Żywa historia czy przebierańcy?

  • 6 czerwca 2006 z 10:04 #2788
    Koroniarz
    Keymaster

    Sam pomysł może nie jest zły, ale obawiam się, że przy obecnym podziale środowiska trudny do przeprowadzenia. Niewątpliwie są oddziały lepiej i gorzej wyszkolone, czy umundurowane. O ile jednak to pierwsze jest nieodmiennie skutkiem pracy włożonej w naukę, o tyle to drugie bywa już niekiedy dyktowane dostępnością środków. Nie zarzucając więc samego tematu myślę, że warto by pomyślec nad formułą i kryteriami oceny. Inaczej bowiem prezentują się jednostki, które postrzegają się jako „liniowe”, inaczej pozostałe, które prezentują środowisko na różnych uroczystościach. Żywa historia jest pasją ich wszystkich, ale ocena czy lepiej wygląda mundur prosto spod igły, czy też wysłużony na kolejnych rekonstrukcjach to już rzecz gustu, a o guście jak wiadomo się nie dyskutuje. Można natomiast przyjrzec się temu jak robią to koledzy z grup brytyjskich, które tego rodzaju wyróżnienia przyznają na dorocznym pokazie w Detling (gdzie nagrodę w ubiegłym roku zdobyli koledzy z 1PPLN wspólnie z P4PXW).

    7 czerwca 2006 z 16:03 #2795
    Maria J. Turos
    Participant

    choć reakcje na to hobby mogą być różne; choćby artykuł w pewnym brukowcu o viceministrze MSWiA, który jest(był?) grenadietrem w Legii Nadwiślańskiej i wyzwano go tam od błaznów i przebierańców; bardzo smutne i wkurzające.

    Żeby to były reakcje w brukowcu. Po Olszynce Grochowskiej profesorowie wyższej uczelni w tym moja szefowa, zadali mi pytanie czy muszę się aż tak wygłupiać. Oczywiście pytano się co mi to daje – nawet tak na zasadzie „szkoły przetrwania” czy umiem rozpalić ognisko, czy pijemy wodę prosto ze strumienia. W każdym razie śmiech. Historia musi byc nudna i na koturnach. Tylko co to daje?
    Doszło do tego, ze studenci nie wiedzą co za data zdobi ich identyfikatory. Rok 1809 z niczym im się nie kojarzy, ale jak zaprosiłam ich do Raszyna to teraz nie mogę opędzić się od e – maili i innych form pytań dosłownie o każdy detal, mało chcą mieć wykład z historii medycyny – teraz, zaraz, w czasie sesji – ale żebym przyszła w mundurze, z kuferkiem, pokazała stary atlas anatomiczny i etcetera.
    We Francji – bo to znam najlepiej – każda rekonstrukcja to święto dla miasteczka czy miasta. Tłumy widzów – oczywiście spotkania, prelekcje, obóz nie tylko do spania, ale do zwiedzania dla gości. Przeżywałam to nad zatoką Juan i w Boulogne, nawet nie wiedząc, że sa tam Polacy, dopiero teraz spotykam znane twarze.
    Nie czuję żadnego rozdwojenia jaźni – a o to mnie również pytano – iż od czasu do czasu żyję sobie w Księstwie Warszawskim [no może jeszcze w czasach Powstania Listopadowego], mało odnoszę wrażenie, że mundur zobowiązuje. Nawet wtedy, gdy wisi w przedpokoju i wyzwala – znów – pytania u gości „…a co to ?…”
    Pozdrawiam.
    Maria J. Turos

    7 czerwca 2006 z 16:39 #2796
    Brykiet
    Participant

    Szanowna Pani Mario, czy mogła by Pani opublikować tu zdjęcia tego etcetera?
    Nie mam pojęcia jak to mogło wyglądać.
    A tak na serio, to z jeszcze wiele trzeba takich imprez jak Raszyn, by ludzie przestali widzieć historię przez przyzmat nudnego podręcznika. To właśnie nasze zadanie, by bawiąc – uczyć. A objęta przez Panią dziedzina wiedzy jak najlepiej do tego służy. Wszystkim zainteresowanym medycyną wojenna z czasów XW polecam artykuł opublikowany swego czasu bodajże w „Studiach i materiałach do historii wojskowości” jak go odnajdę, to podam bliższe namiary. Czy zna go Pani?

    7 czerwca 2006 z 22:27 #2797
    Krzysztof Polak
    Participant

    No to w takim razie Instytut Historyczny UW jest godzien swojej nazwy. Wprawdzie w szeregach napoleońskich jest nas dwu stdentów ( w tym Mikołaj na wychodnym, juz mu tylko magisterka została), ale kilkoro z kadry naukowej (coby było hierarchicznie; profesor, doktor i magister) docenia działania rekonstruktorskie :] , od czasu do czasu nawet na rekonstrukcjach bywa (jako widzowie).
    No, ale to naukawcy – militarysci 😀

    8 czerwca 2006 z 10:21 #2798
    Koroniarz
    Keymaster

    Szanowna Pani Mario, czy mogła by Pani opublikować tu zdjęcia tego etcetera?
    Nie mam pojęcia jak to mogło wyglądać.

    Przyłączam się do tej prośby i przypominam się z wcześniejszym zapytaniem (możemy zdjęcia owego et caetera zamieścić również w samym artykule). Mam też prośbę do Brykieta o podanie, gdzie dokładnie można cytowanego artykułu szukać.

    Żeby to były reakcje w brukowcu. Po Olszynce Grochowskiej profesorowie wyższej uczelni w tym moja szefowa, zadali mi pytanie czy muszę się aż tak wygłupiać. Oczywiście pytano się co mi to daje – nawet tak na zasadzie „szkoły przetrwania” czy umiem rozpalić ognisko, czy pijemy wodę prosto ze strumienia. W każdym razie śmiech. Historia musi byc nudna i na koturnach. Tylko co to daje?

    Lekceważące podejście do „przebierańców” będzie się chyba zmniejszać wraz z prezentacją działalności środowiska. Uwagi żywcem wzięte z tych przytoczonych przez Panią Marię znam również od moich kolegów po fachu (o dziwo nie od koleżanek, co wskazuje na trafność starego porzekadła 😆 ), do których jakoś nie trafia, że ustawowo są zobowiązani do noszenia stroju, który daleki jest od współczesności. Co ciekawe kiedy jednak rozpoczyna się dyskusja, ciekawość zaczyna brać górę, a wraz z nią i zrozumienie. Zwłaszcza gdy się wskaże, że historia to nie książka telefoniczna (ciąg nazwisk i cyfr), ale żywi ludzie ze złożonymi wyborami w czasach, które może ciekawie odtwarzać, ale żyć by się nie chciało. Nieodmiennie bawi mnie też zadziwienie, gdy (jak to Pani Maria opisuje w przypadku identyfikatorów) wskazuję, że w Warszawie przynajmniej wydział prawa jest nierozerwalnie związany z wypędzeniem Prusaków i szkoleniem kadr administracji dla odradzającego się państwa polskiego, którego zaczątkiem miało być Księstwo Warszawskie (jakież tu podobieństwo do toczącej się obecnie dyskusji o miejscu służby cywilnej!), lub gdy wskazuję na związki UW z powstaniem królestwa kongresowego. Znajomość okresu wskazuje z resztą, że szereg obecnie toczących się dyskusji tak naprawdę nie jest nowa. Prostym przykładem jest tu dyskusja nad recepcją prawa i opór jaki wzbudziły swojego czasu kodeks Napoleona, czy próby wprowadzenia kodeksu karnego, którego rygoryzm odbiegał od demokratycznej polskiej tradycji (karanie za udzielanie ślubów kościelnych bez uprzedniego złożenia dokumentów potwierdzającyh zawarcie ślubu cywilnego, ograniczenia wolności zgromadzeń, kontrola korespondencji itd.), jak też dyskusja konstytucyjna o roli poszczególnych władz w państwie, która była ważnym elementem sporu z carem i ostatecznie zaowocowała jego detronizacją jako króla Polski. Widać wtedy, że problemy które rodzą obecnie tyle emocji tak naprawdę roztrząsane są już od 200 lub więcej lat. Nic tylko tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć, a potem się widzi kolegów wśród widzów w Jabłonnie i innych miejscach.

    Kolejną myślą, która wiąże się z prezentacją historii jest myśł by wzbogacić ją tak o prezentację ówczesnej medycyny, o czym tak ciekawie Pani pisze, jak też o prezentację innych wydarzeń. Np. procesu polowego, na co z kolei ja mam ochotę. To możnaby zresztą razem połączyć z podziałem na etapy. Przykładowo: parę lat temu w Kręgu miał miejsce pojedynek na broń białą między oficerem polskim i pruskim. Przyczyna była jak najbardziej realna, dotycząca zachowania zasad na polu bitwy (podczas rekonstrukcji). Pojedynek mimo znajomości szermierki obu zainteresowanych siłą rzeczy miał charakter teatrum (choć nikt, łacznie z zainteresowanymi nie znał jego wyniku do czasu rozstrzygnięcia). Podobną (choć już całkowicie zaplanowaną) inscenizację przedstawiono rok później podczas rekonstrukcji bitwy pod Ostrołęką, a i ostatnio w Raszynie podczas bankietu dla oficerów. Ponieważ pojedynki z jednej strony były rzeczywistością owych czasów, a z drugiej były często zakazane (zwłaszcza w kwaterze dowództwa) przypadek taki jak zainscenizowany w Raszynie musiałby się skończyć sądem. Mamy więc możliwośc przedstawienia sądu honorowego, nieodzownej obecności lekarza, niezależnie od wyboru rodzaju broni, a potem możliwość przedstawienia ówczesnego przewodu sądowego. Wszystko razem w sposób tyle ciekawy co przystępny.

    Przy bardziej dramatycznym scenariuszu znalazłoby się i miejsce dla Kapelana (choć ten miał pod Raszynem dość radykalną koncepcję niesienia pociechy rannym 😉 ).

    8 czerwca 2006 z 13:26 #2799
    Maria J. Turos
    Participant

    Artykuł znam – pióra mojego późniejszego adiunkta doc. Grzelaka [pisał też pod okiem obecnego prorektora prof.Zaborowskiego, który jedyny chyba popiera to co ja robię], który zresztą przygotował pierwszą – sic! – edycję dzieł Czerwiakowskiego. To etcetera to ogromny załącznik – pierwszy atlas narzędzi chirurgicznych wraz z opisami i słownikiem autorstwa Agasse’go [VII Rok Republiki – pierwsze wydanie]. Co do przebieranek – proszę wejsć na stronę www.napoleon1er.com i zobaczyć co się działo w Camp Isere – tego samego dnia co był Raszyn. Taką operację na świeżym powietrzu jestem w stanie zrekonstruować choćby w Pułtusku. Przysięgę 3 – go Maja też obmyśliłam ad hoc i wszystkim się podobało. To są drobiazgi może ale bardzo istotne. Oczekuję odpowiedzi od Pana Koroniarza czy przeczytał mojego „gniota” – do Pułtuska mogę z Francji przywieść nawet reprodukcję planu zajęć na Val – de – Grace i wlec się za oddziałami z książka w garści. Czekam na pomysły.
    Pozdrawiam

    8 czerwca 2006 z 13:34 #2801
    Koroniarz
    Keymaster

    Oczekuję odpowiedzi od Pana Koroniarza czy przeczytał mojego „gniota”

    Niestety nie dostałem, choć nie wierzę, aby mógł to być „gniot”. Czy mógłbym prosić o jego ponowne przesłanie? Przeczytam bez zwłoki, a zaraz potem pewno będę zamieszczać (jak wspomniałem mam już nawet przygotowaną ilustrację Edouarda Detaille). Co do prezentacji szpitala polowego, to miałem ochotę pod Raszynem tam nawet trafić (choć widziałem, że ostatecznie był jednostką mobilną), jednak biorąc pod uwagę dość radykalne metody lecznicze owych czasów nie byłem pewien, czy kołek w zęby wystarczy, bym na widok piły nie potrzebował reanimacji 😆
    Co się tyczy atlasu, to ponieważ rozumiem okres ochrony praw autorskich już się wyczerpał, to może warto by pomyśleć o jego zeskanowaniu w całości lub części?

    8 czerwca 2006 z 14:41 #2803
    Maria J. Turos
    Participant

    Wszystko wskazuje na to że nawalił znów mój serwer na klinice. Wysyłam więc raz jeszcze. Atlas jest oficjalnie zeskanowany w bibliotece miedzyuniwersyteckiej w Paryżu i mam go całego na dysku. Mam równiez doktorat J. D. Larreya i parę innych „smakowitości”. Co do Raszyna wiele rzeczy było niedogranych – ale tak chcieli i tak działałam. Może byc kiedys normalny lazaret z kołkiem oczywiście też – jak ktoś sobie życzy, choć ja wolę wsadzić fajkę albo własny rękaw żeby mi nie darł gęby. A piłkę mam naostrzoną że hej.
    Pozdrawiam.

    9 czerwca 2006 z 00:52 #2806
    Koroniarz
    Keymaster

    Artykuł już zamieściłem. Z niecierpliwością też będę wyglądać kolejnych. Ponieważ koncentruje się na bitwie pod Raszynem pomyślałem, że przywołane w nim obrazy Suchodolskiego będą najbardziej odpowiednie. Znaleźć go można w dziale AKTUALNOSCI, a jego zapowiedź również na stronie POLONIA MILITARIS oraz napoleon.gery.pl. Niestety ze względu na ograniczenia związane z formatowaniem strony nie mogłem użyć wszystkich styli wykorzystanych w tekście oryginalnym. Lektura tego nader ciekawego tekstu nie powinna na tym jednak w żaden sposób ucierpieć. Raz jeszcze bardzo dziękuję, zapraszam wszystkich do zapoznania się z nim i dalszej dyskusji na forum tu i w wątku Medycyna wojskowa.

    22 czerwca 2006 z 15:34 #2891
    Paweł Judym
    Participant

    Witam,
    Temat choć bardzo interesujacy i wielokrotnie poruszany przy okazji wielu spotkań niestety często kończy się jak to słusznie zauważył Koroniarz wycieczkami do konkretnych osób. Ale to już chyba taka nasza wada od pradziadów przejęta i dyskutowac dopiero się musimy nauczyć. Wiele problemów w próbie określenia czym jest nasze hobby sprawia fakt, że sfera naszych zainteresowań ma bardzo płynne granice i chyba my sami często ich nie dostrzegamy. W grupach RH w naszym kraju znajduje się wielu ludzi którzy często mają bardzo odmienne wizje tego co tak naprawde chcę robić i czego oczekują od tego hobby. Wszak kiedy mówimy o „rekonstrukcji historycznej” to pojęcie to już samo w sobie zawiera wyjaśnienie czym ona właściwie jest. Dla mnie grupą która zajmuje się rekonstrukcją historyczną jest np 22 demi brigade / http://www.demi-brigade.org / znamienne jest, że niestety musiałem sięgnąc po przykład zza granicy. Uważam że w kraju nie ma jak dotychczas grupy która w moim mniemaniu zajmowałaby się rekonstrukcją historyczną, raczej jest to kwestia poszczególnych osób ale nie grupy. W naszym hobby brakuje nam obiektywizmu i odwagi aby po imieniu nazwać pewne zachowania i pewne zjawiska. Chociażby to nieszczęsne picie. Panowie nie oczukujmy się: picie na biwakach było i bedzie! O jakiej atmosferze XIX wiecznej my wogóle mówimy?? Byłem na niejednym biwaku i mogę stwierdzić, że najczęściej imprezy te wyglądają tak, że po „bitewce” albo i nawet powszechne libacje są na porządku dziennym. I bynajmniej nie w stylu epokowym. Widziałem już strzelanie z karabinu keczupu widziałem i inne rzeczy. Nie twierdze oczywiście, że każdy pije bo to byloby niesprawiedliwe ale jest to dość powszechne zjawisko i taka jest prawda! Nie jest to poważne podejście do sprawy rekonstrukcji. Nie jest to wogóle żadna rekonstrukcja. Mówimy szumnie o przenoszeniu się w rzeczywistość XIX wielku, mówimy o rekonstruowaniu „realiów epoki” a tymczasem rekonstuujemy tak naprawdę nasze wyobrażenie o tej epoce /pozostawiające raczej wiele do życzenia/. Smutna to prawda ale jednak prawda. Pragniemy żeby ludize nas postrzegali poważnie, żeby postrzegali nas jako rekonstruktorów. Nie bedą tego robić bo poważni proszę Państwa nie jesteśmy. I co najgorsze nie chcemy być! Kiedy odważyłem się na forum napisać prawdę o pewnym biwaku /wbrew standardowej zasadzie: „było fajnie”/ to spotkałem sie z dosłownym ostracyzmem a z plecami obsmarowano mnie, zrobiono pieniacza lub przynajmniej sfrustrowanego fanatyka. A zupełnie niepotrzebnie. Przecież wystarczyło powiedzieć – „Paweł, wiesz my nie jeteśmy rekonstruktorami, my chcemy posiedzieć w „mundurach” przy ognisku pośmiać się i powygłupiać przez 3 dni po cięzkiej pracy…” i tyle. Kiedy tak będziemy podchodzić do tematu to poprostu okaże się że ta zabawa jest to TYLKO jakaś forma relaksu (do której każdy ma prawo!!) powiedzmy osadzona w klimacie XIX wieku ale w żadnym wypadku nie jest rekonstrukcją! I jako zabawa niech sobie funkcjonuje tylko niech nikt się nie kreuje szumnie na rekonstruktora bo jedno z drugim nie ma za wiele wspólnego i wprowadza w bład. Zresztą co zauważył ostatnio Paweł3 w polskiej rekonstrukcji historycznej paradoksalnie nikt nie chce niczego rekonstruować. Każda uwaga na temat ekwipunku czy munduru to „czepianie się”, zwrócenie uwagi na zachowanie się to „trucie ….” a abstynencja wzbudza podejżliwość. Jaką zgrozą mnie przejęła wypowiedź jednego z samorządowców, który zapytany o zdanie na temat pomysłu organizacji biwaku napoleońskiego w jego mieście odpowiedział, że już raz zrobił i więcej nie bedzie bo „z pijakami nie chce mieć do czynienia”. TO naprawde jest przykre i krzywdzące dla wielu z nas i naprawde nie jest miłe tłumaczenie się ludziom za innych! Nie każdy przecież kto zakłada mundur napoleonski w tym kraju jest pijakiem! Ale tendencja w środowisku jest. I bynajmiej nie odbywa się w „klimacie”. Nie potrzeba publiczności z „3 paskami”, nie oszukujmy się – puszki, plastiki i telefony komurkowe często na biwakach mamy własne i to w wystarczającej ilośic aby się odechciało.
    Przez trzy dni wg nas przenosimy się w realia XIX wieku, żyjemy jak żołnierze epoki napoleońskiej. I teraz przypomnijmy sobie którykolwiek z naszych biwaków i wyobraźmy sobie, że właśnie w środku naszego obozowiska pojawia się prawdziwy kapral powiedzmy 18 liniowego, ten z przed 200 lat. Sądzę, że gdyby usłyszał nasze gadanie na temat epokowości i żołnierskosci, najpierw umarłby ze śmiechu a potem rozpędziłby towarzystwo. Na naszych „biwakach” nie pędzimy życia wojskowego! Niestety taka jest prawda. Z dniem codziennym ówczesnego żołnierza to co robimy w podczas tych 3 dni nie ma nic wspólnego . I nie można mówić o małej i dużej dyscyplinie. Ona poprostu albo jest albo jej nie ma. Kto np w naszej rekonstrukcji salutuje przełożonym? kto np zadje sprawozdanie o stanie osobowym o wystawionych wartach o przeprowadzonym rekonesansie o aprowizacji? Bez śmiechów, chichitów i głupich docinek? I co to jest za wojsko, w którym żołnierzy trzeba prosić żeby łaskawie stanęli na warcie a i tak nie jest pewne czy będzie im się chciało! Dlatego przez uczciwość i szacunek, dla tych którzy 200 lat temy przymierali często głodem w chłodzie jesiennej nocy przy ognisku obok nędznego szałasu skleconego z rozebranej stodoły, dla tych którzy codziennie ryzykowali najwyższą stawkę, nie róbmy czegos takiego i nie nazywajmy rekonstrukcją tamtych dni pikników z piwem w ręce.
    A gdyby ktoś zarzucił mi stronniczość albo brak obiektywizmu to oto mały test na zakończenie: czy ktos z nas odważylby się zabrać np wycieczkę młodzieży z 2 klasy ogólniaka (wtedy przerabiają okres napoleonski) i wprowadził ją do naszego obozu powiedzmy w sobotę ok godziny 23 i powiedział: tak wyglądał obóz wojsk napoleońskich 200 lat temu, Oni tak żyli? Ja czegoś takiego bym nie zrobił z prostej przyczyny: tak NIE wyglądał.
    I dziwię się naprawde się dziwię. W środowisku tym jestem jednym z najmłodszych wiekiem, studia teraz przeszkadzają mi nieco aktywnie uczestniczyć w naszej „rekonstrukcji” ale przyznam, że i chęci mi odeszły jak na razie. Po półrocznej przerwie zdecydowałem się znowu zabrać głos tym razem tutaj, bo temat ciekawy a i szansa na jakieś ciekawe zakończenie tej dyskuji się rysuje. Mam przynajmiej taką nadzieję, jeszcze ją mam.

    [ Dodano: 2006-06-22, 14:48 ]
    i jeszcze takie jedno przemyślenie mnie naszło. Jeżeli chodzi o epoki rekonstruowane w Polsce to naprawdę wydaje mi się, że nasza jest niezwykle specyficzna. Widziałem polskie grupy rekonstrukcyjne z II wojny światowej z których naprawdę większość reprezentuje bardzo wysoki poziom wręcz europejski. Nie jest to więc kwestia finansów /II wojna wcale nie jest dużo tańsza w rekonstrukcji od okresu napoleońskiego/. Nie jest to także kwestia „czasu” bo ruch rekonstrukcyjny związany z II wojną takż nie istnieje dłużej niż nasz. Nie wiem, może to wynika z faktu że za wielu u nas „Napoleonów” i każdy chce być pierwszy na szczycie Somosierry? trudno powiedzieć ale coś w tym chyba jest.

    22 czerwca 2006 z 17:08 #2892
    Maria J. Turos
    Participant

    Bardzo mądry tekst ale – z dwoma „ale”.
    Pierwsze dotyczy tego, iż generalnie dyscyplina, gdziekolwiek i w czymkolwiek, zanadto naszą cnotą nie jest. Tu rzeczywiscie wiele jest do dopracowania. Ja z ruchem rekonstrukcyjnym zetknęłam się we Francji, brałam udział w pokazach, ale i w specjalnych biwakach a la manewry, kiedy nieomalże sprawdzano czy umiemy się w mundury porządnie i stylowo ubrać, co mamy na talerzach a co [jakoś zawsze byłam medykiem] w ambulansie. Nauczyłam się tam powozić, zaprzęgać konie do wozu i oczywiście odpowiedniego „drylu”. Nie było do pomyślenia, że zaśpię, albo mi się coś nie będzie chciało. Momentami była to”szkoła przetrwania” [zdarzyło mi się pić deszczówkę z własnej furażerki] ale o to chyba chodziło. I tak wiem, że to co robilismy najwyżej było liźnięciem epoki – nawet nie dotknięciem – ale jakaś próba zostaała podjęta. Temat popijania – no cóż… trudno.
    Ale źle się dzieje, gdy porównuje się rekonstrukcje czasów nieodległych [II Wojna Światowa] gdzie zachował się przekaz ikonograficzny, bogata bibliografia z czasami bardziej odległymi do tego wiedząc jak przetrzebione są zasoby archiwalne w naszym kraju.
    Z pewnością – bo to chociażby znam z opowiadań ludzi, którzy bezpośrednio tam pracowali – łatwiej by mi przyszło zrekonstruować salę operacyjną Szpitala Ujazdowskiego z września 1939 roku niż lazaret sprzed dwustu lat [zaznaczam poruszam się tylko w mojej dziedzinie zawodowej]. Nawet autorzy dobrych prac np.prof. Srogosz piszą, że to jest niewykonalne – z odnośnikiem iż nie można opierać się na jednym tylko rękopisie [tu konkretnie rzecz idzie o Czerwiakowskiego i Jego podręcznik chirurgii]. Ale spróbować można, a priori zakładając sobie duży rygoryzm nawet w sposobie zachowania się. A to wymaga przede wszystkim zapytania – czego ja oczekuję po rekonstrukcji. Czy dobrej zabawy, czy chęci zmierzenia się z czasem [ale i przestrzenią – we Francji „Szlak Orła” znad zatoki Juan do Paryża można pokonać albo trasą turystyczną, albo historyczną].
    Wiele zależy od nas samych – czy ja konkretnie potrafię utożsamić się z osobą, której mundur przyodziewam, poruszać się, zachowywać [po prostu pomyśleć, że to był człowiek taki sam jak my]. Dla mnie udział w Olszynce Grochowskiej, a jeszcze bardziej teraz w Raszynie – choc zostawił pewien niedosyt – to jednak dał wiele niekłamanej satysfakcji.
    I wstać się chciało o brzasku. To naprawdę było piękne.
    I własnie brak mi takich manewrów, gdy na zamkniętym terenie możemy się zmierzyć nie tylko z „przeciwnikiem”, ale i z samym sobą.
    Mam nadzieję, że ruch rekonstrukcyjny i u nas nabierze „rumieńców”
    Pozdrawiam.

    22 czerwca 2006 z 18:07 #2893
    Paweł Judym
    Participant

    Jeżeli chodzi o porównanie do II wojny to oczywiście ma Pani rację! To nie ulega wątpliwości że jest ją pod tym względem „łatwiej” rekonstruować. Ale jeżeli chodzi o źródła… Kto dzisiaj np. rozumie politykę naszych placówek muzealnych? Ileż to już powstało legend na temat przepastnych muzealnych magazynów… Powastaje z tego jakaś wiedza tajemna, która służyć mam niewiadomo komu. w mniejszych muzeach czesto muzealnicy nawet nie wiedzą co mają w magazynach. Tak było np w przypadku czapki pruskiego ułana na Dolnym Śląsku . Gdyby organizujący wystawę sam palcem nie pokazał to nadal leżałaby gdzieś zakurzona. Sądzę, że wiele eksponatów można jeszcze znaleźć. Poza tym są przecież archiwa francuskie i rosyjskie. Do tych we Francji specjalnego pozwolenia nie trzeba mieć, nie trzeba tajnymi drzwiami z jakimiś tajemniczymi ludźmi spotykać się przy świecach i czytać tajemne teksty. Wystarczy tylko /a może aż!/ znać język, zebrać parę groszy /na przejazd/ i poprostu chcieć. Zresztą sądzę że sma Pani najlepiej o tym wie bo przecież Francję poznała Pani jak własną kieszeń jak sądzę. Swoją drogą jestem bardzo ciekaw Pani przeżyć związanych właśnie z francuską rekonstrukcją. Może Pani coś więcej napisać?
    no i jeszcze wracając tylko do tej nieszczęsnej II wojny. Nie zaznaczyłem może tego, że nie chodziło mi tyle o „jakość” rekonstrukcji ile o podejście do niej samych rekonstruktorów. Ci od II wojny przynajmiej sprawiają wrażenie, że im się „chce”.
    Pozdrawiam!

    23 czerwca 2006 z 14:14 #2898
    szwoleżer
    Participant

    Czołem!
    Przeczytałem post Kolegi z wielką uwagą, odnoszę jednak pewne wrażenie czy aby nie wymagamy zbyt wiele i spodziewamy się zbyt wiele od słowa „rekonstrukcja”.
    Przecież jest to w pewnym sensie zabawa o ile mozna nazwać zabawą wydawanie kilku tysięcy na mundur i uzbrojenie; jest to też forma spędzania wolnego czasu, ucieczka od rzeczywistości i prozy dnia.

    tak wyglądał obóz wojsk napoleońskich 200 lat temu, Oni tak żyli?

    Przecież i tak nasze wyobrażenia o tamtm okresie są dosyć mgliste, bo przecież w pamiętnikach nie opisywano wszystkiego. Nie wiemy po prostu zbyt wiele o wieczornych „rozrywkach” żołnierzy i obecności kobiet w obozie, jeśli chodzi o te „rozrywki”.
    Proszę mnie żle nie zroumieć, w żadnym wypadku nie biorę w obronę pijaństwa,
    bo przecież piwo wieczorem po bitwie czy przy kolacji to po prostu „miodzio”.
    (proszę wybaczyć ten kolokwializm)
    pozdrawiam serdecznie

    23 czerwca 2006 z 17:34 #2903
    Maria J. Turos
    Participant

    Paweł Judym napisał Wystarczy tylko /a może aż!/ znać język, zebrać parę groszy /na przejazd/ i poprostu chcieć.
    Ano właśnie – chcieć. Z pewnością znane są archiwa Fort Vincennes, ale już nie Val – de – Grace i później pokutują rozmaite legendy – z czarnymi włącznie – nawet na poziomie publikacji naukowych [proszę zajrzeć – przepraszam, że sie chwalę i uprawiam autopropagandę do mojego „…gniota…” o Raszynie i medykach czy te fakty były znane, a to są nasze polskie księgozbiory, ciąg dalszy o tych czasach wkrótce]. Gdyby we Francji ukazała się „Wielka Armia Napoleona” z takimi kiksami jak tam są to by zaraz podniósł się protest jak po „Bitwie”, nic nie szkodzi, że nagrodzonej Prix de Goncourt.
    A teraz co do moich doświadczeń. Były generalnie bardzo trudne – nie zaczyna sie od tego, że chce się chodzić w mundurze. Musi ktoś wprowadzić w epokę, później jest malutki egzamin, swój wspominam niezbyt mile „…wyłożyłam się…” na drobiazgu chirurgicznym [bo jak się okazało to owi chirurdzy nie tylko potrafili dokonywać amputacji] i dano mi miesiąc czasu na poprawkę. Później było kilka weekendów – lato, upały blisko 30.0 C – by nauczyć sie poruszać w mundurze [owszem są grupy, które traktują to dość lekko, ale nie ta, która mnie „przygarnęła”, związana z ośrodkiem akademickim, zresztą profesorowie również dziarsko maszerują w oddziałach liniowych] kiedy pot sie leje z czoła [ilość pęcherzy na nogach była chyba zbliżona do Legii Cudzoziemskiej] i trzeba po całym dniu takiego „spacerku” jeszcze coś robić – rannych opatrywano głównie po zachodzie słońca niestety…
    Zdarzyło mi się uczestniczyć w kilku pokazach, kiedy strzelano farbą do paintballu – efekt niesamowity, zaraz jest się wybrudzonym po czubek nosa [miałam wtedy długie włosy i pamietam, że nawet tam była jakaś smuga]. Ale generalnie – nie żałuję.
    Przypuszcam, że i u nas będzie tego rodzaju ewolucja – grupy raczej bawiące się w przebieranie no i te bardzo na serio.
    A tak naprawdę „…jak było…” – miałam przedsmak w Raszynie. Rzecz dla mnie zupełnie normalna, że przy takiej ilości strzałów ktos się oparzy prochem, albo część ładunku zapali się na ręku. No i przyszedł do mnie [a przestrzegam zasady, że zawsze mam ze sobą współczesną apteczkę] taki pechowiec. Oparzenie jak oparzenie, tylko jak rozległe, czym zmyć skórę kiedy nie ma wody [w manierce miałam chyba jakąś resztkę]…no cóż było działanie „na nosa”. A to naprawdę był drobiażdzek.
    Teraz w Paryżu z zupełnie innym nastawieniem czytałam – zreszta po raz kolejny – notatki J. D. Larreya najlepszego chirurga tamtych czasów.
    I chyba – tu się zgadzam – nauczyłam się szacunku.
    Myślę czy jeszcze kiedyś zdarzy mi się taka „przygoda”, ale już wiem – rekonstrukcja to nie mundur, wieczorne pogaduchy przy ognisku, nawet jakies piwo, ale i chwila namysłu nad ludźmi, którym w tamtych czasach przyszło żyć.
    Pozdrawiam

    23 czerwca 2006 z 19:09 #2904
    Paweł Judym
    Participant

    Proszę mnie żle nie zroumieć, w żadnym wypadku nie biorę w obronę pijaństwa,
    bo przecież piwo wieczorem po bitwie czy przy kolacji to po prostu „miodzio”.

    Niefortunnie mój tekst zdominowała sprawa picia choć miał to być tylko jeden z przykładów pewnego ogólnego zjawiska czy raczej tendencji. Nie jestem abstynentem i nie uważam wypicia piwa za zbrodnię. Ale wiadomo: można pić i „pić”. Poza tym niestety w moim przekonaniu rekonstrukcja nie polega na rekonstruowaniu TYLKO przyjemnych zagadnień Tamtej Rzeczywistosci. Były i obowiązki, nieraz i uciążliwe ale jednak obowiązki, których nie można było obejsć.

    ilość pęcherzy na nogach była chyba zbliżona do Legii Cudzoziemskiej

    otóż to! tak to wtedy wygladało. zresztą jeszcze raz przypominam link http://www.demi-brigade.org – to jest właśnie moje podejście do rekonstrukcji. Nie oznacza to oczywiście, że jeżeli ktoś robi inaczej to w moich oczach jest gorszy, oznacza to TYLKO tyle że poprostu jego podejście jest inne od mojego do tej „zabawy” i obaj (oboje) mamy do naszego poglądu prawo. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie niedomówienia i niejasności. Żeby nie wskazywac palcem i nie musieć podawać konkretnych sytuacji z kraju jeszcze raz posłużę się 22 półbrygadą liniową (patrz link). Podejście jasne i konkretne bez żadnych niedomówień: chodzimy TYLKO w butach epokowych – nie masz takich to biegasz na bosaka. Jemy tylko i wyłącznie jedzenie epokowe – lubisz hot-dogi to bedziesz poprostu głodny przez trzy dni. Jednym słowem – my podchodzimy do tego TAK i nie oczekuj czegoś innego. Jeżeli chcesz to przyłączasz się na naszych warunkach. U nas niestety brak takiej klarowności. Oddziały zrzeszają niekiedy ludzi o bardzo różnym podejściu do rekonstrukcji. Stąd kłótnie i nieporozumienia. Poza tym na forach internetowych pisze się niezawsze obiektywnie, często przedstawiając swoje jednostki w innym świetle (nie chodzi mi o to, że w leprzym niż są w istocie ale, że w INNYM). Stąd trudno się potem dziwić że do oddziałów dołączają ludzie, którzy przeżywają rozczarowanie bo albo było za „ostro” albo za „”słabo” w ich mniemaniu

    Przypuszcam, że i u nas będzie tego rodzaju ewolucja – grupy raczej bawiące się w przebieranie no i te bardzo na serio.

    niestety właśie w tym aspekcie coraz bardziej tracę wiarę. Właśnie po to podawałem przykład II wojny światowej w rekonstrukcji w Polsce. Oni naprawdę nie działają dłużej od nas a już są grupy te naprawdę poważne i te raczej bawiące się. Więc nie do końca jest to kwestia czasu tylko…no właśnie, czego?
    Swoją drogą to dziękuję bardzo za opis przeżyć z rekonstrukcji we Francji. No i oczywiscie niesamowicie zazdroszczę znajomości francuskiego, ale może i mnie się kiedyś uda opanować ten trudny język.

    nauczyłam się szacunku.
    Myślę czy jeszcze kiedyś zdarzy mi się taka „przygoda”, ale już wiem – rekonstrukcja to nie mundur, wieczorne pogaduchy przy ognisku, nawet jakies piwo, ale i chwila namysłu nad ludźmi, którym w tamtych czasach przyszło żyć.

    tak, to jest właśnie bardzo ważne. Może i najważniejsze bo kiedy się tego nie poczuje, nie zrozumie to i rekonstrukcja udana być nie może…
    pozdrawiam!

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.