| ALOJZY SZARŁOWSKI
Część I Cichy, pracowity tryb życia doznał niespodzianej przerwy i wniósł zamęt niezwykły w ciągu paru następnych miesięcy mego życia szkolnego. Razu pewnego oświadczył mi Kolega Inaszewski (czy Inaszkiewicz), że ma do mnie bardzo ważny interes. Wyszliśmy z godziny szkolnej do wielkiej sali, na dole, przeznaczonej na zawieszanie płaszczów studenckich, i tam, siadłszy w oknie, odbyliśmy konferencję natury politycznej.
Z niej się dowiedziałem, że dotąd organizacja narodowa w Kownie szła bardzo tępo, albowiem upoważnieni przez Komitet Narodowy, Chmielewscy, ojciec i syn (ten ostatni lekarz wolno praktykujący, zmarły przed paru laty w Warszawie), nic zgoła nie robili, z czego wynikło podejrzenie, że należą do stronnictwa „białych". Dla tych więc powodów i w celu przyśpieszenia i rozwinięcia organizacji narodowej, Komitet Narodowy odjął im to upoważnienie, a przeniósł je na lekarza Dziczkowskiego. Po tych wyjaśnieniach wstępnych spytał mię: czy podzielam w całej pełni zapatrywanie o potrzebie szybkiej organizacji i czy gotów jestem do niej natychmiast przystąpić. Gdy na oba te pytania lekkomyślnie, prawie bez namysłu, dałem odpowiedź twierdzącą, oświadczył mi, iż będę wkrótce zamianowany dziesiętnikiem, że mam obowiązek zorganizowania tak zwanej „dziesiątki" z kolegów gimnazjalnych, a jako dziesiętnik będę brał udział w tajnych zgromadzeniach i naradach u lekarza Dziczkowskiego, który mieszkał przy Placu Paradnym, tuż naprzeciwko kolumny, wystawionej na pamiątkę wkroczenia Francuzów w granice Rosji w r. 1812. Miłość moja własna niesłychanie była tą, propozycją połechtana: nie tylko . dano mi sposobność służenia sprawie narodowej — jak mniemałem najmocniej, najlepiej — lecz nadto jeszcze zaszczycano mię szczególniejszym zaufaniem, przypuszczano do tajemnic organizacji i robiono od razu „dziesiętnikiem". Było to pierwsze dostojeństwo w życiu mojem i to dostojeństwo w służbie ojczyźnie. Trzeba było żyć wśród ówczesnego nastroju ogółu polskiego, być gorącego temperamentu i mieć lat 17 zaledwie ukończonych, aby pojąć i odczuć jak pierś moja dumą wezbrała, jak urosłem w oczach moich i w oczach tych kolegów, z którymi stykałem się następnie w charakterze organizatora. Zabrałem się więc do mej pracy organizacyjnej. Jednego z pierwszych zwerbowałem do mej dziesiątki Michała Markiewicza, najlepszego mego przyjaciela w klasie, syna właściciela kamienicy, w pobliżu pałacu gubernatorskiego w Kownie; drugim z rzędu był również uczeń tejże klasy Nowicki, syn właściciela wsi ze Żmujdzi, którego imienia przypomnieć sobie nie mogę. Ze zwerbowanych kolegów przypominam sobie jeszcze Znamierowskiego. Wiem, że do pełnej dziesiątki nie zdołałem doprowadzić: jedni z moich kolego w byli zanadto słabi fizycznie (n.p. Rombowiez, syn dyrektora gimnazjum żeńskiego w Kownie, krótkowidz) a byli także i obojętni dla tej tajnej roboty, albo z nakazu rodziców trzymali się jej z daleka. Zdaje się, że i inne dziesiątki gimnazjalne nie były kompletne. O tej tajnej robocie w gimnazjum oczywiście władza szkolna (dyrektor Winogradow i profesorowie Rosjanie) nic zgoła nie wiedzieli, a Polacy — jeżeli i wiedzieli co się. święci — milczeli. Wśród takiej tajnej roboty przerywanej od czasu do czasu sesjami dziesiętników u dr Dziczkowskiego, które nie przedstawiały większego interesu. Zdaje się, że i sam Dziczkowski nie wiele więcej od nas wiedział. Z takich sesji przynosiliśmy niekiedy jakąś proklamację drukowaną w Warszawie, niekiedy jakąś broszurę polityczną. Najczęściej rolę pośrednika odbywał jego lokaj dosyć wtajemniczony w istnienie tajnej akcji, który udzielał nam różnych informacji. Nie wiem, jak się później lokaj ten zachowywał w procesie, lecz sam lekarz Dziczkowski okazał niezwykłą słabość i brak charakteru, zdradzając wiele tajemnic i plącząc wiele osób. Tak przynajmniej później opowiadano. Nareszcie zbliżał się dzień wybuchu zbrojnego powstania, powstania styczniowego, jak je potem nazwano. Dnia 23 stycznia siedzieliśmy w klasie i raz po raz rozpoczynaliśmy rozmowę z Gwajtą, profesorem matematyki, człowiekiem miłym i wykształconym wszechstronnie, lecz przeciwnikiem zbrojnego powstania i traktującym nasz zapał dla idei walki zbrojnej z pewną dozą ironii. Lubiliśmy z nim dysputy, nie tylko aby uniknąć nudnej matematyki, lecz takie i dlatego, że nigdy żadnem namiętnym słowem nie obraził naszych uczuć patryotycznych a tylko walczył poważnymi argumentami. Rodem był z Finlandii, lecz z poglądami swymi polityczno-narodowymi w ogóle nigdy się nie zdradzał. Dyskusja z Gwajtą wlokła się w tym dniu ociężale. Jakiś dziwny niepokój, jakieś oczekiwanie czegoś ogarnęło nas wszystkich. Dzień był pochmurny, mglisty. Okna klasy naszej w nowym gimnazjum zwrócone były na plac i na oddalone wzgórza i lasy zaniemeriskie. Naraz zza chmur i mgły ukazała się krwawa tarcza słoneczna. Mój bezpośredni sąsiad Rombowiez odezwał się tymi słowy: „Oto wschodzi stamtąd słońce wolności". Wszyscy zwróciliśmy na nie uwagę i posypały się na ten temat różne uwagi: Gwajtą znowu uśmiechał się ironicznie . . . Wkrótce wieść o powstaniu doszła do Kowna i wywołała wśród naszej organizacji i w naszym kółku radość niesłychaną. To, o czym nasłuchaliśmy się od dzieciństwa, to, o czym marzyliśmy w zaraniu naszej młodości, miało się stać faktem; mieliśmy rozpocząć walkę z wrogiem, o której pomyślnym wyniku byliśmy jak najmocniej przekonani. W chwili organizacji mniej pracowałem dla szkoły, a teraz już o nauce całkiem mowy nie było. Oczekiwaliśmy, że lada chwila otrzymamy wezwanie do opuszczenia miasta i formowania oddziału a więc gorączkowo czyniliśmy do niej przygotowania. Miałem strój powstańczy (długie buty i świtkę z grubego sukna), a o rzecz najważniejszą nie troszczyliśmy się zgoła. Dr. Dziczkowski zapewniał nas najuroczyściej, że broń wkrótce otrzymamy i to w najlepszym gatunku. W pierwszym dniu piękniejszym, zniecierpliwieni oczekiwaniem, zrobiliśmy małą demonstrację w mieście, aby napsuć trochę krwi Moskalom. My, uczestnicy tajnej organizacji, odbyliśmy po głównych ulicach Kowna rodzaj zbiorowej przechadzki, aby się przekonać, jakie wywrze na nich wrażenie ukazanie się młodzieży w większej liczbie, albowiem liczniejsze zgromadzenia na ulicach i placach były surowo zakazane. Istotnie zamiar swój wykonaliśmy: ze wszystkich okien i magazynów spoglądano na nas z ciekawością, a z wielu okien kobiety powiewały chustkami na znak powitania. Kiedyśmy (zbliżyli się do pałacu gubernatorskiego, oddział piechoty przebiegł przed nami i ukrył się gdzieś w podwórzu pałacu gubernatorskiego. Nie chcąc oczywiście narazić się na jakieś nieprzyjemności, skoro ojczyzna — jak pochlebialiśmy sobie — wymaga usług naszych na polu walki, postanowiliśmy zakończyć przechadzkę spokojnie i nie dochodzić do rezydencji gubernatorskiej, a wróciliśmy na drogę wiodącą na Górę Zieloną, gdzie się znajdowało więzienie. Zaledwie tylko skierowaliśmy nasze kroki w tamtą stronę, znowu tenże sam oddział piechoty przesunął się przed naszymi oczami i z pośpiechem podążył ku górze, w stronę więzienia. Zbliżająca się pora obiadowa naszą gromadkę wkrótce rozproszyła, a w nas utworzyło się mniemanie, że Moskale nas się obawiają. Istotnie Moskale w początkach powstania wielkiej odwagi wcale nie mieli, zdawało im się, że niesłychane siły rewolucyjne spoczywają w głębi ducha narodowego, a każdy środek, choćby najbardziej terrorystyczny, będzie w tej walce użyty. Katechizm rewolucyjny L. Mierosławskiego im spać nie dawał spokojnie, dlatego tak łatwo dano wiarę w społeczeństwie rosyjskim tej bezczelnej bajce, iż powstanie rozpoczęło się od wymordowania oddziałów rosyjskich, garnizujących po miastach i miasteczkach Królestwa Polskiego. W Kownie mieliśmy taki jeden objaw tej niezwykłej, naiwnej bojaźliwości moskiewskiej. Opowiadał mi o tem mój kolega szkolny Czarnocki, syn naczelnika stacji kolei żelaznej w Kownie. Jenerał Ganeckij, głośny później z czynów okrucieństwa w Królestwie Polskim, otrzymał rozkaz udania się pośpiesznie z oddziałem wojskowym do Królestwa. Wskutek tego wezwał naczelnika stacji i zapytał: czy może wojsko poprowadzić przez most kolejowy na Niemnie? Otrzymawszy upewnienie, iż można po moście iść bezpiecznie, po obu stronach toru kolejowego, ruszył z oddziałem. Zaledwie znalazł się na środku mostu, kiedy ujrzano z daleka idący pociąg ku mostowi. Jenerał Ganeckij wyobraził sobie, że służba kolejowa polska z umysłu puściła pociąg, aby tenże najechał na wojsko i poczynił w nim spustoszenie. Narobił więc ogromnego hałasu, odgrażał się naczelnikowi stacji, zanim go nie zdołano w końcu uspokoić, że żadne niebezpieczeństwo nie grozi żołnierzom i mogą bezpiecznie iść dalej po moście. Pomiędzy urzędnikami kolejowymi śmiechu i tego powodu było nie mało z głupiej naiwności jenerała. Zbliżały się także i dla naszej organizacji chwile nader ożywionej akcji. Dr. Dziczkowski zapowiedział nam rychłe przybycie nadzwyczajnego Komisarza Rządu Narodowego do Kowna, albowiem postanowiono działać w przyspieszonym tempie, z powodu zbliżającej się wiosny, pory już stosownej do rozpoczęcia powstania na Litwie. Już doszły nas wieści, że w powiecie trockim (a więc miejscu zamieszkania mego ojca) już rozpoczęły się przygotowania do ruchu zbrojnego. Obiecywany Komisarz Rządu Narodowego przybył nareszcie. Był nim człowiek jeszcze młody, nazwiskiem Żdżarski. Imienia jego nie pamiętam. Był wątły, niskiego wzrostu, z długą, rzadką, koźlą, brodą. Patrzyliśmy na niego z uwielbieniem jak na tego, który miał nas zaopatrzyć w, broń i amunicję i poprowadzić na pole walki za ojczyznę. Najpierw polecił drowi Dziczkowskiemu, aby przedstawił mu kolejno nas wszystkich dziesiętników gimnazjalnych, a więc pewien rodzaj starszyzny rewolucyjnej. Od tego czasu widywaliśmy się z nim dosyć często i oczekiwaliśmy hasła do wyruszenia na Żmudź, którą, młodzież kowieńska miała poruszyć do powstania. Wśród tego gorączkowego oczekiwania wybrałem się na parę dni do Wandopola, do domu rodzicielskiego, na pożegnanie. Witano mnie tam z niezwykłym rozrzewnieniem. Nigdy może pobyt mój w domu rodzicielskim nie był połączony z tylu objawami czułości rodzinnej, jak podczas tego ostatniego pobytu. Wszyscy byliśmy pełni najlepszych myśli i nadziei, a zdawało nam się wszystkim a w tej liczbie i memu ojcu, w którym jednakże od czasu do czasu budziły się poważne refleksje, iż zerwać się do walki, to prawie zwyciężyć. Któż mógł wątpić, że Napoleon III, ten nasz niewątpliwy przyjaciel, wybawca Włoch z niewoli austriackiej, nie pośpieszy nam z pomocą? Któż nie łudził się nadzieja na pomoc rewolucji europejskiej, która w osobie Józefa Garibaldiego pośpieszy nam z pomocą? A czyż nie mieliśmy prawa liczyć na rewolucję rosyjską, na sympatię wśród oficerów rosyjskich, do czego wzywał Kołokoł Herzena, a o czym nas zapewniały liczne pisane odezwy, które najczęściej głupie i niesłychanie naiwne w treści, krążyły po rękach w mnóstwie odpisów. Otóż tymi uczuciami i nadziejami wezbrane były serca nasze. Powiat trocki miał jeden z pierwszych na Litwie wystąpić z akcją zbrojną. Na czele powstania stanąć miał Antoni Zaleski, właściciel wsi Kościuszyszki. Był on synem Marcina, referendarza litewskiego, który posiadał znaczne dobra w tej stronie powiatu trockiego (Poportele, Kościuszyszki i Zubiszki), podzielone następnie pomiędzy dwóch czy trzech synów i córkę. Jeden z nich, Antoni, był nam dobrze znany. Owdowiawszy w młodym stosunkowo wieku, odbywał podróże po Europie i nawet był w Algierii, gdzie wspólnie z hr. Michałem Tyszkiewiczem (jeżeli mię pamięć nie myli) polował na lwy. Antoni Z. był to człowiek gładki, oczytany, w towarzystwie nadzwyczaj miły, miał duże wiadomości z zakresu literatury polskiej i obcej, a z zamiłowaniem oddawał się malarstwu, rysunkom i był znawcą sztuki. On to między innymi ilustrował „Pamiętniki" J. Chr. Paska. Z większych obrazów znam jego tylko jakiś krajobraz zimowy z guberni wiatskiej, gdzie przez lat kilka przebywał na wygnaniu (od r. 1863—1868). Po powrocie z wygnania i przymusowej sprzedaży majątku ziemskiego na Litwie, osiadł na krótko w Warszawie, a następnie przez lat kilka mieszkał w Krakowie, gdzie miałem sposobność blisko poznać całą jego rodzinę i być z nią w bliskich, codziennych stosunkach. Otóż Antoni Zaleski zażywał wielkiego miru wśród braci szlachty, jak i w ogóle ta linia rodziny Zaleskich była cenioną dla wielkiej prawości, cnót obywatelskich i gorącego patriotyzmu. W domu śp. pana referendarza Marcina Zaleskiego było zawsze pełno bliższych i dalszych krewniaków, niekiedy zaledwie może powinowatych, rezydentów i rezydentek. I syn, Antoni, chociaż z usposobienia oszczędny, trzymał się tradycji rodzinnej, a między innymi Jerzy Laskarys, autor całej serii gawęd humorystycznych pod tytułem: „Rarogi" był stałym rezydentem A. Zaleskiego; w Kościuszyszkach przebywał bardzo często malarz i rysownik Michał Andriolli, z którym gospodarza domu łączyła przyjaźń i wspólne zamiłowanie w sztuce. J. Laskarysa zwano w otoczeniu Zaleskiego „dziedzicem błękitnych oczu i francuskiej brody" albowiem w ten sposób sam scharakteryzował jednego ze swych bohaterów, guwernera w pańskim domu. W Kościuszyszkach było ognisko przygotowane dla ruchu zbrojnego. Zaleski miał wyprowadzić w pole całą szlachtę powiatu i być naczelnikiem oddziału; wszyscy bez różnicy, starsi i młodsi, żonaci i nieżonaci, mieli wsiąść na koń i dać dobry przykład reszcie Litwy. Z tego obowiązku zwolniono tylko dwóch sąsiadów: mego ojca (który, jako nie myśliwy i niezbyt mocny fizycznie, był zamianowany poborcą, podatku narodowego i miał dostarczać oddziałowi środków pieniężnych) i dzierżawcę Hermanowicza, na którego włożono obowiązek dostarczenia powstańcom żywności. Czy Zaleski posiadał jakieś kwalifikacje wojskowe, o to oczywiście nie pytano; lecz wystarczało, iż był dobrym myśliwym i posiadał zaufanie współobywateli. W dostatnim domu Zaleskiego było w. stajni dużo koni, dużo siodeł, trochę broni myśliwskiej, a — jak powiadano — i trochę broni ukrytej. Zjazdy i narady odbywały się tam nieustannie, stamtąd rozchodziły się wszystkie nowiny polityczne i wydawano polecenia. M. Andriolli i J. Laskarys przyjeżdżali także i do mego ojca, a ich obu raz jeden w życiu widziałem w naszym domu. Kiedy przyjechałem w odwiedziny i na pożegnanie do rodziców, powziął ojciec zamiar, abyśmy siedli obaj na koń i pojechali do Kościaszyszek, aby mnie przedstawić Antoniemu Zaleskiemu. Pozwolił mi ojciec ubrać się w strój powstańczy, w długą sukmanę z szarego sukna, w którym to stroju spotkanie się z kozakami byłoby bardzo niemiłe. Z gęstą miną i w najlepszych humorach przejeżdżamy przez miasteczko Żyżmory i przebywszy kawał leśnej, drogi, zbliżamy się do wsi Koszedary, będącej własnością słynnego awanturnika Rvszarda Romera (dziś w Koszedarach stacja kolejowa, dawniej jej nie było), W drodze za Koszedarami spotykamy niezmiernie wystraszonego lekarza Jackiewicza, który obok praktyki zajmował się gospodarstwem -wiejskim i właśnie trzymał Koszedary w dzierżawie od Romera. Z pośpiechem rzuca nam Jackiewicz pytanie: „dokąd to?" — Ojciec odpowiada: do Kościuszyszek, chcę sprezentować syna Zaleskiemu. Wówczas Jackiewicz jął nam opowiadać o otoczeniu minionej nocy Kościuszyszek, o niezmiernie ścisłej rewizji w całym dworze, o aresztowaniu Zaleskiego, i wywiezieniu do Wilna, przyczem dał nam radę, abyśmy co rychlej wracali, bo możemy wpaść w ręce wałęsających się po okolicy oddziałów kozackich, poszukujących nie wiedzieć czego i kogo. Powtarzać nam tej rady drugi raz nie trzeba było. Zawróciliśmy konie i popędziliśmy przez lasy, a spokojnie przejechaliśmy przez Żyżmory, roznosząc wieść o aresztowaniu Zaleskiego. Tym sposobem powstanie doznało pierwszego niepowodzenia w naszym powiecie i Zaleskiego wywieziono następnie do Wiatki a z czasem nakazano mu dobra na Litwie sprzedać. Z majątku, ponieważ ciążyły na nim długi, nie wyniósł — jak mi sam później opowiadał w Krakowie — ani złamanego grosza. Szlachta utraciła swego wodza, a ten który po nim miał dowodzić w powiecie trockim, oficer straży leśnej Korewo, zaufania takiego wśród niej nie mógł posiadać. Zresztą zmieniło się wkrótce zapatrywanie na dokonany wybór, jako wynik z góry obmyślonego planu. Każdy stał się ostrożniejszy i wolał czekać a do powstania garnęła się tylko młodzież; starzy woleli siedzieć w domu, politykować i oczekiwać obcej pomocy. Złe języki — gdzie ich nie ma! — powiadały wówczas, jakoby sam Zaleski, jako człowiek rozumny, widząc wybuch przedwczesny, sam na siebie denuncjował, aby siebie, dzieci swoich i majątku nie wystawiać na widoczną zgubę i ruinę; przewidywał bowiem, że dla braku dowodów winy skończy się wszystko dla niego tylko wywiezieniem do Rosji, nie mógł jednak przewidzieć przymusowej sprzedaży majątków ziemskich, pomysłu jenerał gubernatora Murawjewa. Czas już mi było wracać do Kowna. Pożegnanie z ojcem i rodziną było rozrzewniające do głębi duszy — wszystkich nas ogarnęło ciężkie uczucie, chociaż nikt z nas nie zdawał sobie jasno sprawy, iż nad Krajem i nami wszystkimi zawisło tak wielkie niebezpieczeństwo, iż nie miesiące i lata lecz trwać będzie całe dziesięciolecia. Dziś jeszcze gdy te słowa piszę, ziemie polskie pod zaborem Rosji odczuwają na sobie gorzkie owoce tej wielkiej katastrofy dziejowej. (Ojciec i siostra moja rodzona Antosia odprowadzili mnie na stację kolejową Zosie, skąd podążyłem do Kowna. Dzień był piękny, niebo jasne, ale w sercu smutek ciężki. Długo z okna wagonu spoglądałem na peron stacji kolejowej, gdzie ojciec ł siostra spoglądali za odchodzącym pociągiem . . . Powoli niknęli mi we mgle i maleli coraz bardziej, a wówczas przypomniały mi się słowa Byrona, którego od wczesnej młodości byłem wielkim zwolennikiem: „Obaczę niebo, obaczę morze, lecz nie obaczę już rodziny mojej"! Jedną pamiątkę tego pełnego silnych wzruszeń pożegnania zachowałem po dzień dzisiejszy. Oprócz 30 rubli w banknotach, które otrzymałem na koszta udziału w walce narodowej, w chwili ostatniej wyjął ojciec rubla srebrnego i dał mi z błogosławieństwem i radą, abym go wydał tylko w ostatniej nędzy. Bogu Najwyższemu niech będą dzięki, mam go dotąd przy sobie, trzymam w portmonetce i uważam za pewien rodzaj talizmanu utrzymującego dostatek w mej kieszeni. Raz jeden tylko musiałem go zastawić. Przybyłem do Wilna w lecie roku 1867 i niespodziewanie zrobiłem wydatki większe, jak mi na to gotówka moja pozwalała. Udałem się wówczas do Matysa, mego towarzysza broni z roku 1863, a wówczas już urzędnika biura jenerał-gubernatorskiego, dokąd utorowało mu drogę wyznanie prawosławne, osłaniające go przed wszystkimi podejrzeniami o czyny nielojalne. Zagabnięty o małą, krótkoterminową pożyczkę, oświadczył, że pieniędzy sam nie ma obecnie, a pożycza u swych znajomych tylko na zastaw. Spytał więc, czy nie mam czegoś do zastawienia. Z obawy, aby mi tego rubla srebrnego nie zmieniono w zastawie, wyrył na nim moje litery: „A.S." i odniósł do znajomego aptekarza, od którego przyniósł mi rubla papierowego. Do dziś dnia można jeszcze widzieć na nim te litery, wyryte ręką towarzysza broni, chociaż już silnie zatarte. Za powrotem do Kowna zakomunikowano mi radosną nowinę, że wkrótce Żdżarski odbędzie przegląd naszych sił zorganizowanych i obdzieli nas bronią, poczem w czasie bliżej nieokreślonym, lecz już bliskim, wyruszymy we Żmudź. Nareszcie od dawna zapowiadany zbliżył się dzień przeglądu siły bojowej, mającej poruszyć Żmudź. Na ten cel wybrano prywatne mieszkanie — o ile sobie przypominam — kupca Huwalda, skąd tenże był się wyprowadził; pamiętam dobrze, że dom był pusty, a tylko w jednym pokoju mieszkał jeden z moich kolegów (Mickiewicz). O naznaczonej godzinie zaczęli się zbierać członkowie organizacji powstańczej gimnazjalnej (w ilości 30—40), a po krótkim oczekiwaniu pojawił się i przyszły wódz Żdżarski. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy chwili, w której nastąpi rozdanie broni; oczekiwaliśmy pak z karabinami, a tymczasem Żdżarski przywiózł ze sobą jakieś małe zawiniątko. Nareszcie sezam się otworzył. Przyszły nasz wódz wyjął z zawiniątka kilka nożów myśliwskich, w róg oprawnych, które rozdał dziesiętnikom, a kilkunastu szeregowcom dostało się po pudełku pistonów, które wzięliśmy początkowo za pudełka z cukierkami. Konsternacja w całej sile zbrojnej była ogromna. Jakkolwiek wówczas powtarzano dosyć często frazes, iż kto ma ręce, może wziąć kij, z kijem zdobyć karabin, a karabinem zdobywa się armaty. Lecz logika ta nie trafiała nawet do naszej wysoce egzaltowanej wyobraźni. Widząc nasze przygnębienie a domyślając się jego przyczyny, oświadczył nam, iż broń potrzebną otrzymamy po wyjściu z Kowna, za miastem, albowiem posiadanie broni lub wykrycie tejże pociągnęłoby nie tylko dla nas, lecz i dla całej sprawy poważne następstwa. Argument ten był słuszny, a wskutek tego rozchodziliśmy się do domów w najlepszej myśli, po tym pierwszym, wstępnym przeglądzie naszej gotowości bojowej. Tymczasem udało mi się przyjść do posiadania broni na innej drodze. Pewnego poranku otwierają się szeroko drzwi mego pokoju i wchodzi jeden z moich znajomych, Michał Boczański, o którym wiedziałem dobrze, że poszedł do powstania do oddziału Korewy, oficera straży leśnej. Był to pierwszy oddział, tworzący się w powiecie trockim. Oddział ten liczył nie więcej półtora stu ludzi. Miałem w nich bardzo wielu znajomych, których później w życiu nie spotkałem. Boczański był synem chłopa ze Żmudzi, ukończył parę klas gimnazjalnych, a potem służył w administracji hr. Tyszkiewicza w Żyżmorach jako pisarz prowentowy. Był to zacny chłopiec, przejęty gorącym patriotyzmem, rwący się gorączkowo do czytania naszych wielkich poetów, których w druku dostać było nie podobna. Boczański, w chwilach wolnych od pracy obowiązkowej, przepisywał „Pana Tadeusza" od deski do deski, wiele pism zakazanych Z. Krasińskiego i Słowackiego. Z jego odpisów, dokonanych bardzo kaligraficznie, po raz pierwszy zapoznałem się z Krasińskim i odczułem dla tego poety niezwykłą sympatię, którą przechowałem przez życie całe. M. Boczański rwał się niecierpliwie do powstania i jeden z pierwszych poszedł do oddziału Korewy. W chwili obecnej stał przede mną w burce z grubego sukna domowego (samodziału) pomiętej i zbrudzonej, niewyspany, niemyty, niesłychanie zmęczony. Widok, zaprawdę, nie zbyt zachęcający do pójścia w jego ślady. Chciałem u niego rozpytywać o szczegóły potyczki. Odrzekł mi krótko: „jesteśmy rozbici, wielu z nas, korzystając z ciemności nocy, schroniło się do Kowna; niewątpliwie będą nas tutaj poszukiwać. Jadę co rychlej na Żmujdź do rodziny. Aby mię nie wzięto za powstańca, daj mi jakieś wierzchnie ubranie, a ci zostawię mój nowy piękny rewolwer". Na te słowa poszedłem do szafy, wyjąłem z niej futro, a raczej dobry kożuch barani, kryty suknem i ofiarowałem rozbitkowi pierwszego oddziału na Litwie właściwej. W pół godziny później pożegnaliśmy się, aby już więcej nie spotkać się w życiu. Dla mnie pozostała cenna pamiątka w postaci sześciostrzałowego rewolweru, z którego nacieszyć się nie mogłem. Bawiłem się nim, jak dziecko zabawką. Wdowa, u której mieszkałem na stancji (pani Maculewiczowa), wiedząca o moim współudziale w organizacji narodowej, przez te kilka dni żyła w nieustannej trosce. Najpierw z obawy, aby rewolwer nie wystrzelił (broń ta była wówczas jeszcze mało znana na Litwie, więc zwała ją „lewolwer"), a po wtóre z obawy przed rewizją domową, której wyniki mogły ją skompromitować, jako wdowę po urzędniku pobierającą emeryturę. Zbliżał się nareszcie dzień opuszczenia Kowna. Żdżarski wezwał dziesiętników i zapowiedział nam, abyśmy wraz z naszymi dziesiątkami, byli gotowi do wyjścia w dniu 4 marca starego stylu, w dniu św. Kazimierza, patrona Litwy. Z zachowaniem wszelkich ostrożności zakomunikowaliśmy o dniu wyprawy naszym współuczestnikom w każdej dziesiątce. Rozpoczęły się ostatnie przygotowania — o to mniejsza — lecz zarazem i ostatnie pożegnania. Żegnano się w kółkach rodzinnych, żegnano się po cukierniach i restauracjach. Ruch panował niezwykły, a nastrój uroczysty. Matki, siostry i kochanki chodziły zapłakane, a uczestnicy przyszłej wyprawy pędzili w dorożkach do domu. Lekkomyślność młodzieńcza i gadulstwo czysto polskie objawiło się w całej pełni. Mnogie objawy zewnętrzne w takim mieście jak ówczesne Kowno nie mogły ujść uwagi nawet tak głupiej policji jak ówczesna rosyjska. Do żandarmerii doszła wieść pewna, iż wyjście z Kowna nastąpi stanowczo dnia 4 marca. Wówczas Żdżarski wezwał dziesiętników, zbeształ nas b. surowo, i polecił, abyśmy o terminie wyjścia zakomunikowali naszym podwładnym dopiero 5 marca, w wigilię wyprawy, którą zatem odroczono do 6 marca. Stało się według rozkazu i tym razem dochowano lepiej tajemnicy. Członkowie każdej dziesiątki mieli zebrać się w mieszkaniu dziesiętnika i co pięć minut jeden po drugim wychodzić z mieszkania. Prosiłem mojej pani, aby sama wyszła z mieszkania i zabrała ze sobą sługę już wcześnie z rana, co też chętnie uczyniła. Ubrałem się w mój strój powstańczy, w wysokie, myśliwskie buty, długą świtkę z grubego sukna, bez żadnych ozdób, przepasałem się szerokim rzemiennym pasem, za który z wielką dumą, zatknąłem mój rewolwer w olstrze. Ubrany padłem na kolana i modliłem się gorąco do Matki Boskiej Ostrobramskiej, do której zwracam się w chwilach najkrytyczniejszych mego życia, a ona ratowała mię nie w jednej ciężkiej potrzebie. Następnie żegnałem się w duszy z ojcem, matka (miałem tylko macochę), z siostrami i braćmi. Godzina tymczasem wyznaczona nadeszła i przeminęła, a moich współtowarzyszy jak nie ma tak nie ma. Zacząłem zniecierpliwiony chodzić po pokoju coraz niespokojniejszym, pośpieszniejszym krokiem. Nareszcie zaczęli się zjawiać jeden po drugim, lecz zamiast; pełnej dziesiątki przybyło tylko czterech (Michaś Markiewicz, Nowicki, Znamierowski a czwartego nazwiska nie pamiętam). Widząc zatem, że czterech stanowić będzie cały mój zastęp, postanowiliśmy ruszyć w oznaczonym porządku. Do zebranych współuczestników pierwszej wyprawy żmudzkiej przemówiłem w kilku słowach tej mniej więcej treści, iż godzina walki wybiła i dla Litwy; że podnosimy broń dla stwierdzenia braterstwa obu bratnich narodów; że w naszym drobnym zastępie kowieńskim tkwi może zarodek ściślejszego w przyszłości zespolenia Litwy i Polski, odradzającej się ponownie z gruzów wiekowego rozbicia unii lubelskiej. Na wzmiankę o podniesieniu broni rzuciłem dumnym wzrokiem na mój rewolwer, podczas gdy moi współtowarzysze smutnie spoglądali na swe noże myśliwskie. Następnie dałem hasło do wyjścia. Nigdy nie zapomnę tej walki, jaka ze sobą staczał kolega Znamierowski. Przeczuwającej coś niedobrego matce wyrwał się z rąk prawie przemocą, nawet w płaszczu studenckim i zjawił się w moim mieszkaniu, a teraz, przy wyjściu stoczył walkę sam ze sobą, z poczuciem obowiązku — jak sądził — względem ojczyzny, a miłością ku matce; wychodził i wracał do mego mieszkania. Nareszcie przyszła kolej wyjścia na mnie, a Znamierowski, widząc, że dłuższa walka jest niemożliwą, wyszedł — byłem prawie pewny, że do domu. Ja zamknąłem mieszkanie, klucz położyłem na szafie ściennej, a rzuciwszy po raz ostatni wzrokiem na to skromniutkie mieszkanie u stóp klasztoru p.p. Benedyktynek i na okrągłą wieżę kościoła Klasztornego, chcąc sobie utrwalić te miejsca, wśród których tyle myśli i uczuć przesunęło się w mej duszy młodzieńczej, ruszyłem w dół ku rzece Wilii. Rozpoczynał się nowy okres w moim życiu; młodość „górna i chmurna", częściej atoli ta ostatnia, przeobrażała się w przedwczesny wiek męski . . . Szedłem lewym brzegiem Wilii w górę; moi koledzy a w ich liczbie i Znamierowski szli jeden za drugim w znacznym oddaleniu. Zresztą domki, z tej strony rzeki dosyć gęste, dobrze nas zasłaniały przed okiem policji lub żandarmerii. Ostrożność tem bardziej była potrzebna, że w pobliżu rzeki, na stoku góry, było mieszkanie pułkownika żandarmerii. Jakież moje było przerażenie, kiedy rzuciwszy okiem na drugi, prawy brzeg Wilii, dostrzegłem jak tani przez tak zwaną Słobodę, ciągnął się również w górę rzeki, cały łańcuch przyszłych powstańców. Widział ich ze swego mieszkania, jak później zapewniał — i pułkownik żandarmerii, lecz sądził, iż to uczestnicy jakiejś przechadzki. Po paru godzinach drogi znaleźliśmy się w lasku nadbrzeżnym, jako punkcie zbornym, skąd, po przybyciu naczelnika Żdżarskiego z obiecaną bronią i zapasami żywności, mieliśmy promem przeprawić się na drugi (prawy) brzeg Wilii i połączyć się z resztą kolegów, oczekujących naszego przybycia. Już w tym lasku objawiły się pierwsze skutki braku doświadczenia i przezorności. Lasek był dosyć rozległy i niektórzy w nim gubili się,, aby zaś zebrać wszystkich zaczęliśmy wzajemnie nawoływać się po imionach i nazwiskach. Również z niecierpliwością wyglądaliśmy z lasu przybycia Żdżarskiego. Nareszcie ukazał się wóz parokonny, na nim nasz naczelnik. Odetchnęliśmy pełna piersią, a otucha wstąpiła w serca nasze. Teraz nie byliśmy już sami, jak stado opuszczonych błędnych owiec.. Głośnym okrzykiem radości powitaliśmy naszego naczelnika. Było tam kilkanaście bułek chleba, kilkanaście drążków do kos i paczka, kos, świeżo gdzieś widocznie zakupionych. Niektórzy, ze współtowarzyszy uzbroili się w te drążki. Przez Wilię trzeba było przeprawiać się jak najśpieszniej, albowiem mały oddział Kozaków z Kowna wychwytałby nas co do nogi, bez wystrzału prawie. Oczywiście kilku z nas, uzbrojonych w rewolwery, odegrałoby rolę starej gwardii Napoleońskiej, albowiem pewna część uzbrojona w drzewce od kos wyglądała raczej na garstkę pastuchów, jak na oddział zbrojny. Przeprawy promem dokonaliśmy szczęśliwie, i wśród ponownych, entuzjastycznych okrzyków, znaleźliśmy się wszyscy razem. Zaczęliśmy się liczyć. Było nas na ogół pięćdziesięciu kilku, a więc tylko tyle z jednego z większych miast litewskich, słynnego z patriotycznych manifestacji. Przeważna część tego pierwszego oddziału, mającego poruszyć Żmudź, stanowili gimnazjaliści, kilku urzędników (pomiędzy nimi Adolf Juszkiewicz, który podczas obchodu zjednoczenia Litwy z Polską kroczył na czele procesji kowieńskiej, krzyżem torując drogę do mostu nad Niemnem przez oddział kozacki) i kilku rzemieślników, a między tymi ostatnimi trzech rodzonych braci, tęgich chłopców z fabryki fortepianów. Najstarszy pomiędzy nami, jakiś urzędnik, liczył lat czterdzieści kilka, a był wybornym strzelcem. Pierwszą zaś czynnością było oprawianie kos w położonej nad brzegiem rzeki kuźni. Drzewca przyniósł za sobą nasz naczelnik. Wkrótce część oddziału, dzięki zwinności kowala, miała kosy na drzewcach, a więc w danym razie mogła już się bronić. Nadto trzeba było postarać się o wóz pod rzeczy. Znalazł się wkrótce stary wieśniak z jednokonnym wózkiem litewskim, na który złożyliśmy nasze rzeczy i chleb, a więc był już zarodek naszej intendentury wojskowej. Ruszyliśmy w drogę, otoczywszy tłumnie, bez porządku bojowego, wózek z rzeczami i naszego naczelnika. Za ten brak porządku usłyszeliśmy reprymendę od naszego starego chłopa: „A cóż to idziecie jak milicja" (chłop litewski miał zawsze skłonność do przekręcania wyrazów polskich: u niego mapa zwała się „małpa", a małpę zwał „wałpą"). Na tę uwagę zaczęliśmy się śmiać, a chłop spytał: „a pamiętacie ostatnie powstanie?" Wśród nas zapanowało głuche milczenie, a chłop znacząco kiwał tylko głową, wyrażając tym swoje myśli, iż nie tacy to wówczas i nie w takiej liczbie szli do walki, a jednak zostali pobici. To znaczące kiwanie głową przez chłopa podziałało na nas chwilowo deprymująco. Wkrótce spotkaliśmy się z ironią, gdyśmy po raz pierwszy wykonywali obowiązki władzy. Na drodze spotkaliśmy się z powozem, w którym siedziało dwóch szlachciców. Naczelnik kazał woźnicy się zatrzymać, zbliżył się do powozu i zażądał od tych panów legitymacji, oczywiście ustnych, w imieniu Rządu Narodowego, który rozciąga nad krajem władzę w chwili wybuchu zbrojnego powstania. Panowie ci żądane wyjaśnienia dawali, lecz z uśmiechem ironicznym przyglądali się uzbrojeniu i młodocianemu wyglądowi tych kadr przyszłej armii żmudzkiej. Następnie szliśmy długo, bardzo długo, aż do pierwszego popasu w jakimś dworze, którego nazwy nie pamiętam (może Łopie?). Właścicieli w domu nie było, ale przyjęto nas gościnnie i dostarczono w ilości pożądanej chleba, mleka i sera. Po wypoczynku ruszyliśmy już w nocy dalej. Z głównej dotąd dobrej drogi zboczyliśmy gdzieś na drożynki leśne i szliśmy przez noc całą. Było to zatem z 6 na 7-my marca starego stylu. Błoto było ogromne i deszcz padał obficie. Nogi grzęzły głęboko w błocie i moczarach leśnych. Taki długi marsz zmęczyłby nawet najwytrawniejszego żołnierza, a cóż mówić o nas, którzyśmy dotąd odbywali tylko krótkie przechadzki w dzień jasny, po równej drodze. Nieraz z wielkim trudem przychodziło się wydobywać nogi z tej topieli leśnej lub przeskakiwać z jednej kępy na drugą. O trudnościach tego marszu przez niskie, błotniste lasy, ten chyba może mieć wyobrażenie, kto znał stan dróg litewskich z przed laty czterdziestu, a więc przed i w czasie powstania z r. 1863. Takiej podróży i takiego umęczenia nigdy więcej w życiu nie zaznałem.... I dziś jeszcze żywo mi tkwi w pamięci, wycieńczenie, bladość, zniechęcenie, jakie malowały się na naszych twarzach, gdyśmy drugiego dnia odpoczywali w jakimś zaścianku czy leśniczówce. Siebie widzieć nie mogłem, bośmy nie zaopatrzyli się w takie bagatelki, jak zwierciadło, lecz na kolegach moich widziałem wyraz twarzy, przypominający rekonwalescentów, świeżo, z pośpiechem, wydalonych ze szpitala. Z ust powstańców wydobywały się skargi i narzekania . . . Nikt jednak o powrocie do ognisk nie myślał, chociaż czekała na nas jeszcze jedna podobna noc marszu po drogach leśnych, moczarach i roztopach, wśród obfitego deszczu, przeplatanego mokrym, marcowym śniegiem, aby trzeciego dnia z rana znaleźć się na miejscu przeznaczenia, w Wysokim Dworze Yergissów, rodziny niemieckiej z pochodzenia, lecz całkiem spolszczonej. W ciągu tych dwóch dni zrobiliśmy 10 mil drogi, ale jakiej to drogi! Państwo Vergissowie nie mieszkali w Wysokim Dworze; siedział tam rządca Podbielski wraz z rodziną. Dom mieszkalny zajął naczelnik ze swym sztabem, a we wszystkich zabudowaniach rozlokowali się powstańcy. Nieraz sobie myślałem, za jaką to winę zesłał na nich, żyjących dotąd cicho i spokojnie, wśród lasów żmudzkich, takich nieproszonych gości, którzy ruchem, gwarem, ciżbą od rana do późnej nocy zapełniali dwór cały. Zaledwie jeden pokój pozostał rządcy i całej jego rodzinie; na twarzach tych biednych ludzi malowała się nieustanna troska i tęskne oczekiwanie, kiedy ci goście pójdą sobie nareszcie. Na domiar złego cała rodzina Podbielskich żyła jakby na wulkanie, lada nieostrożność pierwszego lepszego dyletanta -wojaka mogła spowodować katastrofę. Dwór i reszta zabudowań znajdowała się na wzgórzu; w około obejścia gospodarskiego rozciągał się sad i ogrody warzywne, daleko wokoło pola, a poza nimi we wszystkich kierunkach rozciągały się, jak oko sięgnie, bezbrzeżne i bezdrożne lasy; oko gubiło się wśród tych ciemnych przestrzeni lasów szpilkowych. Większa droga wiodła przez lasy do miasteczka parafialnego Wilkiż, a zresztą przerzynały lasy tylko małe drożynki leśne, służące komunikacji lokalnej i dla wywozu drzewa. Zważywszy na wczesną, na poły śnieżną, a na poły dżdżystą porę roku, i na niskie położenie lasów, stanowisko nasze można było uważać do czasu przynajmniej — za całkiem bezpieczne. O nieprzyjacielu nigdzie w okolicy słychać nie było. Tymczasem w naszym oddziale zaszła ważna zmiana. W kilka dni po naszym rozlokowaniu się w Wysokim Dworze przybył Bolesław Kołyszko i objął naczelne dowództwo, a Żdżarski znajdował się w jego otoczeniu, do spraw wojskowych nie mieszał się wcale, a — o ile mogliśmy tajemnice urzędowe przeniknąć — pełnił obowiązki komisarza cywilnego przy boku naczelnika. Bolesław Kołyszko — piszę tutaj to tylko, co opowiadano w obozie — pochodził z powiatu lidzkiego guberni wileńskiej. Ukończył pięć klas powiatowych (a więc bez języków starożytnych), po czym udał się na uniwersytet do Moskwy, gdzie zdał egzamin wstępny, zwykle bardzo trudny nawet dla tych, co kończyli całe siedmioklasowe gimnazjum. Okoliczność tę podnoszono jako wyraz jego niezwykłej pracowitości i energii. Następnie — jak nam opowiadano — opuścił Rosję i udał się do szkoły wojskowej w Cuneo, w Piemoncie, która miała kształcić przyszłych oficerów powstaniu polskiemu. O zdolnościach wojskowych Kołyszki tutaj nie piszę, bo też nie piszę historii powstania roku 1863, tylko pamiętnik, i ograniczam się wyłącznie do tego, co sam widziałem i słyszałem. O energii i stanowczości jego mogłem jednak przekonać się z tych zarządzeń, które wydawał, a które znajdowały posłuch ogólny. W obozie naszym, o ile mogę sobie po tylu latach odtworzyć obraz jego w pamięci i zdać sobie z tego sprawę, panowały karność, ład i porządek. Od przybycia nowego naczelnika zapanował ruch niezwykły w obozie. Ilość powstańców rosła niesłychanie szybko: przybywali ludzie różnego stanu z całej okolicy i ze stron dalszych, ale najwięcej przybywało chłopów różnego wieku. Rząd prowincjonalny litewski wydał w tymże czasie manifest do ludu wiejskiego, wzywający do walki w obronie wiary i ojczyzny, a księżom polecił, aby manifest ten w pierwszą niedzielę odczytali ludowi i poczynili odpowiednie wyjaśnienia. Księża w diecezji żmudzkiej istotnie wypełnili rozkaz Rządu Narodowego z całą naiwną dobrodusznością, z bardzo małym wyjątkiem. Na lud żmudzki, nadzwyczajnie pobożny, przyzwyczajony do bezwarunkowego posłuszeństwa księdzu, manifest ten wywarł ogromne wrażenie. Jeżeli księża usłuchali rozkazów nowego rządu nie było najmniejszej racji, aby lud ich nie usłuchał. Wszyscy, liczący od lat 17 do 40 wieku, zaczęli tłumnie wybierać się do powstania. Powstańcy ci częstokroć słowa nie rozumieli po polsku, o ojczyźnie nie mieli zgoła wyobrażenia, ale na wezwanie księży szli bronić wiary. Był to lud ciemny i przesądny, chociaż czytać umiał po litewsku i — jak sam widziałem niejednokrotnie — modlił się w ogromnej większości z książki w kościele. O Moskalach miał w ogóle niejasne wyobrażenie. Były wsie w tej stronie ¯Żmudzi, których mieszkańcy w żywe oczy wojska rosyjskiego do roku 1863 nie widzieli, a że o nim miał lud wiejski niezbyt pochlebne wyobrażenie, tego najlepszym dowodem była okoliczność, że za ukazaniem się oddziałów ruchomych rosyjskich cała ludność wiejska pierzchała przed nimi z domów, łąk i pól, ukrywając się w najbliższym lesie, co niesłychanie irytowało dowódców tychże. Lud wiejski na Żmudzi opowiadał sobie, że wojska moskiewskie składają się z istot, mających psie głowy (szungalwi), a więc nic dziwnego, że nie miał wielkiej ochoty spotykać się z nimi oko w oko . . . Lud napływał coraz tłumniej do obozu powstańczego w Wysokim Dworze. Matki, żony i siostry odprowadzały częstokroć synów, mężów i braci; podziwu godny był ten spokój, z jakim żegnały swych najbliższych. Zdawało się, że wzajemnie nie pojmowano niebezpieczeństwa, jakie tak czy owak groziło uczestnikom. W ciągu paru tygodni oddział nasz urósł do 600 ludzi; dla tej masy ludzi brakło tylko bagatelki, to jest broni palnej, aby ją zamienić na siłę zbrojna. Brak ten największy dla „ludu pod bronią" zastępowano kosami, ale ufności wielkiej do tego rodzaju broni nikt zgoła nie miał. Wprawdzie powtarzano nam dosyć często, że kto ma ręce zdrowe może wziąć kij, kijem zdobyć sobie karabin, a karabinem zdobywają się armaty. Lecz tego rodzaju argumentacja wywołała tylko żartobliwe uwagi i parafrazowano je na różne sposoby. Ten tylko brat kosę do ręki, jako zło nieuniknione, kto nie miał własnego karabinu.
Część II
Zaznajomiłem zatem czytelników mych Wspomnień z postaciami mych najbliższych współtowarzyszy obozowych. Skreślę teraz pokrótce akcję oddziału Wisłoucha w czasie mej krótkiej kampanii od l do 19 maja st. stylu. Pobyt nasz w lasach żosielskich stawał się-po prostu nieznośnym. Ta gnuśność, bezczynność, siedzenie wśród gąszczy leśnej i błot, picie niezdrowej wody, zabijała po prostu tych, co szli walczyć dla idei, z miłości ku ojczyźnie, w przekonaniu, że jej służą, jak mogą i umieją. Ukrywanie się przed ludźmi, przed światem, unikanie tych, z którymi miało się walczyć, dobrym i odpowiednim byłoby może dla bandy hultajów, próżniaków lub opryszków, lecz nie dla oswobodzicieli ojczyzny, bojowników za wolność. Nieczynność w r. 1863 oddziałów powstańczych, uważaliśmy już wówczas w naszych poufnych pogadankach za jeden z największych błędów tego, zresztą w ogóle nieszczęsnego dla nas, powstania. Skoro raz już byliśmy pod bronią, należało krwi nie skąpić, wieść powstańców od walki do walki, wśród której może by się wytworzyła siła zbrojna, może by się okazały jakieś talenta wojskowe, uwydatniające się zwykle wśród huku dział i szczęku oręża. A gdyby nawet i nie te względy i pobudki, to z czynów i walk naszych zrodziłyby się może jakieś piękne wspomnienia, jednostkowe i zbiorowe, powstałyby może „długie nocne rodaków rozmowy", a z nich w końcu wykwitłaby pieśń, która by następne pokolenia pobudziła ,do nowych piękniejszych czynów . . . Nie wiadomo, co skłoniło naszego naczelnika do zmiany naszego miejsca, do opuszczenia w końcu bezpiecznych lasów żosielskich. Ruszyliśmy zatem, przeważnie porą nocną, przez powiat trocki, w stronę powiatu lidzkiego. W drodze połączyły się z nami dwa inne oddziały powstańców: Lubicza i Czudowskiego (blisko 100 koni kawalerii). Siła zbrojna całego powiatu wynosić mogła około 700 ludzi. Spotęgowana siła dodała nam nowej otuchy, nie tylko gorąco pragnęliśmy walki, aleśmy przyszli do przekonania, że F. Wisłouch, który nad nią objął naczelne dowództwo, szukać będzie walki, aby okazać czynem, czego potrafi dokonać. W całym obozie życzono sobie ataku na powiatowe miasto Troki, gdzie załoga rosyjska była stosunkowo niewielka, a zajęcie powiatowego miasta zrobiłoby w kraju pewne wrażenie. Mówiono w obozie, że piechoty moskiewskiej były tam tylko dwie roty, a więc zdobycie miasta nie wydawało się zbyt trudnym. Podobno, że i w najbliższym otoczeniu naczelnika powiatu rozważano projekt zaatakowania Trok, lecz w końcu od niego odstąpiono. „Hromada — cziłowik" — powiada Rusin. Otóż większa ilość powstańców, nagromadzonych w jednym obozie i pod jednym dowództwem, ośmieliła nas do wychylenia się z lasów. W jednym miejscu, na krawędzi lasu, odbywaliśmy trzydniówkę i wychylaliśmy się stamtąd nieustannie, aby popatrzyć się na świat Boży i ludzi, na pole i łąki. Właściciel wsi wraz ze swą rodziną często zaglądał do obozu. Doczekaliśmy się wielkiej nareszcie niespodzianki: po całonocnym, uciążliwym marszu zawitał prześliczny poranek, a w blasku słońca majowego ujrzeliśmy przed sobą miasteczko, gdzie nam zapowiedziano wypoczynek po całonocnych trudach. Radość nasza granic nie znała — po długiej leśnej tułaczce i nocnych marszach mieliśmy wypoczywać wśród dnia białego! Miasteczkiem tym były Olkieniki, położone nad rzeką Mereczanka. Wiadomym nam było, że w Olkienikach są koszary, w których zwykle stało parę kompanii piechoty. Zapewniono naszego naczelnika, że żołnierzy obecnie nie ma, lecz w każdym razie należało użyć środków ostrożności, albowiem z powodu bliskości kolei żelaznej petersbursko-warszawskiej każdej chwili oni tam mogli się znaleźć. Okoliczność ta skłoniła Wisłoucha i obu jego podkomendnych (Lubicza i Czudowskiego) do poczynienia zarządzeń wojskowej natury, na widok których pierś nam mężnie się podnosiła. Kawaleria nasza, podzielona na dwa oddziały, popędziła lotem strzały, aby z dwóch stron otoczyć miasteczko i nikogo zeń nie wypuścić; następnie ruszyła piechota nasza kolumnami, a poza nią kosynierzy. Przez czas pewien zapanowała cisza niezwykła oczekiwaliśmy strzałów i walki. Zdawało się się rzeczą niezgodną z naszym honorem wojskowym, aby bez bitwy przyjść do posiadania miasteczka i koszar. Tymczasem strzał nie padł a myśmy zbliżyli się do koszar, przerobionych — o ile sobie przypominam — z byłego klasztoru OO. Franciszkanów. Nigdy nie zapomnę w życiu tego uroczystego nastroju, z jakim wchodziliśmy na podwórze koszarowe. Zamiast dwóch kompanii piechoty, znaleźliśmy w koszarach czterech inwalidów, którzy z całym respektem przedstawili się naczelnikowi, pootwierali wszystkie lokale i oddali nam do rozporządzenia, a potem oświadczyli gotowość do wszelkich usług. Po osiemnastu dniach przybycia do obozu mogłem się rozebrać i wygodnie (jak mi się wówczas zdawało) rozciągnąć na tak zwanych noszach żołnierskich. Jedzenie z kotłów żołnierskich. Niezwykły ruch zapanował od rana w miasteczku. Jedyny przedstawiciel władzy administracyjno-policyjnej, zwany na Litwie „Klucz-wojtem", stawił się dobrowolnie przed naczelnikiem i oddał się do jego dyspozycji, a na wszystkie pytania, zadawane przez naczelnika, odpowiadał szczerze. Wobec takiego zachowania się przedstawicieli władzy cywilnej wielkiej monarchii militarnej, rzeczą było całkiem naturalną, iż nikomu — Bogu dzięki! — włos z głowy nie spadł. Nie potrzebuję dodawać, iż ludność katolicka miasteczka przyjęła nas z zapałem i na każdym kroku okazywała swą życzliwość. Lecz i zachowanie się Żydów nie pozostawiało nic do życzenia. Był to dzień sobotni, więc handlu żadnego, a tym samym nie można było zaspokoić najróżnorodniejszych potrzeb. Otóż przełożony żydowskiego domu modlitwy oświadczył gotowość wydania polecenia, nakazującego otworzyć wszystkie sklepiki. Sprzedawano więc i kupowano w sobotę, jakby to było miasteczko całkiem katolickie. I wyznać należy otwarcie, nie wchodząc wcale w pobudki, iż zachowanie się-ludności żydowskiej było pod każdym względem uprzejme, a ceny towarów i wiktuałów zwyczajne. Nadeszła godzina wyjścia naszego oddziału z Olkienik. Wychodziliśmy parami, z rozwiniętymi sztandarami przy akompaniamencie pieśni patriotycznych. Patrzącym na nas mieszkańcom wydawało się, iż nas więcej niż było w istocie. Postępując parami, tworzyliśmy długi łańcuch, który zdawał się nie mieć końca. Wieczór był prześliczny, a słońce połyskiwało krwawo na kosach i oblewało obficie promieniami nasze chorągwie z Orłem Białym i Pogonią. Sztab, otaczający naczelnika, prezentował się bardzo dobrze na swych doborowych koniach. Trudno było mieć za złe starszyźnie, iż w tej chwili pozowała dla oczu małomieszczan i małomieszczanek którzy wylegli się tłumnie na ulicę i wszelkimi sposoby, wzrokiem, głosem, ruchem rąk, powiewaniem chustkami żegnali nas i okazywali nam życzliwość. Była to niewątpliwie ostatnia szczęśliwa chwila w historii powstania trockiego. Po opuszczeniu Olkienik szliśmy nadzwyczaj szybko; szliśmy przez noc całą z małym tylko wypoczynkiem. Pośpiech był nakazany. Łatwo było domyśleć się, że Moskale nie przebaczą nam tego aktu odwagi, polegającego na wysunięciu się z lasów i zajęciu miasteczka przez dzień jeden. Sam Wisłouch polecił kluczwojtowi, aby w parę; godzin po naszym wyjściu z Olkienik dał znać wyższej władzy cywilnej i wojskowej. Na drogi dzień z rana już wojsko rosyjskie przybyło do Olkienik w znacznej stosunkowo ilości i ruszyło śladem za nami. Myśmy postępowali w kierunku miasteczka Budnik, a około południa byliśmy w głębi puszczy olkienickiej, gdzieśmy postanowili dłużej wypocząć, bo po całonocnym marszu upadaliśmy ze zmęczenia. Było to, dzień 19 maja st. stylu, w niedzielę, w pierwszy dzień Zielonych Świątek. Zaczęliśmy zakładać obóz, bośmy nie przypuszczali aby Moskale, dowiedziawszy się w Olkienikach o naszej sile. chcieli z takim pośpiechem iść bez wypoczynku, trop w trop za nami, kucharze nasi rozłożyli ognisko i zaczęli czynić przygotowania do gotowania obiadu. Ja osobiście byłem tak zmęczony, że nie czekając na tę osłonioną zupę, zdjąłem z siebie torbę podróżną, położyłem ją pod drzewo i ułożywszy na niej głowę, gotowałem się do dłuższego wypoczynku, zadowolony, że mię ominęło stanie na straży. Zaledwie oczy mrużyć się zaczęły, kiedy naraz rozległ się strzał karabinowy i tak zwykłe wołanie: „do broni! do broni!". Byłem najpewniejszy, iż to zwykły alarm, częstokroć umyślnie wywoływany, aby nas utrzymywać w ciągłej czujności. Przyznam się, iż okropnie tym razem byłem z niego niezadowolony. Tak byłem pewny, iż to tylko fałszywy alarm, że zostawiłem, tam gdziem drzemał pod drzewem, moją torbę skórzaną wraz z szarpiami, bandażami, drobną monetą, zapasami żywności, a nawet listami od ojca i książką do nabożeństwa. Nie chciało mi się tego ze sobą zabierać, wdziewać i później znów zdejmować, skoro za chwilę miałem wrócić na swoje miejsce. Tymczasem rzeczy tych mogących mię później skompromitować, nigdy już nie ujrzałem. Myślałem później, kiedy byłem w więzieniu, że się z nimi spotkam, że będą świadczyć przeciwko mnie i ojcu memu, jako corpus delicti. Nigdy jednak nie zdradziły mego udziału w kampanii powstańczej. Tłumaczyłem to sobie w ten sposób, iż żołnierz, znalazłszy dobrą torbę skórzaną i w niej nieco łupu, zniszczył papiery i listy w niej się znajdujące z obawy, aby mu wraz z nimi nie odebrano torby i tego, co w niej było. Wkrótce przyszliśmy do przekonania, że nie był to alarm fałszywy, lecz że wróg zbliżał się do naszego obozu. Na nasze zapytanie, skierowane ku cofającym się w pośpiechu strażom, słyszeliśmy odpowiedzi, iż Moskale idą w istocie. Tak od dawna pragnęliśmy tego spotkania (przynajmniej niektórzy), tak gorąco oczekiwaliśmy walki, iż wierzyć się po prostu nie chciało, że za chwilę ich ujrzymy, że walka stała się czymś pewnym, nieuniknionym. Każda chwila, każdy najdrobniejszy fakt stoi mi do dziś dnia w żywej pamięci. Na twarzy Wisłoucha i starszyzny naszej malowała się niezwykła powaga. A więc to nie żarty. Stanęliśmy w ordynku bojowym. Za naszym III plutonem, pod komendą Pomarnackiego, stanął Wisłouch wraz ze swym sztabem, z czego byliśmy bardzo dumni; był to dowód, iż do trzeciego plutonu strzelców ma najwięcej zaufania. Jeszcze raz powtórzono nam znany i powtórzony niejednokrotnie rozkaz, aby pierwszy szereg bojowy strzelał do postępującej naprzód piechoty moskiewskiej, a potem cofał się za drugi szereg, zostawiał temu ostatniemu sposobność do strzelania, a sam tymczasem broń nabijał. To samo miał robić szereg drugi: strzelać i cofać się i tak miało dziać in infinitum, aż do jakiegoś wyniku. Wkrótce na całej linii bojowej zapanowała cisza; ja stałem w drugiej linii bojowej, za szerokim drzewem. Mieliśmy zmierzyć się lada chwila z wrogiem w tych samych lasach rudnickich, gdzie niegdyś królowie nasi (Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary i Zygmunt August) polowali na grubego zwierza. W tej ostatniej chwili odwołałem się do Matki Boskiej Ostrobramskiej i odmówiłem gorącą modlitwę: „Pod Twoją obronę uciekamy się . . ." Zdawało mi się, iż nigdy w życiu nie modliłem się i nie będę modlił tak gorąco . . . chyba może w godzinę śmierci. Potem pożegnałem w myśli ojca, matkę, siostry i braci. Jeszcze raz obejrzałem siebie i pożałowałem mej torby skórzanej . . . Serce mi biło mocno, lecz nie z bojaźni bynajmniej, tylko ze wzruszenia; wśród tej ciszy grobowej zdawało się, iż słyszę bicia serc innych moich współtowarzyszy. Jeszcze raz spojrzałem przed siebie i ujrzałem w pierwszym rzędzie Pomarnackiego: stał zimny i spokojny jak głaz, a tylko rumieniec na twarzy stał się jeszcze jaskrawszym; już po sformowaniu swego plutonu zajrzał do flaszki i użył trochę gorzałki — krzepicielki. Oczy wszystkich zwrócone były w stronę, skąd oczekiwaliśmy nieprzyjaciela, a słuch był niezwykle natężony. Naraz dał się słyszeć szelest liści i gałęzi, a potem stąpania. Wytężyłem wzrok i ujrzałem jak Moskale, z wolna i ostrożnie, posuwali się od jednego drzewa za drugie, szybko przebiegając przestrzeń odsłoniętą. Rozległ się po ich stronie strzał jeden i drugi, a potem zaczęły się sypać strzały coraz gęściej, na które zaczęto odpowiadać i z naszej strony. Walka się zatem zaczęła . . . Łatwiej było wydać rozkaz cofania się pierwszemu szeregowi poza drugi i odsłonienie tego ostatniego. Kule zaczęły syczeć i gwizdać, rozcinać gałęzie, uderzać o pnie drzew, przelatywać koło uszu, jak natrętne muchy lub bąki. Czekam niecierpliwie, aby powstańcy z pierwszego rzędu usunęli się, abym nareszcie mógł wymierzyć strzał do wroga. Widząc, że czekam daremnie, postanawiani strzelać bez względu na stojących przede mną towarzyszy broni. Wymierzam, czekam i daję strzał do wysuwającego się zza drzewa Moskala. Wyniku nie wiem, albowiem dym z lekka zasłania na dalszą metę widok przede mną. Tylko mój dawny znajomy i kolega szkolny, Józef Kolenda, odwraca się ku mnie z wyrzutem i woła na mnie z pierwszego rzędu, abym był ostrożny, bo kula przeleciała mu mimo ucha. Po raz ostatni już w życiu widziałem twarz jego; odtąd ani nie widziałem go, ani nic o nim nie słyszałem. Skonfundowany nieco tym wyrzutem, czekam jeszcze chwil kilka, azali pierwszy rząd nie ustąpi nam miejsca; lecz czekam daremnie. Po wystrzeleniu nabojów, stojący przed nami nabijają i znów strzelają. Zniecierpliwiony oczekiwaniem, postanawiam sam radzić o sobie. Patrzę przed siebie i widzę oficera posuwającego się naprzód, w szarym paltocie i szerokiej białej czapce, i wydającego jakieś rozkazy żołnierzom; ci ostatni zaś z wielką ostrożnością idą wciąż naprzód, zza drzewa ku drzewu, przebiegając szybko miejsca odsłonięte. Wówczas zdobywam się na krok stanowczy, wychodzę zza szerokiego pnia drzewnego wybornie mię osłaniającego, mierzę do oficera, strzelam i cofam się znowu na dawne, osłonięte miejsce. Czym zabił tego, do kogo mierzyłem? Nie wiem. Lekki obłok dymu znowu zasłonił widok przede mną. Zacząłem nabijać mój karabin, bo patronaż miałem na sobie, kiedym zerwał się na podniesiony alarm. W tej chwili robi mi się ciepło w lewej nodze, na co na razie nie zwracam wcale uwagi, nie mając czasu do stracenia. Lecz czuję, że mam mokrą nogę; zmuszony spojrzeć na nią, widzę iż już całe moje spodnie z lewej strony w krwi, która płynie coraz obficiej. Jestem zatem raniony. Jakieś dziwne uczucie mię ogarnia; po części niepokoju, po części zadowolenia. I miałem to szczęście przelać krew za ojczyznę; przecież cała patriotyczna duma Polaka tego wymagała, wszystkie przykazania miłości ojczyzny głosiły potrzebę nieszczędzenia krwi i życia dla niej. Zdawało mi się, że teraz będę mógł spokojnie wracać do swoich, do ogniska domowego, skoro nikt mi nie będzie mógł zarzucić tchórzostwa lub niespełnienia najświętszego z obowiązków. Czy w tym nie tkwiło zbyt powierzchowne pojmowanie patriotyzmu? We wszystkich ówczesnych broszurach treści patriotycznej zawsze się wiele mówiło o walce dla miłości ojczyzny, ale nie o pracy dla niej. Stąd też i widok tej krwi płynącej z rany sprawiał mi tyle zadowolenia wewnętrznego ... W istocie rzeczy mogłem się nazwać szczęśliwym, chociaż nie miałem ani szarpi, ani bandaży do opatrzenia mej rany. Kula uderzyła z lekka o kość, nie miała dosyć siły, aby ją przełamać lub nadwerężyć i wyszła sobie. Gdyby kość przełamała lub ją nadwerężyła, zostałbym zapewne kaleką, bo pomoc lekarską mógłbym otrzymać dopiero drugiego dnia wieczorem; gdyby uderzenie kuli było słabszym, kula pozostałaby w nodze, nosiłbym ją przeszło półtorej doby, bo nie byłoby komu wyjąć; więc zarówno silniejsze, jak słabsze uderzenie kuli byłoby dla mnie zgubnem; pierwsze spowodowałoby przełamanie kości, a drugie — pozostawiłoby kulę w ranie. I jeszcze jedna pomyślna okoliczność: gdyby kula uderzyła choć odrobinkę, wyżej, dostałaby się w samo schylenie, a wówczas ześliznąć się koło kości nie mogłaby, pozostałaby w ranie i nie pozwoliłaby mi później na pośpieszne maszerowanie po lesie za innymi towarzyszami broni, do czego wnet byłem zmuszony. I dziś jeszcze mam dwa wyraźne znaki na nodze wielkości 1-o hależówki. Patrząc na nie, widzę w sposobie otrzymania tej rany szczególniejszy objaw miłosierdzia i opatrzności Bożej nade mną. Kiedy tak rozmyślam nad moją raną, nie wiedząc, co mam z nią począć, Wisłouch stojący ze swym sztabem za naszym trzecim plutonem wydał rozkaz do cofnięcia się. Słyszałem następnie z ust jego, iż nakazał naczelnikom plutonów, aby po daniu kilku strzałów cofali się na całej linii. Tymczasem wśród huku strzałów albo o tym rozkazie zapomniano, albo w upojeniu walki nie chciano jej przerywać, zwłaszcza, że Moskale niezbyt śpieszyli do walki na bagnety. Nasz pluton i trochę bliżej stojących z innych plutonów w istocie wnet się cofnęło stosownie do hasła danego przez naczelnika. Znalazło się w otoczeniu F. Wisłoucha i jego sztabu około 50 ludzi. Myśmy byli już głęboko W lesie, a jeszcze przez godzin parę słyszeliśmy za sobą strzelanie Moskali i coraz słabsze odstrzeliwanie się powstańców. W końcu wszystko w lesie ucichło. Garstka wraz z naczelnikiem, błąkała się przez wieczór i dzień następny (a więc dnia 19 i 20 maja st. stylu), bez żywności i amunicji, bez pomocy lekarskiej. Wprawdzie lekarz obozowy był z nami, lecz pomocy nie mógł mi żadnej udzielić, bo nikt z nas nie miał ani szarpi, ani bandaży. Zawiązałem więc ranę chusteczką do nosa i brudny od krwi, jak kameleon, włóczyłem się za rozbitkami oddziału do niedawna tak licznego. Na drugi dzień rana zaczęła mi mocno dolegać i tylko z wielkim trudem, utykając na lewą nogę, mogłem zdążyć za towarzyszami broni, którzy pędzili coraz szybciej z obawy przed pościgiem wojsk rosyjskich. Drugiego dnia wieczorem doszliśmy do jakiegoś dworu, położonego wśród lasów, gdzieśmy się zatrzymali na wypoczynek. Tam postanowiono mię zostawić pod opieką właścicieli, dwóch, zacnych staruszków, których nazwiska, niestety, nie zapamiętałem. F. Wisłouch pożegnał mię serdecznie, tak samo uczynili inni współtowarzysze, a lekarz opatrzył moją ranę l dał polecenie, jak się z raną obchodzić. Po czym zapanowała cisza we dworze, a tylko słyszałem przez chwilę głuche stąpania oddziału powstańczego. Były to w uszach moich ostatnie kroki zbrojnych przedstawicieli wolnej (przynajmniej w poczuciu własnym) Polski. Z Wisłouchem spotkać się miałem raz jeszcze, ale wśród bardzo smutnych okoliczności; bojowników zaś o niepodległość ojczyzny widziałem już tylko w więzieniach i na wygnaniu, pędzonych przez ulice Moskwy lub w strojach aresztanckich w szpitalu moskiewskim dla przesiedleńców. Pobyt mój we wsi, której nazwy nie pamiętam, i u właścicieli, których nazwiska również nie mogę sobie przypomnieć, był istnym eldorado po tych trudach, niewygodach, najgorszym żywieniu się, sypianiu w ubraniu, na ziemi nieraz błotnistej i wilgotnej. Spędzonych tam przeszło dni dziesięć mógłbym zaliczyć do najspokojniejszych mego życia, gdyby nie dokuczała rana, opatrywana rękami niewprawnymi i nieumiejętnymi, i nie obawa przed rozjazdami, rewizjami domów obywatelskich, przetrząsaniem sąsiednich lasów przez kozaków i wojska regularne, o których wieści mię dochodziły jakby z poza świata, bo ja żyłem w całkowitym odosobnieniu. Oprócz samych właścicieli, wiedział o mym pobycie w domu jeszcze ekonom i pokojówka. Ukryć jednakże pobytu we dworze wiejskim jednej, obcej osoby na długo było niepodobne: służba dworska dostrzegała to najpierw a od niej wieść doszła i do wsi. Zdarzało się, iż parobcy wiejscy, zajęci koło gospodarstwa w zabudowaniach dworskich, podchodzili pod moje okna i starali się przez pewien gatunek storów, zasłaniających mię przed nimi, lecz nie ich przede mną, dostrzec tego ptaszka, co tam siedział w ukryciu, w głębi pokoju. Usiłowania te, powtórzone codziennie, wprawiały mię zwykle w bardzo dobry humor. Razu pewnego zakomunikowała mi pani domu, iż wieści o przybyciu dnia następnego do dworu kozaków nabierają wielkiego prawdopodobieństwa, więc dla mego bezpieczeństwa dobrze byłoby spędzić dzień cały w lesie, w bezpiecznej kryjówce, wśród mało dostępnej gąszczy leśnej, dokąd odprowadzi mię ekonom, w ciągu dnia przyniesie mi obiad, a późno wieczorem odprowadzi do domu. Naturalnie, iż na to jak najchętniej się zgodziłem i używałem przez dzień jeden pewnego rodzaju przymusowej majówki. Miałem wśród tych dni nudnych, jednostajnych, urozmaiconych czytaniem powieści, których mi dostarczała pani domu, dzień jeden w istocie przyjemny. Oświadczyła mi pani domu, (sam właściciel przychodził bardzo rzadko), iż przyjechał z Wilna członek Rządu Narodowego i chce się ze mną widzieć. W istocie wszedł do pokoju człek młody, przystojny, średniego wzrostu, o ruchach pełnych dystynkcji, rozmawiał ze mną dosyć długo o położeniu Kraju, a zwłaszcza o świeżo zaszłej zmianie jenerał-gubernatora wileńskiego! Ustąpił Nazimow, człek niewątpliwie dobry i dosyć przychylny dla kraju, a miejsce jego zajmował hr. M. Murawjew, osławiony już w roku 1831 jako gubernator grodzieński. Dowiedziawszy się, iż wkrótce mam zamiar wracać do domu ojcowskiego, aby tam dokończyć kuracji i zastanowić się nad kwestią, co mam dalej robić, ów nieznany mi z nazwiska przedstawiciel tajnej władzy narodowej wyjął z portmonetki kartkę z pieczęcią Rządu Narodowego i nad-pisał na niej polecenie do wszystkich przedstawicieli organizacji narodowej oraz do osób wszelkiego stanu, aby czyniono mi w powrocie do powiatu trockiego wszelkie ułatwienia, a więc dostarczano koni, przewodników i żywności. Nadto chociaż go o to nie prosiłem, mając jeszcze nieco własnego grosza — doręczył mi sześć rubli na koszta powrotu. Na tem kończyła się moja służba zbrojna ojczyźnie: ów świstek cienkiego papieru z pieczątką Rządu Narodowego był jej zamknięciem, a sześć rubli były jakby nagrodą za moją ranę. Kto był ten młody człowiek? Przez delikatność nie pytałem o to mojej gospodyni. Na podstawie opisu jego powierzchowności, jeden z wtajemniczonych w organizację wileńską, nazwał go Kalinowskim. Chociaż ten ostatni był później tak blisko pod Krakowem, jako przełożony OO. Karmelitów w Czernej, zawsze jednak okoliczności tak się składały, iż dotąd nie mogłem z nim się widzieć i sprawdzić moje przypuszczenia. Chociaż postępowano ze mną w tym domu gościnnie i uprzejmie, jednakże czułem, że obecność moja jest dla nich powodem ciągłych udręczeń i niepokojów o przyszłość, albowiem z Wilna raz po raz dochodziły wieści o coraz surowszych edyktach i zarządzeniach nowego jenerał-gubernatora. Oświadczyłem — skoro jako tako rana moja zabliźniać się zaczęła, iż tęsknię za domem rodzicielskim i mam zamiar co rychlej odjechać; proszę ich zatem o wyszukanie jakiegoś włościanina, co by podjął się mię zawieść przynajmniej do miasteczka Jewje, w powiecie trockim, skąd już dobrze znałem drogę do domu. Oświadczenie moje przyjęto z wyraźnym zadowoleniem, a życzenie wykonano z pośpiechem. Na drugi dzień raniutko, o brzasku dnia, pożegnawszy się z niemi gościnnemi gospodarzami, którym podziękowałem jak mogłem najuprzejmiej za przytułek i opiekę, puściłem się w drogę. Gospodarzy moich w życiu więcej nie widziałem i los ich nie jest mi napewno znanym. W roku 1867, jadąc z Wilna do Moskwy ze starą panną Rogalską, siostrą znanego dobrze na bruku warszawskim literata i tłumacza kilku prac historycznych, Leona Rogalskiego, zacząłem jej opowiadać moje przygody po potyczce olkienickiej i pobyt w pewnym domu obywatelskim w powiecie lidzkim. Z mego opowiadania wysnuła wówczas wniosek, iż ci państwo, u których leczyłem się z rany, są jej dobrze znani, że nazywają się tak i tak (nazwisko wypadło mi z pamięci), że zostali następnie przez Murawjewa wysłani, za współdziałanie i pomoc powstańcom, skazani na Syberię, gdzie i życie oboje zakończyli. Jeżeli i mój pobyt do tego się przyczynił, to niejednokrotnie w życiu myślałem o nich i ubolewałem nad moją bez-własnowolną współwiną w losie tych dwojga ludzi...
|