Warto przeczytać

  • 8 marca 2007 z 14:07 #4051
    Maria J. Turos
    Participant

    A to widzę, że muszę co rychlej skorygować błędy jakie w przeczytanej przez Pana „Bitwie” siedzą niczym muchy w miodzie, tym bardziej, że żródła mam dosłownie za plecami.
    Już jeden najważniejszy – wersja polskojęzyczna jest krótsza, daty i chronologia „…leżą…” [nie wiem korekta, redakcja, tłumacz] – np. scena w starych zaułkach Wiednia odbywa się 31 maja gdy bitwa była duzo wcześniej

    Panią Marię niewątpliwie Larrey i Percy.

    To drugie – J. D. Larrey na Lobau był do końca czyli az do bitwy pod Wagram, ryzykując życie przeprawiał sie nawet łodzią pontonierów po leki i narzędzia do Wiednia
    o tyle wszystkie sceny z udziałem Fr. Percy są FIKCJĄ – te akapity zostały wiele razy oprotestowaneprzez historyków medycyny yej miary co prof. Ferrandis, Fackler [Stany Zjednoczone] czy Evrard [Belgia]. Mnie równiez poproszono o tekst – przetłumaczę i nadeślę, bądź złożę po powrocie do Warszawy.
    Już mały przedsmak „…wiarygodności…” – Percy kupuje w Wiedniu piłkę do czegoś? [drewna, metalu]. Sklep – niczym współczesny supermarket „OBI”. A jak było – noże można było nabyć u nożownika, piłki – i to nie wszystkie u ślusarza, zaś tzw. artykuły żelazne to wówczas były gwoździe, „…hacele…” i czasami garnki przed pobieleniem oraz narzędzia rolnicze [był – a już gdzie jak gdzie ale pod „…skrzydełkami…” Habsburgów bardzo przestrzegany podział cechowy]. Dobrą piłkę z drobnymi ząbkami można było owszem nabyć, ale niezbyt oficjalnie – wiadomo do czego służyła, a taką zresztą miał Larrey. W Val – de – Grace leży w gablocie, choć pasuje do muzeum kryminalistyki.
    Rzecz druga – ktoś tej rangi [pomijam, że Fr. Percy nie był wówczas naczelnym chirurgiem Wielkiej Armii] miał własne, świetne narzędzia. Ten sam błąd popełnia zresztą P. Bielecki w „Wielka Armia Napoleona” – tu znów mam muzeum za plecami, nawet w liniowym ambulansie były dwa zestawy w dwóch oddzielnych skrzyneczkach – to była „…lekcja…” spod Iławy gdy Larrey’a okradziono i zachował tylko to co bezpośrednio używał.
    A sam ambulans – no nie rozpisuję się, bo to temat mojego „…gniota…” który zaraz „…wrzucę…” do laptopa i przetłumaczę.
    I rzecz jeszcze jedna – owe „…halabardy…” z proporczykami to były szpontony, po prostu jest tu w translacji podwójny błąd: raz huzarzy i drugi raz uzbrojenie.
    A postacie w sumie bardzo ciekawe, barwne i żywe…tylko znów niedosyt czy to wystarczy na Prix de Goncourt?
    Pozdrowienia

    9 marca 2007 z 12:04 #4052
    Koroniarz
    Keymaster

    A to widzę, że muszę co rychlej skorygować błędy jakie w przeczytanej przez Pana „Bitwie” siedzą niczym muchy w miodzie, tym bardziej, że żródła mam dosłownie za plecami.

    Toć nieprzypadkowo przypominam się w ten sposób z prośbą o obiecaną recenzję. Co się tyczy książki samej, to literatury pięknej sięgam rzadko (co staram się ostatnio z ciekawości nadrobić). Zainteresowanie epoką zaspokajam na ogół z lektury książek jak te opisane na początku tego wątku. W przypadku literatury zawsze pojawia się pytanie o licentia poetica, która tam jest zabiegiem dopuszczonym, podczas gdy w opracowaniu spotkała by się z krytyką podważającą wiarygodność autora. Wystarczy sobie przypomnieć niekończące się dyskusje na temat trylogii Sienkiewicza i traktowanie z sympatią, ale na innych już zasadach Przyborowskiego i Gąsiorowskiego. Książkę Rambauda umieszczałbym pośród tych ostatnich. Czy to wystarczająca rekomendacja do nagrody Goncourtów, nie wiem. Z tego co pamiętam kryteria jej przyznawania i wybory potrafią budzić dużo emocji. Jeśli nie mieszam tematów, to bodajże ostatnio przyznana mieć była za „Les bienveillantes”, książkę stylizowaną na wspomnienia esesmana. Biorąc wszakże wszystkie te zastrzeżenia w nawias, zastanawiam się na ile Rambaud swym piórem przybliża nas, a ile oddala od natury okresu. Weźmy za przykład Pani dziedzinę: pominąwszy obecność postaci w danym czasie, na ile opis działania ówczesnych chirurgów na polu walki, metody selekcji etc. odpowiadają rzeczywistości? Jak wcześniej: ciekaw jestem Pani recenzji, bo na medycynie nie znając się wiele rzeczy może mi umknąć. W kontekście uwag o pile, nachodzi mnie pytanie: na ile kończyn wystarczy jedna piła? Opisy ambulansu są dość drastyczne i liczą całość w tysiącach.

    Pozdrawiam!

    9 marca 2007 z 15:17 #4053
    Maria J. Turos
    Participant

    na ile opis działania ówczesnych chirurgów na polu walki, metody selekcji etc. odpowiadają rzeczywistości? Jak wcześniej: ciekaw jestem Pani recenzji, bo na medycynie nie znając się wiele rzeczy może mi umknąć. W kontekście uwag o pile, nachodzi mnie pytanie: na ile kończyn wystarczy jedna piła? Opisy ambulansu są dość drastyczne i liczą całość w tysiącach.

    Również niewiele. Odpowiedź zacznę od końca – stal była świetna, narzędzia do dnia dzisiejszego są bardzo ostre i dobry komplet służył właścicielowi przez cały czas kariery zawodowej [tak np. zachował się zestaw w kolekcji Debata, który później przeleżał ileś lat na strychu]. Stąd m. in. używano piłek bez łuku rozporowego – te z taśmy stalowej pękały przy wypalaniu, a bardzo często był to jedyny sposob oczyszczenia z zaschniętej krwi – bardzo twardych i mało giętkich. Również ząbki nie były aż tak drobne – nie wiem czy o takich drastycznych szczegółach mogę pisać na forum – gdyż to pozwalało wychwycić podłużne uszkodzenie kości [pisze o tym J. D. Larrey].
    Chirurgia wojenna była brutalna – nie oszukujmy się, ale taką została do dziś, więc selekcja była, ale nie tak z kredą i krzyżykami [to mi „…pachnie…” – pardon – śmierdzi jakimiś notatkami w „Paris Match” po wojnie nad Zatoką Perską]. Znów nie wiem czy o tym mozna pisać na forum i „…pro publico…”, ale generalnie nie zajmowano się – poza oficerami, ale bardziej na zasadzie, że zostawał przy nich adiutant – rannymi w brzuch, choc znów nie było tu reguły, bo właśnie na tej wyspie Lobau [„…stoi…” w „Memoires”] J. D. Larrey szył nawet rany pęcherza [jakiś kirasjer – przeżył to wszystko]. Kwestią pozostawał czas – o tym również pisał J. D. Larrey z tej wyspy – przekład na szybko – „…rannych prędzej dobije tu woda i gorączka tyfusowa niż co innego…”. Nie znano techniku szwu naczyniowego – próbowano to fakt, więc wszystkie urazy dużych naczyń kończyły się amputacjami.
    Tu niestetu trzeba wziąć w rękę kulę karabinową czy kartaczową i popatrzeć – ile waży, jak może uderzyć i jaki powoduje uraz: to są rany tłuczone [pisze o tym i Larrey i nasz Czerwiakowski] gdy kość zostaje nie złamana, ale rozłupana na dziesiątki [nawet] kawałków.
    Zaś sam ambulans – to było kilku chirurgów rzadko jeden [chyba, że się wyrwał bezpośrednio „…na linię…”, a takowi byli, sam Larrey to lubił i stąd te nieprawdopodobne opisy gdzie mu się zdarzało operować, ale to był rok 1813] gorzej juz było z pomocnikami, lecz nie tak tragicznie. Jednak ktoś dowodzący – no zakładajmy tu powieściowego Percy’ego – nigdy nie pozwoliłby na operacje wykonywane przez osoby niedouczone lub [nawet] niedoświadczone. Zawsze miał przy sobie przynajmniej ucznia – działała długo zasada cechowa [znów akapit w „Memoires” gdzie Larrey dziękuje swoim pomocnikom powtarza sie po każdej bitwie] i za chirurgiem snuli sie studenci. Raz lepsi, raz gorsi – po łapach też dostawali – ale byli. Np. pod Ilawą Pruską był z J. D. Larrey’em Auguste Frizac. Dwóch zupełnie sobie dawało radę – trzymali często koledzy rannego i tu zaczyna się ów cytowany zreszta i przez Bieleckiego temat, iż wielu żołnierzy w ten sposób opuszczało pole walki.
    I jeszcze jedno – Lobau była wyspą zalewową, płaską. Jeśli grzęzły po ulewie jaszcze i w pewnym momencie zabrakło amunicji to tym bardziej wóz ambulansowy. J. D. Larrey zresztą swój ambulans – wyjątkow nie dla gwardii ale dla wszystkich urządził na ściętych pniach drzew [topól] nad brzegiem jakiegoś zakola Dunaju. Zachował się rysunek jednego z chirurgów – taki Lejeune ze skalpelem [bodajże cytował go Osprey i jeśli do końca marca wróci kustosz to mi to pozwolą zeskanować] i nic to przyjemnego, ale i nie „…jatka…” z „Bitwy”.
    Pozdrowienia z Paryża

    [ Dodano: 2007-03-10, 16:41 ]
    Mały dodatek – wszak to ktoś z naszych rekonstruktorów zadał mi swego czasu pytanie, iz podczas zwiedzania ossuarium na polu bitwy pod Austerlitz widział kość ludzką przecięta idealnie jak nożem. To właśnie świadczy o jakości stali narzędzi chirurgicznych, nie tylko piłki, ale i kleszczyków którymi umiano kość wyrównać. Przypuszczam, że takie detale natury operacyjnej nie specjalnie nadają się na forum [a ja siedzę własnie nad Zatoką Juan, gdzie – na prośbę publiczności – za godzinę odbędzie się pokaz „…egzaminu doktorskiego…” w którym będę doktorantem i właśnie będę musiała, mało że odpowiadać po łacinie na pytania czcigodnego promotora – później pocałować go w rękę – to jeszcze sprawdzić się w roli dowódcy ambulansu, myślę może by coś takiego zaprezentować u nas w Jabłonnej, tu po pokazie w 2004 roku publiczność sama wymogła dzisiejszą „…powtórkę…”, mam trochę tremy] ale na pokazie właśnie, bądź w wiekszym tekście czy komentarzu już tak. Praktycznie – poza detalami – piłki, kleszcze do kości, retraktor [właśnie pomysły Percy’ego] używane w chirurgii urazowej pochodzą z tamtych „…wspaniałych… :bad: czasów…”.
    Co jeszcze – w muzeum Val – de – Grace zachowało się moc sprzętów, nie tylko narzędzi, gdyby rzeczywiście było „…powieściowo…” czyli piłka od ślusarza to nie przetrwało by nic. A to są nawet takie drobiazgi jak świeczniki [duże na metalowym drągu gdzie w uchwyty można było nie tylko wkładać świece,ale i pochodnie] wagi apteczne, naczynia [tu mam skojarzenia antropologiczne – nie ma tzw. ogniwa pośredniego więc a priori jest kreacjonizm] w tym metalowe nieduże manierki. Do czego – a na nalewkę opiumową albo „…bizantynkę…” [są analizy osadów z tych naczyń]. I jedna i druga były potwornie mocne – 15 kropli wystarczyło by odurzyć dorosłego silnego mężczyznę, a weźmy pod uwage utratę krwi.
    I oto „…dosiadłam…” mojego „…konika…”, ale już muszę wracać w XIX wiek.
    Pozdrowienia – opiszę jak mi „…poszło…”

    21 marca 2007 z 22:52 #4090
    szwoleżer
    Participant

    czołem!
    chciałbym się zapytać, czy ktoś kupił juz książkę o ułanach nadwislańskich A.Ziólkowskiego i co o niej sądzi?
    pozdrawiam

    21 marca 2007 z 23:57 #4091
    Koroniarz
    Keymaster

    myślę może by coś takiego zaprezentować u nas w Jabłonnej, tu po pokazie w 2004 roku publiczność sama wymogła dzisiejszą „…powtórkę…”, mam trochę tremy

    Koniecznie. Podsunę to kolegom.

    czołem!
    chciałbym się zapytać, czy ktoś kupił juz książkę o ułanach nadwislańskich A.Ziólkowskiego i co o niej sądzi?
    pozdrawiam

    Sporo z nas zaopatrzyło się w nią pod Pruską Iławą :haha: Na razie mam za sobą pobieżny przegląd. Książka wydania bardzo ładnie, choć nie wolna od błędów (np. dyskutowana była długość lancy). Jak przeczyta całość, będzie mi łatwiej mówić o szczegółach. W tej chwili czytam wcześniejszą książkę „Pierwszy Pułk Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej 1807-1815”, którą niepij był mi łaskaw pożyczyć. W myśl złego nawyku, którego nie mogę się pozbyć, równocześnie „1812 marsz na Moskwę” Paula Britten Austin, która od dawna czekała na półce na swą kolej.

    Pozdrawiam!

    22 marca 2007 z 10:08 #4093
    szwoleżer
    Participant

    czołem!

    W tej chwili czytam wcześniejszą książkę „Pierwszy Pułk Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej 1807-1815”,

    Tegoż samego autora?
    pozdrawiam

    22 marca 2007 z 11:00 #4094
    Koroniarz
    Keymaster

    Tegoż samego autora?

    Tak

    22 marca 2007 z 11:24 #4095
    szwoleżer
    Participant

    a czy książka o szwoleżerach jest jakkolwiek osiągalna do nabycia?

    22 marca 2007 z 16:25 #4099
    Sebastian
    Participant

    Mogę Ci porzyczyć.
    Czy to prawda, ze brak w ‚lansjerach…” bibliografii ?

    22 marca 2007 z 16:29 #4100
    szwoleżer
    Participant

    Mogę Ci porzyczyć.

    Mi?tylko jak?pocztą?

    22 marca 2007 z 16:33 #4101
    Sebastian
    Participant

    Chociazby 🙂
    Ksiażkę mozna jeszcze nabyć. Była w ksiegarni na Krakowskim Przedmiesciu . Moze na alledrogo ?
    Pozdrawiam

    22 marca 2007 z 18:50 #4102
    Maria J. Turos
    Participant

    Koniecznie. Podsunę to kolegom.

    Trzymam w takim razie za słowo.
    Jak poszło, no cóż było bardzo „…epokowo…”, a poza tym w mundury „…wbili się…” trzej profesorowie [w tym Prof. Jean Marchioni autor – moim zdaniem – najlepszej biografii J. D. Larrey’a, chodzę za nim jak „…cień…” by wyraził zgodę na przetłumaczenie chociażby fragmentów i coś czuję, że wszystko na dobrej drodze] i zamiast znanej na pamięć amputacji „…maglowali…” mnie z trepanacji czaszki. Było – ufff :doubt: albo i gorzej czyli :bad: ale na szczęście jakoś wybrnęłam.
    Potem był pokaz – i farba od paintballu lała sie strumieniami.
    A tak a propos – tekst już kończę i po powrocie do kraju zamieszczę.
    Rzeczywiście w „Bitwie” jest wszystko tylko nie to co byc tam powinno.
    Pozdrowienia – no i co obmyslić do Jabłonnej

    23 marca 2007 z 10:11 #4103
    Sebastian
    Participant

    Niestety, ksiegarnia o której wspomniałem już nie istnieje…

    23 marca 2007 z 11:49 #4104
    Krzysztof Polak
    Participant

    Przeniesiona na Grybowską, nr. chyba 66/68, czy jakos tak (65/67??), była karteczka o tem na drzwiach.
    Niestety, signum temporis, czyli upadek cywilizacji – pewno zrobia tam jakiś wyszynk albo salon samochodowy… bleeee

    Ze swojej strony polecam z epoki wcześniejszej „Wieszanie” Rymkiewicza. Nie traktujcie tego jak książke historyczną – raczej znakomity kawałek literatury osnuty dość luźno wokół tematyki wieszań zdrajców w czasie Insurekcji.

    23 marca 2007 z 12:17 #4105
    Koroniarz
    Keymaster

    Niestety, ksiegarnia o której wspomniałem już nie istnieje…

    Taką miałem obawę, że piszesz o domu bez kantów. Jakbyś jednak „Pierwszy Pułk Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej 1807-1815” gdzieś jeszcze wypatrzył, zapewne tak samo ja, jak i Bartek będziemy wdzięczni za podpowiedź. Na Allegro od dawna jej nie ma.

    Co się tyczy książek w toku, to wspominany wcześniej Austin mimo doboru pamiętników do zamierzonej tezy, skomponował całość w sposób nader zajmujący. Zasadniczą zaletą koncepcji jest to, że o całej kampanii mówią jej rzeczywiści uczestnicy. To pozwala uniknąć części mielizn i daje walor autentyczności. Jak powiedział mi znajomy Anglik, ma się wrażenie, że Ci ludzie siadają przy kominku i snują opowieść o własnym, niezwykłym przecież, życiu.

    Pozdrawiam!

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.