jakiej parady, w innych zaś powinnościach mieć za siebie najemnika, którego jeżeli nie miał, kapitan w to potrafił, że się powinność bez niego obeszła, ale rzemieślnik musiał za nią kapitanowi we dwójnasób zapłacić. Do tego żaden z takich rzemieślników, co tylko mundur przyjęli, nie brał traktamentu ani małego moderunku, wszystko się to w kieszeniach kapitańskich zostawało.
Gwardia koronna i litewska, piesza i konna, różniła się od innych regimentów polnych tym, że inne wszystkie regimenta miały mundury gładkie, gwardie zaś burtami włóczkowymi, a oficjerowie galonkami złotymi i srebrnymi szamerowane. Gwardia koronna piesza miała burty i galonki żółte, gwardia koronna konna i obiedwie litewskie – białe.

O gwardii konnej koronnej

Gwardią konną koronną pospolicie nazywano żołnierzami mirowskimi, od Mira, niegdyś tego regimentu sławnego generała. Mundur tego regimentu był: zwierszchnia suknia czerwona, kamizelka i spodnie jasnogranatowe z guzikami cynowymi białymi, ładownice i flintpasy żółtawą glinką farbowane, rękawice z łosiej skóry z dużymi karwaszami, takiegoż jak flintpasy koloru. Pas skórzany, czyli rzemienny, na modę łosiej skóry wyprawny, na przączkę mosiężną z przodu zapinany, do którego pasa z lewego boku były dwie pochwy przyszyte: jedna do pałasza, druga do bagneta; i zwało się to razem z pasem pendet, że w nim wisiał pałasz i bagnet, każde w osobnych pochwach swoich drewnianych, szarą skórką cielęcą obszytych, z mosiężną na końcu skuwką i z takimiże u góry haczykami, do utrzymania pałasza i bagneta w pendecie w swojej mierze służącymi. Na nogach bot w palcach ucięty, łojem z sadzami zmięszanym chędogo wyczerniony, z ostrogą żelazną, rzemieniem wąskim z wierszchu i pod spód bota przypiętą, na glanc wychędożoną. Na głowie kapuza sukienna dwoistego koloru, takiego jak mundur, zawijana na kształt baranka u czapki i spuszczana w marszu podróżnym na kark i policzki, od wiatru, słoty i zimna niemało żołnierza ochraniająca; halsztuk na szyi czarny, rzemienny, sprzączką mosiężną z tyłu zapięty. Płaszcz okrągły, kolisty, czerwony z granatowymi z przodku lisztwami i kołnierzem takimże; do czego gdy sobie dragan za swoje pieniądze sprawił lisi lub wilczy ogon i opasał nim szyję, już się miał za dobrze na mróz opatrzonego, choć czasem przy tej biednej opuszcze ledwo nie skościał na koniu.

Broń gwardiaka konnego i innego wszelkiego jeźdźca niemieckiego autoramentu była: karabin, pałasz i bagnet przy boku, na koniu w olstrach para pistoletów; u oficjera szpada przy boku i pistolety w olstrach.

Bagneta na karabiny nie zakładała dragonia, tylko podczas musztry i kiedy postawiona była na warcie tłoku zabraniającej, w innych czasach bagnet był zawsze w pendecie, tak u jeźdźca, jak u piechura. Siodło na koniu czarne skórzane, z czaprakiem granatowym sukiennym, koronę z białego sukna wystrzyżoną i cyfrę z liter początkowych imienia i nazwiska generalskiego złożoną po obu bokach mającym, galonkiem białym włóczkowym oblamowanym. Na czaprakach oficjerskich korona i cyfra, i galonek dokoła były srebrne, u wyższych zaś oficjerów miejsce galonka w koronie i cyfrze zastępował haft srebrny, a galonka-frandzla suta z krepinami. W marszu paradnym konnym gwardia troczyła tylko w tyle siodeł płaszcze w wałek okrągły, w miarę grubości konia długi, kształtnie zwinięty, kolorami wierszchu i podszewki przez pół obrócony.

W marszu podróżnym troczył dragan na konia najprzód: matelzak z koszulami, szczotką i grzebłem do konia chędożenia, z szczotką do botów, z kitlem płóciennym zimą, a suknią wierszchnią latem i innymi rupieciami żołnierza, na matelzaku boty na tę i owę stronę konia podeszwami wydane, cholewami do kupy związane. Na wierszch botów kładł worek z obrokiem i siano w powrozy skręcone, aby się nie psowało i wielkiego miejsca nie zastępowało, którego obroku i siana na pięć dni zabierał, gdy tego była potrzeba; na to wszystko troczył płaszcz wyżej opisanym sposobem złożony, kiedy go brać na siebie nie potrzebował, i stawał się ów taboł do wpół pleców jeźdźca wysoki, przez który aby mógł przełożyć nogę na wsiadaniu i zsiadaniu, zginał się całym sobą aż do karku końskiego. Na przedzie siodła przy olstrze od pistoletu zawieszał matą torbę płócienną z chlebem i inną, jaką miał, żywnością.

Gwardia konna pryncypalną leżą swoją i sztab miała w Warszawie, ale nie wszystka, tylko kompaniami, czyli chorągwiami; inne kompanie leżały po miasteczkach bliższych Warszawy, dla łatwiejszego wyżywienia koni i dla pastwisk latem, na które najmowali łąk. Gwardiak konny brał na dzień traktamentu szóstak bity, to jest miedzianych groszy dwanaście i szelągów dwa, za które mógł się wygodnie używić; dlatego też nie było między nimi takich oszustów jak między gwardią pieszą.

Służby u króla nie odprawiali długi czas mirowscy. Żołnierz saski znajdujący się w Polszcze i gwardia piesza koronna (jako się wyżej pisało) trzymali wszystkie warty i obwachy przy pokojach i na dziedzińcu królewskim. Mirowscy tylko dla reprezentacji służby przy boku królewskim, będąc z ustanowienia swego stróżami ciała królewskiego, stali w Warszawie, niemiłym okiem poglądając na Sasów, iż im ten zaszczyt odebrali. Lecz kiedy wojska saskie na wojnę z królem pruskim wyciągnęły z Polski, a po nieszczęśliwym pod Pirną zabraniu całej armii saskiej sam tylko król bez żadnego żołnierza swego przybył do Polskie i całe sześć czy siedym lat mięszkał w Warszawie, wtenczas gwardia konna koronna przyszła do swojej powagi, trzymała wartę na sali, pokojach i przy tronie królewskim tudzież niektóre poczty w ogrodzie i u strzelnicy. Zaciągała na wartę z koszar, Kazimierzowskimi zwanych, do pałacu królewskiego, konno, z trębaczami dwiema, bez dobosza, który do obwachu w sali formowanego nie był potrzebny.

Trębacze i dobosze tudzież kapela regimentowa mieli mundur odmienny od żołnierzy, to jest mieli zwierszchnią suknią żółtą, na rękawach granatowymi ze srebrem pasamonami burtowaną, kamizelkę i pludry granatowe z żółtymi guzikami mosiężnymi. Zaciągnąwszy blisko okien królewskich, zsiadali z koni, kilku zostało do trzymania koni, inni uszykowani w rzędy po pięciu wmaszerowali na salą, tam zluzowani z warty, wsiadali na konie i tymże porządkiem powracali do koszar.

Król dla okazałości swojej sprawił gwardii konnej mundur paradny: były to kolety łosie, to jest kamizelki, czerwonymi taśmami burtowane, i spodnie takież, flintpasy i ładownice takimiż burtami powleczone. Oficjerowie mieli kolety z błękitnymi burtami złotem przerabianymi, na piersiach i na plecach gwiazdę dużą blaszaną, pozłocistą. Tego munduru nie brała na siebie gwardia konna, tylko w dni galowe przednie, jako to: na Boże Narodzenie, na Nowy Rok, na Wielkanoc i w dzień trzeci sierpnia, w który obchodzono imieniny Augusta III.

Gdy król jechał do zamku na sejm albo na senatus consilium, asystowała mu za karetą gwardia konna z trzydziestu najwięcej koni i jednym oficjerem; który konwój, uszykowany w dwa glejty, póty stał na dziedzińcu przy karecie królewskiej, póki stała i kareta-ta zaś póty, póki król bawił na zamku. Gdy zaś król wyjeżdżał z Warszawy na polowanie, takiż konwój wyprowadzał go o ćwierć mili za przedmieście ostatnie; skąd dalej konwojowali go jego nadworni ułani pułku Bronikowskiego pułkownika, który się był jakoś z rąk króla pruskiego wyśliznął i do Polski powrócił.

Gwardia konna dlatego króla dalej nie konwojowała jak o ćwierć mili, że miała ciężkie konie, pospolicie fryzami zwane, a król miał zwyczaj tak prędko jeździć pocztą, że co kwadrans milę drogi ujeżdżał.

Gwardia konna póki nie służyła królowi, najmowała się do różnych robót tak jak i gwardia piesza; gdy zaś uczczoną została strażą osoby królewskiej, odtąd miała zakaz najmowania się do roboty częścią dlatego, aby mundurów przy pracy nie darła i łaciasto, tak jak gwardia piesza i inne regimenty nie chodziła, częścią dla powagi od boku królewskiego nabytej, częścią dlatego, że oprócz lenugu, od Rzeczypospolitej płaconego, brała przydatek od króla.

Oprócz odbywania warty służyła gwardia konna królowi do noszenia potraw na stoły publiczne w dni galowe, do której służby komenderowano tylu, ile być miało potraw na stole na jedno danie. Szli w lederwerkach i przy pałaszach, z nakrytymi głowami, kuchmistrz królewski poprzedzał przed nimi, za kuchmistrzem szedł z laską unteroficjer jeden, prowadzący owę rotę, za unteroficjerem szli żołnierze pojedynczo jeden za drugim z półmiskami; przyszedłszy do stołu, kuchmistrz odbierał potrawy od niosących za koleją i stawiał na stole podług swojej symetrii, wprzód w kuchni ułożonej. Żołnierz oddawszy potrawę nie wracał się, aby innych za sobą z potrawami następujących nie pomięszał albo nieostrożnie nie trącił, lecz szedł wciąż dokoła stołu, aż wyszedł z sali nie obraziwszy żadnego potrawę trzymającego. Jakim porządkiem przynosili potrawy, takim zebrane ze stołu do kuchni odnosili pod okiem kuchmistrza i unteroficjera, żadnej nie tykając. Kiedy była grana jaka opera wielka, w której reprezentowano batalie albo tryumfy dawnych bohaterów, w niebytności saskiego żołnierza zażywano do tego mirowskich i płacono każdemu za kilka godzin trwającej opery dzienny lenug; dlatego żołnierze nie przykrzyli sobie w takiej służbie Króla Jegomości.

Pisałem wyżej, iż żołnierze gwardii konnej koronnej przykrywali głowy kapuzami. Tak było aż do średnich lat panowania Augusta III, i nie tylko gwardia koronna, ale wszystkie regimenty konne polskie i saskie używały kapuzów, wyjąwszy drabantów, którzy z Saksonii do Polski przyszli już w kapeluszach. Lecz potem w oboim wojsku, tak polskim, jak saskim, zarzucono kapuzy, a wprowadzano natomiast, tak jak u regimentów pieszych, kapelusze, u polnych regimentów gładkie, u gwardii konnej na powinność galonkiem srebrnym obkładane, pomimo powinności-bez galonku. Gwardia piesza raz w raz miała jeden kapelusz żółtym pasamonem półjedwabnym, oficjerowie ich – złotym galonem obszyty.

Druga reforma stała się w botach już na końcu Augusta III, i ta najprzód data się widzieć u regimentu mirowskiego, u innych nie zaraz naśladowana. Przedtem czerniono boty szuwaksem z sadzy i łoju robionym; łój z natury miętki, na nodze do tego rozgrzany, ile w czasy suche, ciągnął w siebie kurzawę; ta oblegając na łoju, czyniła bot popielaty, co szpeciło paradę. Wymyślono tedy boty obracać stroną gładką w środek, a kosmatą, którą szewcy nazywają mizdrą, na wierszch: taki bot, nie farbowany czernidłem, ale z szarej skóry zrobiony, nacierano mocno woskiem, a potem sadzami; tak bot nabrał glancu jak szkło świecącego i nie utrzymował kurzawy, która z niego choć chustką lekko uderzona spadała, i bot zawsze był czysty i czarny.

Trzecia reforma nastąpiła w lederwerkach: flintpasy i ładownice u konnych były z skóry łosiej czyli wołowej, na manierę łosią wyprawnej; u piechoty zaś pas u ładownicy był łosi, a sama ładownica z czarnego rzemienia. Jak jazda, tak piechota flintpasy od karabina i ładownicy farbowała glinką żółtą z kretą zmięszaną, w wodzie rozmąconą.

Pierwszy Wielopolski, koniuszy koronny, odmienił swemu regimentowi konnemu kolor flintpasów i pasów od ładownic, kazawszy farbować te lederwerki samą kretą z klejem, co się piękniej wydawało niż glinka, i za pomocą kleju dłużej się farba trzymała, gdyż wyglancowana dobrze kreta na kleju niełatwie brud przyjmowała, chyba za przypadkiem deszczu. Same także ładownice łosiowe przemienił w czarne skórzane, na glanc wyprawne, z cyfrą blaszaną żółtą na środku ładownicy, nitami, czyli uszkami przez skórę przechodzącymi, przypiętą, do odpięcia łatwą, żeby żołnierz mógł ją odjąć do wychędożenia, nie szorując zendrą albo kretą po skórze. Ładownice takie, nie ciągnąc w siebie wilgoci, tak jak ciągnęły łosiowe, ile z deszczu dużego, ładunki z prochem konserwowały w suszy.

Czwartą odmianę zrobił tenże Wielopolski w swoim regimencie w pludrach, dawszy skórzane zamiast sukiennych, dotąd używanych, i kazawszy je farbować, czyli chędożyć biało suchą kretą, wyprawszy wprzód z brudu. A że ta odmiana lederwerków i pluder pokazała się niemal razem na regimencie konnym koronnym Wielopolskiego i na regimencie saskim, także konnym, generała Szybilskiego, przeto nie mogę upewnić Czytelnika, który z tych dwóch generałów był tej mody wynalazcą, czy Wielopolski, czy Szybilski. Inne regimenty, tak polskie, jak saskie, lat kilka po tych dwóch trzymały się dawnej mody tak w lederwerkach, jak i w pludrach. Regiment generała Szybilskiego różnił się jeszcze tym od regimentu koniuszego koronnego, że szybilscy farbowali pludry glinką, a wielopolscy żołnierze kretą.

Długi czas żołnierze polscy autoramentu niemieckiego nie pudrowali włosów ani nie szwarcowali wąsów, co oboje w saskim wojsku dawno pierwej było używane. Wielopolski tego obojga w swój regiment wprowadzonego był naśladowcą, ale pierwszym od innych regimentów, które daleko później po nim, jakoś przy końcu panowania Augusta III, dały się widzieć z pudrowanymi głowami i szwarcowanymi wąsami; mianowicie regiment konny buławy wielkiej koronnej, który po wszystkich regimentach, pudru i szwarcu już używających, jeszcze chodził z nie pudrowaną głową, z wąsem naturalnym, który u niektórych żołnierzy wieku dojrzałego bywał miąższy jak garść konopi, a tak długi, że się dał zakręcić za ucho; gdy zaś nastała moda szwarcowania wąsów, przystrzygano je do miary od generała wydanej, młodym zaś żołnierzom, mały jeszcze wąs mającym, w cale go golono.

Podczas wielkiej parady młodzi żołnierze sascy brali wąsy przyprawne, dwiema hakami drutowymi o zęby zaczepione, a to dla większej jednostajności, oku piękniejszy widok czyniącej, czego w polskim wojsku nie zważano, owszem rozumiano być większą ozdobą dla regimentu, kiedy ma żołnierzy młodych i starych niż samych starych. Do szwarcowania wąsów używali mikstury z smoły i żywicy rozgrzanej, zasłaniając wargę grzebieniem żelaznym lub mosiężnym od sparzenia; a gdy już wąs był napuszczony maścią przerzeczoną, rozczesowano go tymże grzebieniem, nad świecą rozgrzanym, do proporcji przepisanej sztafirując w górę. Była to mała tortura dla żołnierzy, bo niejeden nieostrożnym pociąganiem grzebienia gorącego sparzył sobie nos albo wargę; musiał jednak ten ból przyjmować, ochraniając się od większego – po plecach – za niekształtne wąsów wysztafirowanie. Gdy miazga owa stężała na wąsach, utrzymowała długi czas jego proporcją, z małą kiedy niekiedy poprawką, tak iż wąs nastrojony nie wypadał z trybu swego ani przez ochędóstwo nosa, byle ostrożne, ani przez deszcz, ani przez mróz, który się go nie tak chwytał jak nie szwarcowanego.

Oficjerowie, lubo nie byli obligowani do noszenia wąsa, owszem go pospolicie golili, znajdowali się atoli niektórzy tacy, którzy przez galantomią żołnierską chodzili tak jak i gminni żołnierze z wąsem, a tym szwarcowanym; inaczej albowiem popisować się wąsami nie godziło, tylko albo mieć wąsy szwarcowane, albo nie mieć żadnych.

Com tu napisat o regimentach gwardii, służy po wielkiej części w względzie swoim innym regimentom, tak pieszym, jak konnym. Gdy do tego wspominałem zaraz to, co ogółem służyło innym regimentom albo czym się różniły od gwardii, nie sądzę za potrzebne dalsze tychże regimentów opisowanie, abym Czytelnika powtarzaniem jednego nie nudził i nie mordował.
NB. Mundurów dla żołnierzy długi czas nie przykrawali z osobna dla każdego żołnierza, ale na miarę ogólną, większą i mniejszą; dlatego też na jednych były mundury zbyt opięte, na drugich zbyt przestronne.

O janczarach i węgrach

Dwie chorągwie janczarskie i trzy chorągwie węgierskie należały także do wojska Rzeczypospolitej, komputowym zwanego, i były płatne ze skarbu Rzeczypospolitej: jedna chorągiew janczarska asystowała zawsze hetmanowi wielkiemu koronnemu, gdziekolwiek on rezydował; druga wielkiemu litewskiemu.

Ubiór janczarów był taki, jaki widziemy po dziś dzień u janczarów tureckich. Nakrycie głowy wysokie, płaskie, z blachą mosiężną obdłużną, na przedzie przyszytą, dwa pręty drewniane pobok skroni, w tymże nakryciu zaszyte, utrzymowały jego wyniosłość; drugą połową toż nakrycie spuszczało się na plecy aż do pasa; cała figura tego nakrycia albo czapki wydawała rękaw długi, pod prostą linią z boków i końców przykrojony. Kolor tego nakrycia sukiennego był taki, jaki był żupan. Odzienie takowe: na wierszchu kiereja sukienna z rękawami po łokieć krótkimi, wprost ściętymi, do kolan długa, w stanie kroju żadnego nie mająca, obszerna, z kołnierzem małym stojącym, sznurkiem koloru żupanowego po szwie, kołnierz z kiereją łączącym, przyszytym, niczym nie podszyta; pod kiereją żupan sukienny z rękawami pod pięść długimi, przestronnymi, na haftki koło ręki zapinanymi, takimiż haftkami pod szyją i na brzuchu aż do pasa zapięty, w stanie do miary człowieka przykrojony, za kolana długi, na bokach od dołu aż do pasa rozcięty, na przednich połach wyszywany sznurkiem włóczkowym koloru kierejowego, wydającego, jakoby te poły były jeszcze raz tak długie i dlatego pod pas zakasane. Pod żupanem portki szerokie i długie, do pół cholew wiszące, koloru kierejowego, boty na nogach polskie, do ordynaryjnego używania czarne, do parady żółte. Pas na żupanie rzemienny, mosiężnymi sztukami z przodu po póty, po póki wyglądał spod kierei, powleczony; na kierei po lewej stronie szabla prosta z turecką rękowieścią rogową, mosiądzem nabijaną, z prawego ramienia pod lewym bokiem na pasie rzemiennym, mosiężnymi sztukami powleczonym, wisząca; na drugiej stronie ładowniczka mała, czarna, na takimże pasie pod prawy bok z lewego ramienia zawieszona. Taki był strój janczarski do parady; do odprawiania zaś warty miał karabin z bagnetem, tak jak inna piechota, którego pochwy mieściły się przy pasie pod kiereją; w pochodzie karabin zawieszali na plecach na flintpasie prostym, z czarnej skóry.

Dobosze u janczarów byli ciż sami, co i żołnierze, bęben janczarski albowiem był dwa razy tak ogromny jak u innej piechoty, a do tego suknem mundurowego koloru nakryty; nosił go dobosz na brzuchu, na szyi rzemieniem zawieszony tak, jak zwykli nosić Niemcy wielki rękaw z niedźwiedzia. Więc za takim gmachem małego człowieka albo chłopca, jacy są pospolicie dobosi w regimentach, nie widać by było. Do bębna komenderowani bywali żołnierze za koleją, do którego wielkiej nauki nie potrzeba było, ponieważ jednym tonem szło zawsze bicie w bęben; dwa razy raz po raz uderzał pałką w jednę stronę, a raz prętem cienkim drewnianym w drugą, z tą różnicą, iż gdy bił na salutacją albo w gwałtownym jakim przypadku, na przykład podczas ognia wszczętego, bił prędzej, gdy zaś wartę zaprowadzał, to wolniej i z pauzami.

Oficjerowie janczarscy nosili podczas powinności tym samym krojem i takiegoż koloru suknie jak i żołnierze, wyjąwszy głowę, którą przykrywali zawojem, tak jak Turcy, do którego zawoju używali czasem pasa bogatego, czasem muślinu białego z złotą frandzlą u końców nad lewym uchem wiszących. Na przedzie także głowy, tam gdzie się zawój dzieli, czyli zwęża, przetykali pierścień z jakiego kamienia świcącego, a na prawej stronie zakładali nad zawojem kitę lśniącą z egretką kamelizowaną, sama zaś czapka, którą opasywał zawój, była aksamitna, koloru żupanowi odpowiadającego, z kutasem na wierszchu złotym. Szabli także nie mieli- wiszącej z ramienia tak jak janczarowie, ale do boku przypasaną; pas perski lub turecki bogaty, w ręce prawej pika, czyli szponton długi, czarno farbowany, drewniany, o dwu konarach, u wierszchu mosiężnych pozłacanych, z dwiema dzwonkami takimiż.

Extra powinności oficjerowie janczarscy nosili się po polsku w rozmaitych sukniach albo w mundurach pancernych lub usarskich, jeżeli który z nich byt towarzyszem pod którym znakiem. Wygodniejszą mieli służbę oficjerowie janczarscy niż innych regimentów, ponieważ im godziło się podług mody tureckiej, na powinności zostającym, odziewać się futrem, a innym nie. Dlatego też janczarscy oficjerowie, profitując z tego przywileju, stawali zimą do parady w kierejach, czyli szubach, kunami, krzyżakami i innymi ciepłymi podszytych futrami; latem takiemu przywilejowi derogując kierejami kitajką tylko lub atłasem na lisztwach przednich, a w tyle wiatrem podszytymi.

Kapela janczarska była tak odmienna od innej kapeli włoskiej, po wszystkich regimentach używanej, jak samiż janczarowie odmienni byli strojem od innych regimentów. Składała się ona z sześciu, a najwięcej ośmiu oboistów, a raczej piszczków, na szałamajach do oboju podobnych przeraźliwie piszczących, z sześciu doboszów, z dwóch palkierów, w dwie pary kociołków na ziemi postawione bijących, i z dwóch brzękaczów, tacami mosiężnymi w środku wypukłymi, w brzegach płaskimi, okrągłymi, uderzaniem jednej o drugą tęgi brzęk czyniących. Palkierowie i brzękacze, dopiero opisani, byli chłopcy małe. Strój mieli janczarski, na głowie zawój płócienny biały. Doboszami zaś i oboistami tejże kapeli, do nauki nietrudnej, byli samiż janczarowie.

Co dzień rano, około godziny dziewiątej, stanąwszy szeregiem na dziedzińcu przed oknami pana hetmana w odległości na pięćdziesiąt kroków, grali mu na dobry dzień dwie sztuki na kształt symfonii i drugie dwie na kształt mazurków. Primierkapelmajster zaczął najpierwej solo pierwszą strofę na piszczałce, po której zrozumiawszy inni, jaką sztukę grać mają, odzywali się wszyscy według przypadającego taktu, piszczkowie, zacząwszy, bez przestanku w swoje fujary przeraźliwe dmuchali, aż im się gęby jak bochenki chleba od tęgiego dęcia wydymały i oczy na wierszch wysadzały. Palkierowie po kociołkach patkami nieustannie chrobotali, a brzękacze tacą o tacę w pewny takt uderzali; dobosi zaś ogromnym głosem bębnów niejako bas w tej kapeli trzymali bijąc raz prącikami, drugi raz pałkami; ale to wszystko nie miało żadnej muzycznej harmonii, tylko jakiś pisk i łoskot, z daleka nieco miły, z bliska przeraźliwy. Gdy się miała kończyć muzyka, przestawały tace i bębny, a tylko same piszczałki i kociołki szybkim gongiem i turkotem jednym tonem kończyły kuranta.

Hetmani zazwyczaj dawali janczarom taki kolor mundurów, jaką dawali swemu dworowi liberią. Jan Klemens Branicki, zostawszy hetmanem wielkim koronnym-, odmienił kolor i krój munduru janczarom swoim. Dwór bowiem jego nosił liberią popielatą z czerwonym, janczarom zaś dał mundur: paliowe żupany, spodnie czerwone, zamiast kierejów dawnych kurtki czerwone w stanie wcinane, z krótkimi po łokieć rękawami.

Węgierska chorągiew jedna służyła buławie polnej koronnej, druga buławie polnej litewskiej, trzecia, najokrytsza, marszałkowi wielkiemu koronnemu. Kolor mundurów chorągwi węgierskich służących buławom byt: czerwone zwierszchnie suknie, granatowe kamizelki i spodnie; na głowach kapuzy, cyframi blaszanymi chorągiew od chorągwi różniące. Chorągiew laski wielkiej koronnej miała kolor czerwony z zielonym i kapuzy bez blach, żółtym pasamonem włóczkowym obszyte, bo też Bieliński, marszałek wielki koronny, dawał dworowi swemu liberią czerwoną z zielonym. Krój we wszystkich trzech chorągwiach węgierski, który ponieważ się oczom i dziś prezentuje na Węgrzynach, którzy chodzą po kraju z olejkami, i na Morawcach, którzy nam na wiosnę i na jesień rokrocznie mniszą prosięta i źrebięta, dla tego opisem jego nie fatyguję Czytelnika.

Musztra tak u janczarów, jak u węgrów była językiem niemieckim, taż sama, co u innych regimentów autoramentu cudzoziemskiego. Lenug dwa złote na tydzień. Węgrzy jednak marszałkowscy mieli podsycenie niezłe szczupłego lenugu z komornego od aresztantów, bez których ich kordygarda, osobliwie w czasie sejmu, nigdy nie była, jako się już wyżej o tym wspomniało. I gdyby im ich oficjerowie karbonki nie podbierali, mieliby się nieźle; ale oficjer, który dzielił gemejnów, zawsze najlepiej pamiętał o sobie, atoli na miejsce tego uszczerbku pozwalał im żywić się z aresztantów, którym kiedy przyjaciele posyłali jakie posiłki w napoju i jadle, albo sami sobie aresztanci po takowe posiłki posyłali, to ponieważ nie mogło ich dojść inaczej, tylko przez ręce żołnierskie, za czym ledwo się im pokosztować dostało trunku albo potrawy przed gęstą żołnierską ręką, przez którą podawany im był posiłek. Z czym poniekąd na drugą stronę i dobrze było aresztantom, ponieważ nie mając obciążonego żołądka, nie mogli ekshalacjami i wyrzutami gęstymi kazić zapachu kozy, dymem tytuniu żołnierskiego dosyć śmierdzącego.
Węgrzy marszałkowscy mieli też oprócz zwyczajnej warty przy kordygardzie i rontów nocnych jeszcze jeden ciężar, że podczas każdego sejmu musieli dzień w dzień trzymać wartę przy izbie poselskiej w liczbie kilkudziesiąt, od rana do nocy; do nich także należało wyprowadzać na plac osądzonych na śmierć, ale tylko tych, którzy szli z dekretu marszałkowskiego; tych zaś, których osądził magistrat miejski albo gród, wyprowadzała na śmierć milicja miejska albo starościńska. Jeżeli więzień był jaki dystyngwowany, o którego obawiano się, aby nie był odbity przez koligatów i przyjaciół, natenczas przydawano gwardią pieszą koronną: ta opasowała sobą węgrów lub milicją dwiema glejtami ściśnionymi, mając w tył wytchnięte karabiny z bagnetami.

O milicji miejskiej

Milicja miasta Warszawy składała się z dwudziestu czterech pachołków i jednego wachmistrza, ubranych po polsku w żółte żupany, w błękitne katanki do kolan długie, z wyłogami żółtymi, guzikami białymi cynowymi; czapki na głowach z czarnym baranem wysokim, z żółtym wierszchem, boty na nogach czarne polskie, z podkówkami, spodnie błękitne, pas rasowy błękitny; moderunek: ładownica czarna skórzana, z pasem takimże. Broń: szabla przy boku w czarnych pochwach skórzanych, w żelazo oprawna, z paskami wąskimi z rzemienia kręconego, karabin bez bagneta. Z tej milicji sześciu co dzień zaciągało na wartę, jeden trzymał pocztę przed prezydentem, jeden przed izbą sądową podczas sądów, jeden przed kordygardą; reszta spoczywała w kordygardzie, czekając na obluz albo na jaki przypadek: porwać do kozy jakiego łajdaka albo zwadliwą przekupkę.

Inne także miasta pryncypalne miały swoją milicją rozmaitą po polsku i po niemiecku ubraną, jako to miasto Kraków, Poznań i Toruń. Którzy nie będąc w takim rygorze służby jak żołnierz kompotowy, kiedy stali na poczcie przy bramie od rynku odległej, postawiwszy karabin, robili pończochy; widziałem to w Toruniu i w Poznaniu.
Żołnierze starosty warszawskiego grafa Bruchla mieli mundur niemiecki: żółty z błękitnym, taki jak pachołcy miejscy, kapelusze czarne z białym galonkiem włóczkowym; ładownica czarna na pasie szerokim białym, pałasz w mosiądz oprawny, karabin i bagnet. Trzymali poczty przy sądowej izbie podczas sądów grodzkich, przy kancelarii i przed stancją sędziego grodzkiego. Przed starostą warty nie trzymali, który mięszkając przy ojcu w pałacu Saskim i będąc wysokim oficjerem od dziecka w regimencie lejbgwardii saskiej, miał podostatku asystencji z żołnierza saskiego; ale gdy saskiego żołnierza nie było w Polszcze, wtenczas apartamentom starosty warszawskiego asystowała milicja starościńska.

O żołnierzach ordynackich i częstochowskich

Ordynacyj mających wojsko na usługi Rzeczypospolitej, w czasie potrzeby stawać obowiązanych, było w Koronie dwie: zamojska i ostrogska albo dubieńska; w Litwie trzy: słucka, kiecka i ołycka. Piszę tu tylko o znaczniejszych, które konserwowały raz w raz żołnierza, opuszczam te, które obowiązały się przy ustanowieniu swoim dawać w potrzebie Rzeczypospolitej pewną kwotę żołnierza, ale go nie trzymały raz w raz tak jak pierwsze. Gatunek żołnierzy ordynackich był taki jak i żołnierzy Rzeczypospolitej, to jest: chorągwie usarskie, które ordynaci nazwali złotymi chorągwiami; pancerne, które nazwali białymi; lekkie, które zwali wołoskimi albo lipkami, te się w regulamencie stosowały do autoramentu polskiego; pieszych żołnierzy i konnych, którzy się stosowali do autoramentu cudzoziemskiego, używając niemieckiego kroju i języka w musztrze.

Żołnierze ordynaccy brali płacą od swoich ordynatów, od których zupełnie dependowali, nie wchodząc w komput wojska koronnego i litewskiego i nie należąc do zwierszchności hetmańskiej, wyjąwszy podległość honorową, iż od niego brali parol, czyli hasło żołnierskie wtenczas, kiedy hetman znajdował się gościem w fortecy którego ordynata. Oficjerowie także wojsk ordynackich mieli ten przywilej, iż od kompotowego żołnierza odbierali takowe uszanowanie, jakie się oficjerom kompotowym należało; szarfy, ryngrafy i feldcechy z kompotowymi jednakowe nosili, i kiedy który oficjer z wojska ordynackiego przenosił się do regimentu kompotowego, nie spadał na niższy gradus, ale stawał na tym samym, na którym byt w służbie ordynackiej.

Zamojskiej ordynacji żołnierze utrzymowani byli porządnie, zażywali trzewików i kamaszów na wielką paradę białych, na pospolite używanie czarnych, tak jak piechota kompotowa.

Ostrogskiej albo dubieńskiej ordynacji piechota chodziła w prostych botach chłopskich z podkówkami i odarto; dragonia dubieńska noszona była porządnie, jako zawsze na oczach książęcia ordynata zostająca, który że miał upodobanie w dawaniu ognia, przeto była w nim doskonale wyćwiczona. Albowiem książę ordynat dzień w dzień lusztykujący z gościami i domowymi, raz po raz wychodził do niej na galerią, sam ją do ognia musztrując; trzymał duży kielich w ręku z winem, komenderując dragonią językiem niemieckim według zwyczaju powszechnego: „Macht ajch fertych, szlacht an, fajer”, a gdy dragonia dała za tym słowem ognia, on wtenczas duszkiem wlał w siebie kielich wina.

Przez wzgląd tedy na pracą dragonii takową, noc po noc odbywaną, i z pobudki ukontentowania, które miał książę w tej rozrywce, nosił dragonią porządnie, mniej dbając o piechotę, nie tak blisko i często jak dragonia pod oczy jego podpadającą, chociaż czasem do ognia zażywaną, ale na dziedzińcu opodal oka książęcego stawającą, i to w nocy zazwyczaj, kiedy dziur w łokciach i kolanach albo wytartych boków nie tak łatwie dojrzeć możno. Na wartę zaś po wałach i przy bramach dobierano co lepszych mundurów, pożyczając jeden drugiemu na tę okazją, a biorąc na zamianę kożuch albo sukmanę. Albowiem piechota była to: chłopi wyprawni ze wsiów, z których wielu było żeniatych, służbę żołnierską czyniących, a po wysłużeniu lat swoich do rolnictwa powracających; zimą tęgą stawali na warcie i w kożuchach, osobliwie na pocztach od oka publicznego odległych.

Komendanci fortec ordynackich: zamojskiej i dubieńskiej, mieli rangę pułkowników; komendant słucki miał rangę generała, albowiem książę Radziwiłł, chorąży litewski, który był ordynatem słuckim, trzymał wojska swego regularnego sześć tysięcy różnego gatunku, jazdę i piechotę, którego wyższych oficjerów tytułował generałami, pułkownikami, majorami.

Częstochowski żołnierz nie był liczny, cały garnizon składał się najwięcej z ośmiudziesiąt żołnierzy pieszych i kilku oberoficjerów. Komendantem zaś najstarszym był ksiądz paulin, do którego co wieczór po zamknięciu fortecy klucze od bram odnoszono. On do tej garsztki wojska wydawał ordynanse i parole, zawiadywał harmatami, amunicją i tym wszystkim, cokolwiek do komendanta fortecy należeć powinno. Kiedy wjeżdżał do fortecy albo z niej wyjeżdżał, bito przed nim werbel i stawano do parady tak, jak zwykli czynić żołnierze komendantom wojskowym świeckim. Też same honory czyniono generałowi zakonu i prowincjałowi, kiedy wizytował klasztor, i przeorowi miejscowemu, wiele razy pokazał się u bramy. Wreszcie dla nikogo z dystyngwowanych gości nie szczędzono tych wojskowych salutacji, które były polityczną żebraniną, albowiem ostatni żołnierz stojący w szeregu nigdy nie opuścił zdjąć kapelusza z głowy i wyciągnąć go ku przejeżdżającemu, aby weń wrzucił jaki pieniądz dla garnizonu. Żołnierz stojący na szyldwachu podobnież przed każdym dobrze ubranym jedną ręką prezentował broń, a drugą ręką wystawiał kapelusz, w który co dostał, już to było jego szczęściem, do podziału nie należącym. Żołnierzyska te częstochowskie były po większej części stare dziady, w innych regimentach wysłużone, do Częstochowy jakoby na łaskawy chleb przyjęte. Takiegoż gatunku byli oficerowie.

Harmaty częstochowskie były arcyprzednie i było ich do kilkuset spiżowych i żelaznych, ale osady tych harmat były stare, popróchniałe, wyjąwszy kilkanaście pomiernych, z których dawano ognia podczas jakich uroczystości albo salutacyj wielkich panów, obraz Matki Boskiej Częstochowskiej odwiedzających; reszta harmat i moździerzy leżała na ziemi bez osad, bo pokój ciągły, pod panowaniem Augusta III kwitnący, nie pobudzał nikogo do przygotowaniów wojennych, dopieroż zakonników w rzemieśle wojennym nie ćwiczonych; lubo mieli dwa starostwa: kłobuckie i brzeźnickie, na konserwacją fortecy i garnizonu w dobrym stanie od Rzeczypospolitej nadane.

Mundur częstochowskiego garnizonu był: czerwona suknia zwierszchnia, kamizolka i spodnie granatowe, guziki cynowe białe, kapelusz bez galona albo czapka granatierska z blachą białą, na nogach trzewiki i kamasze, do codziennego używania czarne, do parady białe; ładownice skórzane czarne, na pasie rzemiennym żółtą glinką, a potem, gdy na miejsce glinki weszła kreta w używanie, onąż farbowanym. Broń: karabin z flintpasem rzemiennym, tak jak pas u ładownicy farbowanym; przy boku pałasz krótki z mosiężnym gifesem i bagnet, który stawając na szyldwachu, zakładano na karabin, po odbyciu stacji zdejmowano.

Nie schodziło także fortecy częstochowskiej na amunicji wszelkiego rodzaju: bomby, kule wielkie, kartacze, kupami leżące po wałach, widzieć się dały; a oprócz tych kazamaty, to jest lochy podziemne, onymiż napełnione były. Prochu nie było nadto; który iż tylko do pewnego czasu konserwować się może, przeto wielkich zapasów jego nie czyniono.

O żołnierzach nadwornych

Gdyby był kto tak ciekawy i sposobny, żeby był przebiegł całą Polskę i Litwę i porachował żołnierstwo nadworne u wszystkich panów, zapewne naliczyłby go więcej niż kompotowego, ledwo bowiem który znajdował się senator i minister, żeby nie chował nadwornego żołnierza.

Książę Hieronim Radziwiłł, chorąży wielki litewski, miał go regularnego do sześciu tysięcy, tak dobrze jak pruski żołnierz sprawnego; drugie sześć tysięcy nieregularnego, to jest kozaków i strzelców, z gruntu służbę żołnierską czyniących, którym to wojskiem sam przywodząc w osobie swojej, pokonał i przytłumił bunt chłopstwa na Żmudzi i w Litwie przeciw panom swoim podniesiony, do dwudziestu kilku tysięcy zebrany; ale za tę usługę swoją ze wszystkich dóbr swoich nie dawał żadnego podatku, i lubo o to w komisjach wojskowych stawały na niego kondemnaty i dekreta executionis, żaden atoli regiment ani żadna chorągiew kompotowa, przewodząca na nim proces, nie śmiała natrzeć do dóbr jego na egzekucją, skoro pierwsze, które tego szczęścia spróbować odważyły się, przepłoszył i powyganiał. Łagodnie zaś przekładającym sobie niesprawiedliwość i pogardę najwyższej zwierszchności, w niepłaceniu podatków popełniane, odpowiadał, że on ma wojsko porządniejsze niż Rzeczpospolita i że nim gotów służeć ojczyźnie w potrzebie, a przeto konserwując takie wojsko, więcej daleko płaci Rzeczypospolitej niż podatek.

Drugi po Radziwille pan możny w żołnierza nadwornego byt Mikołaj Potocki, starosta kaniowski, który żołnierza regularnego pieszego i konnego, dobrze płatnego i umundurowanego miał do dwóch tysięcy; w tym lepszy od Radziwiłła, że podatki publiczne płacił bądź przez sprawiedliwość, bądź przez uwagę większych sit od swoich Rzeczypospolitej. Do próby nie przyszło, zatem w obojętnym mniemaniu zostało. Miał także do kilkuset kozaków po dobrach osadzonych i z osady bez innej płacy, pod jednym atoli mundurem, swoim kosztem sprawionym, do potrzeby stawających.

Trzeci, Franciszek Salezy Potocki, krajczy koronny, trzymał po pryncypalnych miastach swoich do kilkuset kozaków, humańskimi pospolicie zwanych, z gruntu służących, oprócz których miał nadwornych ułanów, janczarów, piechotę i dragonią, cudzoziemskim autoramentem urządzoną, co wszystko w kupę zebrane wynosiło do dwóch tysięcy ludzi.

Czwarty, książę Jabłonowski, wojewoda rawski, i brat jego, starosta czehryński, którzy oprócz kozactwa z gruntu służącego mieli dragonią i piechotę autoramentu cudzoziemskiego do ośmiuset ludzi. Inni panowie znaczniejsi, jako to: Czartoryscy, Lubomirscy, Rzewuscy, Sapiehowie, Ogińscy, chowali nadwornego żołnierza w mundur okrytego i należytym moderunkiem opatrzonego, po trzysta, po dwieście, po sto i po kilkadziesiąt, a po tych nie było prawie żadnego biskupa i senatora, wyjąwszy kilku ubogich, który by nie trzymał przynajmniej dwunastu dragonii albo kilku ułanów.

Nareszcie nadworny żołnierz tak wszedł w modę, że lada panek, mający intraty rocznej sto tysięcy, nie chciał być bez nadwornego żołnierza. Widzieć było prawie powszechnie przed karetą jakiego takiego podkomorzego, starosty albo pana stolnika, pędzących szybkiego na koniach, czasem jasnokościstych, kilku uzarów albo kilku ułanów z chorągiewkami. Co potem przeniosło się i do szlachty bez urzędów, byle majętnej, i do paniczów młodych, w fortunę znaczną po rodzicach wstępujących. A tak nie bardzo się omylę, kiedy nadwornemu żołnierzowi, od wiela do mała w kupę zebranemu, naznaczę liczbę 30 tysięcy, nie rachując kozaków, których mogło być na Ukrainie z drugie tyle; każdy albowiem szlachcic, mający wieś swoją dziedziczną, musiał chować takowych ludzi nie dla parady, ale dla obrony życia i majątku swego od hajdamaków. Za czym jeżeli miał wieś od 200 osady, to przynajmniej 30 oddzielił na kozaków, którzy mu żadnego zaciągu nie odbywali ani żadnej daniny nie dawali, tylko co noc przez lato, uzbrojeni spisą i samopałem, zjeżdżali się konno na podwórze do dworu, około którego wartę nocną trzymali, a pan z żoną i domownikami, rozszedłszy się na przymroczu w stepy, lada gdzie w chwaście spoczywał, powierzywszy majątku całego owej warcie, która nieraz wielkim najazdem hultajstwa obskoczona i zniesiona była. Nieraz też porozumiawszy się skrycie z hajdamakami i naprowadziwszy ich na dom, straży swojej oddany, wespół z nimi go zrabowała.

O hetmanach

Należało było zaraz za żołnierzem komputowym położyć hetmanów albo jeszcze lepiej na froncie jego, jako wodzów i głowy całego wojska. Namieniłem cokolwiek o nich, ale opisać ich ze wszystkim w tamtym miejscu nie szykowało się ze wszystkim do materii wojskowej, ponieważ oni zawsze na sobie nosili dwa charaktery: wojskowy i obywatelski, będąc razem wodzami i senatorami. Zatem kiedy po stanie wojskowym następuje cywilny, tu najwygodniejsze zdało mi się być miejsce do opisu hetmanów.

Skoro który pan otrzymał od króla JMci buławę wielką lub polną, natychmiast – jeżeli używał stroju francuskiego – musiał się przebrać po polsku. Nie wiem, czy to było takie prawo, aby hetmani chodzili po polsku, czy tylko zwyczaj; dosyć, iż był ściśle za czasów Augusta III zachowany. Pierwszy Franciszek Ksawery Branicki, po Janie Klemensie Branickim hetman wielki koronny, złamał to prawo, czyli zwyczaj, nie odmieniwszy używanego od siebie stroju francuskiego, choć wziął najprzód buławę polną, a potem wielką pod panowaniem Stanisława Augusta. Przeciwnie zaś Antoni Kossowski, podskarbi nadworny koronny, nosił się po polsku, choć był generałem regimentu łanowego pieszego pod panowaniem jeszcze Augusta III W tym tylko stosował się do regimentu swego, kiedy chciał albo miał potrzebę pokazać się generałem łanowym, że wdział na siebie suknie koloru regimentowej materii, ale krojem polskim, to jest: kontusz czerwony z żółtymi wyłogami i żupan żółty sukienne, galonkiem wąskim srebrnym do pasa i około rękawów obrzucone, szarfę oficjerską miasto pasa, bot czarny, czapkę z barankiem czarnym, z wierszchem sukiennym żółtym.

Hetmani, lubo byli wraz i generałami swoich regimentów konnych i pieszych mając każdy po jednym regimencie pieszym i po jednym konnym, chodzącymi pod tytułem regimentów buławy wielkiej albo buławy polnej koronnej lub litewskiej, nigdy jednak nie brali na siebie mundurów tych regimentów, ale zawsze używali mundurów usarskiego lub pancernego, wiele razy chcieli pokazywać się po wojskowemu; które mundury, jak na hetmanach, tak na wszystkich wojskowych zimą i latem były zawsze sukienne, i kiedy który oficjer ustroił się w mundur bławatny albo kamlotowy podczas lata, nazywano takiego gaszkiem, choć taka suknia nie miała miejsca w służbie, tylko extra służby, z tą odmianą, że na głowę nie brali czapek mundurowych z barankiem, ale kołpaki sobole z wierszchem aksamitnym karmazynowym albo granatowym. Tych mundurów najwięcej zażywali wtenczas, kiedy się pokazywali w publicznym kształcie, jak to na audiencją publiczną do króla albo na pierwszą sesją do senatu; pomimo zaś tych okoliczności stroili się w rozmaite kolory i materie sukien obywatelskich, jakie kiedy były w modzie, podług pory czasu.

Nie zdarzyło się nikomu pod panowaniem Augusta III widzieć hetmana w stolicy na koniu; pospolicie ta ranga dostawała się starcom, dobrze laty przyciśnionym, a do tego konna jazda już wychodziła z mody, mianowicie u panów wielkich i paniczów, zazwyczaj karety miasto konia w publice używających, wyjąwszy regimentarzów, pułkowników, generałów i urzędników koronnych, którzy przez aplikacją, końcem promocji wyższej lub intratnego starostwa zyskania, jadącemu królowi na sejm do zamku lub senatus consilium konno przed karetą asystowali czasem; co też i hetmanom, ale tylko wojskowi, wyrządzali.

Kiedy hetman wielki koronny albo litewski jachał do króla na audiencją albo na sejm, albo na senatus consilium, karetę jego paradną w sześć koni pod szorami od srebra i złota zaprzężoną kierował stangret i foryś w barwie sukna francuskiego, galonkiem srebrnym lub złotym obłożonej, w pasach atlasowych z frandzlą złotą lub srebrną, podług stosunku do koloru sukna lepiej przypadającego, w żółtych botach z podkówkami wysokimi żelaznymi, pobielanymi cyną albo w cale srebrnymi, w kołpakach wysokich sobolich, kunich albo też barankowych, u których wierszchy długie, sukienne, galonkiem przeszyte, w formę worka okrągłego uszyte, z kutasem srebrnym lub złotym na końcu wiszącym, spadały na lewe ucho. Harapnik u forysia i bicz u stangreta jedwabne, z końcami dla trzaskania głośniejszego włosianymi; trzonek u harapnika i biczysko u bicza stangreckiego malowane kolorem żupana. Kontusz u stangreta i forysia brożkiem, to jest przez pół człowieka wylotem rękawa na lewą rękę zawdziany i z tejże strony wiszący, sznurem złotym lub srebrnym z kutasami na szyję założony, prawą połą, na wierszch podszewką atłasową wywiniętą, za pas przed brzuchem zatchnięty, wydawał podobieństwo do paludamentu, którego dawni bohaterowie zażywali. A że te suknie były buchaste i w stanie szerokie, tak że mógł wygodnie w zimową porę podwlec pod żupan kożuch gruby, przeto w takim stroju siedział stangret na koźle karecianym jak kopa siana, a foryś na koniu jak bachus, osobliwie kiedy był chłop słuszny i wąsaty, czasem od stangreta w leciach starszy. Za stangretem na ławce, czyli niższym koźle, stał paź po francusku albo węgrzynek po węgiersku, albo turczynek po turecku, bogato od złota lub srebra i bławatu ubrani, trzymając się rękami ramion stangreta i stojąc tyłem do karety.

Za karetą stało dwóch albo trzech lokajów, dwóch pajuków, wszyscy suto i bogato ubrani, lokaje po niemiecku, pajucy po turecku. Wedle karety szło czterech hajduków. Przed karetą waliła się wielka liczba pacholików i masztalerzów; za nimi w odległości kilku kroków sadzili się na skocznych koniach dworzanie hetmańscy, pułkownicy, generałowie i towarzystwo na rezydencji będący albo też jaką łaskę u hetmana pozyskać chcący; za tymi wszystkimi jechał przed forysiem tuż koniuszy hetmański i za nim masztalerz jego i nigdy koniuszy nikomu, choćby z najdystyngwowańszych, miejsca tego nie ustępował.

Z dwóch stron przy samych drzwiach karety jechali dwaj paziowie albo dwaj pokojowcy hetmańscy. Począwszy od zadnich kół karety szli janczarowie dwiema liniami równymi, maszerując kolej w kolej, którędy szła kareta, choćby w największe błoto, a jeszcze w żółtych botach, które gdy się raz i drugi uszargały do stracenia glancu, dawano im co raz świeższe. Między janczarami, za karetą, prowadziło dwóch pajuków bogato ubranych, trzymając przy pysku, konia hetmańskiego, dobierając pospolicie siwego albo w cale białego; kulbaka bogata od złota i kamieni robotą turecką i dywdyk z materii takiejż bogatej okrywał konia, cały zad aż po kostki zadnich nóg, czyli mówiąc po rostrucharsku, aż po pętlinę. Przy kulbace po jednej stronie wisiał podłuż konia miecz rycerski: był to oręż długi jak dwa razy szpada, przy rękowieści szeroki jak szabla, u końca wąski jak szpada, w pochwie bogatej, okrągłej, srebrnej, marcypanową robotą; rękowieść długa, okrągława, bez krzyża, także od srebra, z kamienia drogiego. Po drugiej stronie koncerz, to jest dwa noże proste obosieczne, na pięć ćwierci łokcia długie, w końcach okrągłe, w jednej pochwie grubej, okrągłej, srebrnej, także marcypanową robotą, z której trzonki cienkie, bogate tych nożów wyglądały. Taki nóż miał wszystkę formę noża żydowskiego rzeźnickiego od dużego bydła. Na przedniej kuli kulbacznej wisiał ogon koński biały w siatce złotej lub jedwabnej, złotem przerabianej, do połowy tegoż ogona długiej, bujając się po nogach koniowi idącemu. Ogon ten w korzeniu swoim osadzony był w gałkę podługowatą złotą lub pozłocistą, diamentami i innymi świetnymi kamieniami sadzoną, i zwał się taki ogon buńczuk, znak i naśladowanie tureckich wezyrów. Drugi taki ogon wisiał z drugiej strony kulbaki, a trzeci przy uchu końskim przypięty. Na wierszchu głowy, między uszami, kita z piór strusich w tulejkę bogatą, kameryzowaną osadzona.

Ile razy hetman wielki, tak koronny, jak litewski, jechał na audiencją publiczną do króla, do książęcia prymasa lub którego posła zagranicznego, albo na sejmową lub senatorską sesją, zawsze z taką kalwakatą. Boty poszargane od janczarów odbierano do skarbu i tymi prowidowali obuwie należące kuchtom, stajennym pospolitym, stróżom i innym posługaczom dworskim. Marszałek też hetmański takimi botami należące swoim służalcom obuwie zastępował, albo gdy tego nazbyt było, szewcom za małą cenę odprzedawał, osobliwie gdy się sejm przez swój czas sześcioniedzielny ciągnął, a słoty panowały.

Hetmani polni mieli przed karetą swoją i za karetą równą jak hetmani wielcy kalwakatę, wyjąwszy janczarów i konia, których nie mieli.

Przed pałacem hetmana wielkiego trzymała pierwszą wartę chorągiew janczarska, drugą węgierska, trzecią gwardia piesza koronna, na galerii przed pokojami czwarty haubtwach z dragonii regimentu buławy. Przy drzwiach zaś pokoju, w którym leżała na stoliku buława, i przy sypialnym hetmańskim pokoju stali na warcie unteroficjerowie od gwardii z pikami, czyli szpontonami. Przedpokoje hetmańskie były zawsze napełnione towarzystwem na rezydencji i oficjerami na ordynansie będącymi, prócz innych osób różnej rangi, wojskowych i cywilnych, to dla interesu, to dla zabawy, to dla atencji panom hetmanom schodzących się.

Władza hetmańska była pewnymi prawami określona, które nie są moim zamiarem, bo nie są obyczajami, o których ja pisać przedsięwziąłem. Prawa są prawidłem obyczajów, obyczaje zaś często z swego prawidła zbaczają.

Hetmani władali wojskiem samowładnie, jak im się podobało, nie odnosząc się w tym ani do sejmu, ani do senatus consilium. Komisja radomska była to jurysdykcja najwyższa wojskowa, obejmująca samych nawet hetmanów, kiedy w czym nad pozwoloną sobie władzą wykraczali. Ale dekrety tej komisji tyle miały wigoru, ile go jej hetmani udzielić raczyli, czyli to w własnych sprawach swoich, czyli też w cudzych w protekcją swoją wziętych. Widzieliśmy tej władzy moc w sprawie ordynacji ostrogskiej.

Janusz książę Sanguszko, bezpotomny i ostatni wspomnionej ordynacji posiadacz, pod pozorem, że ta ordynacja od ustawy swojej aż do jego czasów przez żaden sejm nie była aprobowana, ale przez kilka sejmów z góry w reces puszczona, a kiedy pod panowaniem Augusta III wszystkie sejmy zrywane o ordynacji wspomnionej żadnej wzmianki nie uczyniły, wspomniony książę Janusz zażył tego zamilczenia do zbogacenia kasy swojej, na debosz wypróżnionej; pokrajał na sztuki i porozdawał rozmaitym osobom tęż ordynacją, rezygnacje sposobem dziedzicznych dóbr przedanych poczyniwszy.

Nie podobał się ten krok Janowi Klemensowi Branickiemu, hetmanowi wielkiemu koronnemu, więc jako stróż całości Rzeczypospolitej, donatariuszów z dóbr nabytych ordynackich powyganiał i całą ordynacją ostrogską wojskiem koronnym zajechał, nie udając się wprzód do żadnej magistratury po rozprawę z książęciem Sanguszkiem, który takowym postępkiem hetmańskim ogołocony ze wszystkiego, począł wołać gwałtu przez manifesty wielkie i obszerne, z których powstała wrzawa między panami. Rozdzielili się na dwie partie, a że hetmańska była mocniejsza, postępek jego przez senatus consilium został pochwalony. Dobra ordynackie tymczasem do rezolucji sejmowej w administracją z pomocą wojskową Szołdrskiemu, generałowi wielkopolskiemu, oddane.

Gdy się zaś hetman ukontentował pokazaniem swojej mocy, pod którą Sanguszko rad nierad musiał się upokorzyć, rzeczy zostały powrócone do dawnego stanu. Sanguszkowi oddano w posesją ordynacją, zawiesiwszy ważność donacjów do rezolucji sejmu.

Sejmiki, sejmy, trybunały, komisja radomska takich i tych miewali deputatów i posłów, jakich i których hetmani wielcy mieć chcieli. To jednak trzeba rozumieć względem innych panów, którzy hetmanom oprzeć się nie mogli. Co się albowiem tycze Czartoryskich, miała w sobie tyle siły zjednoczonej, iż i hetmanom sprzeciwić się mogła, jako się o tym obszerniej pod reasumpcją trybunałów wyraziło.

Patenty na wszystkie rangi cudzoziemskiego autoramentu wydawali hetmani, także na porucznikostwa i chorąstwa w chorągwiach polskich, tak poważnych, jako też lekkich. Same generalstwa regimentów i rotmistrzostwa chorągwi polskich należały do szafunku królewskiego. Co wszystko pomnażało wielce władzą hetmańską; wyjąwszy bowiem generałów i rotmistrzów, którzy promocją swoją, czyli zaszczyty, winni byli królowi, reszta wojskowych oficjerów zapatrywała się na hetmanów, jako na swoich twórców, mniej dbając o króla, od którego nie spodziewała się żadnego wywyższenia. Jeżeli albowiem zawakował jaki regiment albo chorągiew polska, pospolicie dawał go król któremu z panów, choć ten ani w tym regimencie, ani w tej chorągwi, ani wcale w wojsku nie służył.

W mocy także hetmańskiej było wszelkie ukaranie wojskowej osoby wszelkiej rangi, nawet i śmiercią, a to przez krygsrecht w dwudziestu czterech godzinach, lubo przykłady takiego rygoru nie dały nam się widzieć; dosyć, że taka była powszechna między wojskowymi o władzy hetmańskiej opinia, którą hetmani najczęściej w tajaniu oficjerów krnąbrnych i zdrożnych wspominali, choć do skutku nie przywodzili.

O kole rycerskim

Koło rycerskie było największym zaszczytem i reprezentacją władzy hetmańskiej oraz utrudzeniem i pracą najznakomitszą osoby, pospolicie latami obciążonej.

Koło rycerskie stąd wzięło nazwisko swoje, że regimentu i chorągwie, ściągnione do kupy, szykowały się w okrąg na placu wyznaczonym, mając w pośrodku siebie hetmana na koniu. To koło rycerskie z dwojakiego końca uważane być mogło: raz jako rewizja wojskowa, drugi raz jako konsultacja. Ile wiem, opiszę obadwa.

Hetman ordynansami swymi ściągnął do którego miejsca pewne regimentu i chorągwie; wszystkich nigdy razem nie ściągał, nie chcąc ogołacać kraju zupełnie z wojskowej usługi. Ściągnione regimentu i chorągwie leżały tydzień jeden i drugi w polu pod namiotami, robiąc tymczasem różne egzercerunki i musztry, nim hetman nadjechał; po odbytych zaś ćwiczeniach żołnierskich oficjerowie z towarzystwem poważnym zabawiali się ucztami, kielichami i kartami.

Widok tego obozu był taki jak podczas wojny, ponieważ ten zjazd był niejako polerunkiem w trybie wojennym.

Dnia jednego, podług woli swojej wyznaczonego, hetman lustrował wojsko, które wtenczas w proporcją wielkości swojej formowało ogromny cyrkuł. Hetman objeżdżał dokoła uszykowane regimentu i chorągwie, uważając albo przynajmniej udając uważającego, co było gdzie godne nagany albo pochwały; czasem tę lustracją dzielił na dwa albo na trzy dni, a czasem jednego dnia zaczął i skończył wszystko, nie będąc od nikogo muszonym ani nie znajdując potrzeby pracowania więcej nad tyle, ile mu się podobało. Tę lustracją czyniąc siedział na koniu, którego pod nim prowadziło dwóch pajuków, a innych dwóch szło tuż przy hetmanie, trzymając się jedną ręką za strzemiona, a to po części dla większej figury, po części dla utrzymowania konia w powolnym i prostym chodzie, który – żeby wcale nie mógł brykać – był spętany na wszystkie cztery nogi na krzyż łańcuszkami żelaznymi.

Czasem hetman, kiedy jeszcze był rzeźwy, brat na siebie zbroją, czasem zaś, kiedy już był podupadły na sitach, objeżdżał wojsko tylko w mundurze usarskim, z paludamentem na plecy zawieszonym, jaki się opisał pod marszem chorągwi usarskiej.

Przed hetmanem buńczuczny niósł buńczuk, to jest ogon biały koński, także już wyżej w kształcie swoim opisany, na długim drzewcu kształtnie umalowanym wiszący. Buńczuczny tę służbę odbywał na koniu, którego pod nim dla większej reputacji, choć nie z potrzeby, powodowali dwaj janczarowie; za hetmanem tłoczyła się na koniach liczba regimentarzów, generałów, pułkowników etc., a tych wszystkich z buńczucznym i hetmanem opasywała chorągiew janczarska, przygrawając raz po raz wdzięczną, jak niedźwiedziom, kapelą swoją.

Po odbytej lustracji hetman powracał do namiotu swego, przed którym regimentu i chorągwie popisywały się z dzielnością swoją.

Druga przyczyna, czyli koniec ściągania wojska na koło rycerskie, była, żeby pan hetman pokazał pilność w urzędzie swoim; także kiedy chciał zrobić jaką odmianę w musztrze, służbie lub sukni żołnierskiej, co mu łatwiej i z większą satysfakcją przychodziło przez konsultacje na kole, niż gdyby tego dokazywał przez samowładne ordynanse, w narodzie wolnym zawsze przykre.

Najprawdziwszą zaś przyczynę mieli hetmani ściągania koła rycerskiego: pomnożenia sobie względów i aprehensji u króla, gdy te ustawać widziały się ku ich osobom. Od tego albowiem czasu, jak Ledóchowski i po nim Potocki pod pozorem kota rycerskiego zrobili rokosz przeciw królom, jeden przeciw Augustowi II, a drugi przeciw III, wiele razy hetman wielki koronny ściągał koło rycerskie, zawsze dwór zostawał w niepokoju, nadsłuchując z pilnością, jeżeli się co przeciw niemu tym kołem nie toczy, a w takiej znajdując się aprehensji, hetmanowi ile możności podchlebiał, obsypując go faworami swymi.

Nie byli zaś w takiej aprehensji hetmani litewscy, choćby się komosić na króla chcieli, bo mała garsztka wojska litewskiego więcej by uczyniła śmiechu niż strachu. Hetmani także polni w oboim narodzie nie należeli wcale do komendy wojskowej, czyli rządu wojskowego, wyjąwszy te regimentu, które do ich straży i usługi oddzielnie należały. Kalwakata ich nie miała żadnej różnicy od kalwakaty innego jakiego pana, w stanie cywilnym będącego.
W starych dziejach polskich czytamy hetmanów tak polnych, jak wielkich, komenderujących wojskami w czasie wojny; że zaś w pokoju nie było wielkiej pracy około małej armii, przeto komendy nie dzieląc między hetmanów, całkowicie ją jednemu, wielkiemu, oddawano.

O orderach

Order polski był tylko jeden, Orła Białego. Ustanowiony od Augusta II, rzadko któremu z panów polskich był dawany i tylko takim, którzy intratę rocznią krociami tysiąców lub milionami rachowali. Ku końcu panowania Augusta III zagęściły się ordery, które graf Bryl, minister królewski, pod pokrywką wycieńczonych wojną pruską skarbów królewskich przedawał, od możnych i pragnących tej błyskotki biorąc po dziesięć i więcej tysięcy czerwonych złotych. Wszakże gdy ten towar wielkiego pokupu nie miał, a żądza pieniędzy, jako rzeczy najlepszych na świecie, w ministrze rosła, spadła dużo cena: można było na ostatku dostać orderu za tysiąc jeden i mniej czerwonych złotych. Przecięż, utrzymując szacunek polityczny temu znakowi łaski królewskiej, nie dawano go, tylko senatorom, ministrom i urzędnikom koronnym i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Kto się w takiej godności nie znajdował, nie zyskał orderu, choćby go był rad najdrożej kupił. Dawano go także i darmo osobom wziętym u dworu i aplikującym się ministrowi. Darmo wziąć order nazywało się, kiedy za otrzymanie go nic zapłacić nie trzeba było, tylko za walor orderu, którego taksa była sto dwadzieścia czerwonych złotych, lubo nie miał tyle waloru wewnętrznego, będąc tylko kawałkiem złota, choćby dwadzieścia czerwonych złotych ważącym, z jednej strony biało poszmelcowanym i ośmią diamencikami małymi obłożonym, co wszystko i z rzemieślnikiem nie wynosiło więcej nad czerwonych złotych sześćdziesiąt.

Oprócz taksy orderu jeszcze biorący order musiał wyszyplać kilkadziesiąt czerwonych złotych na kamerdynera królewskiego, odźwiernych i lokajów, którzy każdemu biorącemu order powinszować tego honoru, jedni po drugich przychodząc i po kilkanaście dukatów wyłudzając, nie opuścili, co wszystko z taksą orderu uczyniło wydatku do dwóchset czerwonych złotych, mniej i więcej podług szczodrobliwości order biorącego; po śmierci którego wracał się order do królewskiej garderoby, oddawany uroczyście królowi przez jednego z familii- przy mowie dzięki czyniącej za zaszczyt w osobie zmarłego całemu domowi jego użyczony i rekomendującej się dalszym majestatycznym względom.

Pan orderowy do każdej sukni miał przyszytą gwiazdę, nawet i do płaszcza, i kierei, ledwo nie do szlafraka, aby go wszędzie i zawsze znać było, że jest orderowym. Kiedy wychodził na publiczny widok, zawsze musiał mieć za sobą jaką asystencją, przynajmniej dwóch lokajów; a taka mała asystencja tylko uchodziła przy samej gwiaździe, bo kiedy pan zawdział order na wstędze błękitnej, z prawego ramienia na lewy bok zawieszony, to wtenczas i z przodu, i z tyłu otaczała go kalwakata. Wtenczas i on sam, i wszyscy dworzanie jego musieli być przy orężu, to jest szabli albo szpadzie. Naw et kto z gości nawiedzał go w takiej dobie, musiał takowąż zachować etykietę.

Poki było mało orderowych – ponieważ ci, co nimi byli zaszczyceni, byli to wielcy panowie – nie używali innych pojazdów, tylko sześciokonnych, z kalwakatą dworzan przed karetą i gronem liberii za karetą; gdy się zaś zagęściły ordery, poczęli z wolna panowie używać karet parokonnych bez asystencji dworzan. Co wkrótce tak w modę weszło, że tylko w dni galowe zajeżdżali na dziedziniec królewski sześćma końmi i tylko z jednym dworzaninem, deżur trzymającym; odbywszy zaś galę dworską, inne miejsca objeżdżali karetami parokonnymi, wyjąwszy grafa Brylla, prymasów, hetmanów i Potockiego, wojewodę kijowskiego, którzy nigdy się inaczej nie wozili, tylko karetami sześciokonnymi, z liczną kalwakatą i liberią, chociaż przejazd był czasem tylko z jednego końca ulicy do drugiego.

Przy końcu panowania Augusta III wszyscy wojewodowie, ministrowie i po większej części kasztelanowie krzesłowi byli orderowi; i prawie weszło w zwyczaj, kiedy któremu panu dawano senatorskie krzesło lub ministrowską godność, że mu razem dawano i order; oboje czasem za dobrą zapłatą, czasem z łaski bezpłatnie, przy całości atoli waloru orderu i akcydensu liberyj wyżej opisanych.

Który z panów nie był kontent z orderu garderobianego, sprawiał sobie inny, bogatszy, oraz gwiazdę do niego, obojga tego używając w dni uroczystsze dworskie, jako to: w dzień elekcji i koronacji królewskiej, w Nowy Rok, w Wielkąnoc i w dzień 3 augusta, w który obchodzono jakoby imieniny królewskie, że się pisał Augustem III, lubo się król urodził 7 października 1696 i lubo dzień 3 augusta podług kalendarza rzymskiego jest poświęcony znalezieniu św. Szczepana, nie św. Augustowi. Przesadzali się panowie w ordery jeden nad drugiego, kamelizując tak order, jak gwiazdę suto diamentami brylantowanymi, które wynosiły u niektórych przeszło dwakroć sto tysięcy złotych polskich.

Lubo order polski Orła Białego jest po dziś dzień znajomy wszystkim, żeby jednak losem jakim wyniosłości przeciwnym nie zaginął tak, jak zaginęły ordery we Francji, maluję go piórem Czytelnikowi dla pamiątki rzeczy.

Był to krzyżyk mały, trzycalowy, równo długi i szeroki, w środku okrągłą tarczą mający, na której był orzełek biały o jednej głowie, z rozciągnionymi skrzydłami i nogami, wypukły. Od tarczy wychodziły cztery boki płaskie, wąskim końcem w tarczą wsadzone, w ostatnich częściach rozłożyste, po dwa rożki wydatniejsze mające; cały skład tego orderu wyrażał gwiazdę kwadratową, z ośmią narożnikami; w narożnikach i w oku orła było osadzone po jednym diamencie prostym, cały zaś skład orderu był zrobiony z złota, szmelcem białym po jednej stronie powleczonego. Gwiazda, służąca do sukni, była dwa razy większa od orderu, tegoż samego kształtu, ale bez orła, złotymi niciami na płótnie grubym haftowana, na której czterech skrzydłach były haftowane słowa: „Pro Fide, Rege et Lege”, podzielone na cztery części. Na tej zaś gwiaździe, którą król nosił, były wyszyte słowa: „Pro Fide, Grege et Lege.”

Powiadają, że gdy August III, wysyłając w poselstwie do Petersburga Stanisława Poniatowskiego, stolnika litewskiego, o sukurs przeciw królowi pruskiemu, przyozdobił go orderem, kamerdyner królewski, przydając podług zwyczaju gwiazdę do orderu, z prędkości dał mu tę, która była z napisem: „Pro Fide, Grege et Lege”, co było znakiem, że po Auguście Poniatowski miał być królem; ale tego przypadku nicht nie uważał za czasów Augusta, dopiero jak Poniatowski został królem. Jakoż ten prorok najprawdziwszy, który wtenczas prorokuje, gdy się już rzecz stanie.

Oprócz orderu polskiego, dopiero opisanego, były w Polszcze używane ordery zagraniczne, cesarski i hiszpański Złotego Runa, francuskie, moskiewskie, angielskie i inne rozmaites; nareszcie krzyżyki małe, jedwabiem na sukni wyszywane, które mają być zwyczajne w Rzymie, o których Włosi przez swawolą zrobili przysłowie: „Pur non pisiare” (aby go kto nie ojszczał), czyniąc aluzją do muru na który, gdy w jakim miejscu znęcą się przechodzący Włosi wypuszczać urynę, właściciel muru robi tam krzyż z napisem: „Per amorem Dei nolite pisiare”, tym sposobem zapobiegając dalszej ruinie muru, a więc przez tradukcją, gdy na kim widzą krzyżyk wyszywany, mówią: „Przypiął sobie krzyż, aby go kto nie ojszczał.”