Krzysztof Polak

Odpowiedzi na Forum Stworzone

  • W odpowiedzi na: Honory

    1 czerwca 2006 z 02:01 #2771
    Krzysztof Polak
    Participant

    Hehe, sam mam z tym problem…

    Jedno, zcego jestem pewien – to to, że salutowano w XW prawą dłonią do daszka, a właściwie – orła nad daszkiem. Z przyczyn niejako „praktycznych” salutowano przykładająć dłoń do daszka, ale np. na rycinach widać, jak zołnierze w bermycach czy kołpakach salutują do „środka” czapki.
    Poza tym – salutowano pełną dłonią – otwartą, nasze polskie dwa paluszki to tradycja z powstania listopadowego.
    Stojąc na warcie salutjemy porzez „prezentuj broń”, ale nie wiem, czy takoż robimy na przykład meldując się dowódcy po powrocie skądś, wykonaniu zadania itp. Tu jestem głupi :mrgreen:

    Jak znam swiat, pewnikiem Koroniarz za chwilke wypali ogromniastym cytatem z regulaminu lub jakowejś publikacji :mrgreen:

    W odpowiedzi na: Rekonstrukcja: Pierwiastek niematerialny

    24 maja 2006 z 12:49 #2750
    Krzysztof Polak
    Participant

    To ja się wypowiem, jak to, mniej więcej, wygląda w moim przypadku.
    Korzystając z epokowego określenia, w naszym batalionie, na moje oko, panuje coś w stylu „duzej i małej” dyscypliny.
    Mała, to dyscyplina obozowo-stołowa 😉 , tzn. przy ognisku, stole, w czasie typowego leniuchowania zachowujemy się dość normalnie, nie stukamy obcasami, salutujemy.
    Natomiast w sytuacji „służbowej”, to już bywa różnie.Oczywiście, w czasie samych manewrów, walki, musztry itp. zachowujemy całą tytulaturę, ceremoniały itp. W sytuacjach „półbojowych” , jak np. polecenie przyniesienia drewna, wybór wartowników, przyniesienie jakiejś informacji bywa różnie. Tutaj decyduje raczej walsne uznanie. Ja osobiście akurat lubię „stukanie, meldowanie, prostowanie”, lubię ów wojskowy sznyt (choć czasem trąci to wojakowaniem 😉 ), więc w tych sytuacjach z reguły melduję, salutuje, stukam obcasem. I chyba powoli jako całość oddziału dochodzimy do takiego „standardu”.
    Uważam, ze spora część problemu lezy w charakterze naszych grup. Co innego Legia, gdzie jest Szef, kilku Podszefów i żołnierze(nie mówię prześmiewczo, tylko obrazowo), co innego I/P2P gdzie jest zgrana paczka kolegów, przyjaciół z których część jest podoficerami. Powstaje problem dwoistej osobowości, bo jak tu szefować, czy być szefowanym przez dobrego kumpla? Sądzę, ze, przynajmniej an razie, rzecz powinna być regulowana wewnątrz oddziałów. Wraz z rozrostem i dojrzewaniem ruchu te rzeczy powinny być „regulowane” ale nie rozkazami, a przez uzus i niepisaną umowę, akceptację. Jestem przeciwny osobnym kantynom, chyba, ze np. sztabowym – dla odpraw dowódców, natomiast jak najbarzdiej poieram oddawanie honorów oficerom, sztandarom… Chocby z usmiechem na gębie, bo meldujemy się dobremu koledze, ale jednak, przynajmniej przy powitaniu :mrgreen:

    W odpowiedzi na: Rekonstrukcja: Pierwiastek niematerialny

    23 maja 2006 z 22:24 #2745
    Krzysztof Polak
    Participant

    w wolnej chwili też się tu chętnie wypowiem :mrgreen:

    W odpowiedzi na: Inne czasy

    14 maja 2006 z 12:58 #2727
    Krzysztof Polak
    Participant

    Kampania wrześniowa 1939 roku była jedną z najtragiczniejszych kart w dziejach narodu i państwa polskiego. Był to krótkotrwały(36 dni) konflikt zbrojny o niewiarygodnym nasileniu walk, w czasie którego żołnierz polski wykazał swe prawdziwe walory, tak że nawet niemiecki dowódca Grupy Armii ‚Południe’ Rundstedt podczas kampanii polskiej tak scharakteryzował żołnierza polskiego : ‚Żołnierz polski jest ochoczy, dzielny, twardy, skromny i miłujący ojczyznę. Poświęca się w pełni i w całości.’

    Chciałem tylko dodać, ze w jednym z numerów Do Broni (? chyba) był artykuł właśnie od polskim żołnierzu w 1939 roku w oczach Niemców.
    Opinie ogólne były więcej niz chwalebne dla nas, wyglada na to, że spora część WP zachaczyła o pozytywny 😉 fanatyzm.
    Chciałem natomist dodać cos do wypowiedzi feldm. Rundstedta; pod koniec powyzszej opinii dodał jednak, że zołnierz polski wykazuje sie zdecydowanie mniejszą samodzielnością niz zołnierz niemiecki, bez przełożonych często gubił sie i stąd wynikały tak duże ilości jeńców branych często bez wal;ki – po prostu żołnierz oderwał się od dowództwa (chocby kaprala). Z drugiej strony, zdaniem feldmarszałka, zołnierz polski, energicznie i stakle dowodzony, wykazywał sie wszelkimi mozliwymi zaletami i był (o ile dobrze pamiętam) najlepszym zólnierzem jakiego feldmarszałek spotkał dotychczas.

    W odpowiedzi na: Chlebak dla oficera?

    12 maja 2006 z 12:56 #2726
    Krzysztof Polak
    Participant

    Warto przypomnieć, że z pewnością Rosjanie w 1812 roku i Prusacy po 1813 roku wyposarzyli swych nizszych oficerów (do kapitana?, w każdym razie nie jeżdżących konno) w normalne, standardowe plecaki/tornistry. Były one, o ile wiem, bo opieram sie głównie na ikonografii kroju zołnierskiego, ale łatwo można sie domyśleć, ze były wykonywane znacznie staranniej.

    W odpowiedzi na: Żywa historia czy przebierańcy?

    3 maja 2006 z 10:36 #2712
    Krzysztof Polak
    Participant

    Aż mię korci by odpisać śladem Blues brothers, że mam „misję od Boga”

    MAm nawet taką koszulke, z buźkami Braci Blues! :mrgreen:

    W odpowiedzi na: Żywa historia czy przebierańcy?

    2 maja 2006 z 20:13 #2710
    Krzysztof Polak
    Participant

    No to znowu słów kilka…

    Jeśli wiziąć pod uwagę wymieniony we wstępie/tytule aspekt motywacyjny, to musze powiedzieć, że szło mi przede wszystkim o przygodę, fascynację epoką i wojskiem, przyjemność. Motyw nauki/przekazywania wiedzy w ten czy inny sposób ludziom był na daleeeeeeekim miejscu, jeśli w ogóle. Jeśli chodzi o kultywowanie tradycji konkretnej jednostki – to tez było w pewnym sensie sprawą osobistą – w sumie wybór był niewielki (Legia, Legia, KAD, Legia, P2P … i wsio??? :mrgreen: ), a skoro już się jest w P2P… Dla mnie ten aspekt rkonstrukcji działa razcej na zasadzie zobowiązania, niz „misji”. Skoro zdecydowałem się na ten Pułk, to zobowiązuję się dbac o jego dobre imię, honor, z duma nosic załozony mundur. Owszem, przy okazji wrto krzewić wiedzę o danej epoce/pułku, ale znów dla mnie nie była to licząca się motywacja.
    Co do imprez – to jak Koroniarz słusznie zauważył, wyraźnie uwidacznia się tendencja do komercjalizacji imprez, ale to nie niesie autmatycznie ich profesjonalizacji. Z jednej strony czegoś dużego bez komercji w sumie nie da się zrobić. Juz sto osób wymaga zapewnienia bezpieczeństwa sanitarnego (karetki, pomoc medyczna), dostawy prochu, sanitariatów… nie mówię o aprowizacji, bo to można załatwić zrzutkowo. Wreszcie teren… Pół biedy, kiedy rzecz dzieje się na prywatnym terenie rekonstruktora/fascynata, tak jak u Rocco. Natomiast gros terenów przynajmniej symbolicznie zwiazanych z danymi bataliami jest w rękach samorządowych/panstwowych/organizacji wszelkiego rodzaju. I już trzeba się dogadywać. Pojawia się komercjalizacja. Coś za coś, rzecz zupełnie zrozumiała. Z drugiej strony ostatnie biwakowanie Prusaków w Srebrnej dowodzi, ze można jednak zrobic hardcor bez komercji, za wyjątkiem małej defiladki Miodzi.

    Dzis organizatorzy (ale spoza środowiska) juz wiedzą, że tego typu imprezy mogą mieć wielką wartość promocyjną/reklamową nawet dochodową. Rzecz w tym, żeby wilk był syty i owca (o żesz… :mrgreen: ) cała.
    I tu pojawia sie problem profesjonalizacji
    Nie należę do kompletnych ortodoxów i mam dość krótki staż bojowy, ale z tego co widziałem, to ta granica się chwieje. W Gdansku komercja została doprowadzona do zupełnego minimum – krótkie zwiedzanie, pokaz na mieście, ale za to potem defiolada po starówce, publiczność „skryta” i nie przeszkadzająca w czasie batalii; i inwestorzy (w sensie np. miasta) byli zadowoleni, a i my (rekonstruktorzy) nie mieliśmy powodów do utyskiwać – „mroków” było naprawdę b. mało.
    Ale już Pułtusk… własciwie wolny przez cały zcas wstęp dla publiki, w nocy perygrynacje miejscowych wędkarzy/pijaczków/trójpaskowców, w czasie batalii placyk zabaw wodnych tuz przy brzegu… Troszkę nie halo, szczęśliwie nie witali nas oficjele, tylko szalał Sokołow – i dobrze, jak w epoce, Vive l`Empereur!
    Ale słabiej to wyszło na Ciechanowie, gzdie do obozowiska przedarła się grupka aktywistów politycznych, zaraz obok była droga z parkingiem, może gapiów w obozie a po batalii prezentuj broń przed burmistrzem… I to w sytuacji, kiedy warunki terenowe POZWALAŁY na wieksze odseparowanie obozowiska. A tak klimat epoki diabli wzieli. Komercjalizacja z pewnością, ale czy profesjonalizacja?
    Profesjonalizację dostrzegłem w jednej dziedzinie – scenariuszy bitewnych. Tu rzeczywiście jest dobrze. tylko znów z jednym ALE; dosyć często zachodzi sytuacja „eksponowania” jednej formacji, ewentualnie oddziałów. Nie idzie mi tu o to, że czuję się zepchnięty na boczny tor. Mnie to nawet odpowiada, że jestem dalej od gawiedzi (w końcu soczysty kawałek boju wyszedł właśnie z dala od Grochowskiej publiczności, nieprawdaż Koroniarzu 😉 . Było zacnie :mrgreen: ) ale o to, że „reklamę” ruchowi robią oddziały które nie do końca wpisują się w nawet ogólnie pojetą rekonstrukcje. I tu wracamy do kwestii motywacji i zobowiązań (no dobra, WAT jest z rozkazu). Pewnej „jakości” munduru i oporządzenia jako rekonstruktor bym nie założył, po prostu nie wypada, niezaleznie, czy promujemy historię, czy robimy to z chęci przygody. Zatem komercjalizacja nie oznacza profesjonalizacji. Na razie widzę (ale to tylko moje zdanie) właśnie więcej komercjalizacji niż profesjonalizacji. Ale też, szczęsliwie, się to zmienia in +, co słusznie Koroniarzu zaznaczyłeś.

    W odpowiedzi na: Virtuti Militari

    27 kwietnia 2006 z 14:07 #2699
    Krzysztof Polak
    Participant

    No właśnie.

    Podane przez Ciebie przypadki nadania VC miały miejsce w czasie regularnych konfliktów (w ofensywie na Irak Zjednoczone Królestwo było oficjalnie strona wojującą, biorącą udział w akcjach regularnych – tu problem interpretacji działań GROMu). Coś mi mówi, że kilka dostało sie Brytolom także za Koreę.

    Co do odznaczeń – to w „ludowym” Wojsku Polskim był jeszcze Krzyz Grunwaldu, bedący komunistycznę wersją/alternatywą dla KW i mimo oczywistych ładunków ideologicznych cieszył się równiezx wielką estyma i szacunkiem (wiem, bo mój dziadek był w LWP, choć nie wiem, czy sam dostał KG)

    W odpowiedzi na: Żywa historia czy przebierańcy?

    27 kwietnia 2006 z 12:48 #2696
    Krzysztof Polak
    Participant

    czołem!

    Ale w obozie to może byc frustrujące, kiedy w pełnym klimacie nagle zoczysz trzy paski i czwarty w promocji.

    O co koledze chodzi? Nie mogę „chwycić” myśli Kolegi.[/quote]

    chodzi mi o ową „wolność ludu do chodzenia po obozie”. Rzecz w tym, ze dla mnie i, zapewne, sporej części rekonstruktorów jedna z głównych, obok bitwy, przyjemności jest obozowanie w atmosferze XIX wiecznej, bez plastików, samochodów, innych takich i bez współczesnych ubiorów.
    Tymczasem stałe dopuszczenie ludzi spoza do szwędania się po obozie przeszkadza w uzyskaniu takiej atmosfery. Np. na Ciechanowie rok temu udało sie „utrzymac klimat” głównie dzieki temu, ze namioty obu ówczesnych „dwójek” i, przypadkiem, namioty „Legii” stworzyły niemal zamkniety czwoobok, w środku którego toczyo się normalne obozowe zycie XIX wieczne, a jedynie po obrzeżach krążyli ludzie w dzisiejszych ubrankach. Dla mnie taki obozik zupełnie nie mialby sensu, jesli ludzie kręcili by sie stale i wszedzie.
    Oczywiście co innego, jesli taki jest „profil” imprezy, na której własnie chodzi głównie o pokazanie takich rzeczy widzim, tu od razu się można nastawic psychicznie na wizyty gawiedzi.

    W odpowiedzi na: Żywa historia czy przebierańcy?

    27 kwietnia 2006 z 12:01 #2694
    Krzysztof Polak
    Participant

    No cóż…
    Jeśli chodzi o podejscie do publiczności w czasie naszych abtalii i biwaków, to pozwole sobie na nieco odmienne, cokolwiek egoistyczne 😉 , zdanie. Dana rekonstrukcja jest przede wszystkim dla mnie – dla mojej przyjemności, satysfakcji, zabawy. Pybliczność jest w tym daleko, choc nie na końcu, z tyłu. Dlaczego
    Ano tak sie skłądało, ze w kolejnych środowiskach w któere sie wklejałem zastawałem sytuacje, gdzie było gronko podobnych mi maniaków, sporo osób kojarzacych co nieco z historii i równie sporo – mających historię… wiadomo, chocby nawet w rzyczliwym, ale zmilczeniu. I własciwie nic nie było w stanie zmienić tego stanu. I w sumie dobrze.
    RZecz w tym, że niezależnie, czy będziemy otwierać czy zamykac nasze obozowiska ludzioem będziemy się głównie kojarzyc z wesołymi osobnikami w kolorowych ciuszkach. I nie miejmy złudzen – rycerze też nie są wolni od takich opinii – tyle, że rycerze jako tacy, z różnych powodów, sa w tej świadomości bardziej obecni (i nie mówię tu o rekonstrukcjach, tylko o osobach historycznych). Ci co rzeczywiscie chcą to się czegoś dowiedza, inni będą chcialei tylko poogladac, jak się naparzają jacys dziwacy. Smutne, ale niestety dość prawdziwe (do dziś mam w uszach pewne konwersacje pułtuskiej elyty, kiedysmy maszerowali w zeszłym roku do walki)
    Dla mnie osobiście rekonstrukcja jest realizacja pasji, które w różnej formi męczą 😉 mnie od baaaaardzo dawna. Możliwość oderwania się od rzeczywistości, wejście w mały „wehikuł zcasu’, to wszystko mnie tu ciągnie. Dlatego mn. męczy mnie obecność ludzi w obozie (cywili). Co innego w czasie bitwy, wtedy ich nie widzę, bo koncentruję sie na walce (o zgrozo! 😈 ). Ale w obozie to może byc frustrujące, kiedy w pełnym klimacie nagle zoczysz trzy paski i czwarty w promocji.
    Co do munduru zaś – cóż, wina dziadków? Uwielbienie i szacunek dla munduru, marzeni, że samemu też się go kiedys założy… I oto jestem :mrgreen:

    W odpowiedzi na: Virtuti Militari

    23 kwietnia 2006 z 22:10 #2683
    Krzysztof Polak
    Participant

    Ogólnie rzecz ujmując;

    zgadzamy się co do konieczności nagradzania naszych żołnierzy, wykazujących sie odwagą i poświęceniem w czasie misji pokojowych w sposób godny i zaszczytny. Odwaga, poswiecenie i krew są tak samo drogie na polu bitwy jak w czasie misji pokojowych.
    Rzecz w tym, że dostępne polskie odznaczenia wojskowe są, ze swych statutów, odznaczeniami „wojennymi”, niemożliwymi do nadania, jesli Polska nie prowadzi formalnie wojny z panstwem, na terenie którego (w związku z którym) dzieje sie konkretna operacja.
    Prezydent RP zaproponował rozszerzenie zakresu nadań Orderu wojennego VM o operacje pokojowe/stabilizacyjne etc.
    O ile sie nie mylę, gros z nas jest właśnie przeciwna takiemu rozszerzeniu, ze względu na wyjątkową pozycję VM w polskiej tradycji wojennej oraz na tradycje statutu, jak podkreslałem, w polskich warunkach bardzo długą.
    Na ile się orientuję Mości Koroniarz 😉 rozszerzyłby natomiast mozliwości przyznawania Krzyża Walecznych. Ja – nie, z powodów podobnych jak przy VM – z racji tradycji i rangi tego odznaczenia, nizszych od VM, ale również zaszczytnych.
    Ja osobiścię proponowałbym ustanowienie nowego odznaczenia wojskowego, mozliwego do nadawania za wybitne zasługi w czasie pokoju i wojny (tzn. w polu, ale zarówno na placu bitewnym jak i misji pokojowej)

    W odpowiedzi na: Virtuti Militari

    22 kwietnia 2006 z 00:10 #2680
    Krzysztof Polak
    Participant

    Mea culpa, kajam się…

    Post wyedytowałem, mam nadzieję, że urazy nie chowasz 😉

    W odpowiedzi na: Virtuti Militari

    21 kwietnia 2006 z 19:29 #2677
    Krzysztof Polak
    Participant

    Tu jesteśmy całkowicie zgodni 😀

    Niezależnie jednak od tego problem pozostaje; czy wypada (bo sprawy formalne da się prawie ZAWSZE jakoś załatwić, moim zdaniem rozszerzenie ewentualnej mozliwości przyznawania VM jest kwestią głównie moralną) rozszerzać ustaloną przez długą już, jak na polskie warunki, tradycję, statut „listę” okoliczności, w których mozna przyznawać VM.
    Osobiscie uważam, ze nie. VM, KW i KZ ze swej tradycji są odznaczeniami wojennymi. Mimo wszelkich zagrozeń związanych z prowadzonymi w dzisiejszym świecie operacjami o char. policyjnym, nateżenie i skala zagrożeń nie odpowiadają, nawet przyjmowanej dziś za jedyną możliwą wojnę o charakterze lokalnym, tejże skali w czasie normalnego konfliktu. Podam przykład, może nieco przewrotny, na temat policji;
    W czasie wojny Policja, jako formacja mundurowa, zbrojna, podległa władzom wojskowym, moze otrzymywać VM i miało to, o ile wiem, kilkukrotnie miejsce choćby w 1939 roku (nie mówię tu o żandarmerii wojskowej). Natomiast w przypadku nawet niezwykle niebezpiecznych akcji nikt o czymś takim nie myśli, choć okazji kilka by się znalazło (mam na myśli np. utajnione akcje sił antyterrorystycznych, czy kilka „walk” drogówki, zwykłych „krawężników”, w których funkcjonariusze wykazali sie odwagą godną wojskowych – co więcej, były to sytuacje walki ogniowej, zatem zbrojnej, bliskiej „potyczkom” irackim czy afgańskim.)

    Całkowicie zgadzam się, że fakt, iż żołnierze wykazujący się bezsprzecznym poświęceniem, odwagą, dyscypliną w takich akcjach nie moga być „skazani” na wyróżnianie za pomoca wykoncypowanej ad hoc blaszki, zrobionej (lub nie) z inicjatywy i dobrej woli tego czy innego oficera. To rzeczywiście sytuacja skandaliczna i, coby nie powiedziec o „mechanizacji” czy „profesjonalizacji” armii, źle wpływająca na espirit de corps i morale sił zbrojnych.
    Rzecz w tym, że, i to jest moje stanowisko, taką nagrodą powinno byc nowe odznaczenie wojskowe, którego statut pozwalałby na szersze jego przyznawanie. Ewentualnie możnaby odświerzyć stare, a zapomniane/zarzucone odznaczenia, np. z lat międzywojnia, kiedy istniało kilka różnych medali, które nie pojawiły się po wojnie. Odpowiednie podniesienie rangi takiego odznaczenia (niezależnie odnowionego czy zupełnie nowego) jest także rzeczą podstawową.
    Biorąc pod uwage, że zasób polskich odznaczen wojskowych o charakterze „polowym”, za dzielność, odwagę, wybitne zasługi itp. jest an tyle skromny, że nowe odznaczenie nie musiałoby byc uznane za „kość rzuconą na odczepnego”, wyjście takie wydaje mi się najlepsze. Przy okazji ten i ów byliby sobie podreperowali reputację taką fetą/uroczystością erekcji nowego odznaczenia…

    Sorrki za taki „mentorski ton’, ale chciałem, coby wszystko było „jasniutkie jak słoneczko” :mrgreen:

    W odpowiedzi na: Virtuti Militari

    21 kwietnia 2006 z 11:03 #2675
    Krzysztof Polak
    Participant

    Juz odpowiadam:

    co do Bombaju – tak mi się rzuciło 😉 . Chodziło mi raczej o ewentualną sytuację, kiedy Polska stanie sie stroną wojującą, np. na zasadzie układu sojuszniczego (chocby NATO), przy jednoczesnym braku zagrożenia niepodległości kraju. Może sie tak zdarzyc, że np. operacja o znaczeniu decydującym bedzie dowodził polski generał (w sumie tak często działa NATO, że generałowie z x kraju dowodza wojskami, którego gros pochodzi z y kraju). I cóż wtedy? Nie będzie on bronił, podobnie jak żołnierze, scisle rozumianej niepodległości kraju, ale za to będzie walczył w ewidentnej i formalnej wojnie. VM za czyny wybitne będzie mu się zatem należało. Podobnie KW.
    O ile się zorientowałem, to w statucie VM nie ma zapisu o literalnym rozumieniu „za obrone niepodległości Polski”

    Jesli idzie o 2. kl. VM, to rzeczywiscie, była to klasa, o ile wiem, najrzadziej nadawana (no, za wyj. i. klasy, ale to chyba zrozumiałe 🙂 ) swego czasu inetesowałem się tym co nieco.
    I kl. VM miał o ile wiem, tylko Piłsudski i Foch (obaj wygrali samodzielnie wojnę)
    II kl, sam nie wiem, zapewne Piłsudski.
    III kl. VM otrzymał Piłsudski, chyba Sosnkowski i Rydz. W 20-leciu zaledwie kilku oficerów otrzymało III kl. VM.

    Rozdział wynikał tu z gradacji znaczenia dajej zasługi;

    Ikl. – samodzielne wygranie kampanii lub wojny, stąd i Xiążę miał I klasę za 1809 rok.

    II kl. Decydująca operacja, ale nie wygranie samodzielne wojny. Np. I klase za 20 rok i tak dostałby Piłsudski, ale np. gdyby nad Niemnem dowodził Sosnkowski, mógłby dostac II kl. VM. Wygrałby realnie decydującą operację, ale Piłsudski jako WN nadal samodzielnie wygrałby kampanię.

    III ważna, ale nie decydująca batalia.

    IV i V klasy dla zołnierzy i oficerów, którzy nie mają szans na samodzielne wygrywanie kampanii 😀