Krzysztof Polak

Odpowiedzi na Forum Stworzone

  • W odpowiedzi na: Na co nam dowódcy?

    8 grudnia 2006 z 18:00 #3457
    Krzysztof Polak
    Participant

    No to i ja swoje trzy grosze.

    Uważam, ze gros problemów wynika z pewnego niezrozumienia sytuacji. Musimy pamiętac, że gros grup w Polsce dysponuje siłą ok 10, góra 15 stałych zołnierzy, w tym dobosze, markietanki. Niecałe składy są w stanie pojawić się na danej batalii – w efekcie regułą są siły grup 10-12 ludzi. Zatem dość mało. Na czele takiej grupy lepiej „wygląda” podoficer (lub dwu) niz oficer. Stąd wynika brak oficerów liniowych niższego szczebla – podoficerowie sa bardziej uniwersalni. Jedynie nieliczne grupy w Polsce nie tyle potrzebują ile dla fasonu mogą sobie pozwolić na oficera/ów – 4ka, Legia. Walcząc jako całość podobnie Prusaki czy 2ka (4/II, 6/II, Woltyżerowie). Ale przeca starczy, żeby te grupy osobno dały siłę po 20 ludzia (dwie sekcje po 10 z podoficerem, oficer jako szyszka 😀 ) i proszę – a wtedy Ty Woznkcie, Sieni, ArtuGiTu, Sawiak – będziecie znakomitymi oficerami. Bo takoż było w istocie w historii – nizszy szczebel oficerski różnił sie od wyzszych podoficerów częścia obowiązków pozabojowych, fasonem, estymą, ale na polu bitwy taki podporuczniczyna tez tylko pilnował linii plutonu, maruderów, strzelania… No bo jak tu sie wyrwać z inicjatywą z linii… Nizsze oficery (ale i wyzsze też) nie musiały robić „szkół”, wychodziły z szeregów podoficerskich.To nie XX wiek i esencja walki na poziomie druzyny czy wręcz sekcji. Nizszy oficer (czyli akuratni dla naszych potzreb) tak na prawdę kontroluje robote podoficerską. Inna sperawa, czy będziecie chcieli przyjąc taki awans 😎 W kazdym razie kandydatów widzę :mrgreen:

    To, co jak sądzę jest esencja probloemu, to szczebel wyższy – ludzie koordynujacy nas na wyzszym poziomie – szefowie batalionów i wyzej. Tu juz nie tylko trzeba znac „smród kompanii” ale tez mieć wyobraźnieą, jak tym wsiem kierować i, co gorsza, jak się trzymac scenariusza – bo też jest to bolączką samej idei rekonstrukcji – oficer z polotem Napoleona skrępowany scenariuszem 😈
    W wojsku jest z reguły tak, ze sie odbębnia lata w dołach, potem awansuje, uczy nowego (tak, tak, im wyżej tym insza sztuka dowódcza) fachu i tak do szczebli najwyższych. Ewentualnie podchorążówki, junkry co się uczą od startu wyzszej komendy.
    U nas jest z tym gorzej – bo też nie jest to stała struktura wojska, tylko luźne środowisko, różne grupy, poglądy. Takie oficery nie mają zbytnio gdzie się dokleić (no, chyba żeby zmontować GRH „SZTAB”) i głupio sie czuje szyszkownik na czele trzech fizylierów… Dochodzi wyjątkowość bitew duzych, gdzie jest się czego uczyć (służę dwa lata a zaliczyłem ledwo takie bigi – Auster, Ptulusk, Jena, na resztę brak czasu/gotówki). W efekcie juz samych „batalionowców” jak na lekarstwo – Skolik, gen. T.I.Szert jak ma dobry dzień, Zaremba… A czym wyżej tym gorzej… JAk dotychczas jedynym człowiekiem, jakiego widziałem, a który próbował jakoś dowodzić na szczeblach wyższych był Towariszcz Sokolow, zwany „Wariatem”. Owszem, świr, ale jedyny który chyba ma jakąś wizję, jak te pionki po szachownicy poprzestawiać. Dowodem manewra pod Pułtuskiem. NA batalii machał się po całym polu bitwy, dywizję dostał jeden z ENSowców. I, niestety, była klapa – miast wspólnego ataku, jak na manewrach, pykanina pojedynczych batalionów. Sorrki, ale koledzy Czechy tez oficerami szczebla wyzszego nie są.
    Pewnie, że to „życzeniowość”, ale w bataliach powyżej 500 uczestników MUSI bć praca sztabowa, łączność. Niechby każdy batalion miał jednego – dwu gońców, na kazdy odcinek jeden „generał” z konnym posłańcem i juz można działać, bo inaczej ten niższy oficer owszem, dowodzi batalionem, ale jak ma on pamiętać o całości scenariusza??? Nie da się!

    Gdyby tak to podsumować – powiedziałbym, że w miare rozrostu naszych grup pewna ilość dobrych, niższych oficerów się pojawi – po prostu z awansu (jak w prawdziwej armii) wywołanego potrzebą. mam spore obawy, czy uda się przeskoczyc wyższy szczebel, skoro na doswiadczeńszym zachodzie to też szwankuje. Ale może?? Jak komuś z naszych kolegów zechce się jeszcze bawić po 50-ce w pułkownika? A na teraz może czas pomyśleć, by jednak troche dopracować te sztaby? Bo jak ma dowodzić oficer/podoficer, obarczony swym 10-osobowym oddziałkiem i całym scenariuszem (bo skądżeby się miał pojawic goniec z kolejnymi poleceniami??) Może kiedyś powstanie GRH Adiutantów i sztabsoficerów, zawodowych sprinterów, którym bedzie się chciało biegać w mundurach i przypominać pierwszej linii, że w tym momencie scenariusz przewiduje odwórt?

    Pozdroffki!!! 😉

    p.s.

    mamy wiek XXI i zupełnie współczesne wymogi bezpieczeństwa

    Przyznaję, ze tu ciut związku nie widzę… 😯

    W odpowiedzi na: Honory

    14 listopada 2006 z 14:41 #3358
    Krzysztof Polak
    Participant

    a`propos salutów.

    Wedle opisu Białkowskiego spod Smoleńska polski korpus maszerował na pozycje przed Napoleonem. N sobie lezał, marszałkowie stali ze kapeluszami w rękach, Pepi stał… z ręką „przy kaszkiecie”
    Po defiladzie, i kilkukrotnych pochwałach ze strony „długich butów” Pepi, wciąż salutując, odszedł. Marszałkowie wciąż trzymali kapelusze w rękach.

    Jeśli sie Białkowskiemu nie pokićkało po tych 40 latach, to śmiem twierdzić, że i owszem, salutowano grabą do czapki. Jeno, czy palcyma, pięścią, otwartą dłonią… nie dojdziem.
    A co do innych form salutowania – to czy aby nie tu lub na poniatoszzcaku ktoś już o tem wspominał? A na pewno o salutach ze strony wart…

    W odpowiedzi na: Honory

    9 listopada 2006 z 14:51 #3352
    Krzysztof Polak
    Participant

    Zaiste, problem „uroczy”. A ja nas dobiję – otóż w książeczce „Nowy Orlean 1815” z HB zamieszczonych jest kilka rysuneczków z umindurowaniem ówczesnej US Army. Na jednym z nich, pokazującym generalicje i sztabowców widac salut oficera/ zołnierza, otwartą dłonią do daszka.

    Oczywiście mamy wątpliwości:

    pytanie 1. – jak „nowe są owe rysuneczki
    pytanie 2. – na czym się opierają w tej materii.

    Ale jak widac coś w „nasz deseń” też tam jest. CZy mozna to uznać za analogię?
    przy okazji – powstaje też pytanie, czy znany z pewnego filmu pana W. Petersena obyczaj chwytania przy meldunku za „nos” kapelusza stosowanego w Royal NAvy – to też wymsł, kalka z współczesności… prawda historyczna?

    W odpowiedzi na: Karabiny i pistolety

    28 października 2006 z 12:33 #3321
    Krzysztof Polak
    Participant

    Hmmm.. A czy owi czescy wytwórcy mają jakowe stronki? Wprawdzie w tym monecie nie wiem, jak stoi korona czeska, ale zawsze warto by było wiedzieć, co gdzie i za ile.

    W odpowiedzi na: Żywa historia czy przebierańcy?

    26 października 2006 z 14:26 #3309
    Krzysztof Polak
    Participant

    A ja nie mam takich problemów, dowództwo Pułku zleca maszerować, to maszerujemy:-).Teraz maszerujemy pod Austerlitz, bo padła taka komenda.

    I bardzo dobrze, w końcu jeśli grupa obiera taki profil działalności, to jej święte prawo. I jeśli prezentuje się naparwdę dobrze – to chwała jej za to!

    (…) Ja tam lubię maszerować – od dawna wiadomo, ze defilady i parady oraz musztra formalna budują duża więź zespołu, który jest dumny, że coś potrafi.

    W P3P XW takowe więzi budują marsze bojowe, biwaki i batalie. Ale jak napisałem -wsio zalezy od profilu, pomysłu grupy.

    3. Służba na zewnątrz – chciałbym, aby to co robię było przykładem dla tych, którzy swoją wiedzę czerpią z uczestniczenia jako widz w spotkaniach z „Żywą historią”. Dołożę starań, aby propagować rzeczywisty i zgodny z historią obraz Pułku 4 Xięstwa Warszawskiego.

    I bardzo dobrze. Skoro coś pokazywać, to tak, zeby miało to jak największą wartość poznawczą.
    Czy jednak defilady propagują ów rzeczywisty obraz owego znakomitego, wyróżniającego sie bojowo Pułku?

    W odpowiedzi na: Żywa historia czy przebierańcy?

    26 października 2006 z 11:08 #3302
    Krzysztof Polak
    Participant

    Przykładowo: część z nas wyklucza z rekonstrukcji parady i obecność podczas uroczystości rocznicowych pod pomnikami, stojąc na stanowisku, że wychodzą one poza granice rekonstrukcji. Inni widzą z kolei w obu formę uczestnictwa obywatelskiego w upamiętnianiu historii

    Tak się składa, ze mam okazję sużyć w grupie, która z defilad z reguły rezygnuje, głównie z powodów już tu wyłuszczanych – niewielkiego związku dreptania z rekonstrukcją i często niewielkiego związku takich dreptań z historią.
    Niemniej nie jest to rezygnacja totalna i ostateczna. Trzeba bowiem pamiętać, ze obok Czołów Panów Wojewodów zdarzają się takrze defilady lub uroczystości w których udział może rekonstrukcją nie jest, ale z takową się wiąże:
    chocby tegoroczna Jena, gdie w niedzielę koło 10-tej odbyłą się niewielka defilada i uroczystość pod pomnikiem poległych w bitwie jenajskiej. Bez wielkiej pompy, skromnie ale z fasnem i uroczyścia (w „tym” sensie). I nawet dobre grupy (a była delegacja 9-tki, 18-tki, KGL, Austriacy z Ostrawy, 13 i 20 IR) wzięli w niej udział. A mnie, Panu Sławkowi i Malecowi aż zal było wyjeżdżać i nie wziąc udziału w tej uroczystości.
    Podobniez ponad rok temu w Gdańsku, gdzie wydawało się, ze przemarsz przez miasto będzie złym pomysłem – przeciwnie, okazało się, że marsz starówką był jednym z najprzyjemniejszych epizodów okołobiwakowych.
    Moim skromnym zdaniem pytanie nie powinno brzmiec kategorycznie „czy?”, ale „w jakich?” defiladach brać/nie brac udziału. I tak na zdecydowaną większość bym się nie udał, w obawie przed Czołami Panów Wojewodów, co staje się smutną tradycją kolejnych polskich rekonstrukcji. ALe skromne a uroczyste zarazem złożenie kwiatów w miejscu bitwyktórą się rekonstruuje, pod pomnikiem poległych – owszem. W końcu nasza zabawa powstała dzięki nim – oni stworzyli epok ę, która nas fascynuje.
    I kilka jeszce podobnych okazji czy motywacji można by wskazać.

    W odpowiedzi na: My z Napoleonem?

    18 października 2006 z 17:41 #3236
    Krzysztof Polak
    Participant

    Mała uwaga: nie mieszajmy patriotyzmu z wiernością. Patriotyzm to wybitnie XIX wynalazek (podobnie jak nacjonalizm). Żołnierz początkowo był wierny jedynie dowódcy lub monarsza, a potem staje się wiernym Państwu, któremu służy. Czasem to się wypacza jak w przypadku kastowości Wielkiej Armii albo Prus o których się mówi, że to „armia ma państwo a nie państwo armię”.
    ps.: Raczej mówmy o bitwie pod Możajskiem a nie pod Borodino – to rusycyzm!

    Ogólnie zgoda – ale jakby nie było za pierwszą nowocześnie „obywatelską” armię uważa się powszechnie armię francuską jeszcze za rewolucji.

    co do Mozajska – zgoda, ale zacytuje pewien film „dobrze, to pedant, szczególant” :mrgreen:

    W odpowiedzi na: My z Napoleonem?

    18 października 2006 z 12:47 #3232
    Krzysztof Polak
    Participant

    Sława!

    Właściwie rzeczy kluczowe dla tej dyskusji zostały już powiedziane. Mamy wyłuszczone podstawowe założenie historyczne dla interesującego nas okresu, mianowicie, że był to zcas KSZTAŁTOWANIA sie patriotyzmu polskiego i polskiego poczucia narodowego w sensie nowoczesnym. Przy wszelkich dyskusjach historycznych MUSIMY brać pod uwagę ten fakt, inaczej cały sens wypowiedzi czy wręcz dyskusji zostanie wypaczony.
    Oczywicie, historia nie jest nauką ścisła i nie możemy powiedzieć, kidy pojawił się ów „nowoczesny” patriotyzm. Znajdziemy bowiem juz w I RP ludzi, którzy wedle tego pojęcia postępowali, ale i w połowie XIX wieku odnajdziemy ludzi jakby z poprzedniej epoki.
    Do naszego panteonu „ludzi przełomu” możemy dodać: Józef Sowiński, bohater z Woli, kaleka od Borodino, zasłużony artylerzysta. W służbie polskiej dopiero od 1811!!! a i tu spotykałem się z opiniami, ze nie był to przerzut ochotniczy.
    ówczesny por. Szembek, bohater pierwszej fazy wojny 1830-31, wedle badań dr hab Czubatego w 1813 roku proponujący carowi utworzenie polskich oddziałów posiłkowych.
    Dąbrowski dość długo służący w armii saskiej i na początku anwet słabo mówiący po polsku.
    Z innyc czasów wspomniany Traugutt, generalicja listopadowa, Unrug…
    Z Unrugiem jest też dość ciekawa sprawa – syn pruskiego generała polskiego pochodzenia i z matki saksonki. Ponoć ojciec uczył syna polskiego w zakresie podstwaowym, głownie po to, by rozumiał co mówią jego włościanie w Wielkopolsce. Młody Unrug był swoistym meteorem kaisersmarine; dowódca torpedowca, wnet oficer na pancerniku flagowym, dow. dyonu torpedowców, szef szkoły op… Byłby pewno admirałem Reichsmarine. Co się stało w 1918 jednak wiemy…

    Ale doś o tem. Chciałbym poruszyć dwa (?) wątki, które, jak sądzę troszke tu pomijamy, a które są wazne i nawet chyba zbyt oczywiste.
    Po pierwsze – fakt pozostawania (także w okresie Księstwa i Królestwa) większej części ziem polskich pod stałymi zaborami powodowało naturalne w tej sytuacji wciąganie Polaków do obcej służby. I nie ma tu mowy o takiej czy innej motywacji. Byli poddanymi – musieli sluzyć. Tym bardziej, ze alternatywy często nie było a i choc mówilo się po polsku – niekoniecznie wiedziało się lub czuło, ze się Polakiem jest. Tak było w Prusach, tak było w Rosji i Austrii, z resztą pułki z dawnych terenów zaborczych niejednokrotnie cieszyły się dobrą reputacją.

    Po drugie – jakiw istocie był charkter ówczesnych armii. Ton dyskusjom nadaje z reguły wizja armii francuskiej – pierwszej nowoczesnie obywatelskiej. I chyba, jak sądze, leży tu błąd. Mimo szumnych, wypowiadanych na poalch bitew haseł „Vive la France” ta Francja stopniowo oddalała się plan dalszy (odrodzenie ulokowąłbym gdzieś ok. 1813 roku), ustępujac miejsca poczuciu więzi wewnątrz armii, kastowości, poczucia odrębności armii od narodu. W armiach typu pruskiego było to o wiele mocniejsze, skoro jedynie częśc kadry oficerskiej i może podoficerskiej mogła poczuwac sie do jakiegoś patriotyzmu. reszta, o ile ceniłą słuzbę, myślała chyba jednak w kategoriach wierności sztandarom i pułkowi (vide` opinie o mentalności zołnierzy brytyjskich – pal licho Anglia, honor pułku się liczy!). Pewne tego typu cechy odnanjdziemy także w Armii XW.
    Obok szczerych patriotów wyrastała dość szybko grupa oficerów-zawodowców, takoż i podoficerów i żołnierzy. Był to efekt chyba niezamierzony – podnoszenie prestizu munduru i wojska miało an celu związanie obywateli z armią, uzasadnienie morderczego drenazu finansowego idącego na to wojsko. I to działao do pewnego stopnia. Ale i poszło częściowo za daleko. JAk sądzi dr hab Czubaty (opieram się tu na jego wypowiedzi z zajęć, któe z nim miałem, nie tekscie pisanym) tak wysokie postawienie pozycji woskowych powodowało powstawanie poczucia odrębności, kastowości i wyższości w stosunku do społeczeństwa cywilnego.
    Rekrut, z reguły nieswiadomy chłop, czujący się „tutejszym” a nie jakimś bliżej nieznanym Polakiem, w Armii XW mógł z powodzeniem wtopić się w ten nurt – a zatem zostałby zawodowcem, wiernym sztandarowi, ale niekoniecznie monarsze.

    Nie chodzi mi tu oczywiście o deprecjonowanie znaczenia wojska w naszych dziejach XIX w. Uważam, ze bardzo słusznie mówi się o armiach konca I RP, XW, i Królestwa jako o armiach będących szkołami obywatelskimi. W czasie takich zawierucj najbardziej stałym ośrodkiem wychowawczym było właśnie wojsko. I tę rolę armii uwazam tez za często niedocenioną. Staram się jednak podnieść problem „tej drugiej strony”, dziś mniej chwalebnej, ale wówczas chyba nie uważanej za złą; problemu odrębności kasty wojskowych od społeczeństw którym teoretycznie służyli. To tak w odpowiedzi an wątpliwości Harry`ego.

    Epoka przełomu XVIII i XIX wieku jest tak fascynująca właśnie z powodu swej różnorodności; są tu i romantyczne legendy o szwoleżerach, księciu Pepim tonącym w elsterze ale są tez i opowieści o zawodowcach, osiwiałych w boju, wiernych swym pułkom, ale niekoniecznie cesarzom.

    p.s. Ciekawa postacią do rozwarzań jest H. Brandt – Prusak, mogacy stac się Polakiem, który jednak pozostał Prusakiem. Ciekawa postac do analizy. Zaczątek dał Tokarz (?) w PSB.

    W odpowiedzi na: Jena 2006

    17 października 2006 z 02:17 #3222
    Krzysztof Polak
    Participant

    Sława!

    Niepiju – po prostu nie mozna się z Tobą niezgodzić!

    Ze swojej strony chciałbym dodac co następuje:
    Podobnie jak Wy w szeregach armii francuskiej, tak i my, tymczasowo rzuceni pod sztandary prusko-saskie, obok samej przyjemności uczestnictwa w takim wydarzeniu, wyciągnęliśmy z onej batalii worek doświadczeń.
    Walka po stronie słabszej niemal zawsze pociąga za sobą niezwykłą intensywność działań – tak też i było, gdy tylko nasz batalion wszedł na linię – biliśmy się z 9legere, 18 i 22ligne, cały czas byliśmy w ogniu i warunkach stałej przewagi npl`a. Już to jest wielkim plusem batalii Jenajskiej.

    Walka w ramach batalionu sasko-awstryjskiego niosła ze sobą dwojakiego rodzaju doświadczenia szkoleniowe; ponieważ P3P i elementy P2P walczyły jako jedna sekcja możliwe było dalsze zgrywanie, w warunkach naprawdę ostrego boju, samego oddziału. KAŻDE takie starcie niepomiernie poprawia poziom zgrania Pułku.
    Po drugie – doświadczenie walki jako części większej jednostki – a to w końcu doswiadczenie nieczęste w polskich warunkach (no, może Pułtusk w tym roku i wsio!). Odnajdywanie swego miejsca w większym organiźmie, współpraca z resztą batalionu – to wszystko są bardzo wazne i owocne doświadczenia.
    Niezwykle ciekawe było formowanie carre – metoda niby ta sama co w Pułtusku, ale wykonywana biegiem. Naćwiczyliśmy się tego do imentu – i przyniosło to efekty – kilkukrotnie zwijaliśmy czworobok w ostatniej chwili, gdy kirasjerzy niemal dopadali anszych linii – kilka razy taki amnewr wyszedł automatycznie z inicjatywy niższych oficerów, z pominięciem dowódcy batalionu!

    Poza tym – mozliwość obserwowania tej drugiej strony – a zatem doskonałych 9 lekkiej i 22 liniowej półbrygad, i w ogóle – strony francuskiej.

    Wreszcie sama batalia – nie było atrakcji a`la eksplozje tu i tam. Jakiegoś ścisłego scenariusza i podziału na strefy. Dzięki temu kawaleria mogła szalec po całum polu bitwy, podebnie jak i my – piechórzy. Mimo braku fajerwerków powstała rekonstrukcja wartościowa pod każdym względem dla samych uczestników, jak i atrakcyjna dla widzów. A zatem zdrowy i tak trudny do uzyskania efekt.

    Dla mnie Jena, jak na razie, jest najlepszą batalią, w jakiej miałem zaszczyt uczestniczyć. Oby więcej takich batalii!

    W odpowiedzi na: Słabym dowódcą Pepi był…

    12 października 2006 z 10:56 #3211
    Krzysztof Polak
    Participant

    [A co popwiecie o Dąbrowskim? On się nadowodził samodzielnie znacznie więcej niż Książę i śmiem twierdzić, że w porównaniu z tym arystokratycznym amatorem (prawda, że mądrym i utalentowanym) był dywizjonierem wysokiej klasy.
    A samodzielne działania Sokolnickiego w 1809? Gdyby był mniej kłótliwy to z jego wiedzą i zdolnościami to on powinien zastępować Poniatowskiego w 1812 i 13.

    Co do Sokolnickiego – istotnie, nieźle dowodził w 1809, ale np. Sandomierz oddał wbrew rozkazom Naczelnego Wodza, jak podejrzewa Pawłowski – z przyczyn ambicjonalnych lub prywatnych. Szkoda, gdyz istotnie miał wielkie talenta. Ostatecznie wylądował jako szef wywiadu i oderwał się od linii.
    Co do Dąbrowskiego – istotnie, samodzielnie nawojował się: Wielkopolska (1794), Włochy, Polska, Rosja i Niemcy. Miał znakomity i zaiste błyskotliwy rajd do Wielkopolski w czasie insurekcji. Ale potem jakoś nie widzę go (jak mówię – to moje zdanie) w „blasku”- owszem, warunki walk we Włoszech nie były łatwe, ale gros starć to były walki z armijakmi włoskich panstw lub partyzantami/chłopskimi bandami. Za Włochy ceniłbym go bardziej jako organizatora, w końcu odtwarzał uparcie Legiony, wykrwawiające się raz po raz. W 1806/7 znów niezły organizator i poprawny dywizjoner.
    W 1809 nie miał oakzji do popisów, w 1812 samodzielnie w kierunku na Bobrujsk. Nie pamiętam dokładnie u kogo – Kukiel czy Bielecki, znalazłem raczej wstrzemięźliwą ocenę jego działąń na Bobrujsk i osłony Berezyny.
    W 1813-14 chyba już za stary, a z pewnością zbyt „poszatkowany” ranami (co widać u Łukasiewicza). Niemniej zgadzam się – summa sumarum doświadczeńszy od księcia, co rówierz działa na jego korzyść – bardziej wdrożony do anpoleońskiego sposobu prowadzenia bitew (jakkolwiek tu miał fory – znaczy się Legiony i lata 1806/7)

    Co do Kosińskiego – jego talent chyba za bardzo rozmywał sie w kłótniach, swarach i dymisjach. Nie dziwie się Poniatowskiemu, że go zostawił w Księstwie – dawał wprawdzie gwarancję dobrej komendy, ale kto chciałby mieć takiego piekielnika w korpusie??

    Dochodzi jeszcze – wcale niezły Kniaziewicz (Hohenlinden, może nie samodzielny 😉 , ale za to skuteczny dywizjoner), z Zajączkiem i Dąbrowskim tworzący „świętą trójcę dywizjonerską”, niestety, szybko i latwo zniechęcający się do idei (?) Księstwa.

    Kilku tych jenerałów było; mam jednak takie wrażenie – że ta krótka przecie epoka, takie a nie inne koleje losu sprawiły, że po 1807 roku to książę stanął na samej górze hierarchii polskich wojskowych – niezależnie od ich zasług nie pozwalało to zweryfikować umiejętności innych na podobnym poziomie. Mimo wszelkich zasług zwłaszcza Dąbrowskiego, nie dowodził on całością armii polskiej, czy to jeszzce w I RP, czy XW. Tak się złożyło, że odzostwo tarfiało się księciu. Wiemy więc jak on dowodził całymi armiami – nie wiemy, jak zrobiłby to Dąbrowski, Zajączek, Kniaziewicz…

    przy okazji – potem widzimy skutki – polscy generąłowie i wodzowie w 15 lat potem mają doświadzczenia góra brygadierów… I tak dobzre, ze choć jeden z tych brygadierów uchwycił podstawy sztuki napoleońskie… jaka szkoda, ze „wolał niczem zostać”

    W odpowiedzi na: Słabym dowódcą Pepi był…

    11 października 2006 z 11:54 #3208
    Krzysztof Polak
    Participant

    A zatem wróćmy do Pepiego 😉

    Co do pułków fundowanych – to owszem, były fundowane, ale potem jedynie w nielicznych przypadkach fundator łądował w nie pieniądze w ilości wystarczajacej do funkcjonowania jednostki. Chlubnym wyjątkiem byłby chyba tylko 14. p. kir i oba huzarskie.
    Inna rzecz, że i tak, niezależnie od „fundtorów”, pułki te wchodziły do rozlicznika ministerialnego i ciągnęły swoje z kasy państwowej. W tym także dodatki mundurowe.

    Co do dowodzenia- to prawda, że Pepi miał mało okazji do dowodzenia w skali operacyjnej/strategicznej, ale już te dwie okazje (1792 i 1809) wskazują, że radził sobie całkiem przyzwoicie.
    W czasach napoleońskich skala „operacyjna” istniała w b. ograniczonym zakresie, głównie ze względu na poziom kontroli cesarza nad poszcze. częściami armii. Taka skala przypadałaby wieć raczej dowódcom grup korpusów (w 1812 Hierek, potem Davout, Murat).

    Warto zauwazyć, ze Pepi miał pewien bonus – skoro został „wybrany” na WN, to w epoce właściwie tylko on miał szanse pokazac swoje talenta w samodzielnym dowodzeniu.
    Inna rzecz, że na poziomie dostępnym wiekszości polskich generąłów (dywizja, korpus) to jednak Księciu szło chyba najlepiej.

    W odpowiedzi na: Słabym dowódcą Pepi był…

    10 października 2006 z 09:59 #3199
    Krzysztof Polak
    Participant

    Nie wolno też zapominać, że w przypadku dowódców takich jak ks. Józef o decyzjach wojskowych decydować musiały niejednokrotnie podejmowane przez niego samego decyzje polityczne. Mój pogląd jest taki, że ks. Józef nie bardzo mógł wykazac się umiejętnościami strategicznymi, był niezłym taktykiem (tu podzielam pogląd Krzysztofa) i doskonałym organizatorem, a osobiście osobą o dużej charyźmie.

    A zatem był WODZEM, a zatem osobą zdecydowanie „wazniejszą” od zwykłego dowódcy. A zdarzali się w końcu ludzie którzy na polu walki wyapadali średnio, nie byli geniuszami, a jednak uznawani byli za wielkich wodzów (w naszej epoce – zwłaszcza Blucher a zantyku – choćby Cezar, bo w końcu wielu wybitniejszych dowódców – Rzymian by sie znalazło, ale wodzów?).

    W każdej roli, jaka mu przypadała, Pepi sprawdzał się przynajmniej poprawnie (no, chyba najgorzej w administracji, czego nieznosił, ale , jak świadczą relacje, wykonywał obowiązki z heroicznym 😉 samozaparciem…). Trzeba wreszcie stwierdzić, że miał on CHARAKTER.

    a! no i dowiedziałem sie na tamtym seminarium, jak to było z Górami Szwedzkimi.

    Kościuszko chciał zablokować natarcie Prusaków na Wolę ogniem bocznym z redut na G. Sz.
    Reduty spełniły swoje zadanie, lecz były zdecydowanie zbyt wysunięte i przez to narażone na upadek.
    Pepi noca cofnął gros swych sił w obręb głównych umocnień Wawy, ale musiał pozostawic gros armat (ponoć z rozkazu Kościuszki) i dodał osłonę milicji. RAnkiem Prusaki zdobyli działa, ale Pepi zblokował dalszy marsz na Wawę, odbijając nawet część dział.

    NIe pisze tego gwoli idealizacji talentów Księcia, ile, ze taką opinię zasłyszałem na seminarium u profesora znającego się na rzeczy (dotego popartego Herbstem lub Kukielem).
    Wydaje się, ze przynajmniej w części swego udziału w insurekcji Książę dowodził poprawnie.

    Natomiast co uważam za błąd z okresu Księstwa – to właśnie tak często podnoszona kwestia zbytku w mundurach. Wprawdzioe rozumiem, ze Pepi oburzył się na propozycję białych sortów (toż to Austriaki!!) , ale jakoś argument o „podniesieniu morale samego wojska czy wzbudzaniu dumy u społeczenstwa” jakoś nie równoważy mi kosztów i problemów z tym związanych (no niechby choć prostsze kurtki granatowe, lub i z szarego sukna…).

    W odpowiedzi na: Słabym dowódcą Pepi był…

    5 października 2006 z 23:48 #3195
    Krzysztof Polak
    Participant

    Faktem jest, że talenta może i posiadał, ale brak mu było „szkół wojennych” i praktyki i to niestety ciążyło na nim do końca. Ale na obronę trzeba powiedzieć, że umiał słuchać (u dowodzących unikalna cecha!) doświadczeńszych od siebie. Co do Raszyna – plan rozmieszczenia wojsk opracował chyba z Dąbrowskim. Później miał lepszy „ogląd” sytuacji jako Wódz Naczelny.
    Co do wojny 1792 r. stosunek sił byłl podobny jak w 1809, choć prawda, że była to zupełnie inne armie.

    Akurat do Raszyna Dąbrowski ręki nie przyłozył. Oile mi wiadomo (za Pawłowskim) to Dąbrowski w sztabie polskim pojawił się pod sam koniec bitwy. Plan rozmieszczenia wojsk jak i samej batalii był autorstwa Pepiego, z inspiracją w czasach insurekcji i osobie Naczelnika.

    Co do doświadczenia:

    Dowództwo D Ukrain. objął mając za sobą szkołę pułkową – jako pułkownika szwoleżerów cesarskich. Podnoszone przez Skowronka doświadczenia obserwacji sztabu austr. uważam za watpliwe.
    A zatem obejmując potem gros sił armii koronnej miał doświadczenie z pola walki – pułkownika, zza biurka – dywizjonera (i to w armii tak improwizowanej w istocie).
    Owszem, źle rozmieśił siły nad Bugiem, ale:

    .Ocalił gros sił armii koronnej do ewentualnej walnej bitwy po nadejściu sił z Wawy
    .w trudnych warunkach przewagi i oskrzydlenia sprawnie skoncentrował gros rozpożądzalnych sił
    .stoczył dużą, udaną batalię – co do wyniku pamiętajmy, że była to jegom pierwsza samodzielna bitwa w ogólnej atmosferze przytłoczenia przewagą wroga. Nie tylko wódz był zielony, ale i wojsko też.

    Insurekcja zaiste słabo mu wypadła, może to skutek niewiary/lojalności wobes stryja?

    1809 – pierwsza kampania prowadzona od 17 lat (!) i to w innym systemi od tego, co Pepi poznał w Awstrii i I RP.
    .wydał i udanie przeprowadził batalię raszyńską
    .jako jeden z pierwszych otrząsnął się z marazmu po Raszynie i ewakuacji Wawy. Nawet jesli ofensywa na Galicje nie była całkiem jego autorstwa – to jako wódz nazcelny ON podjął ostateczną decyzję (casus Piłsudski a rola Rozwadowskiego, Weyganda)
    . Chyba wygrał tę kampanię? To coś mówi 😉

    1812
    – stawiając zarzut (słuszny!) złej organizacji marszu pomyślmy też, czy ktokolwiek z polskiego sztabu miał doświadczenie w organizowaniu marszu 50-cio tysięcznej masie?
    – jako wódz na polu bitwy słabo w sumie dowodził pod Borodino, ale mniejsze starcia jak Czerniszna, Tarutino – to perełki!

    1813
    – znakomita, w tak trudnych warunkach, praca organizatorska i dobra, skuteczna praca bojowa.

    Oceniając Pepiego trzeba tez spojżeć na konkurencję.
    Zajączek? Odważny, ale jużwspółcześni i podkomendni, podkreslając jego odwagę, pisali, ze brakło mu talentów.
    Dąbrowski – u znanych mi autorytetów (Kukiel, Gemba, Pachonski, Herbst) ma opinię poprawnego dywizjonera. Miał znakomity rajd do Wielkopolski, ale potem, moim zdaniem, jakoś super wybitnie nie błyszczał. SAmodzielne operacje na Bobrujsk czy w 1813 też nie są czymś super-ober. NA obronę można powiedzieć, ze w sumie Dąbrowski nigdy nie dowodził niczym większym jak samodzielna wzmocniona dywizja.
    Z drugiej strony – siły w samodzielnych bataliach Pepiego też były „dywizyjne”. Ale obowiązki miał „armijne”

    Nie możemy zapominac jednego – ze wszystkich generałów doświadczenie z dowodzenia na wysokim szczeblu najwcześniej zyskał właśnie Pepi. I w mojej opinii wywyiązywał się z tych obowiązków w latach 1792, 1809, 1813 znakomicie, w 1812 poprawnie.

    Do wad i słabości nalezy zaliczyć austriackość jego dowodzenia w polu. I tu się zgodzę z Brkietem – tego nie zatracił nigdy. Tzreba jednak pamiętać, że wojaczki uczył się w Austrii i w czasach jeszcze fryderycjańskich. Pytanie, czy po 1806 nie był zbyt stary na naukę od nowa wszystkich zasad? CZy to nie przez zwykłe przyzwyczajenie, podświadome wyciąganie z pamięci dawnych nauk objawiała się w nim ta austrioackość?

    Poza tym Poniatowski był nie tylko dowódcą, był „wodzem”. Dowódcy wystarczy kunszt dowódczy, wódz musi mieć haryzmę, autorytet, umiejętność mobilizowania, porywania za sobą ludzi, przywracania wiary w momencie klęski lub po niej.
    Poniatowski był jednym z (jesli nie naj) wybitniejszych dowódców polskich tej epoki, ale okazał się niedoścignionym Wodzem. I chyba w dużej mierze tu lezy jego wielkość.

    pozdrawiam
    Owca von Kozic

    EDIT:

    Miałem dziś seminarium z prof. W. Majewskim i tak jakoś wysżło, ze dyskusja tknęła tematu obrony Bugu przez Poniatowskiego. Konkluzija była jak najbardziej in plus dla naszego wodza.

    Zarzut Brykieta tyczy się zapewna nieudzielenia pomocy Kościuszce, czego ów się domagał.
    Tymczasem: cała linia obrony (od południa Kostek, Pepi, Wielhorski) opierała się o granicę austriacką. Kościuszko przewidywał, ze natarcie główne nastąpi na jego flance. Z [punktu dowodzenia dywizjonera – słusznie domagał się posiłków.
    Teraz perspektywa Pepiego – polskie rozpoznanie było bardzo słabe, rosyjskie, dzi.ęki licznym pułkom kozackim – znakomite. Ewentualny przerzut sił do Kościuszki (domagał się 2/3 sił całej armii koronnej pod wodzą Pepiego) nie mógłby ujść uwadze Rosjan.
    Dziś wiemy co sie stało: armia rosyjska natarła na Kościuszkę, przeskrzydliła go poprzez granice austriacką i wymusiła odwrót armii polskiej.
    Opcja: Pepi przesyła gros sił Kościuszce, Rosjanie to wykrywaja i gros sił rzucają na Pepiego i Wielhorskiego.

    Efekty:
    1. w historii przeskrzydlenie Kościuszki skończyło się na „jedynie” poturbowaniu jego dywizji i wymuszeniu dalszego odwrotu armii koronnej.

    2. opcja hipotetyczna – szturm przełamuje słabe ubezpieczenie Wielhorskiego i wychodzi na polskie tyły. Odwody Pepiego nie zdążają wrócić. Całą armia koronna zostaje przyparat do granicy awstryjskiej i zmuszona jest do kapitulacji. Finis Poloniae.

    Pamietajmy, że decyzję „czy wspomóc Kościuszkę” Pepi podejmował jako generał odpowiedzialny za całą armię koronną. Pepi spodziewał sie nadejścia sił z królem spod Warszawy – jeśli miało to cokolwiek dać, musiał zachować gros swych sił w stanie sprawności bojowej. To też uczynił.

    W odpowiedzi na: Bitwa marzeń ’07

    5 września 2006 z 13:46 #3146
    Krzysztof Polak
    Participant

    Podsumowanie wyników ankiety Bitwa Marzeń ‘07

    W naszej ankiecie wzięło udział zaledwie 7 siedmiu respondentów na 62 zarejestrowane osoby na forum. Wskazuje to na małą aktywność naszego środowiska, w innych płaszczyznach niż czysta rekonstrukcja.

    Raczej wakacje. Ja miałem szczęśliwie krótki dostep do neta, coby głos oddać. Chyba jednak nie idzie tu o bierność 😛

    Kolejnym problemem, z jaki się tu pojawił jest znikoma kreatywność – każdy z głosujących wybrał 3,5 odpowiedzi, co z jednej strony wskazuje na sprecyzowanie „pragnień”, ale z drugiej na „ostrożność” w ich formułowaniu.

    To można było oddać więcej niż jeden głos???? Hmmm, ślepym chyba…

    Cztery pierwsze miejsca zajęły bitwy polskie, co świadczy o ich niedosycie – wiele jest jak widać jeszcze do „odtworzenia” w kraju. Z pośród nich tylko jedna jest bitwą polową (Ostrołęka) – reszta szturmy. To też świadczy o niechęci respondentów do ciągłego dreptania po łąkach i polach. Szturmy i obrony twierdz mają większy urok.

    No nie wiem. To znaczy i owszem – ja osobiście mam dosyć tuptania po boisku z wystrzyżona trawką. Tegoroczny Pułtusk był tu więcej niz rajem. Z całą przyjemnością rymsnąłem mordką w piach, potknąwszy się o korzenie na karczowisku 😀 A szturmów rzeczywiście niewiela, choć dzięki śląskiej piechocie okazje się stają częstsze 😀 JA szturmiłem ponad rok temu Danzig i było to niezapomniane przezycie. Z kolei bitwy polowe mają w sobie urk metodycznego maszerowania długich linii piechoty :]
    A że polskie – racja, sporo jeszcze mamy do odtworzenia. Poza tym – marzenia mam w miarę realistyczne. Berezyna jeszcze oki, ale Saragossa? Kto to zorganizuje i ilu z nas tam pojedzie? Tczew to poza tym rok 1807=dwusetka . No i piechoty pruskiej mamy pod dostatkiem, trzy regimenta a komitywa jeszcze z dwoma regimentami z niemiec… Siła prusaków w okolicy 😀

    Wysoka pozycja bitew z 1809 roku, obok – 1807 – daje wyraźny znak, że obok nagłośnionej obecnie I kampanii polskiej Cesarza potrzeba także już teraz myśleć o uczczeniu jedynej wygranej kampanii wojsk polskich od czasów Sobieskiego do Piłsudskiego. Jest taka potrzeba.

    Dodam tylko jedno – coby była to batalia/szturm/biwak co się zowie, z dala od kramików, zjeżdżalni, scen z muzą. Najlepsza, najpiękniejsza, chwytająca za serce batalia może zostac łątwo zamieniona w tai jarmark. Tu szansa dla nowych imprez – łatwiej jest negocjować z włądzami, bo w istocie same niewiele wiedza, trudniej im te żyrafu przepchać w nasze okolice :]

    Oby sie nam wydarzyło! Vivat Tczew!!!

    W odpowiedzi na: Bitwa marzeń ’07

    1 września 2006 z 13:54 #3140
    Krzysztof Polak
    Participant

    Wieść gminno – rekonstrukcyjna niosła, że były gwałty rabunki i brewerie ze strony franców wobec obłożonego kontrybucją pruskiego miasteczka.
    No i ponoć coś a`la opatrywanie dzielnych pruskich żołneirzyków po totalnych batach ;]