Warto przeczytać

  • 2 maja 2006 z 16:13 #2709
    Koroniarz
    Keymaster

    Przy okazji różnych rozmów co i rusz wypływają odwołania do przeczytanych książek. Sądzę, że warto im poświęcić osobny wątek. Rozpocznę powołanym gdzie indziej zbiorem esejów Andrzeja Nowaka wydanych pod wspólnym tytułem: POWRÓT DO POLSKI. SPORY O PATRIOTYZM PO „KOŃCU HISTORII” 1989-2005. Autor omawia tam miejsce tradycji i zasadniczych wartości we współczesnym świecie.

    W ostatnich latach w refleksjach o naszej wspólnej przeszłości podkreślano niewątpliwie częściej ciemne strony tej historii. Historia, w każdym razie historia Polski, okazywała się raczej, jak w pamiętnym powiedzeniu Stefana Dedalusa, „koszmarem, z którego próbujemy się obudzić”. Obudzić do nowego, lepszego życia.
    W próbach budowy „nowego patriotyzmu”, wcześniej kultywowana spuścizna historyczna pokazywana była jako czarna otchłań, od której musimy odejść jak najdalej, żebyśmy byli szczęśliwi i bezpieczni. Wspólnym wysiłkiem mediów, ich intelektualnych gwiazd przewodnich, (…) tradycja obywatelska I Rzeczypospolitej została skojarzona skutecznie z najbardziej wulgarnym stereotypem anarchii, warcholstwa, rokoszu – „polskiego piekła”, krótko mówiąc. (…) Cały okres walk o niepodległość stał się kroniką coraz mniej zrozumiałej martyrologii (podszytej pytaniem o wpisane w nią „dzieje głupoty polskiej”). (…) W rzeczywistości ucieczka od polskości jest iluzją. Prędzej czy później nas doścignie. Ktoś nam wreszcie przypomni, skąd jesteśmy.”

    i dalej:

    „Mało jest krajów w Europie, które mogą zasiąść do europejskiego stołu z tak wielką bazą kulturowego dziedzictwa obywatelskiego. My to mamy, my to możemy pokazać! Powiatowy sejmik, który decydował o rozdziale pieniędzy, o ilości podatków, które się złoży, o zarządzie swojej ziemi, toż to jest dokładnie to, na czym chcemy w tej chwili budować samorządną Polskę. […] Dopóki będziemy ubolewać nad tym, że byliśmy wolni, że żadnemu królowi nie udało się nałożyć nam kagańca i zrobić z nas poddanych padających na kolana przed wielkością tronu – tak długo będziemy potwierdzać smutny fakt, że do naszej przeszłości nie umiemy sięgać, nie umiemy wykorzystać jej dziedzictwa”.

    Mimo, że nie ze wszystkimi prezentowanymi poglądami w tej książce się zgadzam (były tam odniesienia do ówczesnej polityki, których nie podzielam i których z oczywistych wzgledów tu nie dyskutuję), to nie ukrywam, że jej lektura dała mi wiele satysfkacji. Chociażby dlatego, że pokazała iz myślenie w sposób uporządkowany o imponderabiliach i prezentacja tych przemysleń wciąż mają rację bytu (a może teraz nawet bardziej jeszcze niż dawniej).

    Książkę tę czyta się doskonale w zestawieniu z książką Jarosława Czubatego „Zasada „dwóch sumień”. Normy postępowania i granice kompromisu w postawach politycznych Polaków w sytuacjach wyboru (1795-1815)”, w której autor pokazuje nieoczywistość i zlożoność dokonywanych wyborów w okresie upadku polskiej państwowości i jej częściowego odzyskania. Pokazuje często złożone i przeciwstawne motywacje tych, którzy przyszłośc Polski widzieli u boku Napoleona i tych co liczyli na Aleksandra I. Niebywale zajmująca lektura.

    Jej przedsmak daje składający się na jeden z rozdziałów, a publikowany wcześniej przez Mówią Wieki artykuł W SŁUŻBIE CZARNYCH ORŁÓW. POLSCY OCHOTNICY W ARMIACH ZABORCZYCH W LATACH 1795–1815 który również w jednej z naszych dyskusji przytaczałem.

    Kapitalnym uzupełnieniem do obu jest „Polska przedmurzem Europy” Janusza Tazbira traktująca o jednym z naszych dziejowych archetypów, ze wskazaniem jak jego rozumienie zmieniało się w różnych okresach, w tym tych dla Polski najtrudniejszych. Co ciekawe mimo dystansowania się autora od samej koncepcji antemurale, powołanych jest szereg przykładów, w tym obcych, wskazujących, że idea miała przez długi czas nie tylko ponannarodowy charakter, ale wręcz była wyznawana przez ludzi o bardzo różnych poglądach, i tak po opisie stanowiska duchowieństwa czytamy, że

    Rolę Polski jako bastionu przeciwko „wschodniemu despotyzmowi” czy „azjatyckiej formacji” uznawała także skrajna lewica. Wystarczy przypomnieć, iż Karol Marks nazywał Rzeczpospolitą „nieśmiertelnym rycerzem Europy”, bastionem chroniącym ją przed zalewem azjatyckiego despotyzmu. Stanowiła bowiem „tamę między słowiańską Mongolią a kontynentem europejskim”. Zdaniem Marksa, odbudowa Polski oznacza „zniszczenie Rosji, utrącenie jej kandydatury do panowania nad światem”. „Albo azjatycka barbaria pod wodzą Moskwy spadnie jak lawina na głowę Europy – albo też Europa musi odbudować Polskę, odgradzając się w ten sposób od Azji dwudziestomiłionową barierą bohaterów i zyskując czas wytchnienia, niezbędny do dokonania swego społecznego odrodzenia”.* Stosunek Marksa do problemu antemuralejest niezmiernie charakterystyczny z uwagi na wolnościowe i cywilizacyjne, a nie religijne, rozumienie przezeń tego terminu.

    * K.Marks, „Przyczynki do historii kwestii polskiej (Rekopisy z lat 1863-1864)”, Warszawa 1971, s. 17 i 77, oraz A.Walicki, „Polska, Rosja, marksizm. Studia z dziejów markisizmu i jego recpepcji”, Warszawa 1983, s 31, 52, 238-240.


    W innym miejscu autor wyraża myśl, którą można sprowadzić do obserwacji, że przedmurze to mijesce gdzie najwięcej się biją, a za nim jest mur, brama w ktorym może być zamknięta. To z roli przedmurza uczynić może przedpole. I tak to w książce „Polska i Rosja. Dwie drogi w dziejach Europy” opisuje Klaus Zernack w rozdziale VII „Rosyjskie „okno na Europę” i polski kryzys suwerenności (1700-1763). jeden z podrozdziałów opatrując znamiennym tytułem: „Polska jako „przedpole” Rosji.”

    Jak podaje wydawca jest to „synteza ukazująca sąsiedztwo Polski i Rosji od jego początków – z całą wielością problemów, nie tylko politycznych czy militarnych, ale i społecznych, kulturalnych, gospodarczych, religijnych. Dobrze się stało, że autorem tej książki nie jest Polak ani Rosjanin, lecz Niemiec. Obserwuje on więc temat z zewnątrz, a jednocześnie doskonale rozumie rolę Prus (Niemiec) w dziejach tych państw i dostrzega szerszy, międzynarodowy kontekst kontaktów polsko – rosyjskich.” Siłą rzeczy wiele miejsca poświęcone jest okresowi przełomu, jakim niewątpliwie była rewolucja francuska i rozbiory Polski, aż do czasu ustanowienia nowego porządku kongresem wiedeńskim.
    Wskazując, że

    Trudno byłoby objaśnić (…) bieg spraw w Rosji, pomijając następstwa „kwestii polskiej”, czyli polityczne dziedzictwo rozbiorów.

    oraz poświęcając niemało uwagi opcjom okresu wojen napoleońskich, gdzie z „przedmurza” i „przedpola” Polska staje się częścia „międzystrefy”, „barierą” i „antybarierą”:

    „Jeszcze Polska nie umarła, póki my żyjemy” — tak brzmiała od 1797 r. bojowa pieśń legionistów polskich, którzy po powstaniu kościuszkowskim szukali azylu we Francji i poszli za Bonapartem do Republiki Lombardzkiej. Ich pieśń i czyny wyrażały nadzieję na kontynuację rewolucji w imię wyzwolenia narodów — rewolucji, którą trzeba nieść „z ziemi włoskiej do Polski”. Tu widać pierwsze przejawy owego demokratycznego „nacjonalizmu międzynarodowego”, który później miał się okazać charakterystyczny dla Polski w okresie przed Wiosną Ludów. Polscy legioniści zostali obywatelami nowej republiki, nosili polskie mundury z włoskimi epoletami i francuskimi kokardami, na których mieli wyhaftowany po włosku napis: „Ludzie wolni są braćmi”. Były to pierwsze oznaki „dyplomacji internacjonalistycznej”.
    Tymczasem arystokrata i emigrant, Adam Jerzy Czartoryski, znajdował w Petersburgu inne uzasadnienia dla internacjonalizmu swojej dyplomacji, która niebawem miała mu przynieść rozgłos. Wiosną 1804 r. car Aleksander powierzył mu kierowanie rosyjskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych. (…) Przejmując Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Petersburgu, uzyskał na krótko najodpowiedniejszą z możliwych platformę dla swoich idei: utrzymywał, że obecnie pierwszorzędne zadania polityki europejskiej to likwidacja podziału Polski i powstrzymanie rewolucyjnej Francji, czyli — rewizja dwóch wielkich wydarzeń czasów przełomu. Ten cel — twierdził dalej — może zrealizować jedynie wielki związek mocarstw europejskich. Przywództwo nad nim musi się znajdować w rękach mocarstwa niezainteresowanego terytorialnie, mocarstwa-arbitra. Do tej roli nadaje się jedynie Rosja. Anglia, Prusy i Austria mogą się spodziewać zysków terytorialnych, Rosję zaś czeka korzyść w postaci wpływu moralnego, który na dalszą metę też oczywiście będzie miał następstwa terytorialne. Mówiąc językiem konkretów: dzięki pośrednictwu rosyjskiemu Francja miała zostać zepchnięta aż do granicy Alp i Renu, Anglia zaś nakłoniona do wyrzeczenia się Malty i uznania sprawiedliwego prawa morskiego. Między Francją a wielkomocarstwowymi Prusami i Austrią powinien powstać włoski i niemiecki związek państw. Zjednoczona Polska zostałaby włączona do rosyjskiego związku Państwowego, natomiast Prusy musiałyby zrezygnować ze swoich polskich nabytków. Tak oto rysuje się fascynujący obraz, który pokazuje, że w tej wczesnej fazie polityki europejskiej dostrzegano już w Petersburgu i traktowano jako wyzwanie dla Europy trzy wielkie problemy Wiosny Ludów: kwestie polską, niemiecką i włoską. (…) Jesienią 1804 r. Czartoryski oświadczył Williamowi Pittowi: fundament sojuszu przeciwko Francji powinny stanowić trzy zasady, a mianowicie naród, konstytucja i federacja. Wolność dla krajów podporządkowanych przez Francję samym Francuzom przyniesie wyzwolenie spod jarzma napoleońskiego. Nowa organizacja Europy musi polegać na prawie narodów do samostanowienia; wszelako warunkiem jej trwałości jest stworzenie powszechnego obiektywnego prawa międzynarodowego, które będzie nadrzędne wobec partykularnego prawa pozytywnego każdego z państw. Wielkie i małe narody należy z zasady traktować jednakowo, także przy podziale terytoriów; chodzi o zdolność każdego państwa do życia. Tak wyglądały cele, które przyświecały wysiłkom na rzecz międzynarodowych regulacji pokojowych jeszcze po pierwszej wojnie światowej. Warto o nich pamiętać także dzisiaj. (…) Kiedy w 1806 r., w roku upadku Prus i definitywnego rozpadu Rzeszy, francuska potęga dotarła na „przedpole” Rosji, do Podzielonej Polski, dwa biegunowe mocarstwa kontynentalne stanęły bezpośrednio naprzeciw siebie. Dawna „międzystrefa”, gdzie zderzały się koncepcje „bariery” i „antybariery”, już nie istniała; teraz alternatywą koegzystencji było rozstrzygnięcie siłowe. (…) W lutym 1807 r. sprzymierzeni Rosjanie i Prusacy wywalczyli z Napoleonem „remis” pod Iławą Pruską [obecnie Bagrationowsk]; (…) Napoleonowi nie starczyło sił, by odnieść decydujące zwycięstwo. Próbował zatem, wykazując wielką zręczność, poróżnić Prusy i Rosję na drodze dyplomatycznej. Obiecał Aleksandrów, że da mu wolną rękę w Finlandii, i przystąpił do odbudowy Polski w ramach Księstwa Warszawskiego, przyjmując za punkt wyjścia wyłącznie ziemie zaboru pruskiego i nie naruszając rosyjskich oraz austriackich nabytków terytorialnych. (…) Pokój w Tylży z lipca 1807 r. był układem, który likwidował sojusz prusko-rosyjski, umacniał podział w systemie państw i miał mobilizować nowych sprzymierzeńców do ofensywy przeciwko Anglii, nie był natomiast — wbrew zamysłowi Napoleona — pokojem niszczącym Prusy. Aleksander przeforsował bowiem utrzymanie kadłubowych Prus z ich „rdzennymi krainami”, Śląskiem i Prusami Zachodnimi. Odpowiadało to elementarnemu interesowi Rosji, która nie chciała wzdłuż wspólnej granicy stawać twarzą w twarz z nowym potężnym partnerem, Bonapartem. To ocalenie Prus zniweczyło koncepcję Europy opracowaną przez Czartoryskiego, a wyrosłą z idei odrodzenia Polski w rosyjskim związku państwowym. Jeszcze w 1805 r., owego lata, kiedy Prusy nie włączyły się do trzeciej koalicji, można było przez Pewien krótki czas zakładać, że Aleksander będzie gotów bezzwłocznie przywrócić Polskę jako objęte jego panowaniem królestwo w granicach z 1772 r. i że zechce przyjąć ją do koalicji. Jednak był to jedynie pozór. Przyjazne Polakom wystąpienia w Puławach wyrażały tylko jeden aspekt nastawienia Aleksandra. Jednocześnie usiłował on odwieść Prusy od polityki neutralności i przyciągnąć je do koalicji. Zarówno postawa cara, jak też jego nierozważna reakcja na klęskę pod Austerlitz, a wreszcie okoliczność, że uległ dawnym względom polityki mocarstwowej, zamiast ugruntować i realizować proponowaną przez Czartoryskiego europejską politykę zasad — wszystko to sprawiło, że ci dwaj bliscy współpracownicy musieli się rozejść. Wydarzenia wojenne i ich konsekwencje kazały zapomnieć o impulsach, którymi Rosja zasilała trzecią koalicję. Po Tylży polityka zagraniczna Rosji stała się wyłączną domeną cara Aleksandra. (…) W grudniu 1809 r. Aleksander odrzucił prośbę Napoleona, który chciał poślubić siostrę cara, Annę Pawłownę. Tym samym przymierze tylżyckie nie zaowocowało nawet tym, o czym od lat marzył Napoleon: małżeństwem, z którego mógłby się narodzić następca tronu.

    Wszystkie te książki mogę z czystym sercem polecić. Zapraszam też koleżanki i kolegów do dzielenia się co ciekawszymi publikacjami krajowymi i zagranicznymi. W końcu nikt z nas nie jest w stanie przeczytać wszelkich, pojawiajacych się na rynku wydawniczym nowości.

    [ Dodano: 2007-01-25, 11:59 ]
    Pisuję sam do siebie, ale wiadomość warta wspomnienia: ZNAK wydał książkę Adama Zamoyskiego „1812. WOJNA Z ROSJĄ” (1812. NAPOLEON’S FATAL MARCH ON MOSCOW), którą po wielekroć przytaczałem. Absolutnie trzeba przeczytać. Inaczej niż to często bywa, informacja wydawcy jest prawdziwa:

    Wyprawa Napoleona na Rosję w roku 1812, albo jak sam ją nazywał „druga wojna polska” to najbardziej spektakularne i jednocześnie najbardziej tragiczne w skutkach przedsięwzięcie cesarza Francuzów. Rozmiar maszerującej pod napoleońskimi rozkazami Grande Armee, wielkość strat, jakie poniosła, a przede wszystkim dalekosiężne skutki klęski Bonapartego sprawiają, że wydarzenie to można nazwać punktem zwrotnym dziejów.
    Książka Adama Zamoyskiego, brytyjskiego historyka o polskich korzeniach, niezwykle plastycznie oddaje ogrom tego konfliktu. Autorowi, dzięki wielkiemu talentowi pisarskiemu i ogromnej erudycji historycznej, udało się ogarnąć nie tylko wojskowe, ale także polityczne i społeczne aspekty starcia największych europejskich mocarstw. Roztoczył on przed czytelnikami wizję, która, podobnie jak sama wojna, bez cienia wątpliwości zasługuje na miano epickiej.
    Od tej książki nie można się oderwać!

    Pędźcie do księgarń póki leży snieg!

    21 lutego 2007 z 20:30 #3950
    gwain
    Participant

    Czytam właśnie książkę Eustachego Rylskiego „Warunek”. Do tej lektury namówił mnie mój ojciec mówiąc, że to dobrze, po męsku i dla mężczyzn napisana książka (…dziękuję tato za komplement :] ). Bohaterami są dwaj szwoleżerowie; porucznik i kapitan, którzy zamiast maszerować z Wielką Armią ku Moskwie, zmieniają kierunek i idą ku Litwie, dając „drapaka” i stając się tym samym dezerterami. Przedziwny splot wydarzeń sprawił,że ich wrogość i wzajemna niechęć przeistacza się w przyjaźń, a ich osobowości pod wpływem wspólnie przeżytych tragedii przedziwnie się zmieniają. Jest w tej książce świetnie oddany klimat bezsensu wojny, tego wszystkiego czego się boimy i czego się brzydzimy a co jest z nią nierozerwalne.
    Polecam.

    21 lutego 2007 z 21:10 #3952
    DarekDarek
    Participant

    Właśnie kończę lekturę „Ksawerego Działyńskiego 1756-1819” napisanej przez Włodzimierza Dworzaczka.
    Świetna kniżka. Polecam.
    Dowiedziałem się m.in. iż Ksawery został mianowany na szefa I regimentu 24 XI 1806. Jednak wymówił się.
    Nowym szefem został Ks. Antoni Sułkowski.
    Czy ów I Regiment to przyszły 1 Pułk Piechoty XW, czy numeracja zmieniła się, podobnie jak to było w kawalerii? :beated:

    22 lutego 2007 z 12:15 #3957
    M.A.R.O.
    Participant

    Po zmianie numeracji calych Dywizji zmienily sie numery pulkow. 1Pulk Legii Poznanskiej to potem Pulk 9-ty Piechoty XW

    22 lutego 2007 z 13:02 #3960
    DarekDarek
    Participant

    9-ka jest blisko 10-ki. Hi, Hi To ci się porobiło z tymi zakolami historii !! ;D

    22 lutego 2007 z 20:27 #3965
    Maria J. Turos
    Participant

    Od tej książki nie można się oderwać!

    To prawda – mam za sobą „…zarwaną…” noc bo po prostu nie mogłam sie od niej oderwać. Walorem jest szata graficzna, doskonałe ilustracje autorstwa bohaterów wydarzeń. Polecam wszystkim, choc nie powiem – lekko sie nie czyta.

    27 lutego 2007 z 17:47 #3993
    Koroniarz
    Keymaster

    Jest w tej książce świetnie oddany klimat bezsensu wojny, tego wszystkiego czego się boimy i czego się brzydzimy a co jest z nią nierozerwalne.

    Cały czas jestem w trakcie lektury, ale „uwiera” mnie w niej zasadnicze dla fabuły założenie, w myśl którego ze względu na dług honorowy można by zmusić do czynów z honorem sprzecznych. Może człowieka XX-XXI wieku. Współcześni do honoru przykładali zgoła zasadnicze znaczenie. W wielu przypadkach hierarchia odzwierciedlona była w t.zw. zdolności honorowej. Osoby tej zdolności nie posiadające nie mogły się pojedynkować. Nie można też było nikogo zmusić do zachowania niehonorowego, a działania przeciwne byłyby nieskuteczne. Jeśli tak, to „Warunek” jest zupełnie niewiarygodny. Mam też wrażenie, że jest osobliwą próba napisania Pojedynek-opowieść wojskowa Conrada z punktu widzenia Hoszowskiego (bynajmniej nie szwoleżera) – postaci na wskroś nowoczesnej, z obecnym zestawem wartości. To z kolei trąci mi anachronizmem. Czytam dalej, może zmienię zdanie. Póki co mam niedosyt, a co najmniej poczucie dysonansu między bezsensem wojny, o którym piszesz, a który jest ciekawie opisany, a tym co uważam za zasadniczy mankament fabuły. Podobny niedosyt miałem zresztą czytając również Huzara, gdzie młody porucznik w ciągu jednego dnia zmienił światopogląd. To, że zaraz potem zginął to inna sprawa. Czy nie wydaje Ci się, że ludzie są tak przywiązani do swych złudzeń, że wolą się zatracić, niźli z nimi rozstać?

    Polecam wszystkim, choc nie powiem – lekko sie nie czyta.

    Niezwykle sugestywny jest jeden z wykresów, który wskazuje straty podczas całej kampanii 1812 roku. Cały czas wraca pytanie co tak naprawdę pokonało Napoleona: Rosja, czy Rosjanie? Sięgając do pamiętników czyta się o potwornościach bitew. Z drugiej strony tym co zdawało się budzić rzeczywistą grozę był mróz, bark żywności i Kozacy (przynajmniej w przypadku wojsk obcych).

    27 lutego 2007 z 20:50 #3995
    Maria J. Turos
    Participant

    Po lekturze WARUNKU i jeszcze jednej bodajże HUZAR [autorstwa Hiszpana] doszłam do wniosku, iz rację mieli socjologowie kultury pisząc o dekonstrukcji systemu wartości.
    Bohaterowie obydwu, a już szczególnie WARUNKU [podobnie jak i nagrodzonej Prx de Goncourt BITWY] poruszają sie w dzisiejszym świecie wartości i pojęć będąc ubrani w historyczne szatki [przypomina mi sie zawsze film „Świat Dzikiego Zachodu” – taki troche science – fiction, gdzie mozna sie było przenieść w czasy zdobywania prerii, tylko w pewnym momencie cos „…nie wypaliło…” z powrotem do realnego świata].Co z tego wynika – a własnie ów brak spójności słów, czynów i zachowań, zupełnie inne pojecie honoru, a czasem [dla dobra akcji] wprowadzanie przez autorów postaci rzeczywistych [to m. in. BITWA] które fizycznie w danych wydarzeniach nie uczestniczyły

    Mam też wrażenie, że jest osobliwą próba napisania Pojedynek-opowieść wojskowa Conrada z punktu widzenia Hoszowskiego (bynajmniej nie szwoleżera) – postaci na wskroś nowoczesnej, z obecnym zestawem wartości. To z kolei trąci mi anachronizmem. Czytam dalej, może zmienię zdanie. Póki co mam niedosyt, a co najmniej poczucie dysonansu między bezsensem wojny, o którym piszesz, a który jest ciekawie opisany, a tym co uważam za zasadniczy mankament fabuły. Podobny niedosyt miałem zresztą czytając również Huzara, gdzie młody porucznik w ciągu jednego dnia zmienił światopogląd.

    Mam zupełnie zbieżne poglądy – a co do BITWY ukazało sie kilka doskonale udokumentowanych publikacji o ilości błędów merytorycznych i faktograficznych.
    Może coś „….skrobnąć…” na ten temat – czekam na przyzwolenie.

    27 lutego 2007 z 23:08 #3996
    Koroniarz
    Keymaster

    Może coś „….skrobnąć…” na ten temat – czekam na przyzwolenie.

    Wręcz usilnie proszę. Skoro mowa o Conradzie, to Rzeczpospolitej z 28 lutego 2007 jest dodatek mu poświęcony. Hiszpan, o którym mówimy to Arturo Perez-Reverte, a Huzar to jego pierwsza powieść. Wydawca nawet ładnie to opisuje:

    Kampania napoleońska w Hiszpanii, rok 1808. Młody oficer, Fryderyk Glüntz ze Strasburga, wstępuje w szeregi Czwartego Pułku Huzarów, elitarnej jednostki armii cesarskiej, przystępującej właśnie do walki w Andaluzji. Pragnie jak najszybciej znaleźć się na polu bitwy, wykazać się odwagą i męstwem, zdobyć chwałę. Prędko jednak okrutna rzeczywistość rozwieje romantyczną wizję wojennego bohaterstwa, zniknie patos pola bitwy, a osiemnastolatek będzie musiał zastanowić się nad sensem ludzkiego losu i wojny.

    Ta wizja romantyczna jednak nie tyle się rozwiewa, co znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przed bitwą, ją ma, a zaraz po bitwie nie. Jak na mój gust ta przemiana dokonuje się zbyt łatwo i w sumie sztampowo, by można w ją było naturalnie przyjąć. Trochę tak jakby współcześni pisarze stali się zbyt odlegli od swych bohaterów, by móc wejść w ich położenie.

    28 lutego 2007 z 16:27 #3999
    Maria J. Turos
    Participant

    Trochę tak jakby współcześni pisarze stali się zbyt odlegli od swych bohaterów, by móc wejść w ich położenie.

    Bo i tak jest. Jak przykład: opis pola rzezi pod Borodino i co miał do roboty po bitwie młody oficer – wiadomo, o pozycjach pamiętnikarskich można napisać iż „….przefiltrowany…” – chociażby u Fredry jest przy wszystkich zastrzeżeniach dużo wiarygodniejszy.
    A scena końcowa HUZARA, no cóż, przypomniała mi bardzo prosty filmik na DVD z Van Damem w roli głównej, jaki można nabyc na straganach w okolicach Stadionu 10 – cio lecia, czyli coś tu jest nie tak…
    Na poparcie jeszcze zdanie prof. Ferrandis z Val – de – Grace: otóż po BITWIE powiedział mniej więcej tak „…gdyby wszyscy od marszałka poczynając a na ostatnim szeregowcu kończąc zachowywali się zgodnie z duchem powieści – to po prostu nie byłoby tematu powieści, Napoleon skończyłby jako arylerzysta w Tulonie, a;le kto chciałby czytać o perypetiach komendanta fortu…”
    Pozdrowienia

    1 marca 2007 z 10:59 #4011
    Koroniarz
    Keymaster

    Skończyłem czytać „Warunek” i niestety utwierdziłem się w wyrażonym wcześniej przekonaniu. Dla fabuły dobór epoki jest zupełnie przypadkowy. Na dobrą sprawę można by ją umieścić wszędzie. W tym sensie jest ponadczasowa. Problem w tym, że wiarygodnie wyglądałaby jedynie w historii z półświatka. Oto główni bohaterowie, których motorem działania są najniższe pobudki, dla których gotowi są kraść i skrytobójczo mordować. Szablą, pogrzebaczem lub pętlą. Dla zabawy lub za pieniądze. Ludzie sprowadzeni są do roli „psa z budą, lub bez budy”. Jedyne co po nich zostaje to długi, krzywda i szlak z trupów (o ile się ich nie utopi pod lodem). Jeśli mowa tu o honorze, to raczej bandyckim. Autor rysuje świat bez dobra. Każe go nam zaakceptować z punktu widzenia współczesnego, najwyraźniej w jego mniemaniu cynicznego z definicji, odbiorcy. Stosuje przy tym dość prosty zabieg literacki, który całości ma nadawać pozór spójności i w ten sposób chronić: pokazuje, że wszelkie wartości są jedynie frazesem, który ma posłużyć zasłonieniu niegodziwości. Następnie sugeruje, że przetrwał jedynie frazes. Na jego straży stawia postać, która wierzy tylko w mamonę i dla której ten frazes służy za jedyną legitymację. To ma być ten warunek do zrozumienia prawd życia. Przy takiej konstrukcji każda próba krytyki musi oczywiście spotykać się z automatyczną odpowiedzią, że wierzymy w złudzenia. Rzecz w tym, że ta konstrukcja działa jedynie wtedy gdy przyjmiemy obraz w powieści opisanego świata za prawdziwy i wyczerpujący. Mam nieodparte wrażenie, że porusza się tu przetartym szlakiem politycznej poprawności. Najpierw historię odbrązawiano (co raczej pomaga w poznaniu). Potem uznano, że to nie wystarczy i trzeba pójść krok dalej i ją splugawić. Uzasadnić, że wszelkie słabości są normą, a dobro podobnie jak jednorożce, w naturze nie występuje. Tam gdzie trudno przypisać komuś małość, na wszelki wypadek wspomina się o szczuciu Żydów psami. W ten sposób wcześniejszy idealizm, jako fałszywy zastąpiono równie fałszywym nihilizmem. Całość przerażająco pasuje do definicji zła (ze św. Augustyna jeszcze, jeśli pamiętam), w myśl której zło, to brak dobra. Nie trzeba być wybitnym historykiem, czy literaturoznawcą by wskazać na luki w tym rozumowaniu. Oto w (odległym) tle przewija się postać księcia Józefa i wojsk polskich, które przetrzebione, ale trzymają się do końca i żadnej klęski nie uznają za ostateczną. Jak by to było możliwe, gdyby świat ludzi składał się z postaci opisanych przez Rylskiego? W takim świecie te niedobitki przecież nie formowałyby się wokół sztandarów, lecz przeszły na stronę wroga, jak to ostatniej karcie powieści sugeruje w odniesieniu do Hoszowskiego. Kto ryzykowałby życiem i fortuną, dla wiary w coś miało być pogrzebane? Wyrazistość scen i postaci i niewątpliwy warsztat pisarski nie wynagradzają mi ogólnego niesmaku. Na dobrą sprawę przez większą część lektury chodził za mną zapamiętany obraz plakatu werbunkowego francuskich oddziałów na froncie wschodnim II wojny światowej: La releve. Widać tam Francuzów w hitlerowskich mundurach, którzy zmierzają na wschód witani przez cienie grenadierów Wielkiej Armii. Tylko co nam do tego?

    1 marca 2007 z 11:31 #4013
    Sebastian
    Participant

    Mnie w „Warunku” raziła masa błędów merytorycznych pisałe już o tym na „gerym”. to smutne, że autor potraktował swoich czytelników jak idiotów. Pozdrawiam

    1 marca 2007 z 15:42 #4024
    Koroniarz
    Keymaster

    Twardych faktów znalazłem 6: Napoleon (1) w roku 1812-tym (2) toczył wojnę z Rosją (3). W szeregach jego armii byli i Polacy (4), w tym szwoleżerowie (5). Było zimno (6). Reszta to już sztafaż. Tak jak określanie wojny roku 1809-tego mianem wojny w Czechach. Zastanawiałem się natomiast czy fabuły nie dałoby sie uratować prostym zabiegiem polegającym na przeciwstawieniu postaw, jak i wyborów. Hoszowski spokojnie mógł przecież służyć w armii rosyjskiej. Nie byłoby wówczas tego nieprawdopodobnego naciągania ówczesnych realiów do współczesnych zamierzeń. Jak się zestawi z entuzjastycznymi recenzjami, człowiek zastanawia się czy czytał tę samą książkę:

    Polskie Radio OnLine: Kultura[/url]„:11352vx9]Rylski nie pisze bowiem jedynie powieści przygodowej osadzonej w realiach historycznych. Jego proza jest o wiele głębsza, poruszająca takie tematy jak honor, patriotyzm, ojczyzna i walka za nią, a także takie uniwersalne problemy, jak miłość i nienawiść. Nie znaczy to jednak, że autor zmusza czytelnika do długich umoralniających wywodów. Jest wręcz odwrotnie, co wynika z tego, iż autor żadnemu z bohaterów nie przyznaje moralnego prawa do wypowiadania sądów etycznych. Główni protagoniści są ludźmi z krwi i kości, pełnymi żołnierskich i ludzkich przywar. Nic w świecie powieści nie jest czarne albo białe. O nikim nie można wydać łatwego wyroku, że jest dobry lub zły. Każda decyzja, sąd i działanie postaci może być osądzane różnorodnie i z wielu punktów widzenia. Ponadto książka jest napisana naprawdę ciekawie. Potrafi bowiem wciągnąć czytelnika jak dobry kryminał i podsyca ciekawość do samego końca. (…) Warunek jest bez wątpienia bardzo ciekawą pozycją na półce literatury współczesnej. Nieczęsto bowiem ukazują się u nas książki mądre, głębokie a jednocześnie ciekawe. Eustachy Rylski natomiast książkę taką napisać potrafił. Dlatego nie dziwi zupełnie fakt, że jego powieść nominowana była w 2006 roku do nagrody Nike i wrocławskiej nagrody Angelus. Zdecydowanie warto ją przeczytać.

    1 marca 2007 z 23:34 #4028
    Maria J. Turos
    Participant

    Za długie toto – wypowiedź Pana Ceglarskiego – do cytowania. Zupełnie jak bym czytała opinie po przyznaniu Prix de Goncourt „Bitwie” [chyba u nas w Polsce też znanej wydanej w serii Finny]. Odnoszę wrażenie, iż w dobie „…cywilizacji obrazkowej…” każdy tekst, ktory potrafi oderwać choć na moment od monitora i skrótów z SMS może być uznany za arcydzieło. Już porównanie

    Potrafi bowiem wciągnąć czytelnika jak dobry kryminał i podsyca ciekawość do samego końca.

    jest tego dowodem. Owszem sa dobre, ba barzo dobre kryminały, wręcz klasyka, ale jednak innymi kryteriami mierzy się literaturę „…wysoką…”.
    A WARUNEK – niestety – taki nie jest. Wciąga, może szokuje, o niczym nie mówi – postaci są momentami miałkie [świetny pomysł by przenieść Hoszowskiego do armii rosyjskiej].
    I co oznacza termin „…literatura współczesna…” – współcześnie napisana, czy o współczesności.
    Pozdrowienia.

    2 marca 2007 z 09:44 #4031
    Koroniarz
    Keymaster

    co oznacza termin „…literatura współczesna…” – współcześnie napisana, czy o współczesności.

    Myślę, że w przypadku tej powieści oba w różnej mierze. Cytat stanowi (miarodajną) część wypowiedzi. Na marginesie rozmowy o odległości współczesnych pisarzy od czasów i postaci, które opisują, natknąłem się na wywiad ze Zbigniewem Zapasiewiczem, który traktuje o czymś podobnym w teatrze: Etyka w polskim teatrze zdechła. „Zbigniew Zapasiewicz twierdzi, że najważniejszym problemem polskiej sceny jest nie tylko upadek moralności wśród twórców, ale też brak poczucia misji i profesjonalizmu.” Zjawisko więc jakby szersze. Co do „Bitwy” to jej lektura wciąż przede mną. Również i tam bardzo pochlebne recenzje.Wydawca polski oznajmia, że „Bitwa Patricka Ramboud to arcydzieło literatury francuskiej.” Pierwszy rozdział przeczytałem gładko i z pewną przyjemnością. Jakkolwiek zbyt wcześnie na razie na oceny całości, odczułem wyraźną lekkość stylu w stosunku do powieści Rylskiego, która zdawała się być wymęczona. Tym bardziej będę ciekaw Pani wrażeń. Będzie to też okazja by sobie przypomnieć bitwę pod Essling, którą znam głównie z Kukiela, czy biografii Napoleona, niż jej samej poświęconych opracowań.

    Pozdrawiam!

    [ Dodano: 2007-03-08, 09:55 ]
    „Bitwa” już za mna, a wraz z zakończeniem lektury pierwsze wrażenia. Zacznę od tego co śmieszy, bądź razi. Po pierwsze pomieszanie pojęć: koniowód staje się w książce koniuszym, karabiny nie są ustawiane w kozły lecz w snopki. Baranica staje się (skądinąd tyle poprawnie co myląco) skórą baranią. To zapewne efekt tłumaczenia przez osobę, która mimo zafascynowania epoka nie zna terminologii wojskowej. Tego rodzaju błędy, naturalne przy pracy nad każdym tłumaczeniem, winny być usuwane przez wydawcę na etapie korekty, której sądząc po ilości błędów gramatycznych, najwyraźniej zabrakło. Potem pojawiają się błędy, które wskazują, że działania wojsk tamtego okresu autor zna głównie z lektury: skuteczny ostrzał z broni ręcznej zaczyna sie na linii 500 m (!), huzarzy atakują uzbrojeni w halabardy z proporczykami (moje ulubione: próbowałem sobie takie natarcie wyobrazić), pojawiają się polscy lansjerzy (choć bitwa pod Aspern i Essling miała miejsce 21-22 maja 1809). Potem pojawiają się opisy, w których zaciera się zupełnie zróżnicowanie broni. Różne formacje walczą właściwie tak samo, a grenadierów od woltyżerów zdaje się różnić tylko mundur. Jest też pewne przesycenie postaciami znanymi z kart historii, których los jakkolwiek spleciony, to nigdy tak blisko jak to ukazuje książka. Mimo tych wszystkich błędów, i innych których nie sposób tu wszystkich wymienić, w odróżnieniu od „Huzara” czy „Warunku”, lektura dostarczyła mi pewnej przyjemności. Napisana żywym językiem, przesycona anegdotą ożywiała tamten świat (najpyszniejszą z anegdot, dosłownie i w przenośni była w moim odczuciu ta o polowaniu na króliki). Podobnie i tu czuło się oddech współczesności, ale nie raziła tak jak w „Warunku”. Mimo, że obie miały pokazywać okropności wojny, to powieść Rambaud nie była tak zupełnie oderwana od rzeczywistości jak Rylskiego, który opisem upodlenia przysłaniał brak znajomości okresu. Tam gdzie „Warunek” był zupełnie niedorzeczny, „”Bitwa” mogła poszczycić się pewnym wdziękiem. W obu powieściach bohaterowie dopuszczają się czynów niegodnych (w bitwie „Rambaud” gorszych nawet), jednak u Rambaud ludzie są różni, a bywają złożeni. U Rambaud jest miejsce i na ludzi zwykłych i tych, którzy dobrze, czy źle się wyróżniają. U Rylskiego wszyscy są źli i mierni. To chyba jakiś kompleks. Po „Warunek” sięgać można, choć pytanie czy warto. Lektura „Bitwy”, mimo jej rozlicznych mankamentów, czasem straconym nie jest (nawet jeśli nie uznamy peanów wydawcy za miarodajne). Kolegom szwoleżerom podpowiem, że jednym z głównych bohaterów książki jest Louis-Francois Lejeune, autor obrazu ukazującego szarżę pod Somosierrą:
    Horhego pewno by zainteresował Henri Beyle. Panią Marię niewątpliwie Larrey i Percy. Z chęcią podyskutuję o wrażeniach.

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.