Obóz historyczny

  • 18 sierpnia 2009 z 13:03 #6942
    Koroniarz
    Keymaster

    Gwoli ilustracji:
    O kampaniach 1809-1812:

    W każdym pułku jazdy było dwóch adiutantów majorów, jeden niby do pióra, a drugi do korda; do tego dwóch albo czasem trzech adiutantów podoficerów. Ja byłem sam jeden. Zaraz na początku kampanii mój kolega, kapitan Mieroszewski, był wzięty w niewolę. Adiutanta podoficera miałem tylko jednego, i to pół Niemca. Służba zaś adiutanta majora jest tak rozciągła i tak rozmaita, że trzeba się dziwić, jeżeli kto jej wydołał przez kilka miesięcy wojny. Adiutant major komenderuje; całą służbą wewnętrznego porządku i zewnętrznego bezpieczeństwa obozu, stawia placówki, wyprawia patrole, dowodzi często flankierami, rozdziela furaż i żywność, a – co najnieznośniejsze – pisze codzienny apel, czyli stan pułku, raporty piętnastodniowe i miesięczne, na koniec wszelkie ekspedycje. Prawdę mówiąc, niedoświadczenie podwajało mi każdą pracę, nade wszystko piśmienną. Całą noc przed dniem bitwy pod Możajskiem (którą Francuzi zowią de la Moscowa, a Rosjanie – pod Borodino) staliśmy w przedniej straży, cugle w ręku – równo za dniem wstąpiliśmy do boju – słońce zachodziło, kiedy cisnąc się krzakami uderzyliśmy na lewe skrzydło nieprzyjaciela – a ciemno już było, kiedy wróciwszy na plac bitwy, zsiedliśmy z koni. Zaświeciły się ognie pomiędzy ciepłymi jeszcze trupami. Spoczął każdy, ja tylko przy świeczce trzymanej pod płaszczem kreśliłem moje raporta. Wtenczas ślubowałem na odległą przyszłość, że wystąpiwszy ze służby przybiję na drzwiach raport i od czasu do czasu strzelać będę do niego, i że pióra nigdy w rękę nie wezmę. Nie dotrzymałem i Bóg widzi, żem na tym dobrze nie wyszedł.

    O kampanii 1813:

    Jednakże małe to jeszcze były przykrości, to jest przykrości samotnych wędrówek w porównaniu nieustających utarczek na każdym noclegu po wsiach. Z maruderami ciągła walka. Ale kiedy już przyszło do starcia się na piękne, pałaszem tylko albo drągiem można było działać. Francuza dobitnym razem trzeba zbić z terminu. Wtenczas dopiero powie „Tiens!” i ustąpi z placu – rozumie się w niesłusznej napaści. Ale i linia, nawet gwardia napadała jak szarańcza domy, przed którymi warty nie było. Z bronią w ręku trzeba było bronić swego schronienia wtenczas, kiedy czas było spocząć. Inaczej wyjęli drzwi, okna, gotowi palące się polana wyciągnąć spod kociołka, a snopek słomy spod ciebie. Cały dom gotowi byli rozebrać, gdyby to tyle pracy nie kosztowało.
    Pierwszy marsz z Drezna do Seerhausen; przychodzimy późno – deszcz leje. Na Rejtana kolej odbierać furaż – ale dystrybucji nie ma. Jazda gwardii przybyła wraz z nami. Trzeba szturmem zdobywać. Każda sterta najeżona ludźmi, zdaje się ogromnym rozbitym mrowiskiem. Snopy bieleją się w środku, jak mrówcze jaja sprzątane przez strwożone matki. Ten ciągnie, ten wyrywa tamtemu, ten pada pod ciężarem, a tamten go unosi. Ruch, ścisk, cały kopiec żyje. Do tego dołącz żołnierską wrzawę, ludzką kłótnię, krople deszczowe, kurz zbożowy, a obraz będzie dokładny. Nareszcie Rejtan przybywa; niosą za nim siano i słomę, ale je prawdziwie wywalczył, bo nazajutrz rąbie się z francuskim oficerem.
    My tymczasem umieściliśmy się dobrze nad wszelkie spodziewanie. Spoczywaliśmy pod sklepieniem mirtów, granatów i pomarańcz. Śnieżny kwiat padał na kulbaki. Woń godna bogów walczyła zwycięsko z różnorodnym zapachem biwaku. Byliśmy w obszernej oranżerii. Ale niedługa rozkosz, a sen jeszcze krótszy. Piesza gwardia nadeszła. Wyjmują okna, nie ma co mówić, my mamy dach, słusznie, aby oni mieli okna. Ale od łyczka do rzemyczka. Wyjąwszy okna, ciągną ze środka jaką mogą tarcicę, jaki mogą kawał drzewa. Jeszcze nic. Ale nareszcie zaczynają zbijać obręcze z wazonów, wazony brać na opał. Padają oleandry, aloesy, kaktusy i agapantusy. Bierz je licho – nigdy nie byłem miłośnikiem botaniki, a tym mniej wtenczas, ale można jakim wykorzenionym kaktusem albo cyprysem w łeb dostać. Ziemia się sypie, rusztowania trzeszczą. Koniec końców trzeba było zrejterować się w jeden kąt i tego jeszcze do białego dnia bronić od zupełnego zniszczenia.
    Podobne, lecz śmieszne dla nas mieliśmy zdarzenie w Perthe, dużej wsi między Vitry a St. Dizier. W nocy otwierają się drzwi z trzaskiem, hałasem. Jeden z kolegów, co zawsze odosabniać się lubił i nad wygodami przemyśliwał, wpada do naszej izby. Spodnie pod pachą, buty w jednym, pałasz w drugim ręku. Cóż się stało? Co się dzieje? Kozaki czy ogień? – Wcale nie. Nasz kolega wybrał sobie kwaterę na piecu piekarskim, które to piece we Francji opodal od domu przykryte bywają płaskim daszkiem, jak u nas piwnice. Zasnął smacznie, a wtem… trzask! prask! gonty się łamią, krokiew pęka i piechur na kark mu spada. Excusez! Dach rozbierają. Ledwie wyszedł cały, a my musieliśmy pospieszyć, aby resztę rzeczy wyratować z tej zburzonej Troi.
    W tej wsi Perthe usłyszałem miejscową anegdotkę, którą pozwolę sobie Państwu powtórzyć. Żył tam przed laty pleban, który tylko wierszami mówił. Razu jednego między nim a biskupem taka nastąpiła rozmowa:
    – Vous etes le Curé de Perthe?
    – Certes.
    – Le fameux rimeur?
    – Oui, Monseigneur.
    – Descendez de cheval.
    – Vous dites mal.
    – Comment?
    – C’est une jument.
    … I mruga! piękna to piosneczka, niedługa.
    Przykre bywały te utarczki z rzeszą obozową dla oficerów sztabowych, którzy zmęczeni zawsze jak psy gończe, co dzień cały po trzcinach starego lisa goniły, potrzebowali tak dla siebie, jak i dla koni kilka godzin odpoczynku – odpoczynku, którego każdy inny w jakim takim, ale niekontestowanym biwaku mniej więcej używał. Biwakować zaś także trudno nam było. Jeżeli to czasem się trafiło, leżeliśmy na kwiecistym kobiercu ziemi pod gwieździstym namiotem nieba. Bo nie było komu spiąć jaką taką barakę, przynieść drzewa, słomy, wody. W pułku jedni drugim pomagają, jedni zostają przy koniach, drudzy przy kociołku, a inni idą na łówkę. Ale oficer sztabowy ze swoim służącym nie rozbierze dachu ani też wyjmować będzie okien z oranżerii. Na to trzeba stowarzyszenia nie przez akcje, ale przez pięści. Sama epoleta za słaba w tym razie. Nie mniej przykrymi bywały te noclegi, gdzie gwardia dostawała rozkaz de se loger militairement, to jest – jak kto może. Kilku nas ze swoimi i tych kolegów, którzy się na misji znajdowali, służącymi i końmi zajmujemy jaki domek. W parę godzin kłapanie tysiąca trzewików oznajmia, że piechota przybywa. Wkrótce potwierdza to mniemanie dwukrotne uderzenie kolbą w drzwi – podpiera, kto może – rozmowa przez deski – czasem uda się odwrócić ten pierwszy napad – ale niezadługo nastaje drugi, trzeci, a im późniejszy, tym upartszy, bo to ogon kolumny, ten nie ma wyboru ani czasu do stracenia. Drzwi trzeszczą, kapitulować trzeba. – Wielu was? – Trzech. – Dobrze, trzech przyjmiemy. – Otwierasz, wchodzi sześciu. „Pardon Messieurs! mais que voulez-vous…” „Il faut bien… etc. etc…” Dobrze, dobrze, tylko cicho – wy tam, a my tu. Ale zaledwie utasowano się jako tako, nowy szturm. – „Briquet! Est-tu par la?” – „Ah! C’est toi Colicaut!” – „Allons sacrrr!!… Vous allez faire entrer toute une compagnie!… Dutout!… dutout… un seul, pas plus, natre camarade… Voyons” – I wchodzi jeden, za nim wciska się znowu jeden i niby nie puszczany przez tego, co drzwi uchylił, jeszcze jeden. – „Fermez donc, sacrrr!…” – Oui, Messieurs. Ale już obrócić się trudno. Otóż to nocleg sztabowych oficerów.
    Raz wróciwszy z misji, strudzony, zziębnięty, oddaję konia, wchodzę do wskazanej mi izdebki i rzucam się na łóżko bez wszelkiej przemowy. Zasnąłem twardo jak panna po balu albo wikary po stypie. Nad ranem, jeszcze ciemno było, wstaję – potykam się na czemsiś… chwytam się czegoś drugiego… upadam na coś trzeciego… Słowa zagrzmiały, słowa się krzyżują, słowa, których nie ma ani w dykcjonarzu, ani w encyklopedii i których powtórzyć nie mogę. Cóż się to stało w mojej samotnej izdebce podczas mego snu? Oto grenadiery gwardii zaległy ją pokotem. Dziwna rzecz, że żaden nie położył się na mnie. Ale Francuzi tak grzeczni!
    W owych szturmach, obronach, walkach o trochę słomy albo kawałek poddasza kto był Ajaxem? Kto Hektorem? Mój Onufry. To przyznać trzeba. O! jak piękny był, kiedy zwabieni hałasem na podwórze, ujrzeliśmy go nad leżącym pod wozem Garde d’honneur’em, z ogromnym drągiem w ręku. Stał jak ów, słynnego dłuta Canovy, Tezeusz nad Minotaurem. Garde d’honneur krzyczał i, nieufny zapewne w siłę pałasza, parował obu nogami grożące mu razy. Wiązka siana obok walczących świadczyła, o co poszło. Krzyknąłem – drąg się spuścił – Garde d’honneur wstał – zdjął czako z ziemi mrucząc: „Est-il mal-appris, celuil la!” I obcierał sobie mundur… nie na piersiach zwalany.

    18 sierpnia 2009 z 13:15 #6944
    niepij
    Participant

    Fragment obozu w roku 1809 w 2gim pułku piechoty XW oczyma Aleksandra Fredry:

    Przed stodółką, koło mostu na rzeczce płynącej do Wisły, stał wóz długi przykryty, zielono malowany, z dużym wzdłuż wieka napisem: „Furgon drugiego pułku piechoty”. Furgon w obozie jest zawsze celem zazdrości, bo staje się domem, pałacem. pod nim między kołami obszerna sypialnia, bezpieczna od słoty i gorąca, przy boku sala jadalnia, ale że z nią razem i kuchnia, przeto raz z jednej, a raz z drugiej strony, podług wiatru. Z tyłu lada derka, w górze wiekiem przyciśnięta, a w dole patykami podparta, wygodną staje się komnatą. Pod dyszlem zaś, ile na nim rozwieszonych płaszczów i koców, tyle gabinetów, w których siodła, juki, sakwy służą za stoły, sofy i wezgłowia. O kilka kroków naprzód, przed karabinami złożonymi w kozły, grenadier na straży brał za broń przed przechodzącymi oficerami albo sparty na niej odzywał się do rozmowy, przerywanej głośnym śmiechem, co się dobywała z różnych punktów furgonu jakby z trojańskiego konia.

    Z kontekstu tego fragmentu można domyślać się, że była to kwatera ludzi wyższego stopnia, choć „najwyżsi” oficerowie pomieścili się w pobliskiej „stodółce” i zabudowaniach gospodarstwa.
    Należy więc założyć, że zwykli żołnierze nie mieli nawet takiego luksusu.
    Pewnie wegetowali pod gołym niebem albo klecili swoje wiatki. Szczęśliwie dalej dowiadujemy się, że pogoda była dobra w tym czasie, więc pewnie znosili te niewygody całkiem nieźle.

    19 sierpnia 2009 z 00:15 #6950
    Brykiet
    Participant

    Ale nasza przeciętna impreza to około 200 osób. Obozują, a raczej biwakują dwie noce i jeden dzień. Choroby przeważnie nie zdążą się wykluć, smród zazwyczaj nie przekracza walorami smrodu jaki możemy wąchać na parkingu pod domem. Dzięki współpracy z lokalną ludnością nie musimy rabować jedzenia ani kraść drewna na szałasy bo wszystko nam dają… właśnie po to by tych wystepków uniknąć. Odpadki kuchenne z zupy dla 20 osób przeważnie nikną w brzuchach tych 20 osób.

    Drogi NP. nie przestajesz mnie zadziwiać! Po homeryckich bojach na tym forum jakie stoczyliśmy stajesz po mojej stronie????? Jakże to???? Bronisz tych podłych „plastikowców” pijących z puszek na umór i śpiących w śpiworkach w cieniu toitoiek????

    A teraz poważnie: moj post miał na celu uświadomienie, że podobnie jak z mundurami tak i z obozem „prawda czasu” jest dość (niestety) odległa od „prawdy rekonstrukcji”. Miałem nadzieję, że w tym wypadku to ja przechodzę na twoją stronę barykady ale żeby Ty na moją???

    PS: Dzięki za celny fragmencik z A. Fredry.

    19 sierpnia 2009 z 12:11 #6953
    niepij
    Participant

    Brykiecie,
    Myślę, że bez przesady. Nie wkładaj mi w usta tego co ja sobie sam włożyć nie chciałem.
    Picie z plastików, alkoholizm, puszki i śpiworki, cienie toitoiek uważam za tragedię i pomyłkę w pojmowaniu rekonstrukcji historycznej.

    Żeby wyrazić się dokładnie.
    Rekonstrukcja obozu czy biwaku historycznego moim zdaniem powinna być maksymalnie wierna obrazowi historycznemu. Jedynymi zjawiskami jakich nie chcę odtwarzać są te, które mogłyby urazić moją godność (czyli przemoc fizyczna, zachowania niemoralne i nałogi, przestepstwa wszelkiego rodzaju…) oraz sytuacje które mogłyby uszkodzić mnie zdrowotnie (czyli choroby, wszy, wypadki, zbędny brak higieny).
    W zasadzie prawidłowo zbudowany obóz z epoki, nawet bardzo duży powinien być również wolny od tych złych zjawisk. Dość precyzyjnie widać to ze wskazań Regulaminu Służby Obozowej, Dziennika Podręcznego i chociażby tego pamiętnika Bleza, który opisuje obozy jako krótkotrwałe miasteczka z szerokimi uliczkami o nazwach wielkich bitew lub wodzów, w których żołnierze obsadzali nawet alejki młodymi drzewami, żeby było ładnie.
    Prawda prawdziwych rekonstrukcji nie odbiega tak bardzo od prawdy historycznej. Wystarczy tylko chcieć.
    Dlatego ja selekcjonuję imprezy tak by bawić się w otoczeniu „prawdy rekonstrukcyjnej i prawdy historycznej” za razem.

    Czy te zdjęcia kojarzą się z pijakami, toitoiami, burmistrzami, publicznością, smrodem, chorobami?
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 8A3572.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 8A3601.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U2334.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U2363.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U2614.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U2714.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U2871.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U2888.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U3647.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U3790.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U3882.jpg
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/ … 5U3915.jpg
    A może przypominają możliwe wizerunki żołnierzy w realiach z epoki?

    Wracając do źródeł historycznych. Ponownie zwracam uwagę na „Dziennik Podręczny”, nota bene wydany jako reprint chyba przez spadkobierców 2go pułku, w którym chyba jesteś feldfeblem. Od strony 13 do 15 wydania reprintowego znajdziesz 5 podstawowych sposobów noclegowania przewidzianych przez regulamin w roku 1807. Nie trzeba rekonstruować tylko obozu. To co robimy my, właściwie bardziej kwalifikuje się jako biwak, albo gospodowanie lub nocleg u mieszkańca. Obozów jak piszą w pamiętnikach przeważnie nie budowano w czasie kampanii, właśnie ze względów o których pisałeś. Logistyka przerastała wszelkich organizatorów, łatwiej było ludzi rozkwaterować po stodołach, kosciołach, albo kazać im rozejść się po jakiejś przestrzeni i radzić sobie jak się da. Jak sobie radzili informują pamiętniki.

    Nie istnieje żaden logiczny powód dla którego możnaby w rekonstrukcji zrezygnować z prawidłowej i starannej rekonstrukcji epokowego noclegu. Nie rekonstruowanie biwaku i obozu lub pokazywanie fałszywego jego wizerunku oznacza lenistwo lub niechęć do prawdy historycznej.

    Syf, choroby, smród, plastik, głupota, lenistwo są zjawiskami negatywnymi zarówno dziś jak i niegdyś (moze kiedys nie było plastiku, ale też by go nie lubili). Przestępców wyłapywała żandarmeria. Pijaków straże. Dziwki przeganiano i publicznie upokarzano. Nieuczciwych kupców i furierów karano przykładnie. Dezerterów bito lub zabijano. Wszystko zgodnie z ówczesną moralnością i regulaminami.
    Jak zawsze prawo działa różnie. Czasem nie działa. Ale w zamiarze miało działać i wtedy kiedy się dało stosowano je. Dość dokładny opis działania prawa i sądownictwa w wojsku polskim przekazuje nam Aleksander Fredro. Opisy kar za przestępstwa znajdują się w Regulaminie służby obozowej, Książeczce Wojskowej (w pełnej wersji), kary za alkoholizm i stosunek do niego pokazuje Białkowski, Dziennik Podręczny. Wygląda na to, że nawet bohaterskie czyny nie zmywały hańby jaką była notoryczna bania i taki zołnierz nie miał szans ani na awans ani na wyższe odznaczenia.
    „Czy nie pije lub w karty gra” to jedno z kluczowych pytań w kontroli oficerów z roku 1815 i nie dlatego, że sztab szuka towarzyszy do pokerka przy wódeczce, tylko dlatego, że oficer pijak i hazardzista był problemem i bezpieczniej było go odesłać do pilnowania Zadupia niż mianować go generałem.
    Tak naprawdę są ogromne zasoby wiedzy, które pozwolą odtworzyć prawidłowo różne rodzaje noclegów, biwaków, obozów bez ryzyka czerwonki, zgwałcenia czy zawszenia.
    TRZEBA TYLKO CHCIEĆ COŚ ZROBIĆ DOBRZE. STARANNIE. Z SERCEM.
    …i nie zwalniać się tak łatwo z czynności, które wymagają wysiłku i zrozumienia.

    A problemy związane z obozowaniem kilku tysięcy zołnierzy pozostawmy sobie na czasy w których będziemy mieli kilka tysięcy żołnierzy.
    Na razie mamy kilkaset w miarę zdrowych osób w całej Polsce. Co do koni, to nigdy chyba w Polsce nie wdziałem ich więcej niż 50 i zazwyczaj pojawiają się tylko na samą bitwę więc smród i odchody są umiarkowane. A przypominam, że zazwyczaj mamy do czynienia z noclegiem dla dwóch „ARMII” po 50-100 osób. Taka liczba nie zaburzy ekosystemu ani nie przerasta logistyki nawet z początku XIX wieku.

    Z pewnością nie staję po Twojej stronie. Oczywiście w tej dzidzinie, bo w wielu innych się zgadzamy.

    20 sierpnia 2009 z 12:16 #6958
    Maria J. Turos
    Participant

    Cny Niepiju
    …że pozwolę sobie zacytować Moliere’a „…i tuś mi Grzegorzu Dyndało…”. Nie imponują mi sceny prezentowane na fotografiach, gdyż dane mi było to samej przeżyć w skansenie Wsi Radomskiej podczas niezwykle dopracowanej, acz kameralnej – właśnie wstrzymuję palce nad klawiaturą co to było, bo to właśnie było WEJŚCIE W INNY WYMIAR CZASU – inscenizacji z okresu walk Powstania Styczniowego.
    I właśnie – jak wiele zależy od nas samych. Tu był entuzjazm, nawet uczniów liceum, którzy podpytywali się jak mają leżeć „…żeby było naturalnie…”, interesowały ich moje dokumenty – tą scene „…rewizji przez Kozaków…” powtorzyliśmy później na prośbę widzów tuż przed publicznością, i przyznam się szczerze pierwszy raz (poza oczywiście znawcami zagadnienia) padały pytania jak wtedy wyglądał paszport, dyplom doktorski, dlaczego mam wypisaną marszrutę, mało czy naprawdę umiem czytać cyrylicę sprzed reformy (to „…psorka…” z liceum).
    Tak było w 2008 roku.
    W bieżącym podobnie – do „…rewizji osobistej…” włącznie (nasi przemili „…jegrzy…” kazali mi zdjąć pelerynę, oklepali po surducie i rozgrzebali mi kuferek, ku radości nie znajdując broni – ta była schowana dość przemyślnie, ale posłużyłam sie przykładem zaczerpniętym z zapisków Elizy Orzeszkowej – lecz za to czyste „…dolne niewymowne z troczkami…” które oglądali) – ale tak „…wtedy było…”.
    Było miejsce i na modlitwę – autentyczną – i na rosyjskie wrzaski i na wszystko. A styczniowe południe okazało się być za krótkie (w 2008 roku była odwilż, padała mżawka, w bieżącym był śnieg i mróz).
    Czyli – chcieć to móc: czasem godzina bądź dwie dają więcej w sensie istnienia w rekonstrukcji niż rozlazłe (przepraszam za ten kolokwializm, ale jak wygląda czasami „…biwak…”) „…nie wiadomo co…” trwające dwa czy trzy dni.
    Pozdrowienia

    20 sierpnia 2009 z 14:06 #6959
    niepij
    Participant

    Zdjęcia nie mają imponować tylko skłaniać do refleksji. Warto je porównać ze zdjęciami z wiekszości polskich imprez. Z opiewanymi przez Brykieta toitoiami, z zaciekle bronionymi plastikami, przystankami, ludźmi połowicznie ubranymi w nieudolne kopie mundurów, a połowicznie odzianymi w spodenki typu „haiti” albo w kamuflaż. Warto się zastanowić czy zawsze musi być publiczność. Czy tylko o to chodzi?
    Czy może warto zrobić coś porządnie dla siebie i Kolegów, którzy są naprawdę spragnieni rzeczowej informacji i właściwej rekonstrukcji danego okresu, nastroju.
    Leżący licealiści nie mają nic wspólnego z rekonstrukcją. To ludzie którzy chcą się bawić i szczerze chcą pomóc. Chwała im za to ale rekonstruktorami nie są do momentu kiedy poznają historię ubioru, kultury, rzemiosła i ewentualnie wojskowości jeżeli mają się zająć rekonstrukcją militariów.
    Z całym szacunkiem ale znowu przenosi Pani dyskusję na płaszczyznę uczuć i niewymiernych wartości w rodzaju warunków pogodowych i subiektywnych wzruszeń.
    OBÓZ HISTORYCZNY MA PEWIEN KSZTAŁT I WARTO GO POKAZAĆ. Może trwać chwilę, może trwać tydzień, ale niech będzie ZREKONSTRUOWANY właściwie. W przeciwnym razie nie jest rekonstrukcją tylko widowiskiem parahistorycznym.

    Przy okazji dziekuję za swobodne „spuszczenie” pracy i starań kilku światowej sławy grup i muzealników, których praca przedstawiona jest na pokazanych przeze mnie zdjęciach. To ciekawe, że pisząc o uczuciach tak łatwo pisze Pani, że jej nie imponują pokazane przeze mnie zdjęcia. I vice versa. Mi nie imponują zdjęcia z wiekszości imprez polskich jakie można obejrzeć w galerii Arsenału i innych. Nie imponują mi płaszcze współczesnych armii europejskich zamiast właściwie zrekonstruowanych płaszczy z epoki. Nie imponują mi marynarki z doszytymi rabatami w jakich chadza wiekszość rekonstruktorów. Nie imponują mi leżący licealiści. Nie imponują mi kozacy nie znający rosyjskiego. Nie imponują mi poprostu.
    Przypuszcza Pani że grupy które pokazane są na zdjęciach nie posiadają życia duchowego? Czy oni, kiedy już przygotują siebie i swój ekwipunek do imprezy nie potrafią czuć się jak niegdyś? Staranność i uczciwość w rekonstrukcji nie przekreślają głębokiego przeżywania. Proponuję przejrzeć resztę zdjęć z tej strony, z której pochodzą zdjęcia.
    http://www.history-live-foto.com/bgal3/index.htm
    Coś chyba powinno Pani zaimponować, bo to jest rekonstrukcja. A zdjęcia w wiekszości nie są pozowane. To reportaże z imprez rekonstrukcyjnych.
    Sądzę, że imponujacy jest zbiór umiejętności i ekwipunku ich lekarza na przykład, który za razem jest felczerem, fryzjerem i aptekarzem. Chętnych ogoli, ostrzyże, ufryzuje. Dla łysych ma peruki. Jeśli czegoś nie ma to chyba tylko plastikowych butelek i aluminiowych puszek.
    Imponujacy jest też skansen w którym się spotykają.
    Imponujące jest to, że im się chce porządnie zrekonstruować wszystko. Doić krowy, pracować w ogrodzie drewnianą łopatą, rano wypuszczać kurczaki do ogrodu, ubijać masło, zbierać purchawki na opatrunki, robić szarpie, czyścić broń. Oni też mają dokumenty z epoki, książki, meble, naczynia, narzędzia, broń. Mają też teatrzyk zrobiony ze starych akwafort.
    Jeśli fascynuje Panią ostrzenie noży, to mają też wędrownego ostrzyciela norzy, który spędza cały czas imprezy snując się po skansenie ze swym warsztatem na plecach i proponując swoje usługi.

    Oni nie mówią o uczuciach.
    Oni je przeżywają.

    Rozmawiałem z nimi o sytuacji polskiej rekonstrukcji. Mówili, że u nich było podobnie, kiedy ruch się nagle rozrósł. Wiele pracy kosztowało ich i innych rekonstruktorów udowodnienie ludziom, że można się starać i można umieć, ale im się udało. Kiedyś o nich mówiono, że są chorzy, sfrustrowani i niespełnieni. Teraz są spełnieni, a ich adwersaże są ośmieszeni. W ich środowisku to miłosnicy szkół i toitoiów wzbudzają politowanie.
    Życzyli nam jak najlepiej, a mi osobiście życzyli bym nie stał się typowym niehiszpańskim wielbicielem corridy, bym nie musiał „całe życie jeździć do Hiszpanii by oglądać walki byków”. Dla dobra polskiej kultury chciałbym żeby ich życzenia się spełniły i żebym miał kiedyś okazję opowiadać jakimś Kirgizom albo Ewenekom: „No tak chłopaki, u nas też wszyscy kiedyś mówili, że napoleoński obóz to szkoła z toitoiami, ale udało się pokazać, że wcale nie”.

    20 sierpnia 2009 z 14:50 #6960
    Prusak
    Participant

    Niepiju,swego czasu już wspomialem o imprezie jaką rok temu sama dla siebie zorganizowała nasza grupa.Miejsce-folwark w miejscowości Liwa,oddalony od samej wsi o dobrych pare kilometrów,teren pozbawiony nawet na horyzoncie linii wysokiego napięcia.Nocleg-podoficerowie pruscy w domu gospodarza na podłodze przy kominku,szeregowi-w stodole na słomie.Toaleta-jak okiem sięgnąć(niestety brak większej ilości czasu spoowdował że nie zdążyliśmy wykopać latryny-ale wszyskto do realizacji)na terenie folwarku czysyt staw.Faktem jest że przywieżliśmy ze sobą namioty(jak na pruską armie anno 1806 przystało)Ale ostatecznie zrezygnowlaiśmy z ich używania-na rzecz rzeczonej stodoły.Pobudka -zgodnie z danymi zawartymi w historii naszego regimentu(wydana w Głogowie w 1857 roku ; http://books.google.pl/books?id=H3hUewKNAHEC&pg=PR13&dq=regiment+Hamberger&ei=Nz0OSN6cOI-KzQSdn-i5Ag#v=onepage&q=regiment%20Hamberger&f=false ) o 5 rano.Przez cały dzień ćwiczenia na przemian z instruktarzami czyszczenia broni i zastosowaniem poszczególnych elementów wypsoażenia dla nowych kolegów)Jedyni widzowie-gospodarz,jego córka,psy,koty i kilka pięknych koni -pruskich trakenów(dokładniej rzecz biorąc konie „ostrzelane” całkowicie spokojne przy karabinach,mundurach itp.)
    Temat imprezy-Ostpreussen 1806.
    Od piątku do niedzieli bawiliśmy się sami dla siebie.
    Swoją drogą pisałem do Oliviera o możliwości zorganizowania tam czegoś większego-dla kilku grup,bez publiki.
    Podobna sytuacja Będomin rok temu-obóz rozbiliśmy kilkanaście kilometrów od Będomina „na dziko”,zaopatrzenie
    zdobywaliśmy sami…

    20 sierpnia 2009 z 20:38 #6964
    Maria J. Turos
    Participant

    Cny Niepiju
    Rzeczywiście strona do której podał Pan adres jest bardzo piękna. I rzeczywiście jest czego zazdrościć. Lecz do pewnego czasu – puki nikomu z rekonstruktorów, ani z widzów się nie dzieje. To znów mi uprzytomniła ostatnia defilada w dniu 15 sierpnia.
    Żaden sąd – no chyba, ale nie jestem tego aż tak pewna, składamy deklaracje iż wszystko robimy na własne ryzyko, nie jestem aż tak biegła w prawie ogólnie – nie oddaliłby zarzutu o nieumyślne nieudzielenie pomocy, gdyby przez chęć totalnego „…zanurzenia się…” w XIX czy XVIII wiek nie było łączności.
    Tak, tej współczesnej – i naprawdę, żadnym argumentem byłoby „…że…”.
    Wiele razy moi Przełożeni pytali się czy na moje wyjazdy (różnie to nazywano) biorę współczesną apteczkę i mam na stałe wgraną w „…komórkę…” możliwość łączności bez wybierania 112 lub trzech dziewiątek.
    I mieli rację
    …mam zawsze apteczkę, mam telefon. I nie czuję, że to mi przeszkadza. Jeśli tak…
    No cóż trudno – nie chciałabym stanąć przed sądem.
    Szanowny Panie Koroniarzu
    Moją dalszą obecność na forum znów zostawiam do Pańskiej decyzji, lecz coraz bardziej czuję, iż chcę zrezygnować.
    Z szacunkiem

    20 sierpnia 2009 z 23:50 #6966
    niepij
    Participant

    Nikt nie zabrania mieć komórki, ani apteczki. Trzeba je mieć, bo takie są wymogi naszych czasów. Nie trzeba jednak ich używać bez potrzeby i ostentacyjnie nosić czy kłaść na widoku.
    Trzeba zażywać współczesne lekarstwa, jeśli ktoś ma chorobę, która tego wymaga. Trzeba ratować ludzi rannych, zemdlałych, połamanych, czy uszkodzonych w jakikolwiek sposób. To są nasze normalne obowiązki.
    Gdzie ja napisałem, że należy sobie robić krzywdę? Gdzie napisałem, że w krytycznych sytuacjach należy dalej zabawiać się w żołnierzyki? Byłem świadkiem dwóch tragicznych wypadków podczas bitew i przy jednym z nich byłem pierwszą osobą która pobiegła po stojącą niedaleko karetkę. Nie rozmawia Pani z człowiekiem bezmyślnym i pozbawionym świadomości co jest ważne, a co jest zabawą.

    Wogóle absurd pomysłu, że rekonstrukcja staranna i zgodna ze źródłami prowadzi do wiekszej ilości okaleczeń i wypadków niż imprezy z pijackimi noclegami w szkołach przerasta moje możliwości zrozumienia. Dlaczego wszyscy upieracie się, że mówiąc „źródła historyczne”, mam na myśli wszy i czerwonkę?
    Oba wypadki, które widziałem odbyły się na typowych imprezach pseudohistorycznych, po nocy w szkołach i dyskotekach ostro zapitej. Były efektem bezmyślności i zamroczenia, a nie czytania regulaminów i pamiętników. Widziałem też kilka zupełnie obłąkanych wypadków przed bitwą typu pseudohistorycznego, kiedy to pijani już uczestnicy nie mogli wytrzymać napięcia i strzelali na biwaku raniąc lub parząc siebie i kolegów. Widziałem noclegi w szkołach, które owocowały setką niedopałków przyklejonych do sufitu, a pod tym były otwarte ładownice… co byłoby gdyby, któryś z niedopałków płonąc jeszcze wpadł do takiej ładownicy? Widziałem „ludzi honoru”, którzy cieli się po pijaku szablami twierdząc, że rekonstruują pojedynki.
    Natomiast jedynymi wypadkami jakie zdarzyły się podczas marszów i ćwiczeń rekonstrukcyjnych,do jakich namawiam były obtarcia stóp na skutek długiego maszerowania.

    Nie można tak stawiać spraw. To nie jest opozycja pomiędzy zachowaniem zdrowia, a rekonstrukcją prawidłową.
    To jest opozycja pomiędzy lenistwem, niebezpieczeństwem i niedoróbkami, a rekonstrukcją prawidłową.

    Praktycznie każdy niezbędny przedmiot ratujący życie, da się upchnąć gdzieś w plecaku, czy w namiotach. Można też to wszystko trzymać w samochodzie, na pobliskim parkingu albo poprosić organizatorów o przechowanie tych przedmiotów. Można mieć gasnice ukryte w słomie. GPS w czaku jesli ktoś boi się zgubić w drodze. Nie będzie w tym nic złego. Pod warunkiem, że użyjemy tego tylko wtedy kiedy trzeba, kiedy uznamy, że już jest ten moment, że zabawa się skończyła i trzeba ratować życie lub zdrowie. Nie powinno się jednak stawać przed namiotem i dzwonić do żony, dzieci, czy do pracy. Nie powinno się trzymać współczesnych urządzeń typu nawigacja, telefon, GPS, ipod, imac, usb na widoku, bo to niweczy całą zabawę i zupełnie nikomu nie pomaga łącznie z właścicielem, który nie mogąc porzucić na półtora dnia współczesnych mediów daje raczej dowód swojego uzależnienia niż hołdy tradycji.

    Ryzyko tragedii podczas marszu rekonstrukcyjnego czy biwaku w skansenie jest mniej więcej takie jak podczas kilkuosobowej wycieczki do parku krajobrazowego. Tam też nikogo nie ma i trudno liczyć na natychmiastowy ratunek, ale przecież chodzimy do lasu.

    Żródła historyczne informują nas jak:
    rozplanować obóz,
    rozstawić warty,
    przygotować hasła,
    ćwiczyć musztrę,
    szykować posiłki,
    budować schronienia,
    uzdatniać wodę,
    obsługiwać broń,
    rozplanować kuchnie ziemne,
    postepować z materiałami wybuchowymi;

    przy okazji pokazują nam jakie mogły być:
    błędy i nieprawidłowości w planowaniu noclegu,
    nastepstwa bezmyślności,
    skutki głupoty.

    Warto to wszystko czytać a potem wcielać w życie, lub w przypadku ostrzeżeń unikać błędów właśnie, bo na tym polega rekonstrukcja.

    Skończmy z tymi wszami i plastikami. Bo wszy łatwiej złapać w szkole podstawowej albo w przedszkolu niż na rekonstrukcyjnej imprezie. A jesli ktoś nie rozumie dlaczego plastikowe naczynia nie pasują do empirowych ubiorów, to też trudno o jakieś istotne argumenty.
    Biwak historyczny to taki który jest zgodny z tym co o biwaku mówi nam historia. Historia mówi do nas jedynie za pomocą źródeł historycznych, którymi są pisma, ikonografia i zabytki z epoki. Biwak, który zawiera elementy niezgodne ze źródłami nie jest rekonstrukcją historyczną NAWET jeśli odbywa się nad głowami tysięcy poległych żołnierzy dokładnie w rocznicę ich śmierci. Nota bene, jeśli biwak ten zawiera elementy związane z nałogami i prostacką zabawą bez świadomości historycznej nie jest nawet hołdem. Jest raczej policzkiem dla pamięci ludzi którzy tam zgineli.

    Jednak zawsze trzeba pamiętać i dbać o zdrowie i życie ludzi. To nie podlega żadnej dyskusji. Dlatego:
    nie pijmy na biwakach 🙂
    nauczmy się prawidłowo strzelać i trzymać broń 🙂
    nauczmy się NIE walczyć na bagnety i szable, bo przeważnie nie umiemy 🙂 (a to musi skończyć się skaleczonym kciukiem co najmniej)
    nie wpuszczajmy na teren bitwy ludzi nieprzeszkolonych i nierozumiejących idei rekonstrukcji
    nie pozwólny by wymogi widowiska doprowadziły do zmiany naszych reguł bezpieczeństwa
    czuwajmy nad ogniskiem tak by nie podpalić sobie namiotów
    dbajmy o to żeby nam fajka do ładownicy nie wpadła
    nie zaglądajmy do armaty, która nie wystrzeliła, bo może ona tylko odpoczywa
    nie sprawdzajmy jakości prochu podpalając jego górkę zapałką
    nie wrzucajmy ładunków do ogniska
    nie rozpylajmy prochu przy źródłach ognia
    nie odpalajmy petard hukowych, błyskowych, ogni sztucznych zapominając wyrzucić ich z ręki (wogóle nie używajmy ogni sztucznych)
    nie róbmy kopciuchów z butelek po koli, petów i prochu, bo effekta mogą przerosnąć nasze oczekiwania

    Żarty żartami, ale ja nie żartuję. Przestrzegam przed tym co sam widuję.
    Równocześnie zaznaczam, że większość z tych negatywnych zjawisk nie wystepuje w źródłach historycznych, a widziałem je podczas „rekonstrukcji” obozu historycznego.

    21 sierpnia 2009 z 00:06 #6967
    Koroniarz
    Keymaster

    Szanowny Panie Koroniarzu
    Moją dalszą obecność na forum znów zostawiam do Pańskiej decyzji, lecz coraz bardziej czuję, iż chcę zrezygnować.
    Z szacunkiem

    Droga Pani Mario! Drodzy Koledzy!

    Powtórzę to co pozwalałem sobie wcześniej pisać i mówić po wielekroć: uważam, że możliwość wymiany myśli i poglądów jest cenna. Nawet jeśli w różnych kwestiach, poszczególni rozmówcy mają odmienne zdanie. Może wtedy nawet bardziej niż kiedy indziej. Niestety przedziwną cechą wszelakich forów, a więc również i tego jest to, że słowa na nich wyrażone niosą dużo mocniejszy, niż w zwykłej rozmowie efekt. Stąd zapewne i część nieporozumień, między ludźmi skądinąd bardzo życzliwymi. Nie ukrywam też, że z różnych względów cenię sobie obecność i wypowiedzi Pani i Kolegów. Nawet jeśli różnicie się Państwo między sobą, lub gdy sam miewam nieco odmienne zdanie na niektóre tematy. Z rozmów, już poza forum wnoszę, że jest tak i w przypadku szeregu innych osób, które nas czytają.

    Jakkolwiek to do innego wątku (żywa historia czy przebierańcy?), mam subiektywne wrażenie, że polska rekonstrukcja napoleońska przeżywa ilościowy wzrost i jakościowy regres. Myślę, że warto, a nawet trzeba ten trend zmienić, tak by nasze wspólne poszukiwania pozwalały na częściowe przynajmniej zbliżenie się do historii, miast godzić się na stałe kompromisy, które nas od historii oddalają. Dlatego cenię sobie Pani wiedzę o medycynie z okresu i wysiłki w jej popularyzowaniu, ceniąc zarazem krytycyzm niepija, który nie pozwala nam spocząć na laurach, wskazując, że wiele rzeczy które robimy powinniśmy robić lepiej już od samych podstaw (znakomity przykład wątku o mundurach piechoty Księstwa Warszawskiego w latach 1806-11). Myślę więc, że we wspólnych rozważaniach powinniśmy nie traktować opinii odmiennych w kategoriach osobistych, lecz w rzeczowych.

    Jeśli czas pozwoli, do tej obserwacji natury ogólnej dopiszę niebawem parę słów o wartach obozowych w kawalerii napoleońskiej.

    Pozdrawiam serdecznie Panią i koleżeństwo.

    MP

    21 sierpnia 2009 z 09:23 #6969
    Prusak
    Participant

    W Niemczech istnieje ciekawe czasopismo(dostępne w wersji elektornicznej) w którym można znależc artykuły rekonstruktorów i dla rekonstruktorów(kilka linków wrzuciłem juz w temacie o kurtce XW)Przykłady;
    Artykuł o markietankach;
    http://www.napoleon-online.de/Dokumente/Circulaire_1990.pdf
    Tutaj znajdzieci „Hadbuch der Infanterie”-podręcznik piechoty-z instrukcjami jak gotować itp;
    http://www.napoleon-online.de/Dokumente/Circulaire_1991.pdf
    Wnętrze francuskiego tornistra;
    http://www.napoleon-online.de/Dokumente/Circulaire_1993_3.pdf
    I masa,masa innych,powyższe zaznaczyłem tylko po to abyście zobaczyli,że gdzie indziej podchodzi się do tych tematów tak anie inaczej…opracowuje się szczegółowo,a informacje dla ans dosłownie „leżą na podłodze”,czasem trzeba się tylko pochylić i podnieść….czytać,czytać…i stosować w praktyce na biwakach..
    Co ciekawe rekonstruując stronę francuska ma się wszyskto lepeij opracowane,…wstyd więc się do tego nie stosować 😉 ZAmieszczam tutaj link do calej storny z której możecie sobie sciągnąć powyższe opracowania;
    http://www.napoleon-online.de/quellen_circulaire.html
    A także inne(tutaj nawet cały artykuł o okularach);
    http://www.napoleon-online.de/quellen_ejournal.html
    I wspomnienia z „Niemiec,Tyrolu,Hiszpanii,Portugalii i Francji”;
    http://www.militairbibliothek.de/monatsbuch/Georg_Keidels_Kriegsfahrten.pdf
    A jak wiadomo jak zyć na co dzień na biwaku-najlepiej czasem pomagają pamiętniki…

    21 sierpnia 2009 z 11:37 #6971
    niepij
    Participant

    Aby zachować zdrowie na rekonstrukcyjnym biwaku trzeba mieć niestety pełny ubiór. Sam mundur i spodnie, nawet najlepiej zrekonstruowane nie wystarczą. Twórcy dawnych mundurów mieli poważne powody, kiedy planowali, że pod kurtką ma być kamizela, koszula, halsztuk. Spodnie też nie były pojedynczą warstwą cienkiego płótna. Pod nimi były kalesony i pończochy. Spodnie zimowe nawet te pozornie cienkie i krótkie”culottes” miały podszewkę. Użyte materiały miały ogromne znaczenie. Wizualnie cienka „gabardyna” z której szyto kamizelki i „culottes” była wełnianym materiałem o mocnym splocie, a podszyta była dodatkowo jeszcze płótnem lnianym. Dawało to dwie warstwy materiału, wprawdzie cienkie ale dobrze trzymające ciepło. Na to był założony mundur z grubego sukna, a przecież także podszyty płótnem i „gabardyną”. Koszula noszona pod kamizelą też nie bez powodu była tak obszerna, fałdując się tworzyła kolejne warstwy trzymające ciepło. Getry marszowe też nie były dłuższe i cieplejsze przez przypadek. Robiono je z materiałów i dzianin wełnianych, wprawdzie nie wysokiej jakości ale ciepłych i za razem elastycznych. Nie spano też w czapce czy czaku, jeśli tylko żołnierz miał furażerkę to włanie ją zakładał na noc. Na szyi miał halsztuk, nie tylko dla ozdoby. To był rodzaj szalika, a czasem służył jak kowbojska chusta do unikania kurzu.
    Mając to co trzeba założone jak trzeba mamy duże szanse, że przetrwamy nawet zimniejsze noce.
    A były jeszcze ubiory z grubszych gatunków sukna, dla weteranów, więc jesli ktoś ma chory kręgosłup, nerki, czy co jeszcze można mieć chore, to może warto przynajmniej w nocy ubrać się tak by nie zaostrzyć objawów chorobowych. Można zresztą wozić na biwaki kawałki futra, co wielu Kolegów robi. Nie zakłóca to rekonstrukcyjnego charakteru biwaku, a chroni przed zimnem. Przede wszystkim zawsze trzeba zadbać o wypchany siennik, albo chociaż podścielić sobie do spania słomę.
    Spanie w samym mundurze na gołej ziemi, albo w kompletnym ubiorze ale nad wodą, czy w zimnym zagłębieniu może skończyć się rozmaitymi chorobami, a nawet zapaleniem mięśnia sercowego i wtedy biwaki będą już tylko wspomnieniem o ile nie historią. (Nie zmienia to faktu, że są rekonstruktorzy, którzy chcą sprawdzić jak spało się w tych złych warunkach. Częściej jednak testują trudne warunki ci którzy nadmiernie rekonstruowali alkoholizm i usneli tam gdzie urwał im się film.)
    Niebagatelne też są przepisy o ilości poszczególnych przedmiotów w plecaku. Kilka koszul, czy kilka par spodni pozwala na zamianę mokrego czy przepoconego ubrania przed nocą. To naprawdę ma duże znaczenie, a nawet jeśli w źródłach historycznych nie znajdujemy jasnych informacji, że żołnierz miał coś cieplejszego to weźmy to właśnie dla zdrowia. Jedyny ogranicznik w doborze ubioru MUSI stanowić jego epokowy kształt. Ubiór ciepły, czy przewiewny MUSI być krojem i materiałem zgodny z epoką, którą rekonstrujemy.

    Wskazówki dla podoficerów i żołnierzy z roku 1807, zawarte w „Dzienniku Podręcznym” przewidują pięć sposobów noclegowania:
    1 gospodowanie – czyli spanie w gospodzie za biletem wydanym przez dowództwo
    2 koszarowanie – czyli koszarowanie
    3 gospodarowanie – czyli kwaterowanie w izbie u ludzi
    4 obozowanie – czyli obozowanie… tyle że obozy wbrew pozorom nie były częstym zjawiskiem i były budowane częściej w czasie pokoju niż wojny
    5 spoczywanie w polu – czyli rozstawiano kompanie wokół „obozu” głównego zgodnie z zasadami wystawiania łańcucha czujek, wart sierżanckich, wart kompanijnych – część żołnierzy miała wtedy służbę wartowniczą a część mogła chwilami odpocząć siadając lub kładąc się na chwilę.
    Ten piąty sposób był w trakcie działań wojennych częsty, bo pozwalał uchronić wojsko przed nocnym napadem wroga. Oryginalny tekst mówi o tym m. in. tak:
    „Jeśli spoczywa w polu (Żołnierz), powinien naznaczyć sobie mieysce, gdzie się ma stawić w czasie napadu. Starać się powinien, ażeby iego broń była ile możności, suchą i sposobną zawsze do użycia.
    Nie ma się oddalać od sekcyi, ażeby na każdą chwilę był w pogotowiu do broni; dlatego więc nie powinien się rozbierać, owszem swóy tornister mieć zawsze upakowany i gotowy do wzięcia.”

    Jak obozujemy to:
    „Jeśli obozuie, skoro kompania będzie rozpuszczoną, złoży broń w stos przy sekcyi, naznaczywszy dobrze w pamięci mieysce, gdzie ią postawi, i poydzie do namiotu, pomagać do iego rozstawienia, i pełnić inne potrzebne posługi, wskazane od zwierzchników, dla wspólney wygody.”
    Regulament Służby Obozowej” z 1810, Kraków, stanowi:
    „Markietan, któryby po Capstrzyku dał komu pić, za pierwszą razą strofem 12 franków, za drugim zaś odpędzeniem od woyska ukaranym będzie.”
    ” Niewolno iest nikomu przy woysku znayduiącemu się, utrzymywać dziewczęta lubieżnością się bawiące; te któreby zostały poymane, z twarzą uczernioną będą po Obozie oprowadzone i wypędzone.”
    Czyli w obozie zawsze jest coś do roboty, a wiadomo że w czasie pracy i służby się nie pije, nie powinno być też pijaństwa w wolnym czasie, chociażby przez to że nie było skąd tego alkoholu brać (z wyjątkiem przydziałowych ilości, których żołnierz nie wypiłby w czasie posiłków, jednak nie były one zbyt demoralizujące, o ile wogóle je dostał) Lubieżność też regulaminowo jest niemile widziana.

    Moim zdaniem jednak, my spoczywamy w polu bądź obozujemy w obliczu wroga co wymagałoby od nas pewnej dyscypliny i starań.
    To są w naszym wypadku trzy dni, przy czym sobota jest zazwyczaj dniem bitewnym. Czyli w piątek wiemy, że wkrótce będzie bitwa, a w niedzielę właśnie się bitwa skończyła i wciąż za płotem jest obóz przeciwnika. Dla mnie to powód byśmy potraktowali nasze biwaki bardziej służbowo. Skoro to zabawa, to zabawmy się w wojsko w stanie gotowości, a nie w urlopowanych maruderów. ;P

    21 sierpnia 2009 z 12:11 #6972
    Prusak
    Participant

    Spodnie też nie były pojedynczą warstwą cienkiego płótna.

    Co ciekawe w armii pruskiej sukienne spodnie nie posiadały podszewki.Więcej nie posiadano płaszczy w1806-7(przypadały tylko po dwa na kompanie dla wartowników.)Za to zimą obwiązywano się )pod kamizelką i frakiem)Warmtuchem.W opisach określa się go jako kawałek grubej flaneli wiązany na tasiemki.Sprawdzałem to w czasie marszu do Tczewa-spełnia idelanie swoją rolę-dodatkowo nie krępuje ruchów jak płaszcz.

    21 sierpnia 2009 z 17:15 #6973
    Maria J. Turos
    Participant

    Dlatego cenię sobie Pani wiedzę o medycynie z okresu i wysiłki w jej popularyzowaniu, ceniąc zarazem krytycyzm niepija, który nie pozwala nam spocząć na laurach, wskazując, że wiele rzeczy które robimy powinniśmy robić lepiej już od samych podstaw

    Dziękuję
    Maria J. Turos

    22 sierpnia 2009 z 19:47 #6976
    Koroniarz
    Keymaster

    WARTA OBOZOWA KAWALERII NAPOLEOŃSKIEJ

    Różniła się liczebnością, składem i zadaniami zależnie od wielkości jednostki obozującej w danym miejscu. Co do zasady nie powinna była być mniejsza niż sześć (obóz poddodziału) do dziesięciu osób (obóz całego pułku), w tym: podoficer, trębacz i sześciu szeregowych (w lekkiej kawalerii noszących różne miano, zależnie od formacji: szwoleżerów, huzarów, dragonów etc.).

    Funkcję wartowni pełniło miejsce lub namiot położone w centrum obozu, nieopodal miejsca zakwaterowania pułkownika, lub innego oficera dowodzącego. Z warty wydzielana była straż pilnująca wejścia do obozu (warta obozowa), broni (warta ogniowa), oraz kwatery dowódcy. Wejście do obozu wychodziło na miejsce postoju straży przedniej. Zapewniało to sprawną komunikację w razie zagrożenia ze strony wroga.

    Z warty wydzielana była służba porządkowa, pełniąca funkcję żandarmerii (warta policyjna). Pod dowództwem kapitana odpowiadała za utrzymanie porządku, oraz wprowadzanie przewidzianych regulaminem sankcji. Nocą miała obowiązek nasłuchiwać wszelkich podejrzanych hałasów, zwłaszcza ze strony wroga by w razie potrzeby obudzić pułkownika, lub innego oficera dowodzącego.

    Rozkazy straży w odniesieniu do oddziału wydawane za pośrednictwem trębacza, odgrywającego odpowiednie sygnały kawalerii (tu zachęcam do lektury osobnego wątku). Wyjątkiem były obozy i biwaki w bezpośredniej bliskości wroga, gdy zachodziła potrzeba wydawania komend i rozkazów w sposób, który nie mógł dojść do uszu przeciwnika.

    Konie warty pozostawały przy macierzystych plutonach, które zapewniały im na czas służby należytą opiekę.

    Warto dodać, że w kształcie niewiele zmienionym owe zasady przetrwały do powstania styczniowego, gdzie zostały wręc zalecone osobną instrukcją Rządu Narodowego. Powyższe zaczerpnąłem ze źródeł przytoczonych wcześniej oraz z pracy gen. de La Roche-Aymon.

    Ponieważ Brykiet wspominał o kwestiach sanitarnych, pozwoliłem sobie sięgnąć do regulaminów późniejszych, będących w użyciu w polskich jednostkach na Węgrzech, a opracowanych prawie w całości o doświadczenia napoleońskie i w pewnym stopniu późniejsze, płynące z powstania listopadowego. Zaczerpnąłem je z:

    REGULAMIN PIECHOTY, KAWALERYI I ARTYLLERYI wraz z instrukcją dla powstańca i SŁUŻBĄ OBOZOWĄ. PARYŻ. W DRUKARNI BOURGOGNE I MARTINET, przy ulicy Jacob, 30. 1846 str 6-15 (z tym że numeracja jest myląca, gdyż praca jest wiele dłuższa, a służba obozowa opisana jest w odrębnie numerowanej części).

    O OBOZACH I LEŻACH.

    Obozem nazywa się miejsce gdzie wojsko staje koczowiskiem, pod szałasami lub barakami.

    Leżami nazywa się rozłożenie wojska po domach i zabudowaniach.— Leże będą używane przy zbieraniu się wojska przed otwarciem
    kampanii , albo po ukończeniu wojny, lub też w ciągu wojny za rozkazem Władzy Naczelnej.

    Obozy są albo w wielkiem oddaleniu , albo w bliskości nieprzyjaciela.

    W zajmowaniu obozów znajdujących się w takiem oddaleniu od nieprzyjaciela, że nie można się spodziewać ataku, ma się jedynie na względzie wygodę wojska. Obozy takie powinny być w miejscach suchych, mieć łatwe przystępy i być w bliskości wody i drzewa.

    W rozstawieniu wojska w obozach znajdujących się w bliskości nieprzyjaciela , względy wygody ustają, i jedynie na celu mieć należy jak najkorzystniejsze zajęcie pozycyi i zapewnienie bezpieczeństwa armii. Wtenczas armia obozuje w takim szyku w jakim ma wystąpić do boju, przeto front obozu winien być równy Frontowi linii bojowej, i wszystkie bronie tak rozstawione, ażeby się wzajemnie wspierać i swobodnie działać mogły.
    Armia obozować będzie we dwie linie, oddalone od siebie od 300 do 500 kroków, z rezerwą w tyle.
    Artyllerya korpusowa stanie przy korpusach w oddaleniu od ognisk a w bliskości miejsca jakie ma zająć w razie boju. Obstawi się swemi szyldwachami, którzy żołnierzom nienależącym do bateryi wzbronią przystępu do dział i wozów, a nawet i artylerzystów trzymać będą w oddaleniu, jeżeliby palili fajkę.

    Gdy okoliczności dozwalają, wysyła się oddziały do przygotowania obozu Adjutant pułku zbiera z każdej kompanii po jednym podoflicerze , jednym kapralu i po 2 żołnierzy ; — z tym oddziałem idzie na przód , i w wskazanej mu przez officera sztabu pozycyi, wytyka miejsce jakie pułk ma zająć. Jeżeli zaś to miejsce jest okryte jakiemi przeszkodami, to je każe uprzątnąć o ile można, i przygotować koczowiska.
    Przy tych oddziałach ani wozy ani konie juczne pod żadnym pozorem iść nie mogą.
    Adjutant pułku rozpoznaje gdzie będzie można poić konie, a gdzie ludzie będą mogli brać wodę, i jeżeli potrzebne są do tego jakie roboty, to je natychmiast uskutecznić każe.

    Wojsko przychodząc do obozu szykuje się jak do boju : bataliony zachowają między sobą odstępy 2 4° krokowe , szwadrony odstępy plutonowe. Piechota staje na linii obozu , jazda o kilkadziesiąt kroków w tyle tejże linii.

    Jenerałowie wydają pułkownikom rozkazy dotyczące liczby ludzi przeznaczyć się winnych na warty, robotę i straż ogniową; wskazują godziny i miejsca rozdawania żywności ; robią dyspozycje względem wyruszenia z obozu ; — słowem wszystko co dotyczy porządku i służby lak wewnętrznej jak i zewnętrznej obozu.

    Pułkownicy dają rozkaz zebranym komendantom szwadronów , batalionów i kompanij.

    Kapitanowie dają rozkaz swym szwadronom lub kompaniom , dołączając jeśli potrzeba stosowne objaśnienia.— A że żołnierze kapralstwami gotują sobie jeść, przeto kapitanowie wyznaczając warty, starać się będą o ile można o nierozdzielanie kapralstw.

    Warty się zbierają , — rozprowadza i rozstawia je adjutant pułku. Poczem , piechota składa broń w kozły, odstępuje o 20 kroków w tył, i tam kapralstwami rozkłada sobie ognie, zostawiając jednak wolne między batalionami przejście.
    Ofticerowie koczują o 30 kroków od ognisk żołnierzy i po za środkami swych kompanij.

    Szefowie batalionów koczują w środku swych batalionów o 15 kroków po za linią ognisk officerskich.

    Pułkownicy koczują po za środkiem swych pułków o 15 kroków od linii ognisk szefów batalionów.

    O 100 kroków od kozłów broni i przed środkiem każdego batalionu, kopie się rów , mający 2 stopy głębokości, 2 kroki szerokości i kilkanaście kroków długi, osłonięty gałęziami, który służyć będzie za kloakę dla żołnierzy.

    O 50 kroków od linii ognisk szefów batalionów i za środkiem batalionu , kopie się rów mniejszy od poprzedzającego, i len służyć będzie za kloakę dla officerów.

    W razie gdy miejsce lub inne względy nie pozwolą koczować w linii, natenczas piechota koczować będzie w kolumnach.— Batalion uformuje się w kolumnę do attaku, złoży broń w kozły, zrobi w lewo łub W prawo, wyjdzie o 15 kroków po za ustawioną broń i tam rozłoży swe ognie.

    Jazda zachodzi półszwadronami w prawo, pierwszy szereg każdego pólszwadronu robi 8 kroków na przód, następnie poczynając od środka, rozsuwa się nieco konie w prawo i w lewo, wbija się kołki, uwięzuje i opatruje konie ; — poczem żołnierze rozkładają ognie po skrzydłach pólszwadronów i na przedłużeniu linii koni. — Furaż składa się na kupy w tyle i po za środkami plutonów.

    W środku każdego pułku, w odstępie między szwadronami, a o 100 kroków przed jego frontem, Wykopany będzie jak w piechocie rów na kloakę,

    W razie gdy miejsce lub inne względy nie pozwolą jeździe koczować w rozwinięciu, natenczas koczować będzie w kolumnach pułkowych.—

    Ognie rozkładane będą półszwadronami po obu skrzydłach kolumny, o 20 kroków od tychże skrzydeł i na przedłużeniu linii koni.— Furaż składany będzie w tyle i po za środkami plutonów.

    Nikomu niewolno stawać samemu lub umieszczać swoje konie w domach a nawet w zabudowaniach opuszczonych, chyba że otrzyma na to od jenerała brygady czasowe pozwolenie, które tylko chorym udzielane będzie.

    Gdy wojsko ma się zatrzymać tylko dzień lub dwa na jednem miejscu, wtenczas koczuje. Jeżeli zaś dłużej, wtedy robi sobie szałasy z chrustu lub słomy.

    Co dzień na pól godziny przed świtem, wojsko staje pod broń, i w szyku bojowym, oczekuje powrotu patroli wysłanych na obserwowanie nieprzyjaciela.

    Gdy w czasie nocy będzie potrzeba nadzwyczajnej czujności, natenczas trzecia część wojska w szyku i pod bronią noc przepędzi (piechota trzymając do nogi broń, jazda stając obok koni , i trzymając je za cugle), reszta spoczywać będzie w bliskości swej broni.

    Pułkownicy dadzą sami przykład, i szczególniej dopilnują ażeby officerowie znajdowali się ciągle przy swoich komendach, a to żeby każdocześnie na czele swych oddziałów stanąć mogli.

    Jenerałowie korpusów, dywizyj i brygad dopilnują ażeby każda chwila czasu wolnego, obróconą była na wyrobienie ludzi pojedynczo i uzdatnienie ich do musztry batalionowej, szwadronowej i manewrów liniami.

    Pułkownicy starannie korzystać mają z czasu wolnego, i zbierać będą ofiiceiów dla oswajania ich z teoryą manewrów i przepisami służby.

    O WARCIE OBOZOWEJ, WARCIE POLICYJNEJ , WARCIE OGNIOWEJ, I ODDZIAŁACH WYZNACZANYCH DO ROBOTY.

    Do tych wszystkich wart i oddziałów , każdy batalion dostarcza równą liczbę ludzi.

    Sztabs-officer służbowy w brygadzie ma główny dozór nad wszystkiemi wartami brygady; zbiera, przegląda, objeżdża je, wszystko to dla dania rozkazów i zapewnienia się o ich wykonaniu. On również przegląda oddziały wyznaczone do roboty, i stara się ażeby opatrzone były w potrzebne narzędzia.

    Każda warta mieć powinna trzy razy tyle żołnierzy, ile ma dostarczyć szyldwachów.

    Szyldwachy, stosownie do pory roku , luzowani będą co godzinę lub co dwie godziny.

    Szyldwach nie da się zluzować tylko przez tego officera, podoficera lub kaprala który go postawił.

    Warta obozowa pułku staje przed środkiem pułku, o 200 kroków od kozłów broni ; składa się z porucznika lub podporucznika, podofficera, dwóch kaprali, dobosza i z stosownej do ilości szyldwachów liczby żołnierzy, — Jest ona pod rozkazami kapitana warty policyjnej, któren -winien być uwiadamianym o wszystkiem co zajdzie , przez oflicera warty obozowej.

    Warta obozowa koczuje lub stawia sobie szałas ; nikomu z niej pod żadnym pozorem oddalić się niewolno.
    Stawia ona jednego szyldwacha przed bronią ustawioną w kozły ; obowiązkiem jego jest wołać do broni za zbliżeniem się rontu , patrolu lub jakiego bądź oddziału.

    Stawia ona także przed frontem pułku, a o kilkanaście lub kilkadziesiąt kroków przed sobą, łańcuch pięciu szyldwachów równie od siebie oddalonych; liczba tych szyldwachów stosownie do potrzeby powiększoną być może, ustawieni zaś tak być mają ażeby jak najdalej przed sobą widzieć mogli i wzajemnie się widzieli. — Powinnością tych szyldwachów jest ostrzegać wartę o zbliżaniu się wszelkich oddziałów, nie przepuszczać nikogo przez łańcuch, aresztować osoby podejrzane, któreby czy to do obozu iść lub z obozu wyjść chciały; także przy aresztowaniach odprowadzać do warty obozowej, skąd po wybadaniu odesłanemi zostaną do kapitana warty policyjnej.

    Jeżeli służba wymaga wypuszczenia kogo za obóz, natenczas kapitan warty policyjnej każe podofficerowi odprowadzić go do warty obozowej, skąd przez kaprala wyprowadzonym za łańcuch być winien.

    W dnie marszu, warta obozowa idzie z oddziałem wyznaczonym do wytknięcia nowego obozu; jeżeli zaś oddział ten nie jest wysłanym, warta obozowa rozejdzie się do batalionów, w chwili kiedy pułk wychodzi w marsz.

    Warta obozowa oddaje honory wojskowe zwiedzającym ją jenerałom, i występuje do broni przed sztabsoficerami służbowymi.

    Warta policyjna pułku składa się z kapitana, porucznika lub podporucznika, podoficera, dwóch kaprali, dobosza i potrzebnej liczby żołnierzy na obstawienie szyldwachów, robienie patroli, pilnowanie i odsyłanie aresztowanych.

    Staje ona za środkiem pułku, między ogniskami Kołnierzy i ogniskami oficerów, i lani zawsze koczuje. Stawia jednego szyldwacha przed swą bronią ; —trzech przed bronią pułku (po jednym przed batalionem);— dwóch szyldwachów po skrzydłach., w odstępach przedzielających pułk od innych pułków ; pięciu szyldwachów ustawionych w łańcuch o 50 kroków w tyle ognisk sztabs-oficerów. (Jeżeli tego jest potrzeba liczba tych szyldwachów powiększoną być może).

    Jednego szyldwacha przed szałasem pułkownika. Stawia ona również szyldwachów przy studniach, źródłach, magazynach, jeżeli te znajdują się W obrębie lub w bliskości obozu.

    Szyldwachy stojące przed bronią batalionów nie pozwalają jej brać żołnierzom, chyba w przytomności officerów lub podofficerów; w nocy nie wypuszczają z obozu tylko tych co idą do kloaki, uważając jednak na ich powrót.

    Szyldwachy stojące w odstępach pułku, wzbraniają żołnierzom, szczególniej w nocy, przechodzenia z jednego do drugiego pułku.

    Szyldwachy stojące W tyle obozu, nie wypuszczają z obozu, aresztują podejrzanych i odsyłają ich do warty policyjnej.

    Szyldwach postawiony przed pułkownikiem, ostrzega go o każdem nadzwyczajnem poruszeniu, lak wewnątrz jak zewnątrz obozu zaszłem.

    Kapitan warty policyjnej ma nadzór nad wartą obozową, i jest odpowiedzialny przed pułkownikiem i sztabs-oficerem służbowym za porządek i czujność szyldwachów pułkowych. Do niego należy wypełnianie przepisów policyjnych w pułku. On aresztuje lub każe aresztować osoby podejrzane, bada je, i jeżeli tego osądzi potrzebę, odsyła je do sztabs-oficera służbowego brygady, skąd również wybadani (stosownie do potrzeby) odesłanemi zostaną do gewaltygiera korpusu.

    W dnie marszu , warta policyjna (jeżeli niema aresztantów) rozchodzi się do batalionów ; jeżeli zaś są aresztanci, to ich otoczy i maszerować będzie między drugim i trzecim batalionem.

    Warta policyjna nie oddaje żadnych honorów; występuje do broni, jeżeli pułkownik lub sztabs-officer służbowy tego zażądają.

    W pułkach jazdy wyznacza się taka sama liczba ludzi na warty obozowe i policyjne. —Warta obozowa konno robi służbę; warta policyjna, pieszo. Oprócz tego w każdym plutonie w wyznacza się sznurwachów do pilnowania koni.

    Szyldwachy warty obozowej wojska stojącego w drugiej linii, stają o 200 kroków od szyldwachów ustawionych w tyle obozu pierwszej linii ; warty policyjne rozstawia się tak jak w pierwszej linii.

    Warta ogniowa (alarmowa) pułku składa się z kapitana, porucznika, 2 podporuczników, 3 doboszy , 3 podofficerów, (i kaprali i 120 żołnierzy (1 podofficer, 2 kaprali, 1 dobosz i 40 żołnierzy z każdego batalionu ).

    Warty ogniowe są przeznaczone do dostarczania oddziałów, które przyjdzie wysiać w przeciągu 2 4 godzin; dlatego wyznaczeni na wartę ogniową, powinni być w nieustannej gotowości do wymarszu tak w dzień jak w nocy. Jadają oni i sypiają przy swych kompaniach, lecz na każde zawołanie winni stanąć pod broń.

    Jeżeli we dnie zajdzie potrzeba użycia warty ogniowej , wtedy dobosz warty policyjnej uderzy werbel, po którym zrobi trzy proste uderzenia w bęben.

    W nocy, nie bębni się na zbiór warty ogniowej, tylko kapitan uwiadamia officerów , ci uwiadamiają podofficerów i kaprali, którzy bez hałasu przywołają żołnierzy. Do dopełnienia tego , trzeba żeby officerowie wiedzieli przy którem ognisku lub w którym szałasie znajdują się podofficerowie i kaprale, jak również ci ostatni wiedzieć powinni gdzie znajdą żołnierzy warty ogniowęj.

    Oddziały wysyłane z warty ogniowej przed czapstrzykiem , natychmiast zastąpione być winny, wysyłane zaś po capstrzyku , nie będą zastąpionemi.
    Warta ogniowa jest lutowana razem z innemi wartami; stawia ona swą broń o 10 kroków od broni batalionów i przed środkiem pułku, lub w innem miejscu wskazanem przez sztabs-oficera służbowego.

    Skoro pułk występuje do broni dla odbycia musztry lub wymarszu, natenczas warta ogniowa rozchodzi się do batalionów.
    Warta ogniowa nie oddaje żadnych honorów; zbiera się i występuje do broni na wyraźne żądanie jenerałów, pułkowników lub sztabs-officera służbowego, skoro ci zechcą przekonać się o jej gotowości do wymarszu.

    W jeździe, warty ogniowe (podjazdy), mają to samo przeznaczenie co w piechocie , i tak samo wypełniają służbę , z tą tylko różnicą , że z każdego szwadronu wyznacza się po dwunastu żołnierzy którzy występują konno.

    ODDZIAŁY WYZNACZANE DO ROBOTY.

    Roboty jakie się trafiają w obozach są : otwieranie nowych , lub ulepszanie istniejących dróg tak przed frontem jak po skrzydłach lub w tyle obozu; robienie umocnień, sypanie walów i bateryj , robienie zasiek , faszyn, koszy, etc.
    Wszystkie te roboty, skoro zajdzie ich potrzeba, natychmiast po wejściu do obozu rozpoczętymi być winny, wyznaczając do nich laką ilość ludzi, ażeby jak najprędzej dokonanemi być mogły.

    Każdy pułk dostarcza równą liczbę robotników, którzy są prowadzeni i dozorowani przez officerów, podofficerów i kaprali swoich pułków.
    Przyszedłszy na miejsce roboty, oddział z całym swym składem przechodzi pnd rozkazy officera inżynieryi przeznaczonego do kierowania robotą.
    W razie potrzeby, oddziałom robotników dodaną będzie zbrojna eskorta.

    Oddziały robotników występują razem z nowemi wartami, przejrzane są przez sztabs-officera służbowego, któren dopilnuje ażeby się składały z przepisanej liczby ludzi, opatrzonych w potrzebne narzędzia.

    CDN 🙂

    Pozdrawiam!

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.