Rekonstrukcja bitew – kontredans czy manewry?

  • 24 marca 2006 z 02:42 #2605
    Koroniarz
    Keymaster

    Temat ten w różnych formach przewija się w szeregu dyskusji. Myślę, że w formie wyważonej warto podjąć go i tutaj. Zasadza się o pytanie, czy rekonstrukcja bitwy winna mieć wymiar nieco teatralny i być przez to dostępniejsza i bardziej zrozumiała dla widza („kontredans”, w rozumieniu: oddział atakuje, oddział odstępuje i z powrotem), czy też bardziej realistycznej, gdzie jednostki operują jedynie wg. wydanych rozkazów, niezależnie reagując na rozwój sytuacji (manewry). Nie trudno zauważyć, że w tym drugim przypadku widz zobaczyć może część jedynie, byc może dlań nie zrozumiałą. O ile pierwsza forma jest powszechna, to drugiej pewną namiastką mogły być działania oddziału wydzielonego Kawalerii Narodowej (że nieco na wyrost w stosunku do liczebności, napiszę) w czasie rajdu kościuszkowskiego, przy okazji minionych rocznic bitwy pod Maciejowicami.

    Choć dla bywalców tego forum jest to oczywiste z myślą o dalszych gościach dodam, że nie mam wogóle na myśli wartościowania oddziałów zależnie od ich upodobań, a jedynie omówienie „za i przeciw” obu koncepcji. Wszelkie wypowiedzi schodzące z tematu na sprawy personalne będę bezlitośnie wysyłać na front wschodni.

    24 marca 2006 z 12:55 #2606
    szwoleżer
    Participant

    Czołem wszystkim forumowiczom!
    Na wstępie chciałbym wyrazić radość z ponownej możliwości czestnictwa na tym forum!!! 😀
    Co się zas tyczy meritum, to moge opisać własne doświadczenie z Wysp Brytyjskich.
    W czasie spotkań historycznych, każdy oddział który chce, ma możliwość prezentacjji musztry pieszej/konnej, wszelkich manewrów jak i walki ogniowej, ataku na bagnety itp. Mają na to 45-60 minut czasu, całość jest komentowana przez członka prezentującego się oddziału poprzez głośniki, tak więc publicznośc ma dzięki temu mozliwość wyobrażenia sobie o co w tym wszystkim chodzi.
    Jednocześnie jest też czas zarezerwowany na „bitwę”, którą widzom, chyba łatwiej zrozumieć dzieki wcześniejszemu wprowadzeniu w temat poprzez wspomniane prezentacje.
    Sama bitwa powinna, moim zdaniem, mieć jakiś scenariusz, wg którego wszystko się toczy, aby widz nie doznał uczucia, że ogląda poplatanie z pomieszaniem, gdy górę wziąć może „zew krwi wrażej”. 😈
    Sądzę,że taki scenariusz lub jakieś porozumienie co do przebiegu bitwy jest ważne w przypadku spotkań historycznych nie powiązanych bezpośrednio z jakimś miejscem bitwy. Takie uzgodnienie uwarunkuje kto wygra, kto przegra w dniu pierwszym spotkania,a kto w dniu drugim(jeśli takowa batalia jest zaplanowana na kilka dni).
    Chodzi mi o to, aby nie było jednostek ustawicznie „zbierających w kuper” i aby i one posmakowały „zwycięstwa”.
    Pozdrwiam serdecznie.

    1 kwietnia 2006 z 16:55 #2614
    Adam Zwoiński
    Participant

    Chętnię poruszę ten ciekawy temat. Ze swojej strony nie opowiadam się jednoznacznie za ani pierwszym ani drugim modelem, wariantem inscenizacji bitwy. Myślę, że jezeli ma to być inscenizacja konkretnej bitwy historycznej ogólny scenariusz bitwy jest konieczny ze względu na powazne podejscie do tematu rekonstrukcji, z drugiej strony trzeba podkreslić aby był to scenariusz ogólny, nie wdający się drobiazgowo w szczegóły. Takie podejście wynika z zaobserwowanej przeze mnie praktyki. Inscenizacje często przebiegają własnym zyciem, pewny stopien improwizacji, swobody dowódców poszczególnych oddziałów jest nie do uniknięcia. Wzbogaca to inscenizacje zapobiegając nadmiernej rutynie, schematowi , z drugiej strony ogólny scenariusz zapobiega farsie historycznej. Sprawa sprowadza sie do uchwycenia odpowiedniej granicy miedzy oboma wersjami rekonstrukcji bitwy.
    Myslę, że inscenizacje bitew historycznych w przyszłości rozwiną się w cos w rodzaj sportu a więc wejdzie do tego komercja i pieniadze, w ten sposób rozwijały sie obecne dyscypliny sportowe, od grupek zapaleńców do uznanych dyscyplin. Aby tak się jednak stało konieczne jest wieksze sformalizowanie i uzawodowienie grup rekonstr., myślę, ze za ok. 20 lat bdziemy swiadkami narodzin nowych rodzajów widowisk quasi- sportowych, które zamienia się w idacy swoim zyciem biznes. Temat ten być moze nadaje się na oddzielny watek – przyszłość ruchu rekonstrukcji historycznej- sposób na zarab. pieniedzy ?

    3 kwietnia 2006 z 14:30 #2616
    szwoleżer
    Participant

    Odnosząc się do wypowiedzi Kolegi,
    jeśli chodzi o rekonstrukcje bitew hist. oraz tych mających charakter bardziej pogladowy, to oczywiście walki powinny się toczyć w ramach jakiegoś scenariusza „ramowego”, który w sumie zawiera jedynie ogólne wytyczne co do przebiegu działań, aby dać możliwośc zabawy rekonstruktorom, by nie mieli wrażenia udziału w teatrze oraz możliwośc zaprezentowania swoich umiejętności.
    pamiętajmy jednak, że wszelkie takie działania powinny zawierać się w niezbędnym minimum bezpieczeństwa dla ludzi i zwierząt, aby zabawa nie przeminiła się w niebezpieczną „bijatykę” bądź „przepychankę”.
    pozdrawiam

    11 kwietnia 2006 z 19:25 #2622
    scout
    Participant

    Witajcie.
    Ten post nie jest moim debiutem na forum Arsenału. 🙂 . Chcę dorzucić kilka myśli. Wydaje mi się, że kilka spraw zostało niejako zarysowanych – tzn. aspekt bezpieczeństwa a trzymanie się scenariusza, a ja dodam zasad podanych przez organizatora. To nie pozostaje bez znaczenia dla jakości i bezpieczeństwa.
    Chcę spojrzeć jednak od drugiej strony podać kilka rzeczy, które narzucają mi się. Nie mam wiele doświadczeń, ale podam swoje dwa spojrzenia z rekonstrukcji pod Austerlitz. Z jednej strony obserwowałem doskonałe wymusztrowanie niektórych pułków (doskonałą dyscyplinę kolejności i podawania rozkazów od oficera do podoficerów) – co mi imponowało, widząc jak nam nie raz i nie dwa inicjatywa ponosiła zwykłego żołnierza, i nie tylko tego zwykłego żołnierza. Tu musi to mieć swoje realia, których nei da się osiągnąć bez: wyćwiczenia i … dużych jednostek. Z drugiej strony chcę też pokazać jeden z momentów, który wyszedł bnam naturalnie – mianowicie formowanie czworoboku. To ma naprawdę znaczenie – bowiem dostrzegłszy wyłaniajacą się zza austiackiej piechoty kawalerię – udało nam się sformować czworobok w czas. Pewnie gdyby było nas więcej – szło by to dłużej, trudniej,….

    Drugie spojrzenie. Wydaje się, że dyskusja jest tylko częsciowo teoretyczna. Praktycznie bowiem zawsze planowana była strategia bitwy – albo przed jej wydaniem, albo w pośpiechu w zaskoczeniu zwarciem. Tylko przy dużej ilości ludzi da się uruchomić pewne realia – jak choćby tasowanie piechoty i artylerii, potyczki szyków kawalerii, a nie pojedyncze pojedynki, gońcy konno roznoszący meldunki, itp. Przy mniejszej ilości ludzi – to jest nie osiągalne. Sporo więc przed nami.

    Trzecie spojrzenie. Wyobraźmy sobie bitwę bez scenariusza. Przy widowni – to jest chyba nie do pomyślenia. Można jednak sobie wyobrazić, gdyby był to np. obóz jak Bulogne czy ten planowany w Wielkiej Brytanii, że jedna z bitew ma tylko … szyk wejściowy i założenia wejściowe, których dalej nikt nie zna (może poza dwoma wodzami). Wówczas wszystko dzieje się na zywo. Tylko, że nigdy raczej nie ma czasu, aby urządzić sobie taki luksus – „ćwiczenia”. Wydaje się jednak, że takie coś może mieć kłopot z kwestiami bezpieczeństwa – i tu rodzi się trudność.

    Temat ciekawy, bo każe koncepcyjnie myśleć. Stąd mój głos.
    To w skrócie.
    Pozdrawiam,
    Scout

    12 kwietnia 2006 z 13:34 #2631
    szwoleżer
    Participant

    Trzecie spojrzenie. Wyobraźmy sobie bitwę bez scenariusza. Przy widowni – to jest chyba nie do pomyślenia. Scout

    Pozwolę sobie z Kolegą się nie zgodzić w tej kwestii. Zasłyszałem niegdyś, że w USA,głównie pod Gettysburgiem tak wygląda inscenizacja bitwy.
    Są sztaby, kurierzy i podwładni wykonujący rozkazy.
    Taki wyjściowy scenariusz to swietna sprawa dla uczestników, bo wiedzą że uczestniczą w czymś cos jest najbardziej zbliżone do danej epoki realiów.
    A publiczności, która to oglada i tak jest wszystko jedno, bo bądźmy szczerzy ilu z nich wie jakieś minimum o czasach rekonstruowanych.
    wciąż doprowadza mnie do pasji tłumaczenie ludziom czemu żołnierze strzelali do siebie z 50 m i widok ich usmiechnietych acz nieprzekonanych twarzy.
    Niezbedne są przedewszystkim przed taka bitwą uzgodnienia obu dowództw co do stanu poczatkowego bitwy, a dalej to już „szczęście sprzyja odważnym”.
    Pozdrawiam
    P.S. co do Gettysburga, to przeprowadza się tam atak na wroga linię z karabinem na ramieniu ale z bagnetem!!! Przy takiej masie rekonstruktorów to po prostu nie chce myślec gdyby ktoś się poślizgnął, brrrrrr!!!!!

    17 lipca 2006 z 16:13 #3009
    niepij
    Participant

    Obserwacja wielu bitew w kraju i za granicą skłania mnie do kilku wniosków:
    1. Bitwy z małą liczbą uczestników ( do 100 powiedzmy…) są stanowczo śmieszne i każdy spragniony emocji widz jest rozczarowany patrząc na usmiechniętych dziadków w rogatywkach tuptających w dziwaczny sposób zamiast bić się kolbami po ogołoconych z rogatywek głowach – wydaje mi się że małe imprezy jeśli już są upublicznione powinny mieć głównie wydźwięk edukacyjny. Sądzę że powinny to być manewry – omówione przez kompetentnego komentatora, takiego jak np: Marcin Ochman, który w tej roli sprawdził się nie raz. Ale to wymaga od nas, rekonstruktorów, minimalnego choćby poziomu wyszkolenia i co trudniejsze wyszkolenie w poszczególnych grupach musi być kompatybilne z pozostałymi, co w zasadzie byłoby oczywiste gdybyśmy wszyscy byli rekonstruktorami ale nie zawsze działa bo część z nas rekonstruuje tylko mundur bądź strzelanie, musztrę ogólną zostawiając „hardkorowcom”…
    2. Bitwy z większą liczbą zołnierzy ( 100 – 500 ) mogłyby być w pewnym stopniu improwizowane, jeśli chodzi o plan działań. Przy tej liczebności można się trochę pobawić, widzom pokazać z oddali jakieś manewry i markować walkę.
    3. Większe bitwy ( 500 – 2000? ) wymagają jednak koordynacji i większej dyscypliny. Sam kiedyś mało nie zginąłem uciekając przed atakiem rosyjskich grenadierów wprost pod kopyta szarży francuskich huzarów, szczęśliwie jeden z grenadierów zauważył niebezpieczeństwo w porę i potężną „ruską” ręką zatrzymał mnie i przestawił w głąb ich czworoboku.
    Uniknąć można takich sytuacji tylko wtedy gdy żołnierze słuchają dowódcy, a dowódca wie co może się dziać w poszczególnych sektorach pola bitwy. Oczywiście planowane manewry prawie nigdy nie są wykonane tak jak zamierzamy ale przynajmniej mamy ogólne pojęcie czego trzeba unikać.
    Co prawda mam obawę że duże bitwy raczej Polsce nie grożą, a nawet jeśli, to nie jesteśmy ich organizatorami ale w teorii uważam że powinny być podzielone na sektory z okreslonymi oddziałami i zarysem przebiegu, jeśli każdy z sektorów będzie liczył tyle ludzi ile mniejsza, ta 500 osobowa bitwa a dowódcy będą dokładnie znali teren po którym mogą się poruszać to można się pokusić o pewną dowolność w obrebie takiego sektora.
    4. W mniejszym gronie zdażają się mikro-kampanie, kilugodzinne albo kilkudniowe bitwo-biwaki połączone z 10-15 km marszami. Takim cudem była Jena2005. To byłby ideał dla mnie ale wymaga udziału dobrych, rozumiejących się grup i zminimalizowania udziału publiczności, a przede wszystkim uwolnienia się od aspektu komercyjno-widowiskowego i myślenia w oderwaniu od argumentów takich jak:
    – żeby naszą grupę było lepiej widać
    – żebyśmy zdążyli krzyknąć wiwat burmistrz
    – żebyśmy się nie spóźnili na kiełbasę
    – żebyśmy staneli tak by widzowie ujżeli tylko kompletnie odziany szereg
    – itd

    Myslę że mimo zauważalnej komercjalizacji i u nas tak się da. Tylko kiedy? I kto?
    Czy oprócz kilku „hardkorowców” są w Polsce ludzie, którzy zechcą pojechać na niepłatną bitwę, bez prestiżowych prezentacji, bez wyżywienia, bez dachu nad głową?
    Mam nadzieje że tak. Ale też wiem że to trudne i część obecnych rekrutów musi dopiero dojrzeć do takich decyzji.
    Mam nadzieję że do 2014-15 roku coś się u nas zmieni bo później to ja wysiadam 🙂 .

    Jeśli juz o rekrutach… może wartoby ich podzielić, oczywiście biorąc pod uwage ich wolę, na tych którzy widzą tą zabawę jako niedzielną rozrywkę i tych, dla których to coś więcej (szczerze powiem że nie umiem tego nazwać…). Wtedy na poszczególne biwaki jechaliby właśnie tacy ludzie jaki ma być biwak… i tu wracamy do tematu rzetelnego informowania przez organizatorów co tak naprawdę „spreparowali” – czy będziemy rzucać kiszką pasztetową u podnuża dmuchanej żyrafy na stadionie, czy przez trzy dni będziemy łazić po lesie i łkać z zimna nad rdzewiejącym karabinem.
    Bez szczerości i dobrej woli usystematyzowania zjawisk rekonstrukcyjnych w Polsce nie ma sensu jakakolwiek dyskusja o jakości rekonstrukcji, bo dajemy „kota w worku” i dostajemy „kota w worku”…
    Walcząc o pozycję w gminach i na rynku dotacji wywalczymy prawdopodobnie tylko pozycje w gminach i na rynku dotacji, a poziom rekonstrukcji będzie ten sam mnimo że za większe pieniądze, bo „dobre wybuchy” kosztują więcej niż „kiepskie wybuchy” ale między tymi chmurami rozrzucanej gleby ciągle chodzą ludzie i to ich kondycja decyduje o tym czy jest to rekonstrukcja wybuchów czy wojsk Księstwa Warszawskiego.

    Pozdrawiam
    niepij

    4 kwietnia 2008 z 21:19 #5325
    Marek Drabik
    Participant

    Nie wiem czy akuratnie tutaj jest miejsce dla takiej informacji, ale przeglądając inne tematy znów powróciłem właśnie w to miejsce. I cóż to ja chcę Wam przekazać? -jest taka gazeta „dziennik łódzki”, który ma również lokalne wydania. W takim lokalnym pisanym dla mieszkańców min. powiatu kutnowskiego, znalazłem artykuł następującej treści:
    Tytuł: „Wódka, a sprawa Polska”, …Odtąd Polacy byli już sławni jako konsumenci gorzałki. Początkowo mówiono o nich głównie z podziwem. Tak jak Napoleon Bonaparte – na widok 125 mniej lub bardziej pijanych szwoleżerów, którzy w wąwozie Somosierra dosłownie roznieśli 10 tys. hiszpańskich powstańców broniących drogi na Madryt, wykrzyczał, że aby tego dokonać, trzeba być: „Pijanym jak Polak”. Inaczej: mieć nieprzeciętną odwagę i brawurę mimo spożycia alkoholu. To określenie niestety wkrótce straciło swoje pozytywne brzmienie i zapomniano o jego pochodzeniu…
    Wiadomo, że także i ta gazeta jest już tylko tzw. polskojęzyczną, powoli zabierają się za nas wszystkich? Artykuł okraszony jest obrazem Januarego Suchodolskiego – Bitwa pod Somosierrą

    5 kwietnia 2008 z 21:11 #5326
    szwoleżer
    Participant

    Wiadomo, że także i ta gazeta jest już tylko tzw. polskojęzyczną, powoli zabierają się za nas wszystkich?

    ?????????????????????????????????????????????????????????????
    Kolega tak na serio to pisze? :haha:
    Zresztą to powiedzenie powstało chyba później jak się nie mylę.
    W całości brzmiało „Pijany jak Polak, ale zawsze gotów do akcji”.
    Zresztą powiedział mi je pewien Francuz.

    mieć nieprzeciętną odwagę i brawurę mimo spożycia alkoholu.

    Zresztą taka „odwaga” po alkoholu nie jest zarezerwowana wyłącznie dla Polaków.
    Pozdrawiam

    7 kwietnia 2008 z 12:21 #5327
    Szyszkownik
    Participant

    Witam Towarzystwo!
    tylko tak na marginesie zabiorę głos o Tych co zbyt dużo wypili…
    Etymologia powiedzonka podobno ma dwie różne linie genealogiczne:

    *Gdy w koszarach Nasi siedli z Gwardią Napoleona do wina, pili całą noc, rano Cesarz przybył, oznajmiono, że całość jest kompletnie pijana, Nasi wyszli w pełnych mundurach na przywitanie „Boga Wojny” a Gwardii nie było – na to Napoleon – acha , pijani jak Polacy ????
    *W sławnym Wąwozie jeden z szaserów( lub któryś z adiutantów ) podobno miał powiedzieć
    – By tam ruszyć do szarży to trzeba być pijanym…
    Na co Napoleon :
    – To bądźcie pijani jak Polacy!

    Chyba to było jakoś tak…..

    Pozdrawiam

    7 kwietnia 2008 z 12:35 #5328
    Marek Drabik
    Participant

    Nie wiem czy zostałem dobrze zrozumiany. Przytaczając treść artykułu, chciałem zwrócić uwagę na fakt, że ktoś piszący takie treści, niekoniecznie dobrze życzy Polakom (wynika to bardziej z treści całego artykułu). Można domniemywać, że w chwilach bohaterskich czynów zawsze jesteśmy pijani… Ktoś kto nie ma historycznego myślenia, wyobraża sobie, że i dzisiaj ci, którzy utożsamiają się z tamtymi wydarzeniami, którzy je odtwarzają, również zapijają.
    .., a to, że nie ma już w Polsce dzienników z polskim kapitałem, nie jest przecież żadną tajemnicą. Funkcjonuje takie pojęcie jak: „artykuł na zamówienie”…
    Pozdrawiam!

    7 kwietnia 2008 z 12:45 #5329
    Maria J. Turos
    Participant

    Trzecie spojrzenie. Wyobraźmy sobie bitwę bez scenariusza. Przy widowni – to jest chyba nie do pomyślenia

    Popatrzyłam na to zdanie.
    Właśnie wróciłam z Igań [buty jeszcze się suszą, mundur również] gdzie pogoda pokrzyżowała trochę szyki – ale nie wojskowe. Piękna, kameralna bitwa – potyczka, którą pod parasolami ogladało kilkuset widzów żywo reagujących na działania w błocie, mędzy drzewami, w kałużach.
    …chyba dziarski spieszony szwoleżer Gwain może to potwierdzić…
    Klimat tworzą często mimo super dopracowanych scenariuszy sami ludzie, którym się coś chce osiagnąć, a w każdym razie wiecej niz „…pokazać się…” w pieknym mundurze [przestaje być taki piękny gdy namoknie i się ubłoci].
    Temat ten nawiązuje do poruszanego juz na Forum poszukiwania „…pierwiastka niematerialnego…”

    Bitwy z małą liczbą uczestników ( do 100 powiedzmy…) są stanowczo śmieszne

    …czy nas było tylu pod Iganiami – wątpię, ale było pieknie i nikt się nie śmiał.
    Pozdrowienia

    27 czerwca 2009 z 18:08 #6593
    niepij
    Participant

    Żeby wykonać w piechocie zgodnie z regulaminem jakiekolwiek manewry bitewne potrzeba około 30 osób w trzech liniach i dodatkowo około 10 funkcyjnych (oficerów, podoficerów, muzyków). To będzie tylko demonstracja ruchu bo żadnych wrażeń wzrokowych porównywalnych z wyglądem, chociażby rozwiniętej kompanii nie da się osiągnąć przy tak małej liczebności.
    Policzmy sobie.
    3 szeregi po 10 osób, dzielimy je na dwie sekcje, czyli powstają dwie sekcje po 15 osób podzielone na 3 szeregi po pieć osób…
    Pięć osób w szeregu zajmuje powierznię około 2,5 metra szerokości i jakieś 0,7 metra głebokości – czyli jedna sekcja złożona z 3 szeregów po 5 osób w każdym to prostokącik o wymiarach 2,5m na 2,1m.
    Cała taka „kompania” zajmie w szerz około 5 metrów w szyku głębokim na około 2 metry.
    To już jest 40 osób, a mamy dopiero jedną kompanię i to wizualnie raczej skromną.
    Teraz jeszcze przeciwnik…
    Drugie 40 osób.
    Razem 80 osób i w sumie prostokąt o wymiarach10m na 2m jesli staną obok siebie, albo 4m na 5m, jeśli staną w kolumnie.
    To mniej więcej tyle co dwie Skody Octavie zaparkowane obok siebie…
    (Jeśli bitwa toczy się na parkingu, to możnaby nie zauważyć żołnierzy).

    To już 80 osób w bitwie. Ich starania, zakładając że znają musztrę i są chętni do współpracy, sprowadzą się jedynie do przepisowego wykonania manewrów. Jednak nijak będą się miały do widoku pełnej kompanii z tamtej epoki liczącej około 140 osób, która przecież i tak była tylko 1/6 batalionu, a batalion 1/3 lub 1/4 pułku.
    Jeśli zechcemy odtworzyć manewry woltyżerskie to problemy zaczną się już w pierwszych sekundach, bo stworzenie tyraliery wymaga wydzielenia z kompanii 2 sekcji bocznych, w których sama rezerwa minimalna określona jest na około 10-15 osób.
    Jeśli dysponujemy grupą 40 osobową nie możemy nawet wydzielić tych grup, bo 10-15 osób w rezerwie oznacza, że w linii z przodu jest jeszcze 20-30 osób… Czyli 2 takie sekcje powinny liczyć minimum 60 osób, a przecież jeszcze jest sekcja centralna z kapitanem i centralną rezerwą. Dwie sekcje boczne powinny stworzyć tyralierę o długości równej lub większej niż szerokość rozstawionego batalionu, czyli około 144 metry. Dodatkowo w tyralierze obowiązkowo żołnierze stoją parami, po dwóch z każdej roty, więc im mniej ludzi tym luźniejsza tyraliera obawiam sie, że w przypadku kompanii 30 osobowej, nawet zachowując jedynie proporcje, a nie faktyczną liczebność będzie to 6 par woltyżerów… na powierzchni 30m na 1,4m.
    To nie jest imponujacy widok. Nie ma też walorów edukacyjnych. Salwa takiej tyraliery to około 6 strzałów co 1,5 minuty. Gdy żołnierze sa lepsi to strzelą trochę częściej, ale nigdy nie bedzie tak, żeby pierwszy mógł strzeilć od razu po strzale ostatniego, bo nie starczy mu czasu na ponowne nabicie karabinu po pierwszej salwie.

    Dla mnie bitwa poniżej 100 osób, nie jest atrakcyjna wizualnie jako bitwa. Można to nazwać demonstracją manewrów. Można jeśli grupa jest wyszkolona pokazywać musztrę strzelecką.
    Jednak nie można ludziom wmawiać, że tak wyglądały bitwy, bo to nawet nie była potyczka Straży Przednich, bo były liczniejsze. To raczej można nazwać nawiązaniem kontaktu przez straże sierżanckie albo kapralskie, a od tego do bitew z kilkukilometrowym frontem to bardzo daleka droga.
    Nie mówiąc już o użyciu innych rodzajów broni. (Zobaczmy nasz przeciętny kilkuosobowy „pułk kawalerii”, z czego przeważnie 2-3 osoby są na koniach, a reszta próbuje się jakoś w tym wszystkim odnaleźć).
    Przy tak małej ilości uczestników bitwa musi być oglądana z bliska co jest i niebezpieczne i demaskuje taki pokaz jako całkowicie pozbawiony emocji, bo przecież normalni umysłowo rekonstruktorzy nie podejmą walki wręcz, tylko po to żeby publiczność się cieszyła. A nawet jeśli z wielką ostrożnością będą się postukiwać szabelkami to tylko gorzej, bo widzowie zauważą niezdarność i uśmiechy zakłopotania na twarzach walczących.

    Moim zdaniem tylko dobre wyszkolenie grup i rozsądna ocena własnych możliwości może pomóc przy wyborze sposobu prezentacji. Nie zawsze „bitwa” – to najwłaściwsze słowo i najwłaściwsza metoda organizacji pokazu.
    Ewentualnie możemy uprzedzić:
    – Proponujemy państwu wycinek bitwy mający wymiary 10m na 10m. Jest to około 0.1% powierzchni bitew, które miały miejsce 200 lat temu. Zapraszamy!
    Wtedy będziemy szczerzy i usprawiedliwieni.

    nipi

    „Przepis musztry y obrotów dla Piechoty Francuzkiey” Warszawa 1811
    „Dziennik Podręczny dla Podofficerów i Żołnierzy” Warszawa 1807
    „Regulament Służby Obozowey” Kraków 1810
    „Dodatek do Przepisu Musztry dla Piechoty Xsięstwa Warszawskiego” Warszawa 1812, dział „Przepis Musztry Woltyżerów czyli inney Kompanii na mieyscu Woltyżerów użytej”

    1 lipca 2009 z 15:15 #6597
    Brykiet
    Participant

    Po pierwsze, drogi Niepiju, rekonstrukcja w pełnej skali nie istnieje nigdzie poza Stanami Zjednoczonymi. Tylko na imprezach takich jak np. Gettysburg można zorganizować atak 5 000 ludzi dać wrażenie realności widzom.
    A po drugie, dawno nie byłeś na większych krajowych imprezach to może niewiesz, że w ostatnich latach sporo się zmieniło i 12 osobowe sekcje to już standard, a 3-5 sekcyjne „bataliony” nie zdażają się wyjątkowo. Manewrowanie nimi niesprowadza się do opanowania przez wszystkich szkoły żołnierza.

    1 lipca 2009 z 19:11 #6598
    niepij
    Participant

    Drogi Brykiecie,
    Po pierwsze
    Chyba każdy przytomny uczestnik tego ruchu wie, że nie często mamy okazję oglądać imprezy powyżej 500 uczestników, jakkolwiek są okazje uczestniczenia w sporych bitwach, w których nie mamy poczucia, że odtwarzamy kilkuosobową ekspedycję zdobywców któregoś z biegunów.
    Po drugie
    Zdjęcia z kolejnych imprez są dostepne choćby w galerii Arsenału, a poza tym nadal mam mnóstwo Kolegów, którzy uczestniczą w tych imprezach i są w stanie przekazać mi wiarygodny ich obraz, więc jakieś pojęcie mam… Nie mówiąc już o tym, że jednak na niektóre jeżdżę jako widz lub czasem jako uczestnik.
    Żeby ocenić znajomość Szkoły Żołnierza wystarczy obejrzeć kilka zdjęć przedstawiających grupy podczas nabijania i salw. Nie widziałem jeszcze zdjęcia, na którym któraś z grup miałaby dobrą postawę w dowolnym momencie tych poruszeń. Są chlubne wyjątki ale mało kto poza nimi kwalifikuje się do postawienia jako wzór kogoś kto zna Szkołę Żołnierza. Zachodzenie sekcjami czy złamanie plutonu jest manewrem tak prostym, że szkoda o nim pisać, tym bardziej jeśli błędy i braki są na niższych poziomach manewrowania, a nawet poruszania się poszczególnych żołnierzy i podoficerów.
    Mógłbym piać z zachwytu, że jakiś procent rekonstruktorów polskich zrozumiał wreszcie, dzięki Samkowi, że manewry były powszechne w wojskach epoki napoleońskiej, ale jakoś nie uważam tego za rekonstrukcję, a jedynie „wstep do”.

    Ale wogóle mój post nie był na temat polskiej rekonstrukcji. Mam wrażenie, że nie zrozumieliśmy się zupełnie.
    Pisałem o pewnym rodzaju rekonstrukcji – imprezach poniżej 100 osób, odnosząc się do postu Pani Marii, która cytowała mnie żeby pokazać, że takie imprezy są „nie śmieszne”. Chciałem pokazać, że DLA MNIE jednak są śmieszne jeśli uznamy je za rekonstrukcję bitew. Jeśli jednak znajdziemy inny sposób na prezentację naszych osiągnięć przy tak małej liczebności mogłyby być wartościowsze.

    Hełm z Przyłbicą – osłona głowy
    czy zasłona braku głowy…

    Mam wrażenie, że w ruchu rekonstrukcyjnym popełniono kiedyś, szczególnie w Polsce, kilka poważnych błędów. Jednym z nich jest upowszechnienie pojęcia „bitwa” w odniesieniu do wszelkich imprez rekonstrukcyjnych. Pozornie miało to kiedyś sens, bo było nas w całej Polsce może 20-30 osób, w większości bardzo zainteresowanych tematem i mających wystarczający zasób wiedzy i ambicji. Chcieliśmy robić bitwy, a było nas mało. Z czasem przybyło ludzi, niektórzy są lepsi od weteranów, ale ogół napływających przyciąga jednak tylko bitwa. BITWA! Doraźny wytrysk emocji z ledwo widocznym tłem poznawczym. Zastepy miłosników hałasu i kolorowych ubiorów tłoczą się w dowolnym miejscu i w dowolnych konstelacjach. Zamieniają się mundurami, epokami, nieważne, byle była BITWA.
    A nasza definicja bitwy doskonale sprzyja takiemu pojmowaniu tego hobby jako całości, bo:
    1) bitwa z natury jest chaotyczna, więc częsty argument jest – no nie musztrowaliśmy się bo w czasie bitwy jest walka i nie ma czasu na manewry
    2) bitwa jest zjawiskiem jednorazowym, ulotnym, wiec nawet jeśli coś poszło nie tak, to nie zawsze zauważymy co, a przeważnie jeśli nawet zauważymy, że coś jest źle to i tak nikt sie nie przyzna, że „nie wie, nie umie, robi źle”
    3) z uwagi na powyższe bitwę łatwo „sprzedać” sponsorom, bo jest niewymierna – nikt nie wie jak powinna wyglądać, w każdym razie nie może tego udowodnić. Zawsze można powiedzieć, że robimy bitwę w skali, albo że to jest pewien epizod.
    Korzystają z tej sytuacji ludzie bardzo luźno związani z wiedzą historyczną i rzeczywistymi umiejętnościami rekonstruktorskimi. Przyciąga to grupy nieletnich kosynierów, podstarzałych strzelców i całe mnóstwo innych nienazwanych cudaków.
    Mnożą się więc drobne przedstawienia gminno-miejskie, nijak mające się do historii czy kultury wogóle, ale wszyscy z czystym sumieniem powołują się na „rekonstrukcję bitwy”.
    Gdyby wiadomo było, że bitwa to jest jak stoi ileś szeregów, ileś armat, ileś koni i wszyscy muszą zrobić pewne jasno określone poruszenia to na wstępie odpadło by wielu „rekonstrukcyjnych uzurpatorów”, którzy wydębiają żołdy, dotacje, stypendia, czy przede wszystkim udział w imprezach rekonstrukcyjnych, które w zamyśle jeśli są dotowane przez społeczność lokalną to w przeświadczeniu, że służą rozwojowi zainteresowanych rekonstruktorów czy też edukacji lokalnej społeczności.
    Tymczasem nie służą ani jednemu ani drugiemu, bo poza grupami faktycznie mogącymi coś pokazać są ogromne zastępy grup, które z trudem zdobyły się na mundury i broń, a ich udział w bitwie to bezładne próby naśladowania bohaterów kilku filmów typu „Patriota”. Zamiast okazji do rekonstrukcji manewrów jest okazja do pobiegania i postrzelania.

    Małe imprezy mogłyby stać się perełkami – wyszkolenia, umiejętności, doskonałości. Można w trzy osoby zademonstrować praktycznie wszystkie zjawiska związane z walką ogniową, a jeden człowiek doskonale pokaże cały zakres poruszeń ze Szkoły Żołnierza. Można organizować pokazy strzeleckie całymi sekcjami, nawet jesli mają po pięć osób. Nawet strzał jednego karabinu, umiejętnie pokazany i omówiony może być wartościowy.
    Warunek jest jeden – ktoś musi to umieć.
    Jeśli nie umie to prędzej podejmie się demonstracji bitwy – biegu, krzyku, walki wręcz, lub po prostu „marsowego wyglądu”. I na tym przeważnie polegają małe bitwy, nie tylko w Polsce.

    nipi

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.