Obóz historyczny

  • 16 sierpnia 2007 z 14:04 #4647
    Koroniarz
    Keymaster

    Kto czytał dowolne pamiętniki z epoki, tudzież przeglądał ikonografię przed oczyma mieć musi niekończące się rzędy obozowych namiotów, tudzież wojsko leżące wśród ognisk w płaszcze jedynie pozawijane, u kawalerii z siodłem, u piechoty z tornistrem pod głową. Obraz ten jest też doskonale znany wszystkim, którzy od krótkiego przynajmniej czasu uczestniczą w napoleońskich przedsięwzięciach.

    Regulaminy tego dotyczące znaleźć można również u nas na stronie, by wspomnieć chociażby Regulament służby obozowey – wyjątki który znaleźć można w dziale VADEMECUM. Tu chciałbym, zwłaszcza z myślą o nowozaciężnych wymienić się poglądami i informacjami co do wyglądu, sprzętu i umiejętności koniecznych do zachowania historycznego obozu. Podstawowa zasad jest prosta: żadnych rzeczy współczesnych. W związku z tym trzeba się zaopatrzyć w stare sztućce, talerz cynowy, drewniany lub podobny (w żadnym wypadku aluminiowy, lub współczesna menażkę). Podobnie kubek. Manierki tylko epokowe. Ewentualnie butelka po winie z wodą. Do spania siennik, który najprościej wykonać z worka jutowego. Jeśli nie będzie worków odpowiednich rozmiarów, wówczas można kupić płachtę jutową i dratwę. Płachtę złożyć i zszyć z dwu boków. Koszt ok. 20 zł. Niektórzy oficerowie biorą drewnianą kanadyjkę. Do przykrycia płaszcz kawaleryjski, lub koc szary (jak na derkę dla konia). Również detale takie jak zegarek-cebula, można dostać w kioskach za niewielkie pieniądze. Większość widziałem w Cepelii (talerze, kubki) na ul. Marszałkowskiej 99/101 w Warszawie. Inne w sklepie powroźniczym na Pl. Grzybowskim. To wszakże wybrane tylko elementa. Bardziej wierni dawnym zwyczajom sięgają również po hubkę i krzesiwo do rozpalania ognia, a inni po brzytwę do golenia. Zagaiwszy zapraszam do dzielenia się uwagami i do rozmowy.

    16 września 2007 z 14:04 #4739
    niepij
    Participant

    Jako, że uczestniczyłem już w podobnych dyskusjach na żywo i ostatnio na „forum poniatowski”, muszę podzielić się pewną refleksją…

    Uczestników naszych spotkań, ale i ich organizatorów, można by podzielić na tych, którzy przez historyczność rozumieją już sam fakt że przyjechali i mają mundury, oraz na tych, którzy w odtwarzaniu historycznego obozu, oraz oczywiście innych aspektów historycznego życia, znajdują cel badawczy i za razem ziszczenie swych marzeń o zaznaniu ówczesnych warunków, w taki sposób by porównać się ze swymi przodkami, docenić ich lub tylko poznać.

    Dla pierwszej grupy cała dyskusja jest pozbawiona sensu i z zasady będą ją torpedować lub w najlepszym razie ignorować, jako zbedną i szkodliwą. Glównie z tej przyczyny, że wymaga gruntownych poszukiwań, a jak się w miarę tych poszukiwań okazuje wymaga dużych poświęceń i wyrzeczeń.
    Dla grupy drugiej to wspaniałe pole do poszukiwań i małych odkryć w dziedzinie kultury materialnej, wiedzy o zwyczajach cywilnych i wojskowych, itd…
    Jednak równocześnie na skutek dużych różnic w pojmowaniu przez uczestników naszych spotkań terminu „rekonstrukcja”, nawet ci, którzy poświęcą swój czas na rozmowę, odkryją wkrótce, że największym problemem w całej zabawie jest to, że innym się nie chce, nie rozumieją, lub gdzie indziej wytyczyli granicę swoich poświęceń, redukcji współczesnych udogodnień lub chęci zdobywania i potwierdzania informacji.

    Dlatego po pierwsze:
    Należy jasno sobie powiedzieć zawczasu – to co robimy, robimy tylko dla siebie. Walory edukacyjne czy wychowawcze, na które wielu rekonstruktorów się powołuje nie mają żadnego znaczenia, o ile nie wynikają z naszej własnej wysokiej i pełnej edukacji… Uczyć można dopiero jak się samemu umie i to jedynie mimowolnie „świecąc” własnym przykładem.
    Robimy wszystko tylko dla siebie – również dlatego, że przykładając się starannie do poszukiwań i odtwarzania przeszłości sami ją poznamy, a skoro z nas samych płynie potrzeba jej poznania to przecież efekt końcowy jest w gruncie rzeczy największą nagrodą dla nas samych… Z tego samego powodu nie możemy też liczyć na żadne wsparcie od innych uczestników. Daremne jest upominanie notorycznych użytkowników komórek, puszek, plastikowych butelek na biwakach. Oni też obozują tylko dla siebie i widocznie ich potrzeby ograniczają się do rzeczonych: komórek, puszek i plastików.
    Nie mamy prawa ingerować w inne sposoby zbawy, o ile nie jesteśmy organizatorami czy inicjatorami jakiejś imprezy.
    Ale nawet jeśli jesteśmy na imprezie promującej rekonstrukcję pozorną i polegającą tylko na towarzyskiej zabawie w przebraniu, mamy prawo i po trosze obowiązek wobec swojego sumienia swoją część pracy wykonywać po swojemu i dobrze.

    Po drugie:
    Jak zawsze w dziedzinach związanych z nauką, powinniśmy określić dlaczego uważamy że coś jest uzasadnione historycznie, a coś nie jest. czyli musimy określić co stanowi dla nas źródło informacji o odtwarzanej epoce.
    Oczywiście możemy ustalić obiegowy spis zakupów dla rekrutów i napisać: kubek cynowy, worek płócienny, buty z gwoździami, itd… To im pomoże, ale nie pozwoli im odnaleźć się samodzielnie w sytuacjach nie przewidzianych naszą listą zakupów.
    Dlatego ważne jest by uświadomić sobie i chętnym do biwakowania historycznego – gdzie są wiarygodne wskazówki co do sposobów biwakowania, rodzaju przedmiotów używanych ówcześnie etc…
    Dla mnie podstawowe informacje to:
    – pamiętniki z epoki
    – ikonografia z epoki
    – istniejące zabytki z epoki
    – regulaminy z epoki
    w dalszej kolejności są jeszcze
    – opracowania późniejsze
    – porady starszych stażem kolegów
    ale w ograniczonym zakresie 🙂 bo starszość nie zawsze oznacza mądrość, podobnie jak książka o czymś nie zawsze oznacza faktyczną wiedzę o tym.

    Po trzecie:
    Trzeba w tym wszystkim zdać sobie sprawę z możliwości wykorzystania swojej wiedzy w praktyce, biorąc pod uwagę rodzaj biwaków na jakich się bywa. Jak już wiemy są biwaki rozmaite. Warto za wczasu przemysleć, który rodzaj biwakowania jest naszym ulubionym i nie wzbudzać w sobie zbednych emocji jeśli trafiliśmy na inny niż się spodziawaliśmy.
    Bolesne jest jak człowiek pozna i przeanalizuje kilka wartościowych ksiąg, a potem pełny dobrych chęci przyjedzie na biwak usytuowany przy autostradzie, na którym całą noc będzie pulsowała nowoczesna muzyka, a wiekszość rekonstruktorów będzie pląsało w dresach.
    Jednak będzie mniej bolesne gdy jadąc tam świadomie, będziemy potrafili zachować swój styl i swoje cele, mimo tego „nieporozumienia rekonstrukcyjnego” – jakie jest na świecie normalne, choć bywają imprezy i środowiska, w których dba się by je zminimalizować.

    Podsumowując
    Biwakowanie historyczne najpierw musi mieć podstawę w postaci zrozumienia idei, później chęć do poszukiwań połączoną ze świadomością gdzie należy poszukiwać, a na koniec musi mieć cierpliwość i siłę, by pokonać słabość własną i przeciwności jakie mnożą się w miarę popularyzowania tej formy spędzania czasu.

    To tak teoretycznie. Z mojego punktu widzenia.
    nipi
    :pudency:

    8 czerwca 2009 z 23:28 #6509
    niepij
    Participant

    Spać, nie spać, w butach czy bez…

    Kiedy zsumujemy wszystko co powinien mieć na sobie nasz wymarzony, modelowy żołnierz (broń, ekwipunek, ubiór), do tego dodamy sprzęt kuchenny (garnki, naczynia, ruszty wiktuały), który powinien mieć, sprzęt obozowy (namioty, koce, ławy, stoły), rzeczy osobiste umilające życie biwakowe (książki, gry planszowe i karciane, instrumenty muzyczne) – więc kiedy to wszystko zsumujemy, względnie wysypiemy na środku pokoju przed biwakiem, okazuje się, że musimy wynająć ciężarówkę by pojechać na dwudniowy biwak…
    Większość z nas narzeka na brak funduszy i komplikacje transportowe.

    Zastanówmy się przez chwilę jak było w epoce, jak przeważnie jest na wojnie, a przede wszystkim co naprawdę jest potrzebne by przetrwać niecałe trzy dni i dwie noce. Pamiętniki jednoznacznie opisują żołnierzy jako leniuchów, którzy odrzucali, gdy tylko nadarzyła się okazja wszelki zbędny ekwipunek (do którego niejednokrotnie zaliczali tasak, karabin i czako). Często też zalecenia samych dowódców wskazują, że niesiony sprzęt należało ograniczyć do minimum.

    „Pięć jest rzeczy z którymi żołnierz nigdy nie powinien być rozdzielony: jego karabin, jego naboje, jego plecak, jego prowiant na cztery dni, i jego narzędzia. Zredukujmy plecak do najmniejszych rozmiarów, niech niesie w nim koszulę, parę butów, zapasy, ręcznik-chustę, hubkę z krzesiwem, ale pozwólmy mu to mieć to zawsze przy sobie, bo raz oddzielając te rzeczy od niego, skazujemy go na to, że nigdy do niego nie wrócą.”
    Memoirs de napoleon Ier, seconde note sur les considerations sur l`art de la guerre.
    za Edouard Delabarre-Duparcq ” Elements of Millitary Art and History…”

    To i tak wersja optymistyczna, bo wiadomo że przeciętny żołnierz wyrzuciłby w pierwszej kolejności narzędzia, później to czego nie może zjeść natychmiast, później czako. Wojna w swej istocie wyniszcza ludzi i kraje, a wojenne przepisy zaopatrzeniowe są idealnym przykładem przepisów, które z założenia będą złamane.

    Natomiast do przetrwania „łikendu” rekonstrukcyjnego, co wiem z doświadczenia, wystarczy mundur, koc, broń, trochę chleba, woda i kilka pętek kiełbasy. Jeśli mundur jest wykonany z właściwych tkanin i posiada wszystkie elementy, czyli: kurtkę mundurową, koszulę, spodnie, kalesony, getry, halsztuk, furażerkę, a do tego jest plecak i lederwerki – to można wytrzymać każde warunki atmosferyczne mogące nas spotkać w sezonie imprez na terenie Europy (oczywiście nikogo nie zmuszam ale zapewniam, że można… ).

    W świetle tych przemyśleń można by zredukować zabierany na biwaki sprzęt o jakieś 60%.
    (oczywiście kosztem wyrzeczenia się wygód i przyjemności… które nie są jednakże składnikami rekonstrukcji i nie ma powodu o nie walczyć jako o element historyczny) Wtedy zabierzemy tylko kompletny mundur, broń, plecak (z siennikiem pod klapą, o ile jesteśmy w polskim bądź francuskim wojsku, bo tak stanowi regulamin), koc i trochę jedzenia.

    „Sam plecak wraz z przepisaną zawartością powinien być jeszcze zaopatrzony w: „wór płócienny, który mu (Żołnierzowi) służyć będzie tak do odbierania żywności, iako też i do przykrycia się w nocy: ten wór, dobrze zwinięty, wtroczony bydź ma pod wierzchnią klapą tornistra która go przykrywać powinna” (Regulamin Służby Obozowej, Rozdz. I, pkt. 5)

    Z tym skromnym dobytkiem stawiamy się na biwaku.
    Teraz trzeba znaleźć obiecaną przez gospodarza imprezy słomę i wypchać nią siennik.
    Kiedy siennik jest wypchany, a zamierzamy oddalić się od niego przed snem to trzeba go ukryć pod jakimś zadaszeniem bądź złożyć na pół, bo niezależnie od tego czy będzie padało czy nie to wieczorem pojawia się zazwyczaj rosa, która może zmoczyć nam siennik i „uniemilić” spanie. Podobnie warto postarać się by koc był jak najdłużej suchy, można go ukryć w złożonym na pół sienniku.Kiedy kładziecie się spać na zewnątrz to najlepiej nie zdejmując munduru, zamienić czapkę na furażerkę. Furażerka ma odwijany otok z trójkątnym wycięciem nad czołem. Kiedy go odwijamy to zasłania oczy nie zakrywając nosa, co pozwala zasłonić twarz przed zimnem czy komarami, a równocześnie nie utrudnia oddychania. Wszystek sprzęt lepiej ukryć w głębi szałasu bądź w namiocie, ale jeśli nie ma namiotu to owinąć szmatami i ukryć pod siennikiem. Plecak położyć pod głową, a ładownicę ukryć w sienniku, tak by nie zamokła ale i nie przeszkadzała w spaniu. Bardzo ważne jest, by nie zasypiać z butami przy ognisku, szczególnie wtedy gdy buty są epokowe, całkiem skórzane, nawet gdy je przemoczymy. Gdy tylko przesuszymy je w cieple to zaczną pękać i się kruszyć. lepiej gdy wyschną na nogach, albo zdjęte i ustawione nieco dalej od ognia. Dyskusyjna może się wydać sprawa spania w mundurze. Chociażby dlatego, że z regulaminu służby obozowej wynika jasno, że mundur właściwie należy nosić tylko podczas służby pod bronią, a służbę bez broni odbywa się w lejbiku. Jednak z uwagi na niedoskonałość rekonstrukcji naszej bielizny, a po trosze na naszą wsółczesną delikatność nie namawiam do przesadnej wierności regulaminowi. Tym bardziej, że źródła pamiętnikarskie, a szczególnie ikonografia zaświadczają wielokroć, że spano i wypełniano funkcje obozowe zarowno w mundurze jak i w lejbiku. Pewne rozterki można zachować jedynie na okazję prac obozowych, bo nie wiem czy warto niszczyć mundur podczas noszenia słomy czy rąbania drewna.

    „Jeżeli woysko stoi pod gołem niebem, należy do kaprala dać bacznosć, ażeby broń iego żołnierzy była ile możności, złożona w mieyscu suchem, i w tym porządku, izby każdy żołnierz, w przypadku trwogi, trafił bez trudności do swego karabina. Tymże sposobem powinny bydź złożone tornistry, ażeby każdey chwili mogły bydź znalezione i widziane.”
    (Dziennik Podręczny)

    Przy czym zwróćcie uwagę na to, że każdy planując biwakowe spanie ma na myśli czas spania i sposób wypoczynku taki jak w domu, czyli osiem godzin nieprzerwanego snu. Tymczasem zauważcie, że na biwaku do 2 w nocy się gada z kolegami, niektórzy piją, a część wraca z nocnych manewrów. Potem koło wpół do 6 jest już całkiem jasno, a zarazem tak zimno, że nawet w namiotach nieprzyjemnie się leży. Ja wolę wstać i dołożyć do ognia żęby się trochę poruszać.
    Czyli mamy do dyspozycji około czterech godzin snu w nocy. Oczywiście można w ciągu dnia się ratować krótkimi drzemkami, jednak warto zastanowić się czy rzeczywiście potrzebujemy w takim razie rozkładanego łóżka, piżamy, kożucha baraniego pod nerkę, lampki nocnej itd… To są dwie noce w gromadzie ludzi rozgadanych i cieszących się ze spotkania, nie warto więc sobie obiecywać długiego snu.

    Nie zapominajmy też, że rekonstrukcja pełna, zgodna z materiałami źródłowymi może obejmować też trudniejsze warunki niż luksusowy siennik, nie mówiąc już o namiotach. Jak wynika z różnych wspomnień do moszczenia posłania używano też gałęzi, czasem spano na balach drewna, na ziemi lub na bruku drogi jeśli oddział miał chwilę przestoju a nie miał pozwolenia na opuszczanie szyku. (kilka opisów takich awaryjnych noclegów znajdziemy na przykład w pamietnikach Józefa Święcickiego, oficera wojsk Powstania Listopadowego) Oczywiście to niewygody, ale skoro mówimy o poznawaniu przeszłości to można spróbować. Podobnie, można sprawdzić, co jesteśmy w stanie zrobić kiedy nie prześpimy nocy (a Święcicki opisuje, że zdarzało mu się nie spać i pięć nocy). Nie warto tych doświadczeń powtarzać, ale raz…

    Podobnie można śmiało zminimalizować ekwipunek związany z jedzeniem. Abstrachując już od tego, że często dostajemy obiad od organizatora… Na 8-10 osób wystrarczy jeden kociołek do ugotowania zupy „ze wszystkiego”, poza tym każdy zje pewnie dwa trzy chleby, kilka kawałków kiełbasy i wypije kilka kubków herbaty, którą można ugotować we współnym czajniku, bądź nawet w metalowym kubku, jeśli nie ma innych naczyń.
    Wszystko co ponadto – zmusza nas niestety do zabierania specjalistycznych naczyń, przypraw, puszek, dupereli i płynów żeby myć te wszystkie naczynia między posiłkami.
    Oczywiście jeśli ktoś lubi wygodnie i smacznie zjeść, to ma prawo się męczyć i przytaszczyć to wszystko na biwak historyczny (jednak pod warunkiem że zadba o epokowy wygląd naczyń i składników, a przede wszystkim musi to jakoś przywieźć…), ale znowu pojawia się konkluzja: Nie trzeba mieć na biwaku bardzo wiele, żeby dobrze i historycznie się bawić.

    Z mundurem jest nieco innaczej, bo przecież jego rekonstrukcja jest niejako wstepem do rekonstruowania reszty, więc wypada mieć go w stanie jak najbardziej pełnym, ale i tu są rzeczy na których można chwilowo oszczędzić.
    Sama kurtka czy frak mają określony typ i stanowią o przyporządkowaniu do danej armii, jednak już dodatki w rodzaju epoletów, kit, mosiężnych uchwytów na przetyczkę są nieco mniej istotne.
    W związku z tym można wstrzymać się z ich kupnem do czasu wzbogacenia, a kupowanie szybko i bylejakich jest bezsensowne zarówno rekonstrukcyjnie jak i ekonomicznie. Widywałem epolety z barwnych kabli, plastikowe orzełki i wiele innych zastępczych „ozdób” przy mundurach. Moim zdaniem to bezsens, bo nie można tego nazwać rekonstrukcją, jest to śmieszne i zazwyczaj brzydkie. Lepiej nie mieć epoletów niż zastąpić je splotem czerwonych kabelków wyrwanych z radia. Historia zna wypadki, że kompania grenadierów nie otrzymała epoletów na czas, nie zna natomiast przypadków w których grenadierzy mieli epolety z plastiku. Klasyczny w rekonstrukcji problem butów też można rozwiązać doraźnie i historycznie w ciągu dnia nosząc buty z wierzchu wyglądające jak epokowe, a wieczorem gdy częściej pokazujemy podeszwy założyć drewniane saboty, kierpce albo inne skórzane kapcie, będzie to i wygodne i tańsze od 100% epokowych butów, a za razem nie zniweczy historyczności biwaku. Znam też takich ekstremistów co chadzają bez butów lub owijają tylko nogi szmatami, ale rozumiem że to już skrajne przypadki.

    Krótko mówiąc: można wybrać w rekonstrukcji historycznej wersję minimalną, nie rujnującą kieszeni i moim zdaniem jest ona wartościowsza i bardziej prawdopodobna niż niehistoryczne dodatki tworzące z biwaków historycznych coś co przypomina współczesne obozy uchodźców.

    nipi

    9 czerwca 2009 z 18:19 #6513
    Remigiusz Pacer
    Participant

    Hej.
    Pamiętam, że w Gdańsku drogę minimalizacji wybraliśmy wzorując się na zachodnich grupach, jak i na Tobie Niepiju, Wozynkcie i Pawle Grabowskim.
    Szkoda, że nie pojawiacie się już by nadal świecić przykładem, a jest gdzie, jak choćby marsz do Tczewa, o którym zapewne słyszałeś.

    9 czerwca 2009 z 21:47 #6515
    niepij
    Participant

    Chłopce,
    Bardzo mi miło, że mnie zapraszacie. Nie mogę teraz przyjeżdżać na imprezy. jednak zapewniam, że z uwagą śledzę wszelkie zdjęcia i filmy z Waszych spotkań. Trochę tęsknię do tego nastroju i do niektórych ludzi, na przykład do Was.
    Widzę, że ćwiczycie musztrę i cieszę się z tego.

    Czyszczenie broni, czyli nie chcem ale muszem.

    Oto kilka fragmentów z „Dziennika Podręcznego dla podofficerów i żołnierzy”, Drukarnia Xięży Piarów, Warszawa 1807:
    (Wy otrzymaliście reprinty na Raszynie o ile wiem. Zresztą Remington jest ekspertem w dziedzinie broni, to raczej dla nowicjuszy napisałem. Tekst jest taki jak w regulaminach francuskich.)

    „W czasie wolnym od słuzby broń rozebrać, obeyrzyć i przeczyszczoną złożyć, bez iey uszkodzenia, równie iak i inne sprzęty, należące do iego ubioru;

    4 W czasie marszu.

    Żołnierz nim puści się w drogę, powinien naypierwey dać baczność, ażeby iego broń, odzież, a nadewszystko tornistra, były w dobrym stanie,

    5. Przybywszy na nocleg.

    Przybywszy na mieysce, obetrze naypierw broń, i iesli stać będzie u mieszkańca, położy ią z tornistrem na podoręczu, ażeby wszystko wynaleźć mógł razem w czasie potrzeby.
    Jeśli stoi w koszarach, zawiesi broń wytartą, na kołkach na to przeznaczonych,
    Jeśli obozuie, skoro kompania będzie rozpuszczoną, złoży broń w stos przy sekcjyi, naznaczywszy dobrze w pamięci mieysce, gdzie ią postawi,
    Jeśli spoczywa w polu, powinien naznaczyć sobie mieysce, gdzie się ma stawić w czasie napadu. Starać się powinien, ażeby iego broń była ile możności, suchą i sposobną zawsze do użycia.

    6. W boiu.

    Nie strzelać, aż po dokładnem wymierzeniu.
    Uważnie i dobrze podsypywać panewkę, przybiiać naboie, i nie nabiiać broni, nie będąc pewnym, czyli wystrzeliła.
    Nakoniec, ażeby nie ranić kogo ze swoich, należy dać baczność, ażeby koniec karabina wychodził dobrze za poprzednika roty; zamek zaś trzymać nieco z ukosa obrócony, ażeby proch z panewki nie osmalił, lub nie oślepił pobocznika.”

    Zdaje się że kiedy tylko nie było nic innego do roboty należało czyścić karabin…
    I chyba to fakt. Pamiętniki potwierdzają tą dbałość i piętnują tych którzy broń porzucili, zaniedbali bądź zgubili. W niektórych wspomnieniach żołnierze ze łzą w oku opisują dzień w którym zdobyli na wrogu broń lepszą od swojej, a nawet czasem po prostu działającą, w przeciwieństwie do tej, którą dano im w jednostce.Broń nieczyszczona nie dawała żadnej gwarancji że zadziała… niestety z doświadczenia wiemy, że wyczyszczona też nie dawała pewności, ale zawsze choć trochę.
    Regulaminowy sposób czyszczenia wymagał użycia oliwy, pyłu z mielonej cegły i szmat. Ponadto należało mieć co najmniej dwa dodatkowe urządzenia: imadło do sprężyn zamka oraz grajcar – nakręcany na wycior, trochę jak korkociąg ale wzbogacony o dwa haczyki do wyciągania niewystrzelonych ładunków, ale też niezmiernie ułatwiające przymocowanie do wyciora szmat do czyszczenia lufy. Do konserwacji i prawidłowego korzystania z karabinu przydaje się też przetyczka, cienki „szpikulec” do przetykania otworu zapałowego.

    Wspomnianą wcześniej oliwę żołnierze trzymali w małych pojemniczkach w ładownicy, co świadczy o tym, że był to artykuł pierwszej potrzeby, czasem drugą większą butelkę mieli w plecaku. Poza tym potrzebny był kociołek bądź czajnik do ugotowania wody, którą przemywano lufę od wewnątrz by usunąć nagar pozostały z wypalonego prochu.

    Woda w ogóle, nawet niekoniecznie bardzo gorąca, świetnie usuwa nagar powstały podczas strzelania. W jego trakcie warto czasem ściereczką ów nagar zetrzeć. Dobrze też jest zrobić to bezpośrednio po strzelaniu, zanim jeszcze przystąpimy do właściwego czyszczenia – oszczędzimy sobie wówczas wiele pracy. Nie od rzeczy będzie też wspomnieć o konieczności odkręcenia niekiedy śruby tylnej (z tzw. ‚warkoczem’), która wkręcona zamyka kanał lufy w jej części tylnej . Operacja ta znakomicie ułatwi nam wyczyszczenie dokładne lufy oraz zapobiegnie „zapieczeniu” gwintu śruby tylnej i po przesmarowaniu zabezpieczy przed powstawaniem na nim rdzy, czemu może sprzyjać spłukiwanie nagaru wodą.
    W czasie bitwy, kiedy oddano wiele strzałów, a trzeba było przepłukać broń, można było do niej nasikać… Jeszcze tego nie rekonstruowałem.

    Kiedy lufa była oczyszczona od wewnątrz i osuszona należało ją oczyścić na zewnątrz, podobnie jak i wykręcony zamek oraz pozostałe metalowe części karabinu.
    Zabrudzenia mocniejsze, rdzę i nagar wżarty w metal trzeba było usunąć pastą polerską którą robiono z ceglanego pyłu mieszanego z oliwą.
    Bardzo pomocne w czyszczeniu broni okazują się wióry i grubsze drzazgi pozostałe po rąbaniu drewna. Można nabrać na nie trochę pasty polerskiej i usunąć nawet wyjątkowo uparte brudy. W regulaminie są to chyba drewniane bądź kościane szpatułki, ale niestety nie mam oryginalnego narzędzia. Widziałem je tylko na rysunku w regulaminie Bardina.
    Kiedy widoczne zabrudzenia zostały usunięte całość trzeba było naoliwić, łącznie z drewnianym łożem karabinu. Po skręceniu karabin był gotowy do przeglądu, który powinni zarządzić podoficerowie.
    Cała procedura powinna odbywać się codziennie, a już szczególnie gdy broń była używana.
    Poza tym należało mieć w ładownicy ściereczkę nasączoną oliwą, którą co chwila można było przecierać drobne zabrudzenia albo po prostu nanosić co jakiś czas ową oliwę na metalowe cześci broni.
    Jak się okazuje na podstawie naszych doświadczeń, kluczową sprawą jest usunięcie owego nagaru. Woda i błoto nie są tak szkodliwe dla metalu jak resztki spalonego prochu. Wielokrotnie sprawdziliśmy, że jeśli, nawet w ulewnym deszczu, zaraz po powrocie do obozu oczyścimy broń to, mimo wszechobecnej wilgoci rdza jest nieuciążliwa i zetrzeć ją potem można nawet suchą ścierką. natomiast gdy broń zostawimy po strzelaniu z czarnymi plamami prochu i nagaru na kilka godzin, możemy mieć pewność że powstaną uciążliwe wgłębienia rdzy, które trzeba zwalczać z dużym wysiłkiem. Poza tym to częste oliwienie, choćby tylko ściereczką lekko nasączoną tłuszczem pozwala zachować sprawność karabinu nawet w złych warunkach. Dodatkowo można zaopatrzyć się w rozmaite osłony na krzesiwo od panewki, na cały zamek oraz zatyczkę do lufy, historycznie sporządzoną z wyprofilowanego kijka owiniętego szmatą, a współcześnie zazwyczaj z korka od wina.
    Jednak te osłony nie były regułą, a w warunkach bojowych są czasem wręcz zagrożeniem, choćby dlatego że w ferworze nagłego strzelania można o owych zatyczkach zapomnieć.

    Ciekawym szczegółem w regulaminie czyszczenia broni, jest to, że elementy mosiężne broni należy czyścić nie oliwą, a zwykłym octem. O ile zabrudzenia są mocniejsze ocet miesza się z cegłą. Spowodowane jest to specyficzną własnością mosiądzu, który żółknie od oliwy. Od octu jaśnieje i taki właśnie rozjaśniony mosiądz był wymagany przez regulaminy. Sprawdziłem to osobiście i zaświadczam, że tak jest. Tak samo teraz czyszczę wszystkie mosiężne części ubioru; guziki, blachy na czapce, emblemat na ładownicy, rękojeść tasaka.

    Optymalnym rozwiązaniem dla grupy rekonstruktorskiej jest standardowa kolejność czynności:
    1. Od razu po powrocie ze strzelania grupa 6-10 osób szykuje kocioł gorącej wody.
    2. Podoficerowie organizują obowiązkowe czyszczenie broni, służąc niezbędnym sprzętem czyli: grajcarem i imadłem, a co ważniejsze pomocą dla mniej wprawnych.
    3. Po około godzinie dowódca grupy zarządza apel z przeglądem broni.
    4. Broń przejrzaną można schować w suchym namiocie, pozostawiając ewentualnie egzemplarze dla strażników.
    To ideał.
    Przeważnie wszyscy zmęczeni przecieramy tylko ogólnie karabiny suchą szmatą, rzucamy do bagażnika i lecimy szukać jedzenia, w nadziei że nowoczesne chemikalia oczyszczą nasz karabin za nas kiedy wrócimy do domu. Prawdopodobnie tak będzie. Współczesna chemia jest potężna, ale ulatuje gdzieś wraz z jej oparami jeden nieodłącznych elementów ówczesnego życia wojskowego…

    „Dziennik Podręczny dla Podoficerów i Żołnierzy” Warszawa 1807
    „Le Guide des Sous-Officiers” Paris 1807
    „Wiadomości ściągające się do woyskowey palney broni ręczney…” Warszawa 1824

    nipi

    9 czerwca 2009 z 21:55 #6517
    Prusak
    Participant

    Niepiju-z niecierpliowścia czekam dnia kiedy znów będziesz mógł jeżdzić na krajowe biwaki(także Wozynkt)Pamiętaj że dla ludzi którzy zaczynali tą zabawe 8-5 lat temu byliście swego rodzaju Guru.I brak Was jest naprawdę.
    Taki sobie prusaczek 😉

    9 czerwca 2009 z 22:27 #6518
    Koroniarz
    Keymaster

    Niepiju-z niecierpliowścia czekam dnia kiedy znów będziesz mógł jeżdzić na krajowe biwaki(także Wozynkt)Pamiętaj że dla ludzi którzy zaczynali tą zabawe 8-5 lat temu byliście swego rodzaju Guru.I brak Was jest naprawdę.

    Nic dodać, nic ująć. Weźcie też Pawłów 🙂
    Pozdrawiam!
    M

    23 czerwca 2009 z 20:43 #6566
    niepij
    Participant

    Kokoszka kaszkę warzyła
    czyli
    Gdzie kto śpi

    Ale tytuł… No dobra.

    Doskonale wiemy, że grupy się różnią. Większość oczekuje wyżywienia, zwrotu kosztów, higieny. Czyli im odpowiada spanie w budynkach użyteczności publicznej, dostosowanych tylko do ugoszczenia tłumu rekonstruktorów… czy przebierańców… nie ważne.
    Część grup ma wprawdzie namioty ale w namiotach używa śpiworków, przed namiotami ustawia stoliki z ketchupami i foliowe worki na wszystko. Niektórzy mają namioty współczesne. Im potrzeba współczesnego pola namiotowego . Z infrastrukturą, pubem i żeby to wszystko nie było daleko od pola bitwy.
    Są grupy mające „epokowe” namioty i pragnące zaznać nastroju wojskowego biwaku z epoki napoleońskiej. Dla nich można wybrać miejsce w jakimś parku albo na dziedzińcu zamku czy pałacu… skromnie jak to dla wojska.
    Są jeszcze tacy, którzy nie mają nic poza mundurem i też stworzą biwak. Oni potrzebują głównie słomy i drewna. Ich skromność również wypadałoby nagrodzić miejsce epokowym. Najlepiej z dala od widzów, bo czar pryśnie gdy na biwaku plątać będą się odresowane nastolatki i gromady rodzin z hot-dogami.
    Są cudaki w postaci Napoleonów i generałów – oni wymagają pokoju w pałacu lub zamku. Fakt, że czasami oferują w zamian profesjonalne dowodzenie lub choćby doskonałą prezencję i znajomość kilku języków. (Niektórzy z nich jednak mają w ofercie tylko wymagania).

    Ten kształt środowiska jest taki sam w całej Europie. Zmienne są tylko proporcje pomiędzy grupami. W niektórych krajach więcej jest Napoleonów w innych przeważają miłośnicy szkół, a w innych namiociarze lub nygusy w samych mundurach. Nie wdając się w wartościowanie tych potrzeb warto o nich pamiętać przy planowaniu biwaku. Mogą one przy okazji byc pewnym bodźcem dla grup słabszych żeby się rozwijały.
    Pierwszy raz z tym podziałem zetknąłem się pod Marengo 2000. Organizatorzy najlepszym grupom oddali pałac i park tuż przy pałacu. Tam obowiązywała historyczna musztra, zwyczaje i wygląd. Grupy akceptujące biwak, w nieco luźniejszej postaci dostały pobliski park bez pałacu. Tam obowiązywał mundur i pozór biwakowości, ale nie było wart, szyldwachów, obiadu w kotle itd… Miłośnicy szkół dostali szkołę. Ci którzy zamierzali spać we współczesnych namiotach dostali boisko w klubie sportowym, z rozstawionymi namiotami dla uchodźców. Niestety w tej grupie wtedy byłem i ja.
    Upokarzające były wizyty na biwaku średnich grup i patrzenie na to jak fajnie się bawią. Bolesne było jak podeszliśmy do szlabanu obozu gwardii i grenadierzy nas odpędzili widząc nasze nikczemne mundury i współczesne buty… Nie chcieli nas wpuścić i edukować. Woleli nas nie wpuścić żebyśmy się sami wyedukowali. Na mnie zadziałało to tak że zapragnąłem im kiedyś dorównać. Narazie się nie udało…
    Jedyną moją radością było patrzenie w okna szkoły, w której grzmiało disco i krzyki pijanych miłośników szkół. Wiedziałem, że mimo iż mieszkają w szkole to się nie edukują. Cieszyłem się, że tam nie mieszkam.

    Potem jeszcze kilkakrotnie widziałem ten podział na zachodnich imprezach. W Czechach też go zauważyłem, choć był mniej restrykcyjny.

    Krótko mówiąc może edukować przez segregację? Przecież ci , którzy nie widzą różnic w wartościach poszczególnych sposobów zakwaterowania nigdy się nie wyedukują bardziej niż już są wyedukowani. Nie będą mieli motywacji do rozwoju, bo są zadowoleni ze swoich osiągnięć.
    ;(
    nipi

    7 lipca 2009 z 00:21 #6633
    niepij
    Participant

    Darku,
    Zadałeś pytanie i odpowiedziałeś na nie.

    Wiesz, że to jest praktycznie możliwe bo przykładem, choć nie do końca najlepszym jest CENS.
    Zobaczmy Austerlitz – jest szkoła ale jest stajnia zamkowa i jest dziedziniec zamkowy… nie mówiąc już o kwaterach na zamku dla Napoleonów. Wprawdzie wybór kwater jest raczej dobrowolny, ale pokrywa się on w zasadzie z profilem grup.

    Lepiej z segregacją grup radzą sobie Niemcy. Po prostu – jeśli jest mało pieniędzy ale fajne miejsce to zaprasza się mało, ale za to dobrych rekonstruktorów.
    Jak jest dużo pieniędzy i ma być widowisko, to zaprasza się wszystkich, ale da się zauważyć różnice w traktowaniu poszczególnych grup.
    W Niemczech organizuje się pełno imprez na dwie trzy grupy rekonstrukcyjne w muzeach i skansenach. Zaprasza się praktycznie imiennie tylko tych, których organizator zna i chce. Nikt się o to nie obraża, bo kryteria są jasne – albo umiesz i masz co trzeba to jesteś, albo nie umiesz i robisz „bydło” to nie jesteś.
    Da się dobrać miejsca do profilu grup, tym bardziej że nie mam na myśli tylko imprez masowych. Przecież są imprezy 100-200 osobowe, które w dużej mierze organizujemy sami. Wtedy można spokojnie dobrać sobie i ludzi i miejsca.

    Przecież nikt nie powiedział, że musimy zawsze bawić się ze wszystkimi. Wprawdzie każdy może sobie założyć mundur i strzelać, ale nie ma obowiązku miłowania go za to bezkrytycznie. Ksztaltowanie środowiska polega właśnie na segregacji; selekcji – bywam tam gdzie mi pasuje, zapraszam tych którzy spełnią moje oczekiwania. Inny klucz doboru, np.: wagowy, dietetyczny, narodowy, czy jakikolwiek inny nie związany z samą rekonstrukcją powoduje, że cel rekonstrukcyjny zamienia się w cel towarzyski i pryska cała teoria edukacyjno naukowa. Wtedy trzeba się skupić na piciu, brylowaniu, czy uporczywym strzelectwie czarnoprochowym zamiast ćwiczen rekonstrukcyjnych.

    Uważam, że uczciwa selekcja i kwalifikowanie grup według umiejętności i potrzeb byłoby o wiele zdrowsze i bardziej kształcące, niż traktowanie wszystkich jako masy przeciętnych aktorów. Jeśli doroślibyśmy już do uczciwego podziału grup, to byłoby grzechem zaniechania nie segregować.
    Pomyśl – wpuszczając ludzi ze srebrno niebieskimi namiotami igloo na biwak historyczny niszczysz pracę wielu innych ludzi, którzy poświęcili lata na rekonstrukcję życia obozowego zgodnie ze źródłami. Jednym ruchem niweczysz pracę będącą najwyższą jakością w tej zabawie na rzecz wyimaginowanej „równości”. „Równość” nie istnieje. Jest lepsza znajomość historii i gorsza znajomość historii, jest też motłoch.
    Z drugiej strony fundując ludziom z getrami na suwaki i w koszulkach z myszką miki nocleg w zabytkowych koszarach niweczysz środki, które możnaby spożytkować lepiej. To też jest ekonomia. Wprawdzie idealistyczna dla Polaków, ale rzeczywista na zachodzie.
    Naprawdę szczerość i rozsądek pozwoliłyby polskiej rekonstrukcji osiągnąć szybciej lepsze rezultaty.

    Praca nad sobą do niczego w skali kraju nie prowadzi, a nadzieja jest złudna. Sprawdziłem to na sobie wielokrotnie.

    pzdr
    nipi

    15 lipca 2009 z 16:48 #6732
    Koroniarz
    Keymaster

    Praca nad sobą do niczego w skali kraju nie prowadzi, a nadzieja jest złudna. Sprawdziłem to na sobie wielokrotnie.

    Ja nieodmiennie mam inne zdanie na ten temat, choć czasami zastanawiam się na ile racjonalne i na czym dokładnie oparte ;P

    Co się tyczy obozu historycznego, kawaleria kwaterowała inaczej w warunkach pokojowych, inaczej w polowych. W tych drugich przyjmowano, że najlepszym miejscem postoju są w pobliżu miast i mniejszych miejscowości (dostępność furażu). Ponieważ w warunkach wojennych o takie trudno zwykłą formą obozu był biwak. To rozróżnienie rzuca się oczy chociażby w pamiętnikach z 1812-ego, gdzie w drodze przez tereny cesarstwa i państw sprzymierzonych nad marszem czuwała intendentura i komendanci placów, a po przekroczeniu Niemna standardem stał się biwak pod chmurką. Nocleg w stajni, czy oborze był luksusem którym nie pogardzali nawet marszałkowie Francji.

    W marszu nie korzystano z namiotów, gdyż te stanowiłyby zbędne obciążenie dla koni i opóźniałyby pochód i manewrowość, co stanowiłoby zaprzeczenie roli kawalerii jako oczu i uszu armii, tudzież jako siły zaczepnej. Namioty pozwalałyby również przeciwnikowi na szybką ocenę liczebności oddziału. Jak pisał Załuski (WSPOMNIENIA PUŁKU LEKKOKONNYM POLSKIM GWARDYI NAPOLEONA I, przez cały czas od zawiązania pułku w r. 1807, aż do końca w roku 1814. Przez Józefa Załuskiego, jenerała brygady w głównym sztabie wojska polskiego; oficera i szefa szwadronu rzeczonej gwardyi cesarza Francuzów.Kraków 1865.):

    Czem zaś wojsko Bonapartego miało górę na wszelkiemi wojskami, i czego się od niego nauczyliśmu, było to: że oficerpiechoty niósł cały swój bagaż na plecach i maszerował pieszo, tak jak każdy żołnierz: tylko szef batalionu, sztabs-oficerowie, adjutanci, mieli i musieli miec konie, a to dla komendy, i roznoszenia rozkazów. A oficer od jazdy miał jeden mantelzak szczupły na swoim, a drugi na luźnym koniu; bagażów żadnych, namiotów żadnych, obóz pod gołym niebem, koczowanie.

    Obozowisko umieszczano w miejscu możliwie trudno dostępnym dla przeciwnika, a zarazem zapewniającym możliwość szybkiego opuszczenia w różnych kierunkach. Dla pojenia koni konieczna była bliskość strumienia i pożądany las by zapewnić im i jeźdźcom ukrycie przed wrogiem i przed pogodą.

    W bezpośredniej bliskości wroga na biwak zatrzymywano się uszykowując szwadrony w linię, frontem do przeciwnika. Następnie wysyłano po zaopatrzenie do pobliskich miejscowości, oraz na komendę zsiadano, zdejmowano wodze i uwiązywano konie, unikając przy tym ich mieszania między pododdziały. Następnie zdejmowano z koni broń (karabinki etc.) oraz część oporządzenia, które przenoszono do schronienia (w szałasie, lub pod drzewem) umieszczając całość tak by wisiała w sposób uporządkowany nad głowami poszczególnych jeźdźców. W szałasach na przygotowanych po temu chwytach, pod drzewami: na gałęziach. Miało to zapewnić tak porządek, natychmiastową dostępność dla poszczególnych żołnierzy jak też ochroną przed deszczem czy uszkodzeniem, w razie gdyby spoczywały na ziemi. Mantle były wykorzystywane za poduszki, płaszcze za nakrycie, co po latach ze zwykłą swadą wspominał Aleksander Fredro:

    Mieć konia mniej roztargnionego jak mój deresz… mieć dobry płaszcz (o mój płaszczu biały!), płaszcz przyjaciel w dzień, opiekun, dobrodziej w nocy, kiedy pniaczek za poduszkę, śnieg za materac służy… mieć nareszcie flaszeczkę zawsze napełnioną kroplami pociechy — są to rzeczy arcydobre, tego nikt nie zaprzeczy, równie jak i tego, że bez tych podłych pieniędzy miejsca mieć nie mogą. Wychodzisz spod dachu, gdzie wygodnie noc przespałeś… poranek letni… koń twój dobrze nakarmiony i wychędożony strzyże uchem, grzebie nogą… siedzisz na nim ledwie tknąwszy grzywy i strzemienia… Marsz! — Wstępujesz do boju. Przed tobą rzeka, za rzeką bateria sypie kartaczami. — Za mną, dzieci!… W Bogu wiara!… — Rzeka przepłyniona, działa zdobyte, zwycięstwo nasze. — Czyn świetny, wart nagrody, ale ty rozwinąłeś tylko przy pomyślnej sposobności władze, które jeszcze nietknięte w tobie leżały. Padły na szalę z jednej strony obawa kalectwa lub śmierci, z drugiej męstwo rozgorzałe całym ogniem krwi, całym zdrowiem życia, musiała więc obawa ulecić, nie objawiwszy się nawet. Ale patrz no na tego. co po kilkomiesięcznej codziennej walce z głodem, zimnem i wrogiem odtrąca resztę okopciałego snopka spod pyska zgłodniałej szkapy… wznosi się na kulbakę, pod którą ścierwa już nie ma… odwija szczątki płaszcza… chwyta za rękojeść, którą deszcz zardzewił, szron posrebrzył… a jeżeli on zadziwi cię świetnym czynem, oddaj mu twój wieniec, bo go dwojako zasłużył.

    W miarę możliwość starano się wymościć legowiska sianem lub liśćmi. Układając między nimi a ogniskiem belkę drewna, która miała zapobiec pożarowi, którego doświadczyliśmy na obozie letnim w Pułtusku parę lat temu.

    Jeśli nocowano w szałasie jego wyjście kierowano na konie, osłonę na nawietrzną (niżej zdjęcia szałasu wykonane przez Horhego pod Jeną w 2006 r., zamieszczone w Cyfrowej Galerii).
    Jak można zauważyć szałas jest epokowy, nieporządek współczesny :] Lepsze zdjęcie na stronie: http://www.demi-brigade.org/indexpl.htm

    Równolegle do stawiania szałasów oporządzano wierzchowce, pojono je a po powrocie znad strumienia odczepiano popręgi zdejmując siodła wraz z oporządzeniem. Rozpalano ogniska. Przystępowano też do niezbędnych napraw siodeł, rzędów, broni i oporządzenia. Zdobyty furaż składano przy ogniskach z podziałem na produkty. Prz ogniskach biwakowało 8-10 żołnierzy, co było podyktowane ilością strawy jaką można było przygotować w pojedynczym kociołku (wychodzi więc po dwie współczesne sekcje, lub cztery roty), jak też podziałem zadań.

    Żywność przygotowywano z pozyskanych produktów. Korzystano z własnego chleba, a w jego braku z placków sporządzonych z mąki, którą starano się zawsze mieć w zapasie.

    Do ważnych zadań oficerów i podoficerów należał sprawny podział obowiązków jak też pilnowanie porządku. Takiego umiejscowienia rzeczy by na można było siodłać konie na pierwszy sygnał trąbki. Na apelu sprawdzano stan osobowy. Cały czas doglądano ludzi i koni (tej ostatnie sprawy mimo wystawienia wart Belgowie zaniedbali w tym roku pod Waterloo, co skończyło się dość źle, był więc żywy przykład na to, że obowiązek bynajmniej nie jest teoretyczny, a warty mają rzeczywistą pracę do wykonania). Co ciekawe już wówczas pilnowano by starzy żołnierze nie wykorzystywali młodych, czyli innymi słowy: zwalczano „falę”.

    Spać, nie spać, w butach czy bez…

    Spać trzeba było na komendę. Nie bez przyczyny zauważano, że zapewnienie koniom i wojsku odpoczynku było zadaniem i umiejętnością trudniejszą jeszcze w czasie wojny od wybrania właściwego momentu do ataku. Jednak im większe zagrożenie atakiem wroga tym większe ograniczenia. W ekstremalnych wypadkach część oddziału zostawała bezpośrednio przy koniach, pozostałe miały jedynie luzowane popręgi. Obóz chroniony był łańcuchem wedet. W żadnym wypadku nie pozwalano na rozchodzenie się. Wyjątkiem były grupy wyznaczone do poszczególnych zadań: furażu, zbiórki drewna, pojenia koni, straż, patrole i wedety.

    Po zakończeniu biwaku czynności dokonywano w odwrotnej kolejności na koniec sprawdzając ponownie stany osobowe oraz konie. Podoficerowie dokonywali szybkiego przeglądu biwaku sprawdzając czy nie pozostawiono jakichś rzeczy. Przez cały czas sygnały były wydawane na trąbce. Wyłącznie ustnie (według linii dowodzenia) tylko w bezpośredniej bliskości wroga, kiedy chciano przed nim zataić poruszenia.

    Obozowiska, od opisu których zaczynałem ten wątek były możliwe tylko w przypadku długich postojów i obozów warownych.

    Pozdrawiam!
    :ulan:

    P.S.
    W ramach moderacji przeniosłem część wypowiedzi w tym wątku do bliższego im przedmiotem tematu Żywa historia czy przebierańcy, z prośbą byśmy starali się zachować przyjemność ze wspólnej rozmowy. Nawet jeśli mamy odmienne zdania.

    15 lipca 2009 z 19:02 #6736
    Maria J. Turos
    Participant

    …trzy grosze medyka. W czasie pochodów tylko duży ambulans – dywizyjny – miał prawo rozstawić namiot, a na pierwszą linię jak czytamy w „Urządzeniu szpitalów” medyk szedł tak jak stał „…z jednym mantelzakiem lekko oporządzonym…”, owszem miał furgon do dyspozycji, ale to był bardzie skład niż miejsce gdzie można było chociażby usiąść czy się położyć (tam trzymano wszystko do „…pierwszego opatrzenia…” czyli materiał opatrunkowy, namiot – taki typu płachta do rozpięcia „…w razie czego…” nawet między drzewami, kozioł to była ruchoma skrzynia na tyle wysoka – tu opis za „Lekarz Wojskowy” z lat 20 – tych XX wieku, przepraszam uzupełnię dane, ale piszę na laptopie w domu, a to „…siedzi…” w stacjonarnym w moim gabinecie – „…żeby można było operować klęcząc…”, za blat służyła boczna furta wozu, gdyż boki były ruchome, ostatnia taka skrzynia zachowała się do II Wojny Światowej w Toruniu). Tedy spał pod, lub obok – a chyba i nasz Imć Pan Hrabia Fredro taką „…sypialnię…” opisuje – czasem i rozłożył namiot, bo miał prawo mieć zapaloną latarnię nawet po „…gasić ogień…”. O świcie obchodził obozowisko wraz z rontem – smutne, ale wielu młodych żołnierzy (tu mówię o roku 1812) niestety umierało z wyczerpania, a tchórze byli zawsze i woleli medyka omijać, więc on mógł to sprawdzić.
    I tak to było…
    A spanie w chlewikach i szopach to czcigodni marszałkowie z marszałkiem Davout włącznie zaczęli „…trenować…” już w 1806 roku niedaleko od Warszawy bo w Czarnowie, Nasielsku (a tu i sam cesarz spędził noc wigilijną w chłopskiej chacie – z pewnym „…towarzystwem…”) oraz w Gołyminie gdzie to się i Muratowi zdarzyło.
    Pozdrowienia

    16 lipca 2009 z 14:53 #6738
    niepij
    Participant

    Warty z sensem
    Ćwiczenie dla grupy rekonstruktorskiej

    Dwa lata temu pod Kerzendorfem zorganizowano dla nas ćwiczenie wart. Twórcy zadania nazwali je „Garde des Armees” o ile pamiętam ale nie upieram się 🙂 .

    Założenia były takie:
    – nasz około 20 osobowy oddział symbolizował kompanię pod dowództwem Kapitana
    – za nami obozowała reszta wojska, o ile pamiętam w założeniu była to brygada piechoty (symbolizowana przez drugi oddział około 30 osób), zakładając, że z każdej strony obóz osłaniany jest przez wartę taką jak nasza

    Zadania naszej warty były takie:
    1. odejść na około 500m od obozu głównego i założyć posterunek
    2. na posterunku pozostaje połowa ludzi i rozpala mały ogień, oni mogą zdjąć plecaki i odpoczywać przy ogniu, ale gotowi do wsparcia tych na służbie.
    3. Z grupy przy ognisku wydzielonych było 2 żołnierzy i kapral. Stanowili oni wartę na głównej, leśnej drodze do obozu sił głównych. Do nich spływały wszelkie meldunki z sieci małych posterunków wystawionych przez służbową sekcję. Kapral zobowiązany był przekazać wszelkie meldunki do Kapitana, który był przy ognisku.
    4. Połowa oddziału, która jest sekcją służbową dzieli się na dwójki i tworzy łańcuch wart, po dwóch ludzi, oddalony o kolejne kilkaset metrów przed obozem głównej warty. Kiedy jest jeszcze widno, łańcuch ten jest oddalony bardziej i ma dodatkowe zadanie rozpoznania terenu i zameldowania o wszelkich warunkach terenowych i obecności przeciwnika albo cywilów. W nocy łańcuch ten cofa się w stronę ogniska, tak by mieć kontakt wzrokowy z przynajmniej jednym sąsiednim patrolem. Sieć dwuosobowych wart jest sprawdzana przez podoficera, który zdaje okresowo meldunek Kapitanowi. W razie kontaktu z przeciwnikiem zadaniem wart podwójnych jest ucieczka w strone głównej warty, a główna warta ma przygotować się do obrony pozycji i poinformować siły główne o zdarzeniu i skali zagrożenia. Gdyby wartownik nie mógł opuścić posterunku i wrócić do głównej warty może strzelać, ale należy tego unikać, żeby nie alarmować armii przeciwnika.

    W połowie nocy następuje wymiana sekcji. Ci od ogniska idą do łańcucha patroli, a ci z patroli mogą pogrzać się przy ogniu. Kapitan ma obowiązek odbierać wszelkie meldunki i być czujny, ale cały czas przebywa przy ogniu i może spać, mając świadomość, że będzie często budzony.

    Część szczegółów i nazewnictwa fachowego do tego ćwiczenia zawiera „Regulamin Służby Obozowej”, częściowo opisane są w „Instruction concernant le service de L`INFANTERIE LEGERE en campagne”, posiłkować można się też „Dziennikiem Podręcznym”.
    Z pewnością są inne ważne regulacje w tej dziedzinie, warto ich poszukać. Może są polskie?

    nipi

    18 sierpnia 2009 z 01:10 #6931
    Brykiet
    Participant

    Obozy nasze, jakie by nie były nie przypominają w większym stopniu tych z epoki.
    Niewiele osób o tym chce pamiętać ale nasze biwaki przypominają epokowe tak jak Raj – Ziemię. Jeśli nie wierzycie, pomyślcie: tysiąc ludzi stacjonujących w jednym miejscu = błoto po kolana albo kurz co dusi na śmierć. Dstęp do wody – sporadyczny przez wiwele tygodni (tylko do picia i najwyżej do golenia) = smród potworny i choroby. Sanitariaty – 0. Czyli mnóstwo much, chorób i smrodu. Gotowanie na ogniskach = w promieniu paru kilometrów pustynia: wycięte drzewa, rozebrane chałupy, płoty itp.
    Powyższe „przyjemności” potęgowane przez dziesiątki (setki) koni używane do transpotru i walki. A co z tonami odpadków kuchennych?
    A najśmieszniejsze jest, że mało które wojsko miało namioty więc budowało szałasy, w pierwszej kolejności szukało kwater w zabudowaniach wsi i okolicznych miasteczek.
    Nie prawdaż Niepiju?

    18 sierpnia 2009 z 01:55 #6934
    Koroniarz
    Keymaster

    Dawno to już czytałem, więc może zlewać mi się z innymi wspomnieniami, ale podle mojej pamięci Elzear Blaze poświęcił temu cały rozdział pisząc o marnotrawstwie jakim niesie wojna, a także i drugi, o tym, ze żołnierze nigdy nie kradli. Zawsze coś „znaleźli”. Przez rożne teksty przewija się też motyw ściągania rzeczy wszelakich do obozu, z pobliskich wiosek, dworów i miast, które przy wymarszu były niszczone. De Brack wspomina np. że palenie obozu przy wymarszu to praktyka równie popularna co szkodliwa, gdyż uniemożliwia dalszym oddziałom korzystania zeń. Znaczącym, choć cokolwiek ekstremalnym przykładem takich działań był obóz francuski zbudowany pod koniec pierwszej wojny polskiej, w trakcie rokowań w Tylży. Praktycznie w całości z materiałów pochodzących z rozbiórki pobliskich wiosek i niemal całkowitego wyrębu okolicznych lasów, gdzie drzewa powycinano, by wetknąć je w ziemię w alejach, tudzież umieszczać na narożnikach poszczególnych baraków. Skojarzenie z Potiomkinem nasuwa się samorzutnie. O improwizowanych biwakach zimy 1812 raczej nie da się już pisać w kategoriach obozu, ale wspomnienia weteranów, opisujących jak kolejne oddziały ogrzewały się przy płomieniach domostw, w których zatrzymali się wcześniej inni, obrazują przeciwną ekstremę tego zjawiska.

    Co się tyczy wart opisanych przez niepija, to pamiętam podobna próbę podczas jednej z rocznic w Jabłonnie. Strasznie się wówczas wszyscy dziwowali nad pomysłem, krytykując szczególnie potrzebę meldowania. Szkoda, że takie pomysły przyjmują się u nas z trudem, lub nie przyjmują wcale.

    Pozdrawiam!

    18 sierpnia 2009 z 12:34 #6941
    niepij
    Participant

    Brykiecie
    Piszesz o obozach Armii, Korpusów, Brygad. Owszem tak musiały wyglądać.

    Ale nasza przeciętna impreza to około 200 osób. Obozują, a raczej biwakują dwie noce i jeden dzień. Choroby przeważnie nie zdążą się wykluć, smród zazwyczaj nie przekracza walorami smrodu jaki możemy wąchać na parkingu pod domem. Dzięki współpracy z lokalną ludnością nie musimy rabować jedzenia ani kraść drewna na szałasy bo wszystko nam dają… właśnie po to by tych wystepków uniknąć. Odpadki kuchenne z zupy dla 20 osób przeważnie nikną w brzuchach tych 20 osób.
    Szałasy budujemy bardzo często, bo faktycznie nie mamy namiotów, chociaż bardzo często śpimy pod gołym niebem, dlatego że takie mamy założenie. Zgodnie z Art. 1 pkt 5 „Dziennika Podręcznego” i zgodnie z pamietnikami, które tak opisują kampanijny sposób noclegowania.
    Obóz Historyczny to obóz historyczny. Rekonstruujac go opieramy się na źródłach i robimy wszystko to co nie szkodzi naszemu zdrowiu i godności. Pomijamy też rzeczy, których w obecnym stanie naszych zasobów nie jesteśmy w stanie odtworzyć. Generalnie można powiedzieć, że staramy się po prostu.

    Wydaje mi się że Twój post w jakimś stopniu zmierza do ośmieszenia samej idei starania się w rekonstrukcji obozu, bo nigdy nie osiągniemy opisywanego przez Ciebie wizerunku.
    Po pierwsze, jednak było kilka rodzajów noclegowania i obozowania, więc można wybrać te, które są realne do odtworzenia – przecież biwak kompanii można stworzyć bez tysięcy koni i przesadnego smrodu. A zauważ, że bardzo rzadko mielibyśmy okazję rekonstruować obóz wiekszy niż kompanijny, bo rzadko są tak duże imprezy.
    Po drugie ośmieszanie wybranych fragmentów rekonstrukcji bardzo szybko prowadzi do ośmieszenia całej idei rekonstrukcji, całości zjawiska.
    Czyż nie jest śmieszne to, że grupy ludzi udają żołnierzy choć nimi nie są i w przeważającej większości nawet nie mogliby nimi być? Mówią, że rekonstruują wojnę, a nikt nie ginie. Mówią że strzelają, a nie celują, ba nawet nie pakują kul, a przecież strzał z kulą jest zupełnie innym doznaniem, tym bardziej w połączeniu z radością trafienia. Udają żołnierzy, a nie znają musztry i regulaminu. Chcą być żołnierzami napoleońskimi, a urodzili się 200 lat później. Nie muszą, a robią. Nikt nie choruje. Nie mają wszy. Nie urywa im nóg. To jest bez sensu. Nigdy nie zrekonstruują ani wojska ani wojny. Choćby dlatego, że z własnej woli są w tym wojsku, zamiast uczciwie zdezerterować.
    Przecież to wszystko są objawy głupoty tych ludzi… Nigdy nie osiągną rezultatów jakie powinni osiągnąć. I całe szczęście.

    Tu już nie do Brykieta, ale wogóle:
    Dla mnie albo się człowiek stara i chce zrobić tak jak powinno być, albo robi źle. Niuanse i sofizmaty w ocenie są zbędne, bo sprawa jest oczywista. Chcemy być uczciwi w tym co robimy albo świadomie oszukujemy siebie i innych nie robiąc dobrze tego co moglibyśmy zrobić dobrze nie krzywdząc ani siebie ani innych.

    Cały temat od lat wystepuje na różnych forach. Zawsze dyskusja ma ten sam przebieg. Co mnie fascynuje, bo przecież tematem jest Obóz Historyczny lub Rekonstrukcja. Tymczasem zawsze kończy się na tym, że mnóstwo osób które nie chcą się tym tematem wogóle zajmować i uważają go za śmieszny i zbędny, przyjmują nieugiętą postawę co do kształtu takiego obozu. Kształt ten przeważnie jest pokraczny i powinien być raczej nazwany „Noclegiem dla Uczestników Widowisk Parahistorycznych” lub „Uczestnictwo w Widowiskach Parahistorycznych”. Wtedy cała dyskusja nie mogłaby mieć miejsca, bo z nazwy wynikałoby już, że nie ma się o co kłócić. Tyle, że chyba chodzi o to, że nieprzyjemnie byłoby kwalifikować siebie jako „Statystę w Widowisku Parahistorycznym” zamiast Rekonstruktora. Czyli to jest raczej walka o wizerunek siebie jako osoby wartościowej i kulturotwórczej, a nie tylko spór o wygląd obozu sprzed 200 lat możliwy do odtworzenia dziś.

    Cały czas mam wrażenie, że to niepotrzebny wstyd. Znam kilku prawdziwych rekonstruktorów z różnych epok. Oni ślęczą w bibliotekach. Z uporem maniaka kompletują właściwe przedmioty i nabywają umiejętności. Potem określają zagadnienia naukowe jakie ma rozstrzygnać ich praca i temu podporządkowują rok albo dwa sumiennych poszukiwań i prac. Sprawdzają po ilu dniach marszu odpadną podeszwy od prawidłowo zrekonstruowanych butów, jak szybko można iść w kompletnym ekwipunku przez tydzień, czy przez Alpy da się przejść szybciej niż ktoś kiedyś przeszedł. Efekty ich prac są poważnymi wynikami naukowymi, często mogą podważyć albo potwierdzić materiały źródłowe. To są Rekonstruktorzy.

    Są jeszcze ludzie chcący pobyć w tamtych czasach, ale z różnych powodów nie mogący w pełni poświęcić się temu pragnieniu. Udaje im się pomaszerować dwa razy w ciągu roku, ale przynajmniej chcą zrobić to właściwie.
    To chyba miłosnicy epok i historii. (do nich chciałbym sam się zaliczać)

    Wreszcie jest gigantyczna grupa ludzi chcących wyjechać na przyjemny weekend z powierzchownie traktowaną historią. Popić, pogadać, postrzelać. Dla mnie oczywiste jest to że są „Uczestnikami Widowisk Parahistorycznych” czasem nawet obojętnieje im okres historyczny w którym działają i cieszą się z każdej okazji do spotkania w gronie znajomych przebranych militarnie. To jest zjawisko obecne na całym świecie. Ale to nie jest rekonstrukcja. To jest konsumpcja nadmiarów czasu i środków, przy okazji ozdobiona jakimś odniesieniem do tradycji. Nie ma w tym nic złego, a jest to zjawisko korzystniejsze w sumie od siedzenia przed telewizorem. To rodzaj krótkich wczasów. Forma aktywności relaksującej. Nie widzę jednak powodu by poświęcać tej grupie jakąś szczególną uwagę. Tak jak nie uważam za historyków sztuki wszystkich, którzy jeżdżą do Egiptu na wakacje.
    Wypada mi się tylko cieszyć, że bardzo dużo ludzi mile spędza czas… Tyle, że oni chcą być rekonstruktorami nominalnie.
    To tak jakby miliony turystów domagały się nagle tytułu naukowego Katedry Historii Sztuki, bo pływały w basenie hotelu, z którego w niektóre dni widać szczyty piramid.

    Tak jak napisał Koroniarz świetnym źródłem poznania sposobów obozowania i biwakowania są wspomnienia Elzeara Blaze. Naprawdę świetnym. Napisane są ze swadą i dużym zrozumieniem natury ludzkiej. Trochę przypominają styl rozumowania Aleksandra Fredry, który zresztą też świetnie opisał biwak polskiej piechoty we wspomnieniach. Większość pamiętników żołnierzy poniżej stopnia kapitana jest świetnym źródłem informacji o biwakowych losach żołnierzy. Pamiętniki oficerów wyższych są wypaczone luksusami i rzadko pokazują prawdziwy obraz codziennego życia.

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.