LIDZBARSKIE SŁOWIKI

sebav15 Felietony Skomentuj

Poligon powitał nas słońcem i kurzem. Rozległa przestrzeń ciągnęła się po horyzont. Łagodne wzniesienia łagodnie falowały wśród zieleni. Za grzbietem krył się, jak angielska piechota pod Waterloo obóz, dobrze założony z dala od szosy, estrady i toitojów. Co ważniejsze, pośród białych namiotów wypatrzeć można było sporą liczbę szałasów wzniesionych z drewna i słomy. Na ten widok ucieszyliśmy się bardzo – nareszcie w domu!

Życie obozowe popłynęło wartkim jak Łyna nurtem. Dobrzy (czyli my), pieści swe dusze myślami o przyszłym zwycięstwie, źli (czyli Prusacy i Rosjanie) łypali z podełba jak Kutuzow na Barclay’a, szwargocząc coś tam pod nosem. Nad tym wszystkim zaś unosiły się skowronki śpiewając dla dwóch stron po równo.
Potem nastąpiła jazda obowiązkowa czyli parada. Miasto było piękne, gorące i lepiło się do nas jak koszula pod mundurem. Nie dziwne, że do obozu powróciliśmy zdekompletowani niczym korpus Dąbrowskiego po marszu pod Frydland. Ci co zostali (w karczmach chłodząc rozpalone wnętrzności staropolskim piwem), dołączyli jednak przed bitwą.
Chwała należy się organizatorom za zręczną dystrybucję furażu, prowadzoną bezpośrednio w obozie. Dzięki wytężonej pracy wiwandierów – nikt nie był głodnych. Choć przed bitwą najadać się strach troszku…
Niedaleko, oddzielony traktem od obozu widniał szańczyk. Rozległy wał, oddzielony od przedpola rowem brązowiał świeżo wykopana ziemią. Gdzieniegdzie sterczały na nim jak szyldwachy kosze szańcowe. To zaplanowano bitwę.
Gdy upał zdechł jak nakarmiony niedojrzałą pszenicą koń artyleryjski wojska zebrały się w sobie i pociągnęły na plac zmagań. Kolumny maszerowały powoli, ale nie dla tego, że wszyscy postanowili się akurat tego dnia trzymać regulaminowego kroku. Wysoka trawa i chaszcze kryły bowiem takie mnóstwo wyrw, dziur i lejów, że gruzy Saragossy to przy tym fraszka.
Po zajęciu stanowisk wyszła na jaw straszna prawda – „Francuzi” byli w wyraźnej, baaardzo wyraźnej przewadze. Opisane trudności w przemieszczaniu i dysproporcja chyba sprawiły, że wszystkie oddziały trzymał się ściśle scenariusza. Przez trzy minuty. Dalsze zmagania przebiegały planowo jak zamach stanu generał Maleta. Każda jednostka realizowała swoje pomysły, co akurat nadało dynamiki i czasami prowadziło do zabawnych sytuacji. Ale z drugiej strony sprawiało wielką uciechę wojującym i patrzącym na to wszystko widzom.
Mocną stroną było wystarczające zaopatrzenie w proch, którego obie strony miały znaczny zapas, co niestety zaowocowało niepomiarkowaniem niektórych osobników – szczególnie płci żeńskiej – w waleniu z posiadanych dział. No, ale akurat skowronkom to nie przeszkadzało – śpiewały w najlepsze przez cały czas boju.
Słońce długo nie chciało zajść, widocznie pomne swego miana „słońca Austerlitz”. Gdy wreszcie zapadło za horyzontem, ucichły i skowronki – z wyjątkiem jednego. Jego gromki głos dał się słyszeć od strony obozu rosyjskiej roty artyleryjskiej, która zawtórowała mu dzielnie w pieśniach polskich i rosyjskich weteranów. Noc sprowadziła na obóz słowiki, ale kto by się tym przejmował?

Marcin Ochman