Albrecht adam miejsce postoju kawalerii xix wiecznej w swietle wspomnien i regulaminow

Miejsce postoju kawalerii XIX wiecznej w świetle wspomnień i regulaminów

Koroniarz Kawaleria Skomentuj

Albrecht Adam Miejsce postoju kawalerii XIX wiecznej w świetle wspomnień i regulaminów

Obóz kawalerii napoleońskiej

Kawaleria kwaterowała inaczej w warunkach pokojowych, inaczej w polowych. W tych drugich przyjmowano w XIX wieku, że najlepsze miejsca postoju są w pobliżu miast i mniejszych miejscowości (dostępność furażu). Ponieważ w warunkach wojennych o takie trudno zwykłą formą obozu był biwak. To rozróżnienie rzuca się oczy chociażby w pamiętnikach z 1812-ego, gdzie w drodze przez tereny cesarstwa i państw sprzymierzonych nad marszem czuwała intendentura i komendanci placów, a po przekroczeniu Niemna standardem stał się przysłowiowy biwak pod chmurką. Nocleg w stajni, czy oborze był luksusem którym nie pogardzali nawet marszałkowie Francji.

W marszu nie korzystano z namiotów, gdyż te stanowiłyby zbędne obciążenie dla koni i opóźniałyby pochód i manewrowość, co stanowiłoby zaprzeczenie roli kawalerii jako oczu i uszu armii, tudzież jako siły zaczepnej. Namioty pozwalałyby również przeciwnikowi na szybką ocenę liczebności oddziału. Jak pisał Załuski:

„Czem zaś wojsko Bonapartego miało górę na wszelkiemi wojskami, i czego się od niego nauczyliśmu, było to: że oficerpiechoty niósł cały swój bagaż na plecach i maszerował pieszo, tak jak każdy żołnierz: tylko szef batalionu, sztabs-oficerowie, adjutanci, mieli i musieli miec konie, a to dla komendy, i roznoszenia rozkazów. A oficer od jazdy miał jeden mantelzak szczupły na swoim, a drugi na luźnym koniu; bagażów żadnych, namiotów żadnych, obóz pod gołym niebem, koczowanie.”

Obozowisko umieszczano w miejscu możliwie trudno dostępnym dla przeciwnika, a zarazem zapewniającym możliwość szybkiego opuszczenia w różnych kierunkach. Dla pojenia koni konieczna była bliskość strumienia i pożądany las by zapewnić im i jeźdźcom ukrycie przed wrogiem i przed pogodą.

W bezpośredniej bliskości wroga na biwak zatrzymywano się uszykowując szwadrony w linię, frontem do przeciwnika. Następnie wysyłano po zaopatrzenie do pobliskich miejscowości, oraz na komendę zsiadano, zdejmowano wodze i uwiązywano konie, unikając przy tym ich mieszania między pododdziały. Następnie zdejmowano z koni broń (karabinki etc.) oraz część oporządzenia, które przenoszono do schronienia (w szałasie, lub pod drzewem) umieszczając całość tak by wisiała w sposób uporządkowany nad głowami poszczególnych jeźdźców. W szałasach na przygotowanych po temu chwytach, pod drzewami: na gałęziach. Miało to zapewnić tak porządek, natychmiastową dostępność dla poszczególnych żołnierzy jak też ochroną przed deszczem czy uszkodzeniem, w razie gdyby spoczywały na ziemi. Mantle były wykorzystywane za poduszki, płaszcze za nakrycie, co po latach ze zwykłą swadą wspominał Aleksander Fredro:

 

„Mieć konia mniej roztargnionego jak mój deresz… mieć dobry płaszcz (o mój płaszczu biały!), płaszcz przyjaciel w dzień, opiekun, dobrodziej w nocy, kiedy pniaczek za poduszkę, śnieg za materac służy… mieć nareszcie flaszeczkę zawsze napełnioną kroplami pociechy — są to rzeczy arcydobre, tego nikt nie zaprzeczy, równie jak i tego, że bez tych podłych pieniędzy miejsca mieć nie mogą. Wychodzisz spod dachu, gdzie wygodnie noc przespałeś… poranek letni… koń twój dobrze nakarmiony i wychędożony strzyże uchem, grzebie nogą… siedzisz na nim ledwie tknąwszy grzywy i strzemienia… Marsz! — Wstępujesz do boju. Przed tobą rzeka, za rzeką bateria sypie kartaczami. — Za mną, dzieci!… W Bogu wiara!… — Rzeka przepłyniona, działa zdobyte, zwycięstwo nasze. — Czyn świetny, wart nagrody, ale ty rozwinąłeś tylko przy pomyślnej sposobności władze, które jeszcze nietknięte w tobie leżały. Padły na szalę z jednej strony obawa kalectwa lub śmierci, z drugiej męstwo rozgorzałe całym ogniem krwi, całym zdrowiem życia, musiała więc obawa ulecić, nie objawiwszy się nawet. Ale patrz no na tego. co po kilkomiesięcznej codziennej walce z głodem, zimnem i wrogiem odtrąca resztę okopciałego snopka spod pyska zgłodniałej szkapy… wznosi się na kulbakę, pod którą ścierwa już nie ma… odwija szczątki płaszcza… chwyta za rękojeść, którą deszcz zardzewił, szron posrebrzył… a jeżeli on zadziwi cię świetnym czynem, oddaj mu twój wieniec, bo go dwojako zasłużył.”

W miarę możliwość starano się wymościć legowiska sianem lub liśćmi. Układając między nimi a ogniskiem belkę drewna, która miała zapobiec pożarowi. Jeśli nocowano w szałasie jego wyjście kierowano na konie, osłonę na nawietrzną.

Równolegle do stawiania szałasów oporządzano wierzchowce, pojono je a po powrocie znad strumienia odczepiano popręgi zdejmując siodła wraz z oporządzeniem. Rozpalano ogniska. Przystępowano też do niezbędnych napraw siodeł, rzędów, broni i oporządzenia. Zdobyty furaż składano przy ogniskach z podziałem na produkty.
Przy ogniskach biwakowało 8-10 żołnierzy, co było podyktowane ilością strawy jaką można było przygotować w pojedynczym kociołku (wychodzi więc po dwie współczesne sekcje, lub cztery roty), jak też podziałem zadań. Żywność przygotowywano z pozyskanych produktów. Korzystano z własnego chleba, a w jego braku z placków sporządzonych z mąki, którą starano się zawsze mieć w zapasie.

Do ważnych zadań oficerów i podoficerów należał sprawny podział obowiązków jak też pilnowanie porządku. Takiego umiejscowienia rzeczy by na można było siodłać konie na pierwszy sygnał trąbki. Na apelu sprawdzano stan osobowy. Cały czas doglądano ludzi i koni. Co ciekawe już wówczas pilnowano by starzy żołnierze nie wykorzystywali młodych, czyli innymi słowy: zwalczano „falę”. Spać trzeba było na komendę. Nie bez przyczyny zauważano, że zapewnienie koniom i wojsku odpoczynku było zadaniem i umiejętnością trudniejszą jeszcze w czasie wojny od wybrania właściwego momentu do ataku. Jednak im większe zagrożenie atakiem wroga tym większe ograniczenia. W ekstremalnych wypadkach część oddziału zostawała bezpośrednio przy koniach, pozostałe miały jedynie luzowane popręgi. Obóz chroniony był łańcuchem wedet. W żadnym wypadku nie pozwalano na rozchodzenie się. Wyjątkiem były grupy wyznaczone do poszczególnych zadań: furażu, zbiórki drewna, pojenia koni, straż, patrole i wedety.

Po zakończeniu biwaku czynności dokonywano w odwrotnej kolejności na koniec sprawdzając ponownie stany osobowe oraz konie. Podoficerowie dokonywali szybkiego przeglądu biwaku sprawdzając czy nie pozostawiono jakichś rzeczy. Przez cały czas sygnały były wydawane na trąbce. Wyłącznie ustnie (według linii dowodzenia) tylko w bezpośredniej bliskości wroga, kiedy chciano przed nim zataić poruszenia.

Aleksander Fredro w TRZY PO TRZY pisał o kampaniach 1809-1812:

„W każdym pułku jazdy było dwóch adiutantów majorów, jeden niby do pióra, a drugi do korda; do tego dwóch albo czasem trzech adiutantów podoficerów. Ja byłem sam jeden. Zaraz na początku kampanii mój kolega, kapitan Mieroszewski, był wzięty w niewolę. Adiutanta podoficera miałem tylko jednego, i to pół Niemca. Służba zaś adiutanta majora jest tak rozciągła i tak rozmaita, że trzeba się dziwić, jeżeli kto jej wydołał przez kilka miesięcy wojny. Adiutant major komenderuje; całą służbą wewnętrznego porządku i zewnętrznego bezpieczeństwa obozu, stawia placówki, wyprawia patrole, dowodzi często flankierami, rozdziela furaż i żywność, a – co najnieznośniejsze – pisze codzienny apel, czyli stan pułku, raporty piętnastodniowe i miesięczne, na koniec wszelkie ekspedycje. Prawdę mówiąc, niedoświadczenie podwajało mi każdą pracę, nade wszystko piśmienną. Całą noc przed dniem bitwy pod Możajskiem (którą Francuzi zowią de la Moscowa, a Rosjanie – pod Borodino) staliśmy w przedniej straży, cugle w ręku – równo za dniem wstąpiliśmy do boju – słońce zachodziło, kiedy cisnąc się krzakami uderzyliśmy na lewe skrzydło nieprzyjaciela – a ciemno już było, kiedy wróciwszy na plac bitwy, zsiedliśmy z koni. Zaświeciły się ognie pomiędzy ciepłymi jeszcze trupami. Spoczął każdy, ja tylko przy świeczce trzymanej pod płaszczem kreśliłem moje raporta. Wtenczas ślubowałem na odległą przyszłość, że wystąpiwszy ze służby przybiję na drzwiach raport i od czasu do czasu strzelać będę do niego, i że pióra nigdy w rękę nie wezmę. Nie dotrzymałem i Bóg widzi, żem na tym dobrze nie wyszedł.”

a o kampanii 1813:

„Jednakże małe to jeszcze były przykrości, to jest przykrości samotnych wędrówek w porównaniu nieustających utarczek na każdym noclegu po wsiach. Z maruderami ciągła walka. Ale kiedy już przyszło do starcia się na piękne, pałaszem tylko albo drągiem można było działać. Francuza dobitnym razem trzeba zbić z terminu. Wtenczas dopiero powie „Tiens!” i ustąpi z placu – rozumie się w niesłusznej napaści. Ale i linia, nawet gwardia napadała jak szarańcza domy, przed którymi warty nie było. Z bronią w ręku trzeba było bronić swego schronienia wtenczas, kiedy czas było spocząć. Inaczej wyjęli drzwi, okna, gotowi palące się polana wyciągnąć spod kociołka, a snopek słomy spod ciebie. Cały dom gotowi byli rozebrać, gdyby to tyle pracy nie kosztowało.
Pierwszy marsz z Drezna do Seerhausen; przychodzimy późno – deszcz leje. Na Rejtana kolej odbierać furaż – ale dystrybucji nie ma. Jazda gwardii przybyła wraz z nami. Trzeba szturmem zdobywać. Każda sterta najeżona ludźmi, zdaje się ogromnym rozbitym mrowiskiem. Snopy bieleją się w środku, jak mrówcze jaja sprzątane przez strwożone matki. Ten ciągnie, ten wyrywa tamtemu, ten pada pod ciężarem, a tamten go unosi. Ruch, ścisk, cały kopiec żyje. Do tego dołącz żołnierską wrzawę, ludzką kłótnię, krople deszczowe, kurz zbożowy, a obraz będzie dokładny. Nareszcie Rejtan przybywa; niosą za nim siano i słomę, ale je prawdziwie wywalczył, bo nazajutrz rąbie się z francuskim oficerem.
My tymczasem umieściliśmy się dobrze nad wszelkie spodziewanie. Spoczywaliśmy pod sklepieniem mirtów, granatów i pomarańcz. Śnieżny kwiat padał na kulbaki. Woń godna bogów walczyła zwycięsko z różnorodnym zapachem biwaku. Byliśmy w obszernej oranżerii. Ale niedługa rozkosz, a sen jeszcze krótszy. Piesza gwardia nadeszła. Wyjmują okna, nie ma co mówić, my mamy dach, słusznie, aby oni mieli okna. Ale od łyczka do rzemyczka. Wyjąwszy okna, ciągną ze środka jaką mogą tarcicę, jaki mogą kawał drzewa. Jeszcze nic. Ale nareszcie zaczynają zbijać obręcze z wazonów, wazony brać na opał. Padają oleandry, aloesy, kaktusy i agapantusy. Bierz je licho – nigdy nie byłem miłośnikiem botaniki, a tym mniej wtenczas, ale można jakim wykorzenionym kaktusem albo cyprysem w łeb dostać. Ziemia się sypie, rusztowania trzeszczą. Koniec końców trzeba było zrejterować się w jeden kąt i tego jeszcze do białego dnia bronić od zupełnego zniszczenia.
Podobne, lecz śmieszne dla nas mieliśmy zdarzenie w Perthe, dużej wsi między Vitry a St. Dizier. W nocy otwierają się drzwi z trzaskiem, hałasem. Jeden z kolegów, co zawsze odosabniać się lubił i nad wygodami przemyśliwał, wpada do naszej izby. Spodnie pod pachą, buty w jednym, pałasz w drugim ręku. Cóż się stało? Co się dzieje? Kozaki czy ogień? – Wcale nie. Nasz kolega wybrał sobie kwaterę na piecu piekarskim, które to piece we Francji opodal od domu przykryte bywają płaskim daszkiem, jak u nas piwnice. Zasnął smacznie, a wtem… trzask! prask! gonty się łamią, krokiew pęka i piechur na kark mu spada. Excusez! Dach rozbierają. Ledwie wyszedł cały, a my musieliśmy pospieszyć, aby resztę rzeczy wyratować z tej zburzonej Troi.
W tej wsi Perthe usłyszałem miejscową anegdotkę, którą pozwolę sobie Państwu powtórzyć. Żył tam przed laty pleban, który tylko wierszami mówił. Razu jednego między nim a biskupem taka nastąpiła rozmowa:
– Vous etes le Curé de Perthe?
– Certes.
– Le fameux rimeur?
– Oui, Monseigneur.
– Descendez de cheval.
– Vous dites mal.
– Comment?
– C’est une jument.
… I mruga! piękna to piosneczka, niedługa.
Przykre bywały te utarczki z rzeszą obozową dla oficerów sztabowych, którzy zmęczeni zawsze jak psy gończe, co dzień cały po trzcinach starego lisa goniły, potrzebowali tak dla siebie, jak i dla koni kilka godzin odpoczynku – odpoczynku, którego każdy inny w jakim takim, ale niekontestowanym biwaku mniej więcej używał. Biwakować zaś także trudno nam było. Jeżeli to czasem się trafiło, leżeliśmy na kwiecistym kobiercu ziemi pod gwieździstym namiotem nieba. Bo nie było komu spiąć jaką taką barakę, przynieść drzewa, słomy, wody. W pułku jedni drugim pomagają, jedni zostają przy koniach, drudzy przy kociołku, a inni idą na łówkę. Ale oficer sztabowy ze swoim służącym nie rozbierze dachu ani też wyjmować będzie okien z oranżerii. Na to trzeba stowarzyszenia nie przez akcje, ale przez pięści. Sama epoleta za słaba w tym razie. Nie mniej przykrymi bywały te noclegi, gdzie gwardia dostawała rozkaz de se loger militairement, to jest – jak kto może. Kilku nas ze swoimi i tych kolegów, którzy się na misji znajdowali, służącymi i końmi zajmujemy jaki domek. W parę godzin kłapanie tysiąca trzewików oznajmia, że piechota przybywa. Wkrótce potwierdza to mniemanie dwukrotne uderzenie kolbą w drzwi – podpiera, kto może – rozmowa przez deski – czasem uda się odwrócić ten pierwszy napad – ale niezadługo nastaje drugi, trzeci, a im późniejszy, tym upartszy, bo to ogon kolumny, ten nie ma wyboru ani czasu do stracenia. Drzwi trzeszczą, kapitulować trzeba. – Wielu was? – Trzech. – Dobrze, trzech przyjmiemy. – Otwierasz, wchodzi sześciu. „Pardon Messieurs! mais que voulez-vous…” „Il faut bien… etc. etc…” Dobrze, dobrze, tylko cicho – wy tam, a my tu. Ale zaledwie utasowano się jako tako, nowy szturm. – „Briquet! Est-tu par la?” – „Ah! C’est toi Colicaut!” – „Allons sacrrr!!… Vous allez faire entrer toute une compagnie!… Dutout!… dutout… un seul, pas plus, natre camarade… Voyons” – I wchodzi jeden, za nim wciska się znowu jeden i niby nie puszczany przez tego, co drzwi uchylił, jeszcze jeden. – „Fermez donc, sacrrr!…” – Oui, Messieurs. Ale już obrócić się trudno. Otóż to nocleg sztabowych oficerów.
Raz wróciwszy z misji, strudzony, zziębnięty, oddaję konia, wchodzę do wskazanej mi izdebki i rzucam się na łóżko bez wszelkiej przemowy. Zasnąłem twardo jak panna po balu albo wikary po stypie. Nad ranem, jeszcze ciemno było, wstaję – potykam się na czemsiś… chwytam się czegoś drugiego… upadam na coś trzeciego… Słowa zagrzmiały, słowa się krzyżują, słowa, których nie ma ani w dykcjonarzu, ani w encyklopedii i których powtórzyć nie mogę. Cóż się to stało w mojej samotnej izdebce podczas mego snu? Oto grenadiery gwardii zaległy ją pokotem. Dziwna rzecz, że żaden nie położył się na mnie. Ale Francuzi tak grzeczni!
W owych szturmach, obronach, walkach o trochę słomy albo kawałek poddasza kto był Ajaxem? Kto Hektorem? Mój Onufry. To przyznać trzeba. O! jak piękny był, kiedy zwabieni hałasem na podwórze, ujrzeliśmy go nad leżącym pod wozem Garde d’honneur’em, z ogromnym drągiem w ręku. Stał jak ów, słynnego dłuta Canovy, Tezeusz nad Minotaurem. Garde d’honneur krzyczał i, nieufny zapewne w siłę pałasza, parował obu nogami grożące mu razy. Wiązka siana obok walczących świadczyła, o co poszło. Krzyknąłem – drąg się spuścił – Garde d’honneur wstał – zdjął czako z ziemi mrucząc: „Est-il mal-appris, celuil la!” I obcierał sobie mundur… nie na piersiach zwalany.”

Warta obozowa

Różniła się liczebnością, składem i zadaniami zależnie od wielkości jednostki obozującej w danym miejscu. Co do zasady nie powinna była być mniejsza niż sześć (obóz poddodziału) do dziesięciu osób (obóz całego pułku), w tym: podoficer, trębacz i sześciu szeregowych (w lekkiej kawalerii noszących różne miano, zależnie od formacji: szwoleżerów, huzarów, dragonów etc.).
Funkcję wartowni pełniło miejsce lub namiot położone w centrum obozu, nieopodal miejsca zakwaterowania pułkownika, lub innego oficera dowodzącego. Z warty wydzielana była straż pilnująca wejścia do obozu (warta obozowa), broni (warta ogniowa), oraz kwatery dowódcy. Wejście do obozu wychodziło na miejsce postoju straży przedniej. Zapewniało to sprawną komunikację w razie zagrożenia ze strony wroga.

Z warty wydzielana była służba porządkowa, pełniąca funkcję żandarmerii (warta policyjna). Pod dowództwem kapitana odpowiadała za utrzymanie porządku, oraz wprowadzanie przewidzianych regulaminem sankcji. Nocą miała obowiązek nasłuchiwać wszelkich podejrzanych hałasów, zwłaszcza ze strony wroga by w razie potrzeby obudzić pułkownika, lub innego oficera dowodzącego.

Rozkazy straży w odniesieniu do oddziału wydawane za pośrednictwem trębacza, odgrywającego odpowiednie sygnały kawalerii (tu zachęcam do lektury osobnego wątku). Wyjątkiem były obozy i biwaki w bezpośredniej bliskości wroga, gdy zachodziła potrzeba wydawania komend i rozkazów w sposób, który nie mógł dojść do uszu przeciwnika.
Konie warty pozostawały przy macierzystych plutonach, które zapewniały im na czas służby należytą opiekę.
Warto dodać, że w kształcie niewiele zmienionym owe zasady przetrwały do powstania styczniowego, gdzie zostały wręc zalecone osobną instrukcją Rządu Narodowego.

Marcin Piontek

Zapraszamy do dyskusji na forum Arsenału w wątku: Obóz historyczny.

 

Przypisy:

Powyższe zaczerpnąłem ze źródeł przytoczonych wcześniej oraz z pracy gen. de La Roche-Aymon.

Cytaty z Józefa Załuskiego pochodzą z: WSPOMNIENIA PUŁKU LEKKOKONNYM POLSKIM GWARDYI NAPOLEONA I, przez cały czas od zawiązania pułku w r. 1807, aż do końca w roku 1814. Przez Józefa Załuskiego, jenerała brygady w głównym sztabie wojska polskiego; oficera i szefa szwadronu rzeczonej gwardyi cesarza Francuzów.Kraków 1865.

Cytaty z Aleksandra Fredry pochodzą z „Trzy po trzy” .

 

Wybór materiałów źródłowych z późniejszego okresu

Ponieważ w dyskusji na forum, która dała początek temu artykułowi wspominano o kwestiach sanitarnych, pozwoliłem sobie sięgnąć do regulaminów późniejszych, będących w użyciu w polskich jednostkach na Węgrzech, a opracowanych prawie w całości o doświadczenia napoleońskie i w pewnym stopniu późniejsze, płynące z powstania listopadowego. Zaczerpnąłem je z:
REGULAMIN PIECHOTY, KAWALERYI I ARTYLLERYI wraz z instrukcją dla powstańca i SŁUŻBĄ OBOZOWĄ. PARYŻ. W DRUKARNI BOURGOGNE I MARTINET, przy ulicy Jacob, 30. 1846 str 6-15 (z tym że numeracja jest myląca, gdyż praca jest wiele dłuższa, a służba obozowa opisana jest w odrębnie numerowanej części).

O OBOZACH I LEŻACH.

Obozem nazywa się miejsce gdzie wojsko staje koczowiskiem, pod szałasami lub barakami.
Leżami nazywa się rozłożenie wojska po domach i zabudowaniach.— Leże będą używane przy zbieraniu się wojska przed otwarciem kampanii , albo po ukończeniu wojny, lub też w ciągu wojny za rozkazem Władzy Naczelnej.
Obozy są albo w wielkiem oddaleniu , albo w bliskości nieprzyjaciela.
W zajmowaniu obozów znajdujących się w takiem oddaleniu od nieprzyjaciela, że nie można się spodziewać ataku, ma się jedynie na względzie wygodę wojska. Obozy takie powinny być w miejscach suchych, mieć łatwe przystępy i być w bliskości wody i drzewa.
W rozstawieniu wojska w obozach znajdujących się w bliskości nieprzyjaciela , względy wygody ustają, i jedynie na celu mieć należy jak najkorzystniejsze zajęcie pozycyi i zapewnienie bezpieczeństwa armii. Wtenczas armia obozuje w takim szyku w jakim ma wystąpić do boju, przeto front obozu winien być równy Frontowi linii bojowej, i wszystkie bronie tak rozstawione, ażeby się wzajemnie wspierać i swobodnie działać mogły.
Armia obozować będzie we dwie linie, oddalone od siebie od 300 do 500 kroków, z rezerwą w tyle.
Artyllerya korpusowa stanie przy korpusach w oddaleniu od ognisk a w bliskości miejsca jakie ma zająć w razie boju. Obstawi się swemi szyldwachami, którzy żołnierzom nienależącym do bateryi wzbronią przystępu do dział i wozów, a nawet i artylerzystów trzymać będą w oddaleniu, jeżeliby palili fajkę.
Gdy okoliczności dozwalają, wysyła się oddziały do przygotowania obozu Adjutant pułku zbiera z każdej kompanii po jednym podoflicerze , jednym kapralu i po 2 żołnierzy ; — z tym oddziałem idzie na przód , i w wskazanej mu przez officera sztabu pozycyi, wytyka miejsce jakie pułk ma zająć. Jeżeli zaś to miejsce jest okryte jakiemi przeszkodami, to je każe uprzątnąć o ile można, i przygotować koczowiska.
Przy tych oddziałach ani wozy ani konie juczne pod żadnym pozorem iść nie mogą.
Adjutant pułku rozpoznaje gdzie będzie można poić konie, a gdzie ludzie będą mogli brać wodę, i jeżeli potrzebne są do tego jakie roboty, to je natychmiast uskutecznić każe.
Wojsko przychodząc do obozu szykuje się jak do boju : bataliony zachowają między sobą odstępy 2 4° krokowe , szwadrony odstępy plutonowe. Piechota staje na linii obozu , jazda o kilkadziesiąt kroków w tyle tejże linii.
Jenerałowie wydają pułkownikom rozkazy dotyczące liczby ludzi przeznaczyć się winnych na warty, robotę i straż ogniową; wskazują godziny i miejsca rozdawania żywności ; robią dyspozycje względem wyruszenia z obozu ; — słowem wszystko co dotyczy porządku i służby lak wewnętrznej jak i zewnętrznej obozu.
Pułkownicy dają rozkaz zebranym komendantom szwadronów , batalionów i kompanij.
Kapitanowie dają rozkaz swym szwadronom lub kompaniom , dołączając jeśli potrzeba stosowne objaśnienia.— A że żołnierze kapralstwami gotują sobie jeść, przeto kapitanowie wyznaczając warty, starać się będą o ile można o nierozdzielanie kapralstw.
Warty się zbierają , — rozprowadza i rozstawia je adjutant pułku. Poczem , piechota składa broń w kozły, odstępuje o 20 kroków w tył, i tam kapralstwami rozkłada sobie ognie, zostawiając jednak wolne między batalionami przejście.
Ofticerowie koczują o 30 kroków od ognisk żołnierzy i po za środkami swych kompanij.
Szefowie batalionów koczują w środku swych batalionów o 15 kroków po za linią ognisk officerskich.
Pułkownicy koczują po za środkiem swych pułków o 15 kroków od linii ognisk szefów batalionów.
O 100 kroków od kozłów broni i przed środkiem każdego batalionu, kopie się rów , mający 2 stopy głębokości, 2 kroki szerokości i kilkanaście kroków długi, osłonięty gałęziami, który służyć będzie za kloakę dla żołnierzy.
O 50 kroków od linii ognisk szefów batalionów i za środkiem batalionu , kopie się rów mniejszy od poprzedzającego, i len służyć będzie za kloakę dla officerów.
W razie gdy miejsce lub inne względy nie pozwolą koczować w linii, natenczas piechota koczować będzie w kolumnach.— Batalion uformuje się w kolumnę do attaku, złoży broń w kozły, zrobi w lewo łub W prawo, wyjdzie o 15 kroków po za ustawioną broń i tam rozłoży swe ognie.
Jazda zachodzi półszwadronami w prawo, pierwszy szereg każdego pólszwadronu robi 8 kroków na przód, następnie poczynając od środka, rozsuwa się nieco konie w prawo i w lewo, wbija się kołki, uwięzuje i opatruje konie ; — poczem żołnierze rozkładają ognie po skrzydłach pólszwadronów i na przedłużeniu linii koni. — Furaż składa się na kupy w tyle i po za środkami plutonów.
W środku każdego pułku, w odstępie między szwadronami, a o 100 kroków przed jego frontem, Wykopany będzie jak w piechocie rów na kloakę,
W razie gdy miejsce lub inne względy nie pozwolą jeździe koczować w rozwinięciu, natenczas koczować będzie w kolumnach pułkowych.—
Ognie rozkładane będą półszwadronami po obu skrzydłach kolumny, o 20 kroków od tychże skrzydeł i na przedłużeniu linii koni.— Furaż składany będzie w tyle i po za środkami plutonów.
Nikomu niewolno stawać samemu lub umieszczać swoje konie w domach a nawet w zabudowaniach opuszczonych, chyba że otrzyma na to od jenerała brygady czasowe pozwolenie, które tylko chorym udzielane będzie.
Gdy wojsko ma się zatrzymać tylko dzień lub dwa na jednem miejscu, wtenczas koczuje. Jeżeli zaś dłużej, wtedy robi sobie szałasy z chrustu lub słomy.
Co dzień na pól godziny przed świtem, wojsko staje pod broń, i w szyku bojowym, oczekuje powrotu patroli wysłanych na obserwowanie nieprzyjaciela.
Gdy w czasie nocy będzie potrzeba nadzwyczajnej czujności, natenczas trzecia część wojska w szyku i pod bronią noc przepędzi (piechota trzymając do nogi broń, jazda stając obok koni , i trzymając je za cugle), reszta spoczywać będzie w bliskości swej broni.
Pułkownicy dadzą sami przykład, i szczególniej dopilnują ażeby officerowie znajdowali się ciągle przy swoich komendach, a to żeby każdocześnie na czele swych oddziałów stanąć mogli.
Jenerałowie korpusów, dywizyj i brygad dopilnują ażeby każda chwila czasu wolnego, obróconą była na wyrobienie ludzi pojedynczo i uzdatnienie ich do musztry batalionowej, szwadronowej i manewrów liniami.
Pułkownicy starannie korzystać mają z czasu wolnego, i zbierać będą ofiiceiów dla oswajania ich z teoryą manewrów i przepisami służby.

O WARCIE OBOZOWEJ, WARCIE POLICYJNEJ , WARCIE OGNIOWEJ, I ODDZIAŁACH WYZNACZANYCH DO ROBOTY.

Do tych wszystkich wart i oddziałów , każdy batalion dostarcza równą liczbę ludzi.
Sztabs-officer służbowy w brygadzie ma główny dozór nad wszystkiemi wartami brygady; zbiera, przegląda, objeżdża je, wszystko to dla dania rozkazów i zapewnienia się o ich wykonaniu. On również przegląda oddziały wyznaczone do roboty, i stara się ażeby opatrzone były w potrzebne narzędzia.
Każda warta mieć powinna trzy razy tyle żołnierzy, ile ma dostarczyć szyldwachów.
Szyldwachy, stosownie do pory roku , luzowani będą co godzinę lub co dwie godziny.
Szyldwach nie da się zluzować tylko przez tego officera, podoficera lub kaprala który go postawił.
Warta obozowa pułku staje przed środkiem pułku, o 200 kroków od kozłów broni ; składa się z porucznika lub podporucznika, podofficera, dwóch kaprali, dobosza i z stosownej do ilości szyldwachów liczby żołnierzy, — Jest ona pod rozkazami kapitana warty policyjnej, któren -winien być uwiadamianym o wszystkiem co zajdzie , przez oflicera warty obozowej.
Warta obozowa koczuje lub stawia sobie szałas ; nikomu z niej pod żadnym pozorem oddalić się niewolno.
Stawia ona jednego szyldwacha przed bronią ustawioną w kozły ; obowiązkiem jego jest wołać do broni za zbliżeniem się rontu , patrolu lub jakiego bądź oddziału.
Stawia ona także przed frontem pułku, a o kilkanaście lub kilkadziesiąt kroków przed sobą, łańcuch pięciu szyldwachów równie od siebie oddalonych; liczba tych szyldwachów stosownie do potrzeby powiększoną być może, ustawieni zaś tak być mają ażeby jak najdalej przed sobą widzieć mogli i wzajemnie się widzieli. — Powinnością tych szyldwachów jest ostrzegać wartę o zbliżaniu się wszelkich oddziałów, nie przepuszczać nikogo przez łańcuch, aresztować osoby podejrzane, któreby czy to do obozu iść lub z obozu wyjść chciały; także przy aresztowaniach odprowadzać do warty obozowej, skąd po wybadaniu odesłanemi zostaną do kapitana warty policyjnej.
Jeżeli służba wymaga wypuszczenia kogo za obóz, natenczas kapitan warty policyjnej każe podofficerowi odprowadzić go do warty obozowej, skąd przez kaprala wyprowadzonym za łańcuch być winien.
W dnie marszu, warta obozowa idzie z oddziałem wyznaczonym do wytknięcia nowego obozu; jeżeli zaś oddział ten nie jest wysłanym, warta obozowa rozejdzie się do batalionów, w chwili kiedy pułk wychodzi w marsz.
Warta obozowa oddaje honory wojskowe zwiedzającym ją jenerałom, i występuje do broni przed sztabsoficerami służbowymi.
Warta policyjna pułku składa się z kapitana, porucznika lub podporucznika, podoficera, dwóch kaprali, dobosza i potrzebnej liczby żołnierzy na obstawienie szyldwachów, robienie patroli, pilnowanie i odsyłanie aresztowanych.
Staje ona za środkiem pułku, między ogniskami Kołnierzy i ogniskami oficerów, i lani zawsze koczuje. Stawia jednego szyldwacha przed swą bronią ; —trzech przed bronią pułku (po jednym przed batalionem);— dwóch szyldwachów po skrzydłach., w odstępach przedzielających pułk od innych pułków ; pięciu szyldwachów ustawionych w łańcuch o 50 kroków w tyle ognisk sztabs-oficerów. (Jeżeli tego jest potrzeba liczba tych szyldwachów powiększoną być może).
Jednego szyldwacha przed szałasem pułkownika. Stawia ona również szyldwachów przy studniach, źródłach, magazynach, jeżeli te znajdują się W obrębie lub w bliskości obozu.
Szyldwachy stojące przed bronią batalionów nie pozwalają jej brać żołnierzom, chyba w przytomności officerów lub podofficerów; w nocy nie wypuszczają z obozu tylko tych co idą do kloaki, uważając jednak na ich powrót.
Szyldwachy stojące w odstępach pułku, wzbraniają żołnierzom, szczególniej w nocy, przechodzenia z jednego do drugiego pułku.
Szyldwachy stojące W tyle obozu, nie wypuszczają z obozu, aresztują podejrzanych i odsyłają ich do warty policyjnej.
Szyldwach postawiony przed pułkownikiem, ostrzega go o każdem nadzwyczajnem poruszeniu, lak wewnątrz jak zewnątrz obozu zaszłem.
Kapitan warty policyjnej ma nadzór nad wartą obozową, i jest odpowiedzialny przed pułkownikiem i sztabs-oficerem służbowym za porządek i czujność szyldwachów pułkowych. Do niego należy wypełnianie przepisów policyjnych w pułku. On aresztuje lub każe aresztować osoby podejrzane, bada je, i jeżeli tego osądzi potrzebę, odsyła je do sztabs-oficera służbowego brygady, skąd również wybadani (stosownie do potrzeby) odesłanemi zostaną do gewaltygiera korpusu.
W dnie marszu , warta policyjna (jeżeli niema aresztantów) rozchodzi się do batalionów ; jeżeli zaś są aresztanci, to ich otoczy i maszerować będzie między drugim i trzecim batalionem.
Warta policyjna nie oddaje żadnych honorów; występuje do broni, jeżeli pułkownik lub sztabs-officer służbowy tego zażądają.
W pułkach jazdy wyznacza się taka sama liczba ludzi na warty obozowe i policyjne. —Warta obozowa konno robi służbę; warta policyjna, pieszo. Oprócz tego w każdym plutonie w wyznacza się sznurwachów do pilnowania koni.
Szyldwachy warty obozowej wojska stojącego w drugiej linii, stają o 200 kroków od szyldwachów ustawionych w tyle obozu pierwszej linii ; warty policyjne rozstawia się tak jak w pierwszej linii.
Warta ogniowa (alarmowa) pułku składa się z kapitana, porucznika, 2 podporuczników, 3 doboszy , 3 podofficerów, (i kaprali i 120 żołnierzy (1 podofficer, 2 kaprali, 1 dobosz i 40 żołnierzy z każdego batalionu ).
Warty ogniowe są przeznaczone do dostarczania oddziałów, które przyjdzie wysiać w przeciągu 2 4 godzin; dlatego wyznaczeni na wartę ogniową, powinni być w nieustannej gotowości do wymarszu tak w dzień jak w nocy. Jadają oni i sypiają przy swych kompaniach, lecz na każde zawołanie winni stanąć pod broń.
Jeżeli we dnie zajdzie potrzeba użycia warty ogniowej , wtedy dobosz warty policyjnej uderzy werbel, po którym zrobi trzy proste uderzenia w bęben.
W nocy, nie bębni się na zbiór warty ogniowej, tylko kapitan uwiadamia officerów , ci uwiadamiają podofficerów i kaprali, którzy bez hałasu przywołają żołnierzy. Do dopełnienia tego , trzeba żeby officerowie wiedzieli przy którem ognisku lub w którym szałasie znajdują się podofficerowie i kaprale, jak również ci ostatni wiedzieć powinni gdzie znajdą żołnierzy warty ogniowęj.
Oddziały wysyłane z warty ogniowej przed czapstrzykiem , natychmiast zastąpione być winny, wysyłane zaś po capstrzyku , nie będą zastąpionemi.
Warta ogniowa jest lutowana razem z innemi wartami; stawia ona swą broń o 10 kroków od broni batalionów i przed środkiem pułku, lub w innem miejscu wskazanem przez sztabs-oficera służbowego.
Skoro pułk występuje do broni dla odbycia musztry lub wymarszu, natenczas warta ogniowa rozchodzi się do batalionów.
Warta ogniowa nie oddaje żadnych honorów; zbiera się i występuje do broni na wyraźne żądanie jenerałów, pułkowników lub sztabs-officera służbowego, skoro ci zechcą przekonać się o jej gotowości do wymarszu.
W jeździe, warty ogniowe (podjazdy), mają to samo przeznaczenie co w piechocie , i tak samo wypełniają służbę , z tą tylko różnicą , że z każdego szwadronu wyznacza się po dwunastu żołnierzy którzy występują konno.

ODDZIAŁY WYZNACZANE DO ROBOTY.

Roboty jakie się trafiają w obozach są : otwieranie nowych , lub ulepszanie istniejących dróg tak przed frontem jak po skrzydłach lub w tyle obozu; robienie umocnień, sypanie walów i bateryj , robienie zasiek , faszyn, koszy, etc.
Wszystkie te roboty, skoro zajdzie ich potrzeba, natychmiast po wejściu do obozu rozpoczętymi być winny, wyznaczając do nich laką ilość ludzi, ażeby jak najprędzej dokonanemi być mogły.
Każdy pułk dostarcza równą liczbę robotników, którzy są prowadzeni i dozorowani przez officerów, podofficerów i kaprali swoich pułków.
Przyszedłszy na miejsce roboty, oddział z całym swym składem przechodzi pnd rozkazy officera inżynieryi przeznaczonego do kierowania robotą.
W razie potrzeby, oddziałom robotników dodaną będzie zbrojna eskorta.
Oddziały robotników występują razem z nowemi wartami, przejrzane są przez sztabs-officera służbowego, któren dopilnuje ażeby się składały z przepisanej liczby ludzi, opatrzonych w potrzebne narzędzia.