Żywa historia czy przebierańcy?

  • 24 czerwca 2006 z 08:13 #2907
    szwoleżer
    Participant

    Czołem!

    czy te fakty były znane, a to są nasze polskie księgozbiory

    Pani Mario, takie fakty zawsze będą mniej znane, gdyż to nie mieści się w symbolu bohaterstwa jakie przyswoił sobie nasz naród. Dlaczego u nas symbolem patriotyzmu wciąż jest”wsiądę na konika, dobędę pałasza, vivat Polska nasza!”, a brak jakiegokolwiek zrozumienia, że patriotyzm to także prężna gospodarka a niej jej ustawiczne niszczenie przez ” bandy romantyków”. Troszkę odbiegłem od tego co chciałem powiedzieć, ale wciąż chodzi mi o to, że o wiele trudniej zauważyć operowanie przez 12-24 godzin i ratowanie ludzkiego życia niż jakiś czyn bohaterski acz efemeryczny!

    Jemy tylko i wyłącznie jedzenie epokowe

    Tu sie przyznam Koledze, że było dla mnie zaskoczeniem w Raszynie, że zamiast wydać wojsku „leguminę” i mięso, zamówiono firmę kateringową, to już jest pewna forma rozleniwiania ludzi, powinni być wyznaczeni furierzy do gotowania i odbierania furazu od organizatorów.
    Muszę jednak (niestety) niezgodzić sie z Kolegą w tej kwestii:

    posłużę się 22 półbrygadą liniową

    jest to grupa zachodnia, a wiemy, że realia życia codziennego „tam” są „nieco” inne od naszych. Może po prostu u nas potrzeba na dojście do takich standartów trochę więcej czasu?
    Pozdrawiam serdecznie

    24 czerwca 2006 z 12:15 #2910
    Krzysztof Polak
    Participant

    I/P2P jak najbardziej pałaszuje strawę „własnego wyrobu”, co pod Jabłonną widać było pierwszorzędnie! Na Raszynie w sumie takoż, choc do lenistwa przyznac się trzeba, a to za sprawą znakomitego żurku, którego z pół sagana nad ogniem się grzalo!
    To jednak punktem jest stałym manewrów naszego Batalionu, zeby prócz wycwiczenia stricte in bellum przydatnego, i w obozowisku mroku nie siać. Dowodem choćby nasze manewry w Ostrówku, co na „poniatoszczaku” Waszmościowie w galeryi obejrzeć mogą 😉

    27 czerwca 2006 z 10:57 #2925
    Maria J. Turos
    Participant

    Słowo dla Pana Hrabiego – a czy nie mógłbyś Waćpan powiadamiać o pewnych manewrach, chętnie bym też poćwiczyła.
    A tak ogólnie. Dyskusja zmierza w bardzo dobrym kierunku. Panie Pawle chodzenie na bosaka po rżysku to też „zaliczone”, a obecnie juz mi się marzy – wróciłam do Warszawy – jakiś mały spacerek po Puszczy Kampinoskiej, ale w butach z cholewami, w wełnianej kurtce i z wodą w metalowej manierce a nie w hiper – termosie. To „wchodzi” w krew.
    Dziekuję i pozdrawiam

    27 czerwca 2006 z 12:52 #2930
    Paweł Judym
    Participant

    obecnie juz mi się marzy – wróciłam do Warszawy – jakiś mały spacerek po Puszczy Kampinoskiej, ale w butach z cholewami, w wełnianej kurtce i z wodą w metalowej manierce

    Proponuję kontakt z 6 kompanią a zwłaszcza z sekcją woltyżerską. (www.6kompania.pl). Chętnych na wielokilometrowe przemarsze nie brakuje w tym oddziale a i doświadczenie w tego typu przedsięwzięciach grupa ta ma ma spore. We wrześniu planujemy z Pawłem3 kilkudniowy przemarsz „gdzieś na Dolnym Śląsku”. Jeżeli tylko ktoś ma ochotę się przyłaczyć – zapraszamy!

    27 czerwca 2006 z 17:25 #2935
    Maria J. Turos
    Participant

    Bardzo interesujące „namiary” ale wrzesień do 15. jestem „przywiązana” do Warszawy i najbliższych okolic – kwestia powrotu w przeciągu dwóch godzin, ale na okolice już się piszę.
    Pozdrawiam

    27 czerwca 2006 z 17:42 #2936
    Koroniarz
    Keymaster

    Myślę, że zorganizowanie przedsięwzięcia w okolicach Warszawy jest jak najbardziej możliwe. Noszę się z zamiarem zorganizowania małych manewrów bez udziału publiczności (z definicji: wyłącznie dla miłośników epoki). Mam miejsce na historyczny biwak w lesie, gdzie nikt nie powinien uczestników nachodzić (teren prywatny). Dokoła sporo pól i lasów, rzeczka, a gdybyśmy mieli większe ambicje można wybrać się na dłuższy przemarsz Mazowieckim Parkiem Krajobrazowym, który rozpoczyna się tuż „za miedzą”. Termin do uzgodnienia, choć najlepiej po 6 sierpnia. Możemy zrobić wszystko jak w wieku XIX. W czasie kampanii wiosennej 1809r. książę Józef Poniatowski miał tam swoją czasową kwaterę, a po zwycięskiej bitwie pod Ostrówkiem wydał odezwę do ludności polskiej w zaborze austriackim. Nieopodal kościół z tego okresu.

    27 czerwca 2006 z 17:47 #2937
    Krzysztof Polak
    Participant

    Ehhhh, szkoda, ze nie bedę mógł uczestniczyc… 😥 Buuuuuuuu!!!!!!, Jednakowoż trzymam kciuki, coby inicjatywa nabrała cech realności :mrgreen:

    27 czerwca 2006 z 20:16 #2938
    Koroniarz
    Keymaster

    Część spraw możemy uzgodnić tu. Inne w Pułtusku, gdzie zdaje się, że wszyscy będziemy. Co do zasady: wiek XXI zostawiamy w pobliskim gospodarstwie (tj. za linią lasu). Przez resztę czasu staramy się poznać życie sprzed dwustu lat. Wyjątki: równouprawnienie kobiet (tj. te same prawa i obowiązki), oraz (do dyskusji) swobodna rozmowa przy ognisku niezależnie od stopni. Był po temu przykład w Legionach Polskich we Włoszech, możemy ustalić, że w manewrach udział biorą sami weterani. Pozostałe sprawy zgodnie z regulaminem. Apel wieczorny o zmierzchu, warty przez całą noc, pobudka o świcie. Wymarsz i patrol (jak chcemy to 20 i więcej km lasem nie stanowi to problemu) na cały dzień. Żywimy się tym co w plecakach. Zero plastiku. Żadnych puszek. Żadnych telefonów, za wyjątkiem koordynatora. Warunek wstępny: minimum 10 chętnych. Ponieważ forum jest miejscem publicznym zastrzegam sobie prawo ograniczenia miejsc w przypadku gdyby przedsięwzięcie zdobyło popularność większą od przewidywanej 😉 Termin jak rzekłem do uzgodnienia. Od podanej daty do jesieni włącznie.

    28 czerwca 2006 z 12:45 #2945
    Maria J. Turos
    Participant

    Miejsce „bomba” – już jestem chętna oczywiście obchody z rontem, budzenie i etcetera mam zapewnione.
    Pozdrawiam

    15 lipca 2006 z 15:08 #3002
    Anonimowy

    Szwoleżer pisze o „innych realiach na biwakach w grupach zachodnich”. Bardzo mnie to dziwi bo od 8 lat jestem woltyżerem w 2PP, jestem na tych samych biwakach z 22DemiBrigade. Zdarzyło nam się spać z nimi przy jednym ognisku i toczyć długie dysputy o historii i mundurach.
    Kompania Woltyżerów kilkakrotnie pokonywała trudy kilkudniowych marszów, noclegów w deszczu i zimnie. Jesteśmy normalnymi ludźmi i mamy polskie obywatelstwo, zarabiamy w złotówkach.
    Ale po prostu podjęlismy decyzję. Decyzję o tym że dni biwaku spędzamy tak jak, według naszej wiedzy, żyli żołnierze początku XIX wieku.
    Twierdzenie że „trzeba poczekać” czy „na to trzeba środków i czasu” czy Bóg wie co jeszcze to chyba tłumaczenie swojego wygodnictwa. Jeśli chcemy w pełni „rekonstruować” to musimy być na to zdecydowani i konsekwentnie to robić.
    Przy czym warto pamiętać że dla prawdziwych rekonstruktorów ( z 22DB czy 9ieme Legere ) mniej istotny jest mundur, mundury leżą w magazynach, podobnie broń, liczą się chęci i umiejętności ludzi. Jeden z założycieli 22 opowiadał nam że uczył się musztry z bronią nosząc kij do hokeja bo karabinu nie miał jeszcze. Gdy dostał karabin dla niego nic się nie zmieniło, różnice widzą tylko ci którzy nie znają się na istocie „rekonstrukcji” lub nie czują jej prawdziwego sensu. Bo rekonstrukcja, która zaczyna się od 10000 zakupu w MilitaryHeritage to zwykłe gadżeciarstwo.

    Tutaj popadnę w ton smutny o ile nie dało się go wyczuć dotąd…
    Obserwuję obecne tendencje w polskich grupach i widzę że teraz najmodniej jest dostać kasę od gminy, ministerstwa, fundacji etc… następnie kupić za to karabiny, najlepiej sztucery Bakera bo są celne, później zamówić 30 mundurów i zgromadzić 30 obojętnych osób które otrzymają od organizatora „żołd” który zwróci część inwestycji lub pozwoli chociaż dokupić drugą kratę piwa do tej, którą organizator wydaje za darmo.
    Oczywiście w tych grupach zdarzają się pewnie osoby, które z czasem docenią możliwość pominięcia żmudnej drogi dochodzenia do jakiegoś wyglądu i czas który inni przeznaczają na samokształcenie i klecenie munduru będą mogły poświęcić na lepsze opanowanie regulaminów i musztry… choć przyznam że takiego ewenementa to jeszcze nie widziałem.
    W wiekszości jednak będą to szczęśliwi i dobroduszni laicy na których zawsze można liczyć jeśli chcemy podjechać pod namiot „bryką” i puścić „muzę” by umilić czas po capstrzyku albo też gdy nam samym zabraknie piwa to z ich skrzynek można czerpać zawsze bo mają dwie.
    Nie mówię że to źli ludzie. Przeciwnie. Doświadczyłem z ich strony wielu uprzejmości i kilkakrotnie tarzałem się ze śmiechu dzięki ich żartom ale obawiam się że to taka „nadbużańska” odnoga światowej rekonstrukcji. Piękna i pełna „lilij” skazana jednak na powolną agonię bo zamulona i oderwana od prawdziwego nurtu rzeki.

    Dodatkowo łącząc inne tematy w których zabrałem głos chciałbym zauważyć że w tych dobrych grupach niewielu mamy oficerów, podoficerów. A nasze rodzime grupy jąśnieją od nominacji wzajemnie i szumnie sobie przyznawanych.
    Nie mam pretensji że ktoś mianuje się na jakikolwiek stopień. Jesli ktoś zadecyduje że rekonstruuje „NIEBO” i zacznie od rekonstrukcji BOGA to też nic mi do tego.
    Chodzi mi jednak o to żeby zastanowić się co chcemy osiągnąć. Czy oficer to uzupełnienie lub podniesienie naszej rangi w życiu codziennym? Czy może oficer to ten kto wie jak trzeba dowodzić żołnierzami?
    Jak zwykle obie drogi są dobre… tylko zależy gdzie chcemy dojść?
    W konsekwencji, odnosząc się również do dyskusji o „honorach”. Czy salutujemy ludziom bo uszyli sobie mundur? Czy salutujemy ludziom bo posiadają wiedzę i doświadczenie?

    To moje, oczywiście nie wszystkie, rozterki w dziedzinie rekonstrukcji polskiej.
    Mam nadzieje że nie potraktujecie ich jako przytyków czy zarzutów wobec kogokolwiek bo naprawdę nie to mam na myśli.
    Chciałbym żeby wykirystalizowała się dobra polska rekonstrukcja. To jest moje marzenie. Dlatego zabieram głos.

    Pozdrawiam
    niepij

    17 lipca 2006 z 09:02 #3005
    szwoleżer
    Participant

    Czołem Koledze!

    Szwoleżer pisze o „innych realiach na biwakach w grupach zachodnich.”

    Chciałbym tylko sprostować, że ja napisałem o realiach życia codziennego ale nie rekonstrukcyjnego.
    Miałem na myśli prosty fakt, że 22 pólbrybagada jako jednostka z zach. Eurpy ma łatwiejszy dostęp chociażby do butów historycznie poprawnych itp., itd.
    Przepraszam za nieścisłość w poprzedniej wypowiedzi.
    Jako przykład „osiągalności” różnych rzeczy „z epoki” można podać słynne Detlingw Wlk. Brytanii, tam przecież obok jednego miasteczka namiotowego rekonstruktorów; wyrasta drugie, chyba nawet nieco większe, ludzi sprzedających „krem, mydło i powidło” z każdej epoki i w cenach jak na tamte warunki przystepnych i akceptowalnych. A u nas? Choćby taki Raszyn, nie było żadnego „producenta” rzeczy z epoki, u nas na takie stoiska trzeba będzie poczekać troche czasu no i społeczeństwo musi być zamożniejsze, aby mieć czas i pieniądze na „takie fanaberie”.
    i nie chodzi mi w tym przypadku o mundury etc., ale nawet o cenę litra benzyny w stosunku do średniej płacy oraz ilość autrostad umożliwiających szybkie przemieszczanie się po danym kraju.
    I to miałem na myśli pisząc o różnicach życia codziennego.
    Pozdrawiam serdecznie
    Szwoleżer

    17 lipca 2006 z 09:59 #3007
    niepij
    Participant

    Szwoleżer ma duzo racji. Faktycznie mamy trudniej. Jesteśmy biedniejsi choć paradoksalnie nasi jeszcze biedniejsi koledzy z Białorusi, Ukrainy czy Łotwy potrafią w wieloosobowych grupach zachować równie wysoki poziom jak grupy zachodnie.

    22 ma zasadę że kto nie ma butów z epoki, a nie muszą to być tylko wojskowe, ten chodzi na bosaka. Co gorsza sam widziałem że przestrzegają tej zasady.
    Ale naprawdę można nosić kierpce, saboty, uszyć se samemu jakieś obleśne papucie, byle było to coś innego niż adidasy.
    W moim oddziale tylko ja mam współczesne buty – bo mnie nie stać ale poświęciłem kilka dni na szukanie takiego typu który przypomina buty z epoki, oczywiście przy 22 mi wstyd ale i tak nie wygląda to tragicznie i napewno się poprawię…
    Ale muszę zaznaczyć że wszyscy pozostali woltyżerowie mają te same buty od czeskiego rzemieślnika, te same które nosi 22 i pewnie reszta Europy. Cena jest wysoka ale nie wygórowana – 120 EUROsów, można też kupić dobre buty od grup wschodnich i będzie taniej jeszcze, więc to nie do końca jest tak że nie możemy zdobyć tego co mają na zachodzie.
    (zauważcie drodzy rekonstuktorzy, że jeśli nie kupimy piwa za dwa żołdy z Pułtuska to mamy na 1,5 pary butów – warto to wziąć pod uwage jeśli ktoś nie kupił jeszcze piwa )

    Podobnie jest z daszkami, kordonami( te mamy lepsze niż na zachodzie i tańsze znacznie -od Fiodora), mundurami i wszystkim innym.

    Faktycznie jesteśmy biedniejsi ale w zasadzie wszystko co oni opłacają ciężkimi funtami my możemy wyszukać i kupić może później ale w niższych trochę cenach.

    Pozdrawiam
    niepij

    17 lipca 2006 z 10:10 #3008
    szwoleżer
    Participant

    Czołem!

    Ale naprawdę można nosić kierpce, saboty,

    I chyba tak by było bardziej epokowo 😉
    Przecież nasi przodkowie w Wielkiej Armii cierpieli na chroniczny brak obuwia i rekwirowano przecież obuwie cywilom!
    pozdrawiam

    21 lipca 2006 z 15:11 #3021
    Anonimowy

    Przeglądałem Wasze poprzednie posty i wiele rzeczy mnie zastanowiło. Odniosę się narazie do kilku.

    Darek zastanawia się czy ustanowić puchar przechodni dla najlepszych grup.

    Wydaje mi się że teraz polska rekonstrukcja do tego zmierza. Powstał „rynek”, „konkurencja”, grupy podkreslają swoje nagrody na międzynarodowych przeglądach. I mają do tego prawo.
    Tylko czy przypadkiem nasz ideał nie powinien znajdować się 200 lat wstecz, a nie na „festiwalach rekonstrukcji”( przy okazji, zupełnie na marginesie – słowo, a raczej nowotwór „GRH” jest tak przerażające dla mnie że wolałbym już byśmy mówili o sobie – poprostu „gruchy”)
    Czy nie powinniśmy traktować tej zabawy jako formy samodoskonalenia. Na wielu płaszczyznach. Tak jak formy sztuki czy wiedzy. Nie oczekując nagród i splendorów…

    Wiem. Poruszam się w sferze idealnej, której bardzo odległym odbiciem jest rzeczywistość.
    Ale byłoby fajnie gdyby nasze dążenia podporządkowane były tylko jednoznacznym i prostym celom. Takim jak:
    – staranie o odtworzenie wizerunku ówczesnego żołnierza
    – przestrzeganie ówczesnych regulaminów
    – dociekanie prawdy historycznej (…oczywiście wiem że coś takiego nie istnieje 🙂 )
    Gdybysmy potrafili robić to wszystko dla siebie, zupełnie egoistycznie, to paradoksalnie osiągnelibyśmy altruistyczny cel. Przyczyniając się do ogólnego wzrostu wiedzy i umilając współtowarzyszom czas biwaków i bitew…
    Krótko mówiąc. Byłbym raczej przeciwny fundowaniu pucharów, tym bardziej patrząc na kondycję polskiego sportu, pełnego pucharów i działaczy acz ubogiego w wyniki…

    Kątem oka zauważyłem też próbę nazwania naszej zabawy ucieczką od rzeczywistości…
    Możemy sobie dywagować i próbować wartościować rzeczywistość i nierzeczywistość. Tylko co jest rzeczywistością. Czy 3 godziny dziennie spędzane przez współczesnego człowieka w środkach lokomocji są rzeczywistością? Czy może ubocznym efektem mżonki o konstrukcji szczęśliwego społeczenstwa. Ucieczką od świadomości mizerii naszej wobec natury i wszechświata… buehehehehe
    W każdym razie czy bezproduktywna i monotonna „rzeczywistość” współczesności nie jest warta „ucieczki” w idealizowany świat przeszłości. Wydaje mi się że gdyby wszyscy uciekli do tak „dobrej” nierzeczywistości w jakiej my bierzemy udział, to świat byłby lepszy.

    Patrząc na szumnie głoszone od +- 2 lat pomysły „wspólnoty” i „jedności ruchu GRH”, ogarnia mnie smutek. Bo tak jak w ulotce z supermarketu i w tych apelach większość treści jest drobnym drukiem.
    Kolejne grupy namawiają do współpracy – owszem – ale pod swoim przewodnictwem, dając „wyspecjalizowaną kadrę” i oferując „wieloletnie doświadczenie ruchu GRH”. Za tymi apelami zazwyczaj skrada się chęć utworzenia mobilnej grupy „kaskaderów” gotowych do zaspokajania potrzeb rynku reklamowo-widowiskowego będących za razem konsumentami określonych i narzuconych wzorów wyposażenia i sprzętu ( czyli de facto – nie rekonstruktorów tylko nabywców rekonstrukcji 🙂 )
    Nieszczęśliwie się składa że należę do kilku, może 6 osób które mają rzeczywiście „wieloletnie doświadczenie” i pamiętam że przed Erą Głoszenia Wspólnoty była Era Nieświadomej Wspólnoty.
    … i tęskno mi do tego czasu.
    Bo powinniśmy ze soba współpracować nie dlatego, że tak się opłaca ale dlatego, że ta zabawa wymaga, a raczej lepiej by było żeby miała wielu uczestników. ( No bo jeśli chcemy odtworzyć 5000cio tysięczne kolumny, to nie obejdzie się bez współpracy )

    Tylko jak znaleźć wspólny mianownik dla tak wielu dąrzeń i celów ukrytych pod nazwą GRH.
    Jak ominąć osobiste ambicje i aspiracje w grupach imitujących wojsko a nie posiadających wojskowego prawodawstwa i nie mogących w żaden rozsądny sposób egzekwować czegokolwiek od swoich „żołnierzy”.

    Wydaje mi się że wiem jak to powinno wyglądać, pamiętam też jak wyglądało ale jestem pewny że nigdy nie osiągniemy ideału… i tu można by skończyć ale nie bardzo się da jak się już tyle lat w tym babrze.
    Więc oczywiście trzeba zaniżyc poziom i wypracować kompromisy. Tylko do jakiego stopnia godzić się na ustępstwa… hę?
    Czy zgoda na podpitego „żołnierza” w jaskrawym mundurze księstwa i spodniach „kamuflaż” ledwie osłaniających mokasyny z „kutasikiem” to jeszcze kompromis? czy już żenada?
    Czy akceptacja oficera który po prostu jest i oczekuje że wszyscy mu przyklasną to jeszcze kompromis? czy podważenie kilku lat nauki i samodyscypliny?
    Czy wreszcie pozorna demokracja, pozwalająca na równoważne traktowanie głosu 1 rocznego rekruta i 8 letniego żołnierza to jeszcze kompromis? czy już zaprzeczenie sensu istnienia grup w czasie, ich rozwoju i gromadzonej wiedzy, a trzeba pamiętać że nie jest to tylko wiedza o epoce bo tamta epoka wbrew pozorom dawno minęła ( dobitnie uzmysłowiła mi to lektura „porad dla kadetów”, gdzie opisane są typy kar dla nieuczących się – i poważną grupą kar są kary „wstyd przynoszące” – czyli np: nagana na osobności… ), musimy też mieć świadomość realiów w jakich się poruszamy i dostosowywać naszą wiedzę do stosunków panujących w dzisiejszym społeczeństwie.

    ale upał…
    Pozdrawiam
    niepij

    2 sierpnia 2006 z 23:42 #3039
    niepij
    Participant

    Oto ja.
    Człowiek, który rozmawia sam ze sobą…

    Myślałem o tym jak należy zdefiniować „żywą historię” w odróżnieniu od przebierańców.
    Sądzę że „żywa historia” przynajmniej stara się ubrać zgodnie ze swoją i kolegów wiedzą historyczną. Stara się pogłębiać wiedzę, tak by nawet gdy ktoś wytknie jej błędy była w stanie przyznać mu rację i się zasłonić brakiem kasy lub też odrzucić chybiony argument mając świadomość trafności swoich sądów o epoce.
    Poza tym „żywa historia” winna chyba dążyć do całościowego spędzania czasu „rekonstrukcji historycznych” dbając o wszystkie aspekty bytowania odtwarzanych postaci. Czyli powinna ona mieć świadomość i chęć do odtwarzania także biwakowego, marszowego, balowego i każdego innego wizerunku odtwarzanej postaci. Powinna ona dbać również o to by inne wpółodtwarzające „żywe historie” miały poczucie współtworzenia a nie straty czasu wśród wczasowiczów lub omyłkowego wtargnięcia na teren Ośrodka Wypoczynkowego po odebraniu piwnego żołdu.
    Żywa historia też nie powinna moim zdaniem oczekiwać specjalnego poklasku za swój wygląd ani zachowanie od publiczności tak jak tego poklasku nie ma dla naukowców, historyków, malarzy, czy wszelkiej maści pasjonatów którzy zgłębiają otaczający nas bądź miniony świat, bo po prostu w naturze społeczeństwa leży ignorowanie bądź wyśmiewanie działań tego typu.
    Żeby wyrazić się precyzyjnie.
    Żywa historia, która zechce przeżyć maximum epokowych przygód po dwóch latach tytłania się w słomie i błocie zamieni się, mimo wszelkich starań, w dyskretnie sszarzałego wiarusa ( i wtedy dopiero zacznie przypominać rzeczywisty obraz przeciętnego żołnierza po tygodniowej służbie – oczywiście nie mówię o gwardiach, oficerach i napoleonach, bo o nich wogóle staram się nie mówić.) Dla ogółu publiczności owa żywa historia stanie się wtedy brudasem. I nic z tym nie zrobimy. Bo nawet elitarne i szeroko uznane na świecie grupy takie jak 9iemeLegere u początkujących mają opinię obdartusów. ( przy czym muszę zaznaczyć że kiedy ich oficer, zechce być elegancki to zakłada wyjściowy mundur i wszyscy nasi oficerowie zamieniają się w ubogich krewnych…)

    My staramy się, po części dla idei wspomagania wiedzy ogólnej ale niestety wbrew naszym staraniom wiedza ogólna nie zamierza zrezygnować ze sztamp narzuconych przez lata edukowania przez romantycznych Suchodolskich i Kossaków, bo już Michałowski to za brudny, za brudny…
    Nie „zrozummy” się źle.
    Nie namawiam do obwiązania się podarta kierezją i niemycia się przez tydzień przed biwakiem. Jednak realia tamtych czasów, konstrukcja urządzeń miejskich, poziom ogólny higieny, uwarunkowania społeczne nie pozwalały na stałe wystepowanie w śnieżnobiałych uniformach. Rzeczy używane muszą się zestarzeć ( odsyłam do regulacji o czasach uzywania ekwipunku i zwracam uwagę na to że my miewamy ten ekwipunek krócej, a już jest tak dziurawy i połatany, że staramy się o nowy. )
    Jestem jak najdalszy od wznawiania dyskusji o ilości dopuszczalnego brudu na mundurach ale jestem przekonany, że żywa historia nie powinna być reklamą proszku do prania, bo będzie to ją demaskowało jako posiadacza dresów do spania. Co samo w sobie nie jest grzechem ale gdy sie w takim dresiku opuści nawet najbardziej epokowy namiot to wartownik może „omylić” z miejscową młodzieżą i co wtedy…
    Żywa historia winna też myśleć. Mysleć o sposobie zachowania na imprezach, o sposobach uczczenia „powodów” naszej zabawy, czyli „przodkach”, powinna też pamiętać o tym że nie jesteśmy tu za karę i mimo zbliżonych pobudek nie zawsze wszyscy zechcą poddać się rozkazom człowieka, który długie zimowe wieczory spędza na doszywaniu kolejnych lampasów, lamówek, fałek, epoletów itp. Powinna postarać się by podwładni nie mieli uczucia podwładności „bo tak” tylko „bo tak będzie lepsza zabawa”…
    Żywa historia też nie powinna być kolekcjonerem cennych rzeczy. Nie jest żadną zasługą zgromadzenie funduszy na „dużo fajnych rzeczy”, w każdym razie nie dla badacza.
    Powinna ona „balansować” pomiędzy obszywaniem się a gromadzeniem wiedzy, dozując sobie i innym zdobycze na obu polach.

    Wiele jeszcze jest cech „żywej historii” w moim rozumieniu ale napiszę też o przebierańcach w moim rozumieniu.
    Taki przebieraniec przede wszystkim ma obojętny stosunek do tego co ma na sobie. Z równym powodzeniem założyłby każdy strój, który upoważnia do wyjechania z domu na 3 dni, pobrania żołdu i dostania talonów na piwo. Przebieraniec też mało wie o tym co ma na sobie ewentualnie dużo mówi, że wie, cytując jedną z ostatnio wydanych książek.
    Przeważnie nosi pod mundurem współczesny podkoszulek, na ręku zegarek, na szyi telefon i robi sporo zdjęć dla żony bądź kolegów z pracy.
    Przeciętny rekrut w zasadzie jest odmianą przebierańca… ale po roku niektórzy przeczytali już drugą książkę i nauczyli się „szkoły żołnierza”, a niektórzy pozostają zawieszeni w niebycie samozadowolenia.

    Bywają też demony rekonstrukcji. Trudne do rozpoznania i wyplenienia, bo spełniają jakąś część wymogów „żywej historii” i mają szykowne wdzianka z przyrastającą liczbą „fałek” za wysługę równocześnie ignorując sporą część pozostałych, moim zdaniem równie ważnych zasad jakie czynią nas rekonstruktorami lub nie. Tworzą z uporem coś co można by nazwać modelarstwem w skali 1:1 połączonym z kursem „leadershipingu” i „asertywności” w przychylnym środowisku piwnych oparów.

    Dużo jest tych przebierańców, sporo demonów i coraz mniej „żywej historii” ale może to taka cisza przed burzą i stopniowo wszyscy osiągniemy tak oczekiwany „wysoki poziom rekonstrukcji historycznej”.

    Pozdrawiam
    niepij

    p.s. Popiszę sobie jeszcze trochę zanim wszyscy wrócą z wakacji i mnie wyprowadzą z błędów 🙂

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.