Jozef zaluski

Józef Załuski: WSPOMNIENIA

sebav15 Felietony Skomentuj

Jozef zaluski

Józef Załuski

o pułku lekkokonnym gwardii Napoleona I przez cały czas od zawiązania pułku aż do końca w roku 1814
Fragmenty
Wspomnienie I
Rok 1807

Pułki: lekkokonny gwardii Napoleona i ułanów, nadwiślańskimi zwanych, numerem 7. w armii francuskiej oznaczony, pułki te są następcami owych sławnych Lisowczyków. Równie jak oni, rozniosły te pułki daleko i szeroko sławę jazdy polskiej z tą chlubną dla siebie różnicą, że żadnym zakałem nie obarczyły swego i Polski imienia.

Pułk ułanów nadwiślańskich wsławiony we Włoszech i w Hiszpanii, powstały w Legionach, posiada bez wątpienia przekaz zasług swoich w pamiętnikach jenerała Klickiego, jednego z dowódców tego pułku, a męża pod każdym względem należącego do najznakomitszych wychowańców Kościuszki.
Pułk zaś gwardii polskiej Napoleona dotąd z powodu nieszczęśliwych okoliczności, z przyczyny rozproszenia jego żyjących jeszcze towarzyszy, nie tylko nie doczekał się ogłoszenia swych dziejów, ale — jak się wyżej powiedziało — doznaje uszczerbku swej sławy. Wszelako nie doświadczy ten pułk świetny niepomyślnego losu Lisowczyków. Uzbrojenie i umundurowanie jego przekazane są potomności w zbiorach pomników francuskich gwardii Napoleona, a mianowicie w nieśmiertelnych obrazach Verneta i w dziele jenerała Wincentego Krasińskiego przypisanym cesarzowi Napoleonowi: O nauce robienia kopią czyli lancą, nie wspominając o licznych obrazach artystów polskich i francuskich, a dzieje pułku tego opisał we francuskim języku jenerał Dautancourt, jeden z majorów i organizator pułku. Pani Dautancourt, wdowa, żyje jeszcze w Paryżu i może dać najlepszą wiadomość o rękopisie swego męża.

Sławny dziejopis Thiers rzadko wzmiankuje o tym pułku, gdy jednak podobało się temu pisarzowi wyrzec w niedokładnym opisie bitwy pod Somosierra te boleśnie zadziwiające słowa: Chevau-Légers polonais, que Napoleon avait formé à Varsovie, pour qu’il y eut de toutes les nations et de tous les costumes dans sa garde — to jest: Lekkokonny pułk polski sformowany w Warszawie przez Napoleona, ażeby mieć w swojej gwardii wszystkie narody i ich stroje — przeto żeby zbić ten gruby zarzut Napoleonowi i pułkowi naszemu przez namiętnego dziejopisa uczyniony, zaczynamy pracę naszą od podania pamięci rodaków dekretu Napoleona stanowiącego utworzenie i skład tego pułku. Oto jest ten dekret w tłumaczeniu:

W obozie naszym cesarskim w Finkenstein dnia 6 kwietnia 1807 r.: Napoleon cesarz Francuzów i król włoski postanowiliśmy i stanowimy, co następuje:

Artykuł 1.
Utworzony będzie pułk lekkokonny polski gwardii.

Artykuł 2.
Pułk ten składać się będzie z czterech szwadronów, każdy o dwóch kompaniach.

Artykuł 3.
Każda kompania składać się będzie:

    • Z jednego kapitana,
    • dwóch poruczników I klasy,
    • dwóch poruczników II klasy,
    • jednego wachmistrza szefa,
    • sześciu wachmistrzów,
    • jednego furiera,
    • dziesięciu brygadierów,
    • dziewięćdziesiąt siedmiu szwoleżerów,
    • trzech trębaczy,
    • dwóch kowali.

Artykuł 4.
Sztab pułku będzie złożony:

    • Z jednego pułkownika dowódcy,
    • jednego kapitana instruktora wziętego z gwardii,
    • czterech szefów szwadronu,
    • jednego kwatermistrza podskarbiego,
    • jednego kapitana instruktora wziętego z gwardii,
    • dwóch adiutantów majorów wziętych z gwardii,
    • czterech podadiutantów majorów wziętych spomiędzy Polaków,
    • co służyli w Legionach we Francji,
    • jednego podchorążego sztandarowego,
    • czterech oficerów zdrowia, z których dwóch I klasy, a dwóch
    • z II lub III klasy,
    • jednego podinstruktora w randze wachmistrza szefa,
    • jednego artysty konowała,
    • dwóch pomocników artystów i konowałów,
    • jednego sztabstrębacza,
    • dwóch trębaczów brygadierów,
    • jednego mistrza krawca,
    • jednego mistrza rajtuźnika,
    • jednego mistrza szewca,
    • jednego mistrza do wyrobów broni,
    • jednego mistrza siodlarza,
    • jednego mistrza do ostrych wyrobów (êpérronier — płatnerz),
    • dwóch mistrzów kowalskiego rzemiosła.

Artykuł 5.
Żeby być przypuszczonym do korpusu szwoleżerów, trzeba być właścicielem lub synem właściciela, nie mieć mniej od lat 18, a nie więcej nad 40 lat wieku i opatrzyć się o własnym koszcie w konia, mundur, w rzęd i rynsztunek kompletne, stosownie do wydanego wzoru. Co się zaś tyczy osób, które by nie były w stanie sprawić sobie zaraź konia, munduru, rzędu i rynsztunku, tym dana będzie zaliczka. Koń będzie mieć miary 4 stóp i 9 cali najwięcej, a 4 stóp i 6 cali najmniej.

Artykuł 6.
Szwoleżery polskie gwardii będą mieć tę samą płacę co strzelcy konne gwardii. Pobierać będą żywność, furaże i będą mieć masy stosownie do taryfy oznaczonej przez pułkownika jeneralnego, dowódcę całej jazdy gwardii.

Artykuł 7.
Koszt pierwszego ekwipowania, jaki będzie zaliczony. przez Radę Administracyjną tym, co by nie mieli dostatecznych funduszów własnych, potrącany będzie aż do umorzenia z żołdu, licząc po 15 soldów dziennie.

Artykuł 8.
Rada Administracyjna, rachunkowość, rejestra urządzone będą w taki sam sposób, jak w innych pułkach gwardii konnej.

Artykuł 9.
Osoby, chcące się zaciągnąć do szwoleżerów gwardii, mają się przedstawiać bezzwłocznie księciu Poniatowskiemu, dyrektorowi wydziału wojny, przed którym usprawiedliwią się z przymiotów i warunków wymaganych przez artykuł 5. powyższy. Następnie przedstawią się majorowi wyznaczonemu do organizacji pułku, który zrobiwszy ich przegląd, wcieli takowych do pułku i zapisze w kontrolę ich wiek, opis osoby, kraj urodzenia, nazwisko ojca i matki. Kontrola ta podaną nam będzie do naszego podpisu.

Artykuł 10.
Nasz major jeneralny, minister wojny, ma sobie poleconym wykonanie tego naszego dekretu.

Pochlebiamy sobie, że czytelnicy nasi z przyjemnością ujrzą dekret ten cesarski obejmujący tak widocznie troskliwość o naszą młodzież i tę przezorność znawcy w całym urządzeniu nowego pułku na wzór strzelców konnych gwardii, owego regimentu powstałego z dawnych guidów jenerała Bonapartego, jemu ulubionego i którego mundur zwykle nosił. Dodajemy nawiasem, że Napoleon przeznaczył nam na garnizon Chantilly, gdzie są sławne stajnie Kondeuszów, stajnie najwspanialsze we Francji, a jakich może i w Anglii podobnych nie ma. To pewna, że Napoleon miał w nas. wielkie upodobanie. Pod Somosierra powtarzał: Sont-ils braves ces Polonais!, a w inszej okoliczności: Ces Polonais c’est tout l’honneur!
Stosownie do dekretu i do woli cesarskiej, jeszcze uprzednio objawionej, Rada Administracyjna warszawska ogłosiła była pierwej następujące postanowienie:

 

Dekret utworzenia gwardii polskiej Komisja Administracyjna warszawska

Wolą jest najjaśniejszego cesarza Francuzów i króla włoskiego, żeby był utworzony pułk lekkokonny polski o czterech szwadronach, który będzie wcielonym do gwardii cesarskiej i pełnić służbę w tych samych obowiązkach przy najjaśniejszym Napoleonie.
Pospieszamy oznajmić publiczności ten nowy zaszczyt, który jego cesarska mość udziela narodowi polskiemu, powierzając młodym ochotnikom polskim straż swojej uświęconej osoby. Pole otwierające się nauce, zasługom i sławie jest nadto szerokim, zaszczyt nadto pociągający, ażebyśmy potrzebowali namawiać tam, gdzie zapał i patriotyzm powołują pod sztandary narodowe większą liczbę ochotników nad liczbę postanowioną przez nas przez wzgląd na szczupłość funduszów. Nie przypuszczamy więc zaleceń, które by mogły ubliżać szlachetnemu zapałowi i gorliwości znanej narodu: polecamy tylko izbom administracyjnym departamentów, żeby założyły wpisy młodzieńców do tej gwardii, którzy się tłumnie zgłaszają do służby „wojskowej, i żeby rozpoznawszy ich usposobienie, ich moralność, ich stan zdrowia, ich wiek, wzrost i siły do ich zawodu odpowiednie, odsyłały tych ochotników do Jaśnie Oświeconego księcia Poniatowskiego, naszego dyrektora wojny.

Każdy ma wolny przystęp do tej gwardii, bądź szlachcic, mieszczanin czyli wieśniak; tylko złe obyczaje, nałogi, podłe rzemiosła, brak wychowania i wady ciała mogą do tej służby nie dopuszczać. Wszelako każdy pragnący mieć przystęp do tej gwardii, powinien być właścicielem lub synem właściciela, albo mieć ręczyciela swojej wierności. Gwardia ta będzie opatrzona w mundury, w konie, w rynsztunek i utrzymywana kosztem skarbu cesarskiego.

Ponieważ w wojsku ludzie luźni przeszkadzają ruchom wojennym, każdy gwardzista będzie obowiązany sam opatrywać swego konia, tego wiernego towarzysza swoich trudów.

Pospieszajcie, młodzi ochotnicy, stawiać się i zasłużyć pod opieką Napoleona wielkiego na imię wojowników d dowieść waszym męstwem, wytrwałością w pracy i cnotami Polakom wrodzonymi, że zasługujecie być wcielonymi do korpusu wyborczego narodu i wojska zwycięskich; wywdzięczcie się krajowi, przyczyniając się do jego chwały i zasługując na pochwałę bohatera,, odnowiciela i pokojodawcy świata.
Kraj tego po was żąda, odwaga wasza tego pragnie, sława i cesarz czekają na was.

Odezwa ta ogłoszoną będzie przez księcia dyrektora wojny. Działo się w Warszawie na posiedzeniu 19 lutego 1807
Stanisław Małachowski prezes. Józef książę Poniatowski dyrektor wojny Jan Łuszczewski sekretarz jeneralny Komisji Administracyjnej

Z takich to więc ochotników złożony był pułk gwardii polskiej. Nie nam sądzić z jakich powodów utworzył go Napoleon, ale i panu Thiersowi, aczkolwiek eks-ministrowi, mówcy i pisarzowi głośnemu, nie jest dano orzekać, że Napoleon zwerbował sobie pułczek w Warszawie dla pokazania paryżanom kurtek i czapek polskich.

Pułk nasz był złożony nie tylko z ochotników, ale z kwiatu młodzieży z całego kraju. Dość jest przejrzeć pobieżnie nazwiska, które nam się nawet w tym szczupłym artykule nasuwają, żeby się przekonać, iż ten pułk nie składał się z synów kraju, który zwano Prusami Południowymi, ale że złożony był z młodzieży przybywającej do Czarnego i Bałtyckiego Morza, od Dniepru i od Karpat, słowem, ze wszystkich zakątków dawnej Polski. Byli to po największej części studenci, ale i wiele było takich, co w obcych wojskach naukę i doświadczenie wojskowe pobierali; byli to w ogólności tacy, którzy nie dla utworu Księstwa Warszawskiego domy ojcowskie opuścili, lecz byli ożywieni tym duchem, jakim tchnie dekret Rady Administracyjnej, rządu zawiązanego w Warszawie.

Istotnie pułk ten był rodzajem reprezentacji krajowej przy Napoleonie, mającej połączyć cnoty odziedziczone z wykształceniem, jakiego położył zaród Komisja Edukacyjna i Sejm Czteroletni, a które miał uzupełnić twórca kodeksu, ustawy dla kraju. Dlatego w pułku naszym nie znano innej różnicy między towarzyszami broni, tylko tę, jaką daje; odznaczenie, zasługa, zdatność, nauka. Lubo w sztabie pułku nie było księdza kapelana, nie brakowało na uczuciach religijnych, jakie kto przyniósł z rodzinnego domu. Zresztą nie pytano się o wyznanie, o ród, o majątek i tym podobne przedziały klas towarzystwa ludzkiego. Śpiew ulubiony pułku zawierał tę zasadę: „Wszyscy bracia, bo Polacy, kochajmy się wszyscy razem!” — I tak w korpusie oficerów widziano obok Radziwiłłów, Giedroyciów, Kilińskiego , Kocha i innych synów miasta Warszawy, a w szeregach znaleźć można było starozakonnych ożywianych przykładem Berka majora i Tatarów mahometanów, których po wyprawie r. 1812 była cała kompania, stanowiąca szwadronik bojowy ubrany po tatarsku.

Z przytoczonego dekretu Napoleona przekonają się nasi czytelnicy, że szwoleżery polskie były starą gwardią od początku formacji całkiem asymilowani do strzelców konnych gwardii. Jeżeli po pamiętnym natarciu pod Somosierra biuletyn urzędowy numer 13 z dnia 2 grudnia 1808 r. zawiera te słowa: — Ce régiment s’est couvert de gloire et a montré qu’il était digne de faire partie de la Garde Impériale, to jest: — Pułk tein okrył się sławą i dowiódł, że jest godzien być częścią gwardii cesarskiej — to bynajmniej nie ma znaczyć, że dopiero za ten czyn był przyjęty do gwardii, ale że będąc pułkiem młodym, obcym, którego tylko jeden oddział był pierwej odznaczył się pod Rioseco, okazał się w oczach cesarza godnym tej łaski, do której go powołał jeszcze w Warszawie i w Finkenstein.

Andrzej Niegolewski szwoleżerRównie błędnie niektórzy przyjaciele nasi mniemali, jak Niegolewski pisze, że dopiero za bitwę pod Somosierrą przeszliśmy z młodej na starą gwardią. Kiedy Napoleon podpisał dekret naszej formacji, nie było jeszcze młodej gwardii, a przynajmniej nie było jej z pewnością w jeździe. W naszym zaś dekrecie wyraźnie stoi, że marny żołd i całą organizacją na wzór najdawniejszego pułku gwardii konnej, strzelców konnych.
Inni twierdzili, że za nagrodę nadzwyczajnego natarcia pod Somosierra otrzymaliśmy zaszczyt tworzenia czoła kolumny gwardii konnej francuskiej. Rzecz się ma inaczej. Zawsze najlżejszy i najmłodszy oddział jakiejkolwiek broni we wszystkich wojskach postępuje przodem. Póki pułk polski był najmłodszym w jeździe gwardii cesarskiej, szedł na czele. Gdy później cesarz utworzył pułk ułanów holenderskich, ci zajęli czoło kolumny, a ustąpili go znowu pułkom des gardes d’honneur i des Éclaireurs, jakie w ostatnich czasach napoleońskich nastały.

Dodać jeszcze musimy dla sprostowania licznych w tym pomyłek, że do końca roku 1809 nie byliśmy uzbrojeni w kopie, czyli lance. Mieliśmy karabinki, pistolety i pałasze, byliśmy czysto szwoleżerami. Dopiero dostawszy do powyższej broni jeszcze kopie w obu szeregach zostaliśmy przezwani: Chevaux-Légers Lanciers polonais de la Garde. Gdy jednak to uzbrojenie okazało się uciążliwym i niestosownym, wróciliśmy się do przyjętego przez sławnych usarzów polskich zwyczaju, że tylko pierwszy szereg był uzbrojony w kopie, czyli lance, a drugi szereg został przy karabinkach, ma się rozumieć i pałaszach. Takie uzbrojenie jazdy polskiej okazało się najskuteczniejszym, lecz nie tu jest miejsce rozpisywać się nad tymi szczegółami należącymi do taktyki jazdy.

Lubo umundurowanie pułku jest znane z wielu obrazów i szczegóły tego umundurowania nie dadzą się tak opisać jak wyobrazić, nie zawadzi podać i o tym jakąkolwiek wiadomość czytelnikom, a pamiątkę synom naszym.

Z początku, gdy ochotnicy więcej mieli upodobania w mundurach niż doświadczenia wojskowego, postanowiono dwie barwy mundurów: paradny biały, służbowy granatowy, a te dla oficerów znowu podzielono: na wielki i mały mundur. Wielki był polski, to jest kurtka, mały — francuski, to jest frak, prócz jeszcze surdutów dla oficerów, spencerów dla szeregowych, płaszczów i różnych dodatków. Sądziły zapewne wnuki dawnych usarzy, że kolebki i skarbniki czterokonne będą za nimi ciągnąć.

Miał więc cały pułk jednostajne polskie czapki karmazynowe sukienne pikowane, z przodu metalowym złoconym pół słońcem ozdobione, a w środku tego promienistego półsłońca była na białym dnie litera N złocista z podobnąż koroną cesarską. Potrzeby wszelkie u czapki były u oficerów srebrne, u podoficerów pół srebrne, pół jedwabne karmazynowe, u brygadierów i szeregowych białe. Toż ma się rozumieć o szlifach i akselbantach, które ostatnie w wojsku francuskim były oznaką gwardii lub żandarmerii. Okucie daszka czapki, łańcuszek do podpinania i inne metalowe przybory u oficerów srebrne, u reszty posrebrzane. W paradzie zakładali wszyscy do czapek pióra białe, wykwintne, strusie lub kapłonie. Oficerowie starsi, aż do szefa szwadronu włącznie, mieli czapki karmazynowe aksamitne pikowane srebrem i kity z piór czaplach. W marszu chowały się wszelkie ozdoby lub pokrywały pokrowcami — prócz szlif i akselbantów — a czapki osłaniały się ceratą czarną.

Jozef zaluski wspomnienia

Atoli oprócz czapek jednostajnych miały być od parady kurtki białe z wyłogami karmazynowymi, bogato srebrem haftowanymi, i spodnie karmazynowe z lampasami srebrnymi; zaś balowe fraki podobnież białe z wyłogami karmazynowymi i z takim samym haftem jak kurtki. Kiedy te paradne mundury białe postanowiono, nie spodziewano się zapewne, że nim połowa pułku opuści Warszawę, pierwsze oddziały będą się już biły w Hiszpanii, w Madrycie dnia 2 maja i pod Rioseco dnia 14 lipca 1808 r. Gdy więc wkrótce okazało się, że nasza gwardia nie do salonów dworskich, ale do obozów i wojny stworzona, i że. przy pułku nikt prócz starszych oficerów sztabowych bryczki mieć nie może, przeto wkrótce zaniechano tych mundurów paradnych białych i przyjęto jednostajne kurtki granatowe z wyłogami karmazynowymi, rozpiętymi, a spodnie granatowe z lampasami karmazynowymi za strój od porady. Wyłogi miały u oficerów wszelkiego stopnia lekki haft srebrny na kształt łańcuszka, zaś u podoficerów i szeregowych galonki srebrne. Na paradę były wyłogi rozpięte, kurtki na haftki zapinane, a oficerów szarfy srebrne karmazynem przerabiane. Na służbę i marsz były kurtki na krzyż zapięte i rajtuzy skórą podszyte. Spodnie karmazynowe pozostały tylko u sztabsoficerów do ich woli. Rzemienie, to jest pasy do pałasza, na klamrę z orłem francuskim, pas do ładownicy, owo zgoła wszystkie rzemienie białe, starannie czyszczone. To samo wszystko u oficerów srebrne, safianem czerwonym podszyte. Płaszcze były u oficerów granatowe, surduty takież, furażerki oficerskie były to konfederatki karmazynowe z baranem czarnym. Podoficerowie i szeregowi mieli płaszcze białe z kołnierzem karmazynowym, furażerki zaś kroju francuskiego, o trzech kolorach polskich.

Jozef zaluski wspomnienia 2

Trębacze byli zrazu całkiem karmazynowo z wyszywaniami srebrnymi i białymi, lecz później przybrali czapki białe z piórami czerwonymi i kurtki białe z wyłogami karmazynowymi, zresztą podzielali ozdoby właściwe całemu pułkowi, siedzieli na koniach siwych, czapraki mieli karmazynowe. Zaś czapraki w całym pułku były granatowe, ozdobne z frontu po obu bokach literą N z koroną, a po tylnych końcach orłem cesarskim także z koroną; to wszystko u oficerów srebrem, u niższych rang i szeregowych suknem białym i sznurkiem karmazynowym wyszywane, rzęd na konie ozdobny, mantelzaki karmazynowe. — To wszystko, jakkolwiek tylko w skróceniu opisane, sprawiało i z osobna, a więcej jeszcze w masie widok zajmujący. Żaden pułk gwardii francuskiej konnej nie miał tyle i tak gustownego blasku: te pióra strusie na lśniących karmazynowych czapkach, te barwy niegdyś mundur województwa krakowskiego stanowiące, tak pięknie dobrane, biała, granatowa i karmazynowa, sprawiały nie tylko w paradzie, ale nawet i w marszu widok ujmujący. Gdy do tego przybyły jeszcze proporce, pół białe, pół karmazynowe, postawa pułku stała się. jeszcze bardziej zachwycająca.
Wszakże był ten mundur naśladowaniem, lecz o dużo wydoskonalonym, dawnej kawalerii narodowej i gdy książę Józef Poniatowski lustrował pierwszy oddział pułku, wyruszający z Warszawy na bitwę pod Friedland, wyrzekł: — Ach! jak mi to przypomina kawalerię narodową! to jest istna kawaleria narodowa. — Było w tym zdaniu i trochę urągania: książę nie miał dobrego wyobrażenia o naszej karności, nie przewidywał książę, jak się prędko wykształcimy przy wzorach starej gwardii francuskiej. A gdy w r. 1813 na rewii pod Dreznem piętnaście szwadronów bojowych naszego pułku przed Napoleonem galopem przeciągało, przywołał cesarz księcia Poniatowskiego, który świeżo z Krakowa był przyciągnął, i spytał go Napoleon: — A co książę! ozy masz co podobnego? — Na to ¡książę Józef odrzekł: — Go do powierzchowności nie mam, ale mam równe co do wewnętrznej wartości.
Jakkolwiek bądź, nie ubliżając bynajmniej męstwu i karności pułków jazdy polskiej, nikt nam nie zaprzeczy, że skład pułku, z którego szeregowi wychodzili na oficerów do innych pułków różnej broni, musiał stać moralnie wyżej od wszelkich innych, jakoż był gwardią Napoleona. Widzieliśmy z dekretu formacji, jaki był skład pułku naszego przy jego tworzeniu się. Później po pierwszej wyprawie hiszpańskiej w r. 1808, gdy ubytek w pułku był znaczny, tak przez straty w boju, jak i przez awans naszych szeregowych i podoficerów niektórych na oficerów do pułku konnego i pieszych Legii Nadwiślańskiej, zaczęto wybierać ochotników do skompletowania naszej gwardii z całego wojska polskiego pozostałego w Księstwie Warszawskim, bez różnicy broni. Ochotnicy ci, tak oficerowie, podoficerowie i bardzo odznaczeni szeregowi, podawali się sami, a komisja na to wyznaczona rozpatrywała ich usposobienia. Byli oficerowie, co przybywali w równej randze do gwardii, ale byli i tacy, co przybywali na prostych szwoleżerów, z zapału do walczenia blisko pod okiem wielkiego bohatera i zachwyceni wiadomością o sławie pułku, a mianowicie u Somosierry. Później jeszcze, po r. 1809, utworzono w Warszawie zakład pułku ” dla trudnienia się wybieraniem ochotników z pułków na dopełnienie gwardii i skupowaniem koni. Zakład ten istniał w Warszawie aż do końca r. 1812, potem przeniósł się do Krakowa i z księciem Poniatowskim przybył do Drezna w r. 1813.

Peterswalde

Musimy jeszcze czytelnikom naszym objaśnić, jak to na rewii pod Dreznem wyżej cytowany pułk nasz mógł mieć piętnaście szwadronów? Według dekretu cesarskiego pierwotnego pułk składał się z czterech szwadronów, a z ośmiu kompanii — lecz gdy w wojsku francuskim ówczesnym szwadron manewrowy, czyli bojowy, składał się z czterech plutonów po dwanaście rot, więc rozróżnić trzeba: szwadron „etatowy” — escadron de comptabilité — od szwadronu „w boju” lub na „mustrze” — escadron de manoeuvre et de guerre. Miał więc pułk zrazu cztery szwadrony etatowe po 250 koni, co tworzyło dwa małe szwadrony na musztrze i w boju; a zatem miał pułk w początkach, gdy się złączył w Hiszpanii w r. 1808, szwadronów bojowych ośm.

Ale później przybyły szwadrony etatowe: 5. 6. 7. po 250 koni każdy i jeszcze w r. 1813 kompania, czyli szwadronik Tatarów, tak że pułk nasz podczas zawieszenia broni występował w roku 1813 w Dreźnie w piętnaście szwadronów, to jest przeszło 1500 koni. Trzeba albowiem wiedzieć, że w roku 1812 w Wilnie cesarz dekretował utworzenie pułku gwardii litewskiej, zupełnie do naszego asymilowanej, z tą dawną w Polsce używaną różnicą, że pułk litewski zamiast ozdób srebrnych i białych miał ozdoby złote i żółte. Ten pułk miał szwadrony cztery — nie wiem jak liczne? — formował się w Warszawie pod dowództwem jenerała Konopki, który będąc majorem w naszym pułku, postąpił w Wilnie na dowódcę gwardii litewskiej i kadry do niej z naszego pułku dostał. Gdy zaś ten pułk został w Słonimiu rozbity przez jenerała rosyjskiego Czaplica (Polaka), więc co uszło z tej nieszczęśliwej porażki lub co z tego pułku pozostało w Warszawie, to wszystko zostało wcielone do naszego pułku. Szwadron piąty został sformowany w Gdańsku przez Seweryna Fredrę z ochotników wileńskich, szwadron szósty z reszty gwardii litewskiej przez Ambrożego Skarżyńskiego, szwadron siódmy z ochotników krakowskich przez Stanisława Rostworowskiego.

Tyle dajemy szczegółów czytelnikom naszym, pobieżnie, o pułku gwardii polskiej Napoleona. Okazały się w latach 1854 i 1855 dwa dzieła, z których ciekawi mogą więcej zaciągać wiadomości o naszym pułku: jedno w Poznaniu przez pułkownika Niegolewskiego, drugie w Paryżu bezimienne „. Do tych źródeł odsyłając naszych czytelników, przystępujemy do sprostowania zdań i powieści o naszym pułku, jakie nam się w różnych pismach polskich, a mianowicie w „Czasie”, czytać zdarzyło i dodając niektóre uwagi nasze o zasługach tego pułku względem kraju. […] Napotkaliśmy w Kalendarzu krakowskim pana Józefa Czecha na r. 1856 powieść niby starego majora, zresztą z niepospolitym talentem napisaną, jakoby tenże weteran opowiadał dla zbudowania młodych słuchaczy przygodę bitwy pod Somosierra na przykład i naukę, jak to bezbożność w wojnie karaną bywa; a zatem powieść ta ma za przedmiot brak religii w pułku gwardii polskiej. Autor wystawia nie tylko rabunek miasta Lermy przez wojsko francuskie, ale i rabunek kościoła katolickiego przez szwoleżerów polskich gwardii, co więcej przez oficera Polaka. Następuje zanotowanie sobie przez opowiadającego nazwisk wszystkich tych bezbożników, aż wkrótce pokazało się, że ci, co polegli pod Somosierra w liczbie pięćdziesięciu siedmiu, byli ci sami, których nazwiska ów weteran, wówczas wachmistrz starszy w szwoleżerach gwardii, naznaczył był sobie krzyżykami!…

Nie ma potrzeby zajmować czytelników poszczególnym rozbiorem i zbijaniem tej powieści. Żyje nas między innymi trzech kolegów spod Somosierry w Galicji, prócz mnie piszącego pułkownicy Piotr Krasiński i Gabriel Siemoński, a czwarty kolega, pułkownik Jędrzej Niegolewski, w Poznańskiem.
Pytałem się tych wszystkich, czy wiedzą co o rabunku miasta Lermy w pochodzie od Burgos pod Somosierrę, a mianowicie o rabunku tamecznego kościoła przez gwardią polską — albowiem ja, który przez dni kilka bawiłem w Lermie i co wiele szczegółów tamecznych pamiętam, nic podobnego ani widziałem, ani przypuścić mogę. Koledzy odpowiedzieli mi wszyscy mniej więcej z oburzeniem, a najmocniej Niegolewski: ta cała powieść jest nam niezrozumiałą, bo w jednych miejscach ukazuje ślady, jakoby opowiadacz miał jakie takie wyobrażenie o kraju hiszpańskim i o składzie pułku gwardii polskiej, w innych zaś miejscach objawia najzupełniejszą niewiadomość i sam z sobą jest częstokroć w sprzeczności.

Jako to: pan major popisywał się pod Rioseco i wytrzepawszy tam porządnie Hiszpanów, jak się wyraża, wszedł w tryumfem do Madrytu. Zapomina więc pan major, że szwadron Wincentego Radzimińskiego, co walczył 14 lipca pod Rioseco, nie był w Madrycie wcale, aż dopiero po zajęciu tej stolicy przez Napoleona w grudniu. Zapomina również, że szwadrony, co wkroczyły do Madrytu na wiosnę jeszcze z Muratem, pod dowództwem samego pułkownika Wincentego Krasińskiego i szefów szwadronu Tomasza Łubieńskiego i Jana Kozietulskiego, wyszły z Madrytu także właśnie tego samego dnia 14 lipca, którego Radzimiński walczył pod Rioseco. Szwadrony te szły w pomoc marszałkowi Bessières i złączyły się z nim pod Rioseco, ale już po bitwie. Zapomniał więc opowiadacz, że cały oddział gwardii polskiej, jaki był w. Madrycie, opuścił to miasto, nie doczekawszy się mizernego wejścia króla Józefa29 do nie swojej stolicy ani sromotnej jego z niej ucieczki. To znowu opowiadacz robi Kozietulskiego swoim rotmistrzem, ten każe mu ludzi wołać do apelu, jakiś adiutant cesarski daje Kozietulskiemu rozkaz: Mon capitane! faites charger ces coquins là! Same szczegóły mylne. Kozietulski nigdy nie był w naszym pułku rotmistrzem, czyli kapitanem, żaden wachmistrz szef czy wachmistrz starszy nie czytał przed nim apelu. Kozietulski był szefem szwadronu, tj. miał rangę pułkownika, żaden adiutant cesarski nie byłby się ważył przemówić do niego inaczej jak: mon colonel, bo marszałkowie, sam Napoleon nawet dawał szefom szwadronu i batalionu gwardii tytuł pułkowników. Kozietulski był dowódcą 2. szwadronu, składającego się z 2. kompanii kapitana Jerzmanowskiego i 6. kapitana Radzimińskiego, które to dwie kompanie były się już dawno przed Somosierra połączyły, to jest oddziały z Madrytu i spod Rioseco, bo cały pułk, czyli wszystkie ośm kompanii, i te, co były już dawniej w Hiszpanii, i te, co nadciągnęły z Polski, były się zeszły między Pancorbo i Brivieska i stały obozem podzielone na dwa regimenta, każdy o czterech szwadronach bojowych. Pierwszy regiment pod pułkownikiem Krasińskim stał pod Santa Maria del Cobo, drugi pod majorem Dautancourt przy Briviesce. Kozietulski pod Somosierra nie nacierał ze swoim 2. szwadronem, ale z 3. składającym się z kompanii: 3. kapitana Dziewanowskiego :2 i 7. kapitana Piotra Krasińskiego. Szefem szwadronu 3. był Ignacy Stokowski, ten nie był jeszcze osobiście zdążył do Hiszpanii i dlatego adiutant major kapitan Duvivier — jak to dobrze pamiętam — o brzasku dnia pod Bocequillas komenderował na służbę z kolei szefa szwadronu Kozietulskiego i tym sposobem to ten znakomity oficer prowadził do boju 3. szwadron.

Jeszcze jedną, a to grubą militarną pomyłkę popełnił opowiadacz pan major mówiąc: ,,Z tym wszystkim gdyby Hiszpanie byli choć jeden zasiek zrobili na gościńcu i diabły nic by nie wskórali.” Najpierw niech daruje pan major, ale to wyraz niereligijny, a po wtóre myli się, bo był zasiek, czyli raczej rów przez gościniec przekopany, i właśnie poty Napoleon jazdy nie wysłał, póki piechota rowu tego chrustem i kamieniami nie zasypała.
To są szczegóły może mało czytelnika obchodzące, ale dające poznać, że nie każdemu wolno bawić się powieścią z czasów tak bliskich, gdzie jeszcze uczestnicy czynu opowiadanego żyją, a które są tak ważne dla imienia polskiego. Podobne sceny rabunku, mordów bezowocnych i bezbożności może niestety, godzi się wydobywać z zapadłych pamiątek Lisowczyków, ale nie z szeregów gwardii Napoleona, której reprezentanci czuwają jeszcze nad jej sławą, lubo rozproszeni po szerokim kraju, który ich za szlachetniejszym przeznaczeniem powołał z ojczystych progów do boju. Z jakiego czasu i opowiadacza pochodzi ta krzywdząca nasz pułk i pamięć bohaterów Somosierry anegdota, okazuje najlepiej włożona w usta Kozietulskiego komenda: En avant marche, marche! Ten rodzaj komendy podwójnego marszu nie istniał w regulaminie francuskim ani w piechocie, tym mniej w jeździe. Pierwszy raz taką komendę usłyszeliśmy z chrapliwych ust wielkiego księcia Konstantego.

Jakkolwiek bolesno nam jest czytać tę potwarz rozpowszechnioną przez Kalendarz krakowski, stosujemy się do zdania kolegi Niegolewskiego, że ta plotka nie zasługuje na odpowiedź i opuszczamy ją, gotowi każdego czasu podnieść rękawicę w obronie moralności i religijności naszego pułku, gdyby tego zdarzyła się potrzeba.

Wszelako przychodzi nam na pamięć wypadek zdarzony przed frontem tego samego trzeciego szwadronu, o którym dotąd była mowa. W jednej wielkiej bitwie, gdy kule armatnie ostro grały, zdarzyło się, że szwoleżer młody uchylił głowy przed przelatującą nad nim kulą armatnią. Żołnierze sąsiedzi zaczęli na niego powstawać i chcieli, żeby ustąpił z szeregu. Szef szwadronu 3., Ignacy Stokowski, dawny legionista, słysząc to, odwrócił się do frontu i rzekł mniej więcej te słowa:

— Koledzy, nie miejcie za złe młodemu wrażenia, jakie na nim pierwszy ogień robi. Ja wiem, że on się przy bliskiej sposobności odznaczy; a ty młodzieńcze przeżegnaj się w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i bądź przekonany, że ci się nic nie stanie bez boskiej woli. — Jakoż wkrótce po kanonadzie nastąpiły kilkakrotne natarcia jazdy i młody szwoleżer istotnie się odznaczył.
Jakkolwiek szkoda było talentu autora powieści o owej bezbożności ziomków i karze zań, była to wszelako tylko powieść, coś na kształt owych z tysiąca nocy i jednej; fikcja, pogadanka przy kominku bez pretensji do prawdy — ale kiedy się cytuje po imieniu i nazwisku żyjących działaczów, nie wolno jest pisać o nich bez ich osobistego zezwolenia.

W „Tygodniku Warszawskim” nr XV, w „Czasie” z dnia 19 kwietnia 1855 czytamy relacją o bitwie pod Somosierra jakoby pochodzącą wprost od kapitana Wincentego Toedwena. Znamy tego zacnego kolegę, znamy jego działalność, możemy powiedzieć jego cnoty, i dlatego właśnie pokładamy zdanie, że relacja o Somosierze tak jak jest wydrukowana w „Tygodniku Warszawskim”, nie jest wierną opowiadaniu kapitana Toedwena. Jakoż i autor „Tygodnika” sam pisze: „Toedwen, jeden z naocznych świadków tej sławnej rozprawy, żyje do dnia dzisiejszego, a będąc w miesiącu grudniu 1853 w Warszawie, opowiadał sam ciekawe szczegóły dotyczące tej bitwy, które jeden z obecnych skreślił do swych notât i nawet odczytał je w pewnym literackim gronie. Zrobiłem za pozwoleniem właściciela tych notât wyjątek z tychże i podaję tak, jak wyszły z ust starego wojaka”.
Otóż to tej autentyczności opowiadania Toedwena zaprzeczamy: mała okoliczność, ale Toedwen nie mówiłby: „Napoleon widząc leżących zabitych ułanów naszych”, bo dobrze wiedział, że wtenczas ułanami nie byliśmy. Po wtóre, choćby Toedwen i miał był kontrolę w czapce, to chyba swego plutonu, bo nigdy nie był wachmistrzem szefem, a choćby i był, to by był tylko jednej kompanii, a w tekście „Tygodnika” stoi: „kontrola szwadronu, którą miałem w kaszkiecie”. I tego wyrazu „kaszkiet” nie byłby Toedwen użył, bośmy kaszkietów nie mieli, a to tym mniej, że tej kontroli nie mógłby użyć, chyba dla przypomnienia o stu naszych — ma się rozumieć poległych — braciach, bo w całym szwadronie złożonym z dwóch kompani, 3. i 7., nie zginęło tylko pięćdziesięciu siedmiu ludzi, a więc z jednej kompanii nie mogło ich zginąć sto. Lubo pamięć nasza o naturze wąwozu Somosierry, aczkolwiek go po dwakroć przebywaliśmy, po czterdziestu ośmiu leciech trochę mgłą zaszła, nie można — nawet militarnie — na to przystać, żeby wąwóz Somosierry nie miał długości „wiele więcej nad pół wiorsty”. Prawda, że w r. 1808 ani piszący, ani Toedwen nie mierzyliśmy drogi do sławy na wiorsty, w tej więc mierze, nam obu nowej, możemy się obydwa mylić, ale nam się zdaje, że wąwóz był znacznie dłuższy.
Twierdzić zaś, że wszelkie usiłowania Francuzów o zdobycie tej pozycji spełzły na niczym, to jest zapominać, czym był obecny Napoleon i czym by! cały korpus pierwszy wojska marszałka Victor. Wreszcie któż by był zabronił Napoleonowi obejść tę pozycją lub maszerować na Madryt z Burgos głównym traktem? Bardzo dobrze w tym punkcie odpowiada za nas literatowi warszawskiemu dziejopis Thiers. […] ”

Wincenty Toedwen szwoleżerMy do tego dodajemy, że cesarz byłby niezawodnie zdobył wąwóz Somosierry piechotą, aleby to kosztowało kilka tysięcy zabitych i rannych, wtenczas kiedy zdobycie impetyczne przez jazdę nie poniosło i stu ludzi straty. To jest tą zagadką militarną, na której rozwiązanie posłał Napoleon Polaków, bo znał skład tego pułku, że każdy gotów był lecieć oślep na śmierć dla sławy kraju, dla honoru pułku, a zwłaszcza w oczach jego samego.
Nie przypuszczamy więc, żeby uwagi nad trudnością zdobycia Somosierry pochodziły od kolegi starszego Toedwena — było albowiem dwóch tego imienia oficerów w pułku — a jakkolwiek szacujemy osobę i pamięć kapitana, nie możemy pozwolić na to pod żadnym względem, żeby marszałek Berthier miał przedstawiać cesarzowi, że to natarcie jazdy na armaty hiszpańskie było niepodobieństwem. Również nie wypada nam zaprzeczać zupełnej możności, żeby kolega Toedwen, który naówczas był tylko wachmistrzem, nie miał w kilka dni potem rozmowy z majorem jeneralnym, marszałkiem Berthier, księciem de Neufchâtel, ale byłoby to szczęście osobliwsze dla wachmistrza, bo Berthier był arcymałomównym, suchym i niekoniecznie sprzyjającym sprawie Polaków. Wszakże nie ma w takowym rozmawianiu majora generalnego jeszcze niepodobieństwa, lecz pomnożenie istotnych ran Niegolewskiego jedenastu aż do liczby trzydziestu dwóch czyni podejrzanym o przechwałkę niejeden szczegół tej relacji o Somosierze, przypisanej Toedwenowi. To tylko z tej relacji z upodobaniem uważamy, że oprócz wiadomych nazwisk oficerów, co polegli pod Somosierra, czytamy nazwiska Benedykta Zielonki i Wincentego Dubieckiego jako oficerów trzeciego szwadronu, i że ta relacja podaje siłę nacierającego szwadronu: sto dwadzieścia pięć koni. W tych obu szczegółach zgadzamy się, lubo szanowny kolega Niegolewski w obu tych przedmiotach jest innego zdania. Każdy z nas może się mylić, bo jest temu, jak się już powiedziało, lat czterdzieści osiem. Ale ja wiem dowodnie, kiedy Zielonka i Rudowski między innymi zostali oficerami, bo w tej samej nominacji ja awansowałem na porucznika pierwszej klasy, a Zielonce darowałem szlify i akselbanty oficerskie, w których odbył bitwę pod Somosierra, ale w kurtce wachmistrzowskiej, zaś Rudowski poległ w kurtce niby oficerskiej, ale jeszcze nie haftowanej. Nie tyle pamiętam, czy natenczas także Wincenty Dobiecki został oficerem, lecz to wiem, że był pierwej wachmistrzem szefem w kompanii 7., zaś Zielonka nigdy nie był wachmistrzem szefem, choć tak stoi w opisie Somosierry przez jenerała Łubieńskiego, o którym będzie mowa później.

Wrócimy jeszcze do opisu osnowanego na opowiadaniu kapitana Toedwena, ale teraz przejdziemy za przewodnictwem tego samego „Tygodnika Warszawskiego” do nekrologu kapitana naszego Romana, w zeszycie trzecim Cmentarza Powązkowskiego, wydanego w Warszawie r. 1855 przez czcigodnego Kazimierza Władysława Wójcickiego, który to nekrolog i przypisy do niego powodowały autora „Tygodnika Warszawskiego” w „Czasie” ująć się za — jakoby zapomnianym — kapitanem Toedwenem i umieścić poprzednio rozebrany przez nas artykuł o nim.
Otóż względem pochwały walecznego kapitana Rorríana jesteśmy tego samego zdania co względem Toedwena, że oni oba co innego albo inaczej opowiadali, a przyjaciele inaczej opisali, niepomni na tę przestrogę, że nie ma nic gorszego jak niezręczny przyjaciel.
Oba koledzy byli wachmistrzami pod Somosierra, oba byli w nacierającym szwadronie, oba się odznaczyli, obu znaliśmy, kochaliśmy, poważaliśmy, . ale gdy nie byli oficerami w czasie natarcia, a przeciwnie kilku oficerów nacierających zostało przy życiu, bo był jeszcze porucznik pierwszej klasy Wincenty Szeptycki44 z kompanii 7., którego artykuł o Toedwenie nie wspomina, więc na próżno przyjaciele Wincentego Toedwena i Wiktora Romana twierdzą z sobą sprzecznie, jakoby każdy z nich pozostał najstarszym przy końcu natarcia. Autor „Tygodnika” zadziwia się, dlaczego nekrolog Romana ani razu nie wspomina o Toedwenie, a sam, podając nam jakoby relacją z ust Toedwena, znowu w niej o Romanie ani słowa nie zamieszcza. Dlaczego? Bo obaj byli tylko wachmistrzami, a starsi od nich oficerowie żyli. My wszyscy zaś dotąd przyznajemy to Niegolewskiemu jednemu, co przyjaciele Toedwena i Romana chcą w niepojęty sposób im obydwu przypisać. Tym boleśniej jest dla piszącego czytać dalej, jakoby Napoleon miał gdzieś w jakiejś niedopytanej twierdzy przez Romana zdobytej, gdy go ten w bramie przyjmował, poklepać go po ramieniu i wyrzec: — „Tu cię poznaję, ostatni dowódco szarży na Somosierra!”

Co się tyczy obrony kapitana Brockiego od niewoli, to się działo w okolicach Moskwy. Nie zaprzeczamy, że Roman zrobił co mógł dla obrony swego starszego, ale nie w sposób tak niezrozumiały, i że szanowny Aleksander Brocki, kolega nasz ukochany, późniejszy radca Komisji Skarbu Królestwa Polskiego, nie uszedł wówczas niewoli i nie wrócił do Warszawy aż po ukończonej wojnie. Nie słyszeliśmy nigdy o zakładzie z oficerami jazdy nieprzyjacielskiej, jakoby ich Roman czterech uzbrojonych w pałasze pobić miał sam jeden lancą i że skutkiem tego odbył z tymi czterema oficerami nieprzyjacielskimi pomyślnie cztery pojedynki na pałasze.

Wiktor Roman szwoleżerNie wiem, kto redagował tekst nekrologu kapitana Wiktora Romana, ale na stronie 124 wymknęły mu się te wyrazy: „dzisiejsze pokolenie nie zechce wierzyć temu i jako bajkę przyjmie”.

Otóż na nieszczęście nie dzisiejsze pokolenie, ale siedmioletni koledzy wojny zaprzeczają tym egzageracjom i poczytują takowe za złe w imieniu rycerza samego, któremu te przechwałki ubliżają równie jak pułkowi, w którym on położył zasługi.

Dlaczegóż czytamy w tym samym zeszycie Cmentarza Powązkowskiego nekrologi pułkownika piechoty Cypriana Godebskiego i majora Luxa, pełne powagi, prawdy i prostoty, tak jak przystało na bohatera spod Raszyna i rycerza z San Domingo? Dlaczegóż musimy czytać przeciwnie w „Tygodniku Warszawskim” w owej pogadance przypisywanej Toedwenowi, że „kontrola szwadronu” (?) w kaszkiecie jego tak była posiekana kulami, że nie można jej było użyć do apelu. Te i tym podobne anegdoty są z rodzaju tych osławionych, które niestety, zwłaszcza od niejakiego czasu, przypisują Radziwiłłowi Panie Kochanku, a które może niejeden pisarz podrabia…

Nie trzeba, żeby świetne, czyste, wzorowe zasługi naszej gwardii przechodziły przez obłąkane pióra na pole owych pamiętników Dmochowskiego z Przemyśla, które wydał Jędrzej Koźmian, a w którym dziele, prócz przedmowy Koźmiana, nie ma nic, co by krytykę wytrzymało… I tam są twierdze zdobywane, o których nikt nigdy nie słyszał, i epizody romantyczne o ognistych oczach, o ostrych sztyletach, o zabójczych truciznach, tak jak w nekrologu kapitana Romana, co bardzo może być piękne w melodramacie, ale bardzo nudne dla tych, co przebyli trzy lata w Hiszpanii prawie w ciągłej wojnie.

I tak co do romantycznych przygód kolegi Romana musimy już aż do znużenia powtarzać, żeśmy w latach 1807, 1808, 1809 nie byli ułanami. Dodajemy uwagę, że Roman Wiktor nigdy nie był kapralem, ani żaden z imienników jego kilku w pułku gwardii polskiej, bo kaprale byli tylko w piechocie, a nasz pierwszy stopień, jak to widać z dekretu formacji, miał nazwę brygadiera; że przez trzy lata pobytu w Hiszpanii nie doznaliśmy ani owych sztyletów, ani owych zabójczych trucizn od pięknych Hiszpanek, że przeciwnie, bardzo wielu oficerów polskich pożeniło się w tym kraju z córkami znakomitych rodzin, jak jenerał Estko, jak pułkownik Chłusowicz i wielu innych, że nigdy nie słyszeliśmy o jakiejś przeprawie brygadiera Romana przez morze, w którym konie musiały pływać, że tenże kolega nie mógł dostać warkocza od pięknej branki, udając się na bitwę pod Burgos, bo to się sprzeciwia chronologii ruchów naszego pułku. Nie przypuszczamy także, żeby Napoleon sam podpisywał nominacje podporuczników, czyli raczej poruczników II klasy, bośmy w żadnym stopniu takiej z podpisem jego nie odebrali, a tym mniej pojmujemy, żeby cesarz był napisał lub podpisał te wyrazy: Il commanda le premier peleton de l’escadron, qui chargea SomoSierra, et donna l’exemple de cette témérité et bravoure, qui lui mérita mon estime — Dowodził pierwszym plutonem szwadronu, który szarżował pod Somosierra i dał przykład owej śmiałości i męstwa, co mu zjednało mój szacunek.

Ponieważ zaś nekrolog kolegi Romana zaczepił charakter narodu hiszpańskiego, zarzucając mu sztylety i trucizny, nie chcemy opuścić sposobności oddania naszego świadectwa narodowi hiszpańskiemu, iż jeżeli lubi się sam nazywać heroica nación, to jest takim istotnie. Nic w Hiszpanii nie znaleźliśmy podłego, wiele, bardzo wiele do naśladowania. Cóż tam cudzoziemcowi nachodzącemu ich kraj narzekać na sztylety, kiedy tam nikt nie chodzi bez sztyletu, to jest bez noża kończystego, obosiecznego, cuchillo zwanego, kiedy tam codziennie chłopi pojedynkują się na takie noże. Palafox, gdy go wezwano do poddania Saragossy, wystawiając mu, że ulegnie przemocy, odpowiedział: — Dobrze, to pójdziemy na noże — o cuchillo! — to jest: będziemy się bronić do ostatniego. A co do trucizny — nie słyszałem o niej, lecz widziałem ją w piwnicach wina, z których mnóstwo Francuzów i naszych Polaków ginęło: Jeżeli nam się godzi śpiewać: „Cześć polskiej ziemi, cześć!”, to niech mi wolno będzie powiedzieć, że te same słowa zastosuję do tej samej Hiszpanii, którąśmy wojowali tak niechętnie, tak niewinnie. To jednak wyczytaliśmy z wielką przyjemnością w przypisach do nekrologu podpułkownika Romana, że śp. jenerał Wincenty Szeptycki pozostawił pamiętniki, które nam są dotąd nie znane. Równie czytamy w tych przypisach z udziałem nekrolog Kozietulskiego i zdanie sprawy o Somosierze jenerała Tomasza Łubieńskiego, ale gdy każdemu z nas po przeciągu blisko połowy stulecia zdarza się mylić — a nas jest jeszcze, dzięki Bogu, znaczna liczba przy życiu dawnych towarzyszy broni, oprócz tu wyżej już wymienionych i za granicami kraju polskiego będących, jako to: jenerał Dezydery Chłapowski, jenerał Ambroży Skarżyński, jenerał Wincenty Dobiecki, pułkownik Wincenty Mikułowski, kapitan Dominik Kiełkiewicz, kapitan Joachim Hempel, kapitan Horaczko, a może i wielu innych kolegów, o których nam nie wiadomo — przeto życzyć by wypadało, żeby się kiedy mogło zjechać grono dawnych kolegów dla sprawdzenia i sprostowania relacji o znaczniejszych czynnościach pułku, żeby przejrzeć dzieło jenerała Dautancourt, takowe uzupełnić i w polskim języku wydać na pamiątkę tylu osób, rodów i imię polskie obchodzącą.

Zanim wyjdzie co obszerniejszego i dokładniejszego o gwardii polskiej Napoleona, podajemy tu nazwiska oficerów starszych, czyli sztabowych tego pułku według porządku nominacji — i oficerów w boju poległych albo takich, co życie ponieśli w ofierze z ran lub trudów wojny. Wypisy te czynimy, z żalem wyznać przychodzi, bez żadnych notât, tylko z pamięci, lecz jeżeli koledzy znajdą w tym spisie pomyłki lub opuszczenia, to właśnie powinno ich zachęcić do uzupełnienia naszej drobnej pracy.

Wincenty Krasiński szwoleżerPułkownikiem dowódcą mianował Napoleon Wincentego Krasińskiego, który był pierwej pułkownikiem regimentu tworzącej się jazdy liniowej, a później został jenerałem brygady, hrabią na Opinogórze, jenerałem dywizji, a w Fontainebleau naczelnym dowódcą wszystkich Polaków we Francji w r. 1814 przy Napoleonie aż do jego abdykacji wiernie walczących. Majorami byli: Karol Delaitre, dawniej adiutant jenerała Klébera w Egipcie, potem szef szwadronu mameluków Napoleona, wystąpił na jenerała brygady w wojsku francuskim. Dautancourt, były szef szwadronu żandarmerii wyborowej; organizator pułku naszego. Jenerał Konopka, były dowódca sławnego pułku ułanów nadwiślańskich, wystąpił na dowódcę pułku gwardii konnej litewskiej. Książę Dominik Radziwiłł, ordynat, były pułkownik 8. pułku ułanów Księstwa Warszawskiego. Jan Kozietulski, były szef szwadronu w pułku. Paweł Jerzmanowski, były adiutant marszałka Duroc, a później kapitan w pułku, był z Napoleonem na wyspie Elbie i pod Waterloo. — Szefami szwadronu byli: Tadeusz Tyszkiewicz, wystąpił na pułkownika 2. pułku ułanów Księstwa Warszawskiego, później jenerał brygady i senator, kasztelan. Ludwik Małachowski. Tomasz Łubieński, wystąpił na pułkownika 8. pułku ułanów francuskich, złożonego z Polaków, później jenerał brygady i dywizji. Jan Kozietulski jak wyżej. Ignacy Stokowski wystąpił na dowódcę pułku ułanów nadwiślańskich. Henryk Kamieński wystąpił na dowódcę pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, później jenerał brygady i dywizji, poległ pod Ostrołęką. Pac”, były szef szwadronu w sztabie marszałka Bessières, wystąpił na pułkownika jazdy w wojsku Księstwa Warszawskiego, później jenerał brygady w sztabie Napoleona i jenerał dywizji, zmarły w Smyrnie. Dezydery Chłapowski, były oficer ordynansowy Napoleona, później jenerał brygady. Paweł Jerzmanowski, jak wyżej. Piotr Krasiński. Stanisław Rostworowski, były kapitan pułku. Seweryn Fredro, były kapitan pułku. Wincenty Szeptycki, były kapitan pułku, a następnie pułkownik ułanów gwardii Królestwa Kongresowego, później jenerał brygady. Ambroży Skarżyński, były kapitan pułku, później szef szwadronu w gwardii litewskiej. Stanisław Wąsowicz, odkomenderowany z pułku do sztabu cesarza Napoleona, później pułkownik officier d’ordonnance jego. Jędrzej Niegolewski, odkomenderowany do głównego sztabu księcia neufchatelskiego. Książę Woroniecki, były szef szwadronu gwardii litewskiej. Józef Załuski, były kapitan pułku, później pułkownik w strzelcach konnych gwardii Królestwa Kongresowego, później jenerał brygady. Antoni Jankowski, były kapitan w pułku, później pułkownik 1. pułku strzelców konnych w jeździe Królestwa Kongresowego, następnie jenerał brygady i dywizji. Wincenty Dobiecki, były kapitan pułku, później jenerał brygady. Benedykt Zielonka, były kapitan w pułku, później pułkownik w strzelcach konnych gwardii Królestwa Kongresowego.

Oficerowie zaś polegli w boju lub co zeszli z ran albo z trudów, chronologicznie, lecz tylko z pamięci spisani są:

Kasper Dembiński porucznik II klasy, krakowianin, zmarł szwankując z konia w okolicy Królewca r. 1807. Kapitan Dziewanowski poległ z ran. Porucznik I klasy Krzyżanowski zabity — obaj z Poznańskiego. Porucznik II klasy Rowicki, Mazowszanin. Porucznik II klasy Rudowski, krakowianin, obaj zabici — wszyscy czterej pod Somosierra 30 listopada 1808 r. Bogucki, porucznik II klasy, zabity pod Valladolid w końcu r. 1808. Kapitan instruktor Poleretzki, z rodziny węgierskiej we Francji przebywającej, i Zawidzki, porucznik II klasy, oba zmarli z trudów wojny w Chantilly w r. 1809. Kozicki kapitan poległ. Olszewski z Lubelskiego, porucznik I klasy, stał się kaleką, oba pod Essling r. 1809. Mogielnicki i Marczyński, oba poruczniki II klasy, polegli pod Wagram. Stanisław Gorajski kapitan z trudów wojny pod Wiedniem 1809 r. Doktor Déplace zabity w Hiszpanii r. 1810. Adam Załuski, porucznik II klasy, zginął w odwrocie z Moskwy r. 1812. Julian Krasiński74, porucznik II klasy, poległ pod Dreznem r. 1813. — Giełgud, porucznik II klasy pod Hanau. — Dominik książę Radziwiłł, major pułku, z kontuzji działowej w głowę odniesionej pod Hanau, umarł w Lauterecken. — Polegli: Grotus, porucznik II klasy, Malinowski, kapitan adiutant major, warszawianin. Gotartowski Marcel z Prus, porucznik II klasy. porucznik II klasy z Chęcińskiego, doktor baron Girardot pozbawiony uda. Gadon porucznik II klasy ze Żmudzi. Ci wszyscy we Francji r. 1814. Nie możemy sobie przypomnieć, gdzie i kiedy postradał życie Wybicki, porucznik I klasy, syn sławnego wojewody Wybickiego.

Podawszy tak, acz niedokładnie, pamięci ziomków imiona rodaków, co w wyższych stopniach groby lub kalectwo na obcej ziemi znaleźli, mamy sobie za obowiązek zakończyć to pobieżne wspomnienie o pułku gwardii polskiej Napoleona kilku słowami skierowanymi do tak zasłużonego i pracowitego wydawcy Obrazów starodawnych Polski Kazimierza Władysława Wójcickiego. Szacowny ten pisarz rzeczy narodowych podaje nam zbiór ciekawych przypomnień o tych sławnych husarzach — przodkach naszych — których między niezliczonymi innymi dwa natarcia: pod Kircholmem i pod Wiedniem, całą Europę rozgłosem sławy polskiej napełniły.

Szanowaliśmy w młodości naszej wszyscy, równie z autorem, pamięć tych dzielnych jeźdźców i młodzież brała ich sobie za wzór, a możemy z pociechą dla przyszłych pokoleń wyrzec, iż gdy kto przejrzy czynności ułanów nadwiślańskich i gwardii polskiej Napoleona, będzie musiał przyznać, że nie pozostali za wzorami w tyle pod względem odwagi, a pod względem karności daleko ich wyprzedzili.

Piechota angielska, ów mur nieprzełamany pod Waterloo, niech powie, co wycierpiała od ułanów nadwiślańskich w Hiszpanii, mianowicie pod Albuerą. Pełne były w czasie swoim dzienniki angielskie opisów o tych natarciach kopii polskich. Zaś co do pułku gwardii polskiej, wzywamy przeciwników, żeby wskazali jedną porażkę tego pułku. Nie ma tu mowy o bitwach walnych przegranych, jak np. pod Lipskiem, ale i w takich, a mianowicie w lipskiej, bardzo się pułkowi gwardii polskiej szczęściło. […]

Czy zaś wychowanie nasze tak dalece zniewieściało, mogą inni wojskowi polscy, jeszcze żyjący, odpowiedzieć. Ja tylko kilka przykładów z pułku gwardii polskiej Napoleona przytoczę.

Józef Stadnicki, brat rodzony Jana hrabi Stadnickiego, prezesa Stanów Galicyjskich, będąc szeregowym, a potem brygadierem w gwardii, jedną ręką podnosił zad każdego konia, a gdy się koń. nie dawał kuć, to jak go ujął za ucho, obalał konia na ziemię. Te dwie czynności były u niego codzienne, nie robił tego dla chwalby albo jakby co szczególnego, on to sobie miał za nic. Był nadzwyczajnej siły i zręczności, przy tym postać i uroda, które niezawodnie mogły stanąć obok owego husarza Krajewskiego, co to na wieczerzy imponował wodzom szwedzkim przed rozprawą kircholmską.
Zdarzyło się w r. 1807, że w Frankfurcie nad Menem mieszczanin tameczny obraził szwoleżera, szkalując go jako Polaka. Wskutek tego dom jego w okamgnieniu stał się ofiarą, mieszkańcy ledwie pouciekali, a lekkokonna jazda polska potłukła i powyrzucała na ulicę wszystko… aż do pieców. (Uwaga: nie był to rabunek chciwości, było to uniesienie gniewu za znieważenie imienia polskiego). Przyszła kolej na małe dzieci w kolebkach. Brygadier Stadnicki słysząc hałas nadbiegł, nie dopuścił okrucieństwa, skarcił i uspokoił towarzyszów. Lecz w tym nadchodzi silny patrol żołnierzy arcybiskupa, księcia würzburskiego, a zastawszy tam Stadnickiego, chce go aresztować. Stadnicki się tłumaczy, że nie on był sprawcą zgiełku, ale że go owszem uśmierzył. Gdy to nie pomagało, chociaż Stadnicki doskonale po niemiecku mówił, wyrwał następującym na niego żołnierzom dwa karabiny, a uchwyciwszy każdy jedną ręką za koniec lufy, tak zaczął gromić kolbami, zamiatając ulicę od muru do muru, że cały patrol liczny pędził przed sobą. Jednakże gdy dwóch żandarmów francuskich wystąpiło, by go aresztować — A to co innego! — rzekł do nich. — Was uznaję za moich kolegów i słucham prawa — i udał się z nimi najspokojniej do aresztu. Nazajutrz marszałek Kellermann, co był służył w konfederacji barskiej i znał nazwisko Stadnickiego kazał go uwolnić. Śmiał się bardzo z tej przygody, gdzie jeden pędził dwudziestu, i przepowiedział, że to będzie dzielny oficer jazdy. Jakoż wkrótce, jeszcze znacznie przed bitwą pod Somosierra, przeszedł Stadnicki na oficera do sławnego pułku ułanów nadwiślańskich. Tam miał sobie za przyjemną powinność przyprowadzać obce placówki za kark, obraniać i odbijać jenerałów, komendantów, kolegów z rąk nieprzyjaciół. Jakoż postępował w awansie, został kapitanem i byłby wyszedł niezawodnie nierównie wyżej, gdyby wojna była potrwała. Gdy po zapadłym pokoju wrócił do kraju okryty ranami i zwątlony na zdrowiu, był jeszcze takiej siły, że był w stanie zgruchotać rękę, nieproszenie mu podaną, jednym ściśnieniem.
Podobnie jak Stadnicki z karabinami, postępował sobie Piotr Wasilewski z proporcami, czyli lancami. Był on jako brygadier jednym z bohaterów Somosierry, cudownym sposobem ani tknięty z tej szarży. Był później oficerem w pułku i kapitanem strzelców konnych gwardii Królestwa Kongresowego i wystąpił jako podpułkownik. On kładł dwie lance na ziemi. Lance te były z drzewa twardego, podwójnie okute od grotu aż do połowy drzewca, którego tylec był także grubo okuty. Wasilewski ujmował każdą ręką po jednej lancy za tylec, podnosił obie naraz i wywijał obiema z największą łatwością. Można sobie z tego wystawić, jakiej był siły. Postawy był wysokiej, wysmukłej, twarzy męskiej, oficer wzorowy w służbie, męstwa jak Francuzi mówią: à toute éprevue, to jest niezawodnego, skromności panieńskiej.

Ambroży Skarżyński szwoleżerAmbroży Skarżyński od porucznika pierwszej klasy aż do szefa szwadronu w pułku, później jenerał brygady w wojsku polskim, był podobnie nadzwyczajnej siły i zręczności. Między innymi miał dar rzucania proporcem, jak Turcy rzucają dzirytem — trafiał w cel i był w stanie przeszyć tym sposobem nieprzyjaciela, czego nie widziałem na własne oczy, ale słyszałem, że tego dawał dowody, nawet już będąc jenerałem. Żyje jeszcze, może się pan Wójcicki przekonać.

Seweryn Fredro, oficer, później szef szwadronu, był także niepospolitej siły, zręczności i lekkości, a każdego konia przeskakiwał z największą łatwością. Przy tym był postaci wspaniałej, mało kto albo raczej nikt nie mógł się odważyć iść z nim w zapasy na siłę. Gdy dowodził szwadronem strzelców konnych gwardii francuskiej i polskim przy boku króla neapolitańskiego pod Połockiem, gdzie Napoleon był się z Wilna obiecał, ale w inny kierunek się udał, oficerowie francuscy, obiadując u stołu szefa Fredry według możności czasu i miejsca, ganili chleb żytni razowy litewski, jakiego nam obywatele z gościnności do obozu dostarczali, i twierdzili ci oficerowie, że chleb żytni sprawia w żołądku kwasy, że pszenny jest o wiele zdrowszy, że oni , wychowali się na pszennym pieczywie — a byli to oficerowie nie z markizów i vicomtów, ale z prostych guidów Bonapartego awansowani, okazałych postaci, jak to mówią „chłop w chłopa”. Znudzony Fredro tym kazaniem cudzoziemskim ozwał się z wrodzoną sobie żywością:
— No, moi panowie, kiedyście wychowani na białym chlebie pszennym, to ja wam powiadam, żem się wychował na żytnim, a jak mię widzicie, nie jestem ułomek, więc spróbujmy się, kto z nas mocniejszy, a który chleb daje więcej siły. — Francuzi znając olbrzymią siłę pułkownika i przeważną jego postać, przy której oni schodzili na miarę zwyczajną, ustąpili z uśmiechem i przyznali bez próby, że i chleb żytni może tak dobrze, i lepiej nawet wychować jak pszenny.

Seweryn FredroBenedykt Zielonka, pułkownik, był nadzwyczajnej siły i postawy lecz tu wzmianka się o nim czyni z powodu, że nigdy nie pijał nic prócz wody, co zaprzecza owej miękkości i zbytkom, jakie nam wydawca Obrazów starodawnych zarzuca.
Dominik książę Radziwiłł, ordynat kilku ordynacji, najmajętniejszy z Polaków, urodzony z księżniczki Turn-Taxis, a za tym panicz delikatnej postaci, tak jeździł na koniu, przesadzając najszersze rowy i najwyższe płoty, i tak się rzucał na nieprzyjaciela, wyprzedzając swój pułk 8. ułanów, że ściągnął podziwienie samego Napoleona, a nawet Murata. Podobnież postępował będąc majorem gwardii, z podziwem Drezna, króla i królewskiej familii. O nim można było powiedzieć, że nie znał przeszkód.

A jeżeli szanowny autor Obrazów starodawnych chce wiedzieć, jaki wpływ demoralizacji wywiera na nas cudzoziemszczyzna i pieskliwe wychowanie, niech się raczy zapytać świadków, jak Michał Mycielski i w jakim stanie zdrowia nacierał na czele 2. pułku ułanów, i choć niepoprawnie mówił po polsku, jak myślał?

W r. 1810 poznałem w Hiszpanii szeregowego z pułku naszego nazwiskiem Kłoczewskiego, który nie miał jak około 20 lat mniej więcej. Atletycznej postaci, był tak silny, że przy pobieraniu obroku jeden wór jęczmienia brał i zarzucał na jedno, a inny na drugie ramię. — Trzeba wiedzieć, że w Hiszpanii nie karmią koni owsem i sianem, ale jęczmieniem i słomą na grubą sieczkę w młóceniu mułami startą. Kiedy była budowla stajen dla jazdy w Castrogeriz, brał belki na ramię i niósł z łatwością. Zdarzyło się, że go mamelucy wyzwali na różne próby siły. On wyszedł na belkę wysoko umieszczoną i spuścił im linę, kazał im czepiać się tej liny, a że on będzie ich podnosił. Mameluków przeciwnie chwyciło się jedenastu liny i usiłowali go z tamtego miejsca ściągnąć, co gdy się im nie udawało, wezwał ich, żeby się teraz mocno liny trzymali i wszystkich jedenastu podniósł. Ten Herkules miał te wady na wojskowego, że dużo jadł i musiano mu dostarczać podwójne racje mięsa i chleba, a był tak ciężki, że nie można było dobrać pod niego konia, każdego odpsuł. Jakoż, o ile pamiętam, w jakiejś potyczce przewrócił się pod nim koń i Hiszpany zakłuły tego mocarza.
W roku 1831 powiadał mi pułkownik Antoni Kuszell, dowódca jazdy podlaskiej, że był z jego pułku niejaki Załuski takiej siły, że w boju nie chciał używać broni, tylko pięścią zabijał. Cóż po tym, pod Różanem został od Kozaków zakłuty.

To niech służy szanownemu autorowi Obrazów starodawnych za dowód, że i w nowych czasach nie zbywało wojsku naszemu na mężach o sile nadzwyczajnej. Pisząc pobieżnie i z pamięci, nie podaliśmy jak tylko mało przykładów, lecz czynimy tę uwagę, iż w sztuce wojennej nie wszystko zależy od siły i rodzaju broni. Znałem w roku 1831 jenerała znakomitego, który raz tylko na dwie doby jadał, a sam sobie lubił konia kulbaczyć. Był postaci i sił wątłych, ale talentem, a mianowicie nauką, niemal wszystkim jenerałom przodkował.

Jeszcze jedna okoliczność: między innymi jakoby zatraconymi zwyczajami żałuje autor Obrazów starodawnych zarzucenia łaźni! Przecież tu nie o tej musi być mowa, którą dziegciem czuć?

Nam się w militarnych wspomnieniach przedwiecznych najbardziej podoba sposób używania łaźni Stefana Czarnieckiego, to jest przebywanie jego wpław Wisły i morza nawet. I nasi w czasach niedawnych tak ułani nadwiślańscy, jak i gwardia Napoleona, nie zostawali za wodą, gdy tego była potrzeba. Jednakże sądzimy, że jazda nie może się dość ćwiczyć w tym sposobie używania łaźni, która by ją wprawiła każdą rzekę, jakkolwiek bystrą i szeroką, z łatwością wpław przebywać. Wszakże i tu trzeba szczęścia — książę Józef Poniatowski skoczył szczęśliwie z mostu w Dunaj i przebył go dla żartu, a w małej rzece Elster utonął!

Jeszcze jedna okoliczność, acz może podlegająca z pewnej strony naganie, jest to punkt honoru, jaki ożywiał naszych gwardzistów i innych rodaków służących pod Napoleonem. Były to częste przykłady samobójstwa, ale nie pochodzące z nikczemnej desperacji, lecz jedynie ze zbyt wygórowanego punktu honoru. O takich to Napoleon słysząc, wyrzekł te wyżej już przytoczone słowa: Ces Polonais! c’est tout honneur. Szkoda takich młodzieńców, religia ich potępia — ale z takim uczuciem honoru żołnierz nie zna ucieczki i tacy to zdobywają baterie, jak pod Somosierra, jak pod Możajskiem.
Piękne są przykłady zaiste, które nam autor Obrazów starodawnych stawia, ale my nie ubliżając w niczym pamięci przodków, możemy się pocieszyć, że dowiedliśmy w tych krótkich notatach, iż pułk lekkokonny polskiej gwardii Napoleona i inne pułki wojska polskiego od czasu sejmu roku 1788 ciągle miały na pamięci te nauki i przykłady, jakie nam pisarze nasi niewojskowi podawają, i że w wojsku polskim zawsze wysoko cenione i za podnietę służące pamiętne było to słowo, którym Kościuszko przemawiał do swego wojska:
„Lepsza od ojców swych młodzi!”

Pisałem w Feslau pod Baden w miesiącu wrześniu 1856.