Medycyna wojskowa

  • 9 czerwca 2006 z 13:13 #2816
    Maria J. Turos
    Participant

    Dziękuję, że mój „gniot” przypadł do gustu. Czy taki styl pisania o historii odpowiada?. Mam bowiem ochotę „ruszyć” szerzej temat medycyny i medyków wojskowych w czasach Księstwa Warszawskiego – tu moja wiedza współczesna plus dodatki z rekonstrukcji [rzecz prosta: historycy często piszą iż chirurdzy robili to co najprostsze – więc podam taki przykład, ktoryś z Kolegów – zupełnie współcześnie – oparzył się prochem wiadomo, że nawet najlepsze mydło śladów od razu nie zmyje i sama byłam „…w kropce…” jak to oparzenie wygląda]. A dodajmy, że to była jedna czy dwie salwy a nie cały dzień bitwy.
    To są takie „…smaczki…” ale chyba warto spróbować. Obraz Grossa dostanie komentarz po moim powrocie z Paryża – i będzie to równiez coś w takim stylu jak o Raszynie – o ile mogę tak pisać.
    Pozdrawiam
    Maria J. Turos

    10 czerwca 2006 z 09:21 #2820
    DarekDarek
    Participant

    Pozdrowienia!

    Czy taki styl pisania o historii odpowiada?.

    Bożesz ty mój, toć tylko tak. Styl jest przejrzysty, zwięzły i wszystko w temacie, a nie zwykłe ‘lanie wody’.
    Jestem pod wrażeniem.
    Wracając do wątku, to na zamieszczonym rysunku od Val- de –Grace’a, przedstawiającym służbę medyczną,
    to za nimi widać ambulans (?) z napisem Div D Ambulanse. Czy istniała może cała wyspecjalizowana dywizja (departament ?) ambulansów i czy dysponuje może Pani wyobrażeniami innych pojazdów ‘medycznych’?
    Mam jeszcze jedno pytanko.
    Czy cały system służby medycznej doby napoleońskiej powstał właśnie w tym czasie, czy może miał swe początki jeszcze w armii królewskiej. Czy wszystkie wozy transportowe uległy udoskonaleniom wynikłym z doświadczeń i zwiększonemu zapotrzebowaniu na takową pomoc, czy może pozostały takie same jak. Nurtuje mnie bowiem pewna myśl i spokoju dać nie może.
    Skoro okazało by się, iż same wozy pozostały takie same jak wcześniejsze, to można by pokusić się o próbę ‘wpasowania’ ich i do armii I Rzeczypospolitej, podobnie jak artyleria francuska odcisnęła swe piętno na naszej.
    hej.

    12 czerwca 2006 z 16:45 #2832
    Maria J. Turos
    Participant

    Odpisuję „na żywo” bo za plecami mam bibliotekę owej wspaniałej szkoły medycznej Val – de – Grace. Po pierwsze dziękuję za komplementy o moim „gniocie” nie przypuszczałam, że to wzbudzi przychylną ocenę. Co do napisu. Były powołane specjalne kompanie transportowe [nie tylko Breidt] do ewakuacji rannych. J. D. Larrey wymusił by w każdym korpusie było ich przynajmniej kilka [oczywiście wiadomo o Marszałka Davout było 100%, zaś u Masseny – jak Bozia dała czyli wcale]. Furgony były dwóch rodzajów czterokołowe z czterokonnym zaprzęgiem, bardzo cięzkie i nieruchawe [w muzeum,które zwiedzałam wczoraj mają taki model, można sobie nawet usiąść na koźle] oraz mniejsze w formie normalnych wozów z płócienną budą [na tym płótnie barwy ciemnobrązowej – u Bieleckiego jest tu błąd – były wypisywane znaki gwardii czy korpusów].
    Czy tak było za króla Ludwika – a po cóż szukać tak daleko, mamy wzory z I Rzeczpospolitej i po powrocie do Warszawy zaraz coś przygotuję chociazby z Czerwiakowskiego – ale nie tylko.
    Generalnie cieszę się, że pomysł „…chwycił…”.
    Następny tekst będzie o Iławie Pruskiej, bo mam tu doskonałe źródła, zaś popołudniami nie chce mi się łazić po zatłoczonym Paryżu.
    Pozdrowienia i podziękowania raz jeszcze
    Maria J. Turos

    [ Dodano: 2006-06-12, 16:20 ]
    Dodaję, bo poszłam sprawdzić do sali muzealnej. Konkretnie ta rycina, która jest przedmiotem zainteresowania – wydana jako pocztówka – przedstawia przygotowania do wymarszu w 1806 roku czyli po Jenie do Polski. Jest to ambulans „…przypisany…” do V dywizji – niestety nic więcej nie ma, zaś wiadomo, że J. D. Larrey nie obsługiwał jeszcze wtedy Gwardii, czyli autor obrazeczka trochę sobie pododawał, acz stylowo.
    Pozdrawiam

    12 czerwca 2006 z 19:13 #2833
    Koroniarz
    Keymaster

    Odniesienia do malarstwa i literatury przemawiają chyba do większości z nas. I to dzięki nim niejedna osoba trafiła do ruchu rekonstrukcyjnego. Stanowią też ważny krok w całej naszej podróży w czasie, gdyż ta przecież do czytania regulaminów ograniczać się nie może. Trochę nie na temat, ale jak najbardziej a propos pozwolę sobie zauważyć, że pieśni i muzyki z tamtego okresu w powszechnej pamięci zachowało się niewiele. Przeglądając różne śpiewniki znajduje się głównie utwory polskie wcześniejsze, lub późniejsze. Szkoda, bo Mazurek Dąbrowskiego nie był jedyny, a do lektury sprzydałoby się czegoś posłuchać (zwłaszcza, że sam conradowski medyk ładnie miał przygrywać):

    Cienie nocy opadały na mały piękny ogród i wzruszającą grupę, od której dochodziły go szepty niepokoju i współczucia, zmieszane ze słabymi dźwiękami o innym charakterze, jakby niezupełnie rozbudzony inwalida próbował kląć. Porucznik d’Hubert odszedł.
    Przeszedł przez milczący dom i pogratulował sobie, że zmrok przysłoni przechodniom widok jego zakrwawionej ręki i podrapanej twarzy. Ale tej awantury nic nie potrafi przysłonić. Ponad wszystko obawiał się osławienia i śmieszności i z przykrością stwierdził, że skradał się przez boczne uliczki jak morderca. Smutne jego rozważania przerwały niebawem dźwięki fletu, płynące przez otwarte okno oświetlonego pokoju na piętrze schludnego domu. Ktoś grał z wytrawnym wirtuozostwem, a poprzez fioritures melodii słychać było regularne stukanie nogi wybijającej takt o podłogę.
    Porucznik d’Hubert zawołał po nazwisku; było to nazwisko chirurga wojskowego, którego znał bardzo dobrze. Dźwięki fletu ustały, a muzyk, trzymając jeszcze w ręku instrument, ukazał się w oknie i spojrzał w ulicę.
    – Kto tam? To ty, d’Hubert? Co cię tu sprowadza? Nie lubił, gdy mu przeszkadzano w porze, w której grywał na flecie. Był to człowiek, którego włosy posiwiały w niewdzięcznej służbie, jaką jest opatrywanie ran na polach bitew, gdzie inni zdobywają zaszczyty i sławę.
    – Prosiłbym cię, abyś natychmiast poszedł do Feraud. Wiesz, porucznika Feraud? Mieszka, idąc stąd, przy drugiej z rzędu ulicy. Zaledwie parę kroków.
    Co mu się stało?
    Ranny.
    – Jesteś tego pewny?
    – Pewny? – krzyknął d’Hubert. – Przychodzę stamtąd.
    – To śmieszne – powiedział postarzały chirurg .„Śmieszne” było jego ulubionym wyrażeniem, ale gdy je wymawiał, wyraz jego twarzy nigdy z tym nie harmonizował. Był to człowiek tępawy. – Chodź do mnie – dodał. – Będę za chwilę gotów.
    – Dziękuję ci. Zaraz! Umyję sobie ręce u ciebie. Porucznik d’Hubert zastał chirurga, jak rozbiera swój flet i poszczególne części systematycznie układa w futerale. Chirurg odwrócił głowę.
    – Woda tam, w kącie. Chcesz sobie ręce umyć?
    – Tamowałem krwotok – rzekł porucznik d’Hubert. – Ale lepiej byś zrobił, gdybyś się pospieszył; upłynęło już więcej niż dziesięć minut.
    Chirurg nie przyspieszył swych ruchów.
    – Co takiego? Zabrakło bandaża? To śmieszne. Cały dzień pracowałem w szpitalu, ale ktoś mówił mi dziś rano, że ani go nie draśnięto.
    – Zapewne nie ten sam pojedynek – mruknął niechętnie porucznik d’Hubert wycierając ręce w gruby ręcznik.
    – Nie ten sam… Co? Inny? To musiałby być diabłem, żeby jednego dnia stawał dwa razy. – Chirurg spojrzał uważnie na porucznika d’Hubert. – Skąd ty masz taką podrapaną twarz? Obydwie strony i… symetrycznie. To śmieszne.
    – Bardzo! – żachnął się porucznik d’Hubert. – Może ci się wyda również, że jego zranione ramię jest także śmieszne. Długi czas będziecie mieli obydwaj czym się bawić.
    Doktor był zdumiony i zaskoczony szorstką goryczą słów porucznika d’Hubert. Razem wyszli z domu,, ale na ulicy postępowanie porucznika zdumiało go jeszcze bardziej.
    – Nie pójdziesz ze mną? – zapytał.
    – Nie – rzekł porucznik d’Hubert. – Sam znajdziesz jego dom. Drzwi frontowe będą prawdopodobnie otwarte.
    – Dobrze. Gdzie jest jego pokój?
    – Na parterze. Ale lepiej zrobisz, jeśli przejdziesz dom i zajrzysz wprost do ogrodu.
    Ta zdumiewająca informacja skłoniła chirurga do wymuszenia z pominięciem dalszych rozhoworów. Porucznik d’Hubert wrócił na swą kwaterę żywiąc w sercu gorący i dokuczliwy gniew. Obawiał się plotek swych kolegów prawie tyleż, co gniewu swych przełożonych.

    W każdym razie wyglądam kolejnego eseju z dużym zainteresowaniem. Czy w muzeum można robić zdjęcia i czy zdjęcia furgonu medycznego nie mogłaby ich Pani dołączyć do kolejnego artykułu?

    14 czerwca 2006 z 16:24 #2843
    Maria J. Turos
    Participant

    Na „…dzień dobry…” w Val – de – Grace dostałam album „200 lat medycyny wojskowej” gdzie jest wszystko co dusza zamarzy. Jak na złość nie wzięłam”cyfrówki”, ale to nic straconego, bo przyjeżdzam tu po raz kolejny w październiku i zamówię sobie całą dokumemntację fotograficzną i co bym jeszcze chciała. Codziennie w przerwie na kawę zwiedzam sobie jedną salę dość dokładnie i dostaję zawrotów głowy co tu mają.
    Kolejny esej będzie dotyczył czegoś co nas szczególnie szokuje w opisie rzezi pod Iławą Pruską. Metody – niestety – selekcji rannych nie zmieniły się do dziś tylko, że albo ktoś jest historykiem, albo zajmuje się medycyną. Tu widzę iż to można pogodzić: kończę wykład z medycyny ratunkowej i idę to samo zobaczyć na obrazie Grossa tyle że w wersji sprzed 200 lat.
    Co do gry na flecie. Ja aż tak dobrze nie gram, a historycznie – przypuszczam stosowano to jako formę psychoterapii – grali J.D. Larrey [śpiewał zresztą też i nie zawsze salonowe „kawałki”] i Jego przyjaciel Ribes. No cóż mogę spóbować będzie przyjemnie.
    Polecam stronę www.napoleo1er.com gdzie są fotografie i dwa maleńkie filmiki [autorstwa jenego z wykładowców z Val – de – Grace B. Baldivii] – może by coś takiego i u nas np. w Pułtusku albo w Ciechanowie czy w Modlinie. Jestem gotowa i oczekuję propozycji.
    Pozdrowienia z Paryża
    Maria J. Turos

    [ Dodano: 2006-06-14, 15:31 ]
    Dodaję, zachowało się trochę francuskich melodyjek z tamtych czasów – można przecież założyć, że medyk studiował we Francji i zetknął się z takimi śpiewkami typu „O królu Arturze” czy „Winnica muszkieterów” [te akurat zapisał – a racze nagryzmolił – w swoim notatniku J. D. Larrey] i to akurat umiem grać. Czy to odpowiada. A tak a propos – bo wracam „na styk” gdzie składa się zgłoszenia do Pułtuska i czy „Arsenał” coś działa – może obmyśleć tu jakąś inscenizację.
    Pozdrawiam raz jeszcze.

    19 czerwca 2006 z 13:32 #2863
    Koroniarz
    Keymaster

    Nawiązując do wcześniejszej „muzycznej” wypowiedzi rozpocząłem na forum wątek Z pieśnią na ustach. Mam też pierwsze teksty od kolegów.

    A tak a propos – bo wracam „na styk” gdzie składa się zgłoszenia do Pułtuska i czy „Arsenał” coś działa – może obmyśleć tu jakąś inscenizację.

    Co się tyczy Pułtuska, to współorganizatorami są: Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki, rosyjska Fundacja “Imperium Historii” oraz czeski “Projekt Austerlitz”. Zgłoszenia były zamykane jakoś półtora miesiąca temu. Z Austerlitz pamiętam, że Czesi byli przy ich przyjmowaniu bardzo skrupulatni. Jak będzie tym razem, trudno powiedzieć. Z oddziałów stowarzyszonych w Arsenale do Pułtuska wybiera się Legia Polsko-Włoska z Nysy oraz ochotnicy operujący w ramach Pułku 2 Piechoty Księstwa Warszawskiego. Pozwoli jednak Pani, że odwrócę pytanie: gdyby pomyśleć o sformowaniu szpitala polowego, to jaki Pani zdaniem winien mieć etat rekonstrukcyjny? Myślę, że jeśli nie na tę to którąś z kolejnych batalii możnaby pomyśleć o zorganizowaniu jednostki medycznej w ramach stowarzyszenia. Miałoby to w moim odczuciu same zalety: po pierwsze popularyzowałoby historię medycyny, po wtóre osób z przeszkoleniem medycznym (chociażby z zakresu pierwszej pomocy) nigdy za wiele, po trzecie tak ochotnicy jak i „ludzie luźni” chodzący za różnymi oddziałami mogliby pomyśleć o ukierunkowaniu w ten sposób swych działań. Osobiście będę do tego koleżanki ze stowarzyszenia i innych chętnych namawiać. Co do inscenizacji, to pomysł nader ciekawy. Jak by ją Pani widziała?

    19 czerwca 2006 z 18:03 #2868
    Maria J. Turos
    Participant

    Ot aleś mi waćpan „…zabił ćwieka…”. Siedzę sobie w Val – de – Grace odpoczywam po dniu wykładów i myślę. Francuzi mają Service de Sante de Grande Armee [znaków diakrytycznych w laptopie niestety nie mam] my możemy mieć Lazaret Generalny Księstwa Warszawskiego [coś takiego wspomina Zembrzuski w swojej pracy z 1919 roku o historii chirurgii wojennej – powstał przed tragiczną wyprawą na Moskwę, wcześniej to było tak jak napisałam w „gniocie”].Uważam, iż coś takiego może być, choć czy ja się nadaję na Lafontaine’a po prostu nie wiem. Może raczej Lazaret Legii [zawsze zapomnę numeracji – w każdym razie tej pod dowództwem Księcia Józefa Poniatowskiego – jeśli jest rekonstruowany II Pułk Piechoty i coś tam jeszcze]. Tytulaturę zostawiam do uzgodnienia. Jakoś „…chodzę…” za Legią Nadwiślańską, ale mogłaby to być formacja międzygrupowa, zresztą to sugerowałam inscenizując 3 – go Maja przysięgę no i tak „wykorzystano” mnie w Raszynie. Nawer ktoś sie pytał w czyją historycznie wcielam sie skórę co było bardzo sympatyczne. Rzeczywiście pokazy mogłyby byc ciekawe – pomijam, że normalny kurs z ratownictwa też by się nam przydał. Czyli po powrocie do kraju oczekuję propozycji. Nie wiem w takim razie jak planować wyjazd do Pułtuska, bo zglosiłam akces z Legią Nadwiślańską, ale przypuszczam zupełnie współczesny medyk na obozowisku się przyda.
    Pozdrowienia z Paryża, rzeczywiście muzeum „…powala na kolana…”, ale będę mogła korzystać z niego nie tylko wzrokowo, lecz i dokumentacyjnie.
    Po powrocie oczekuję propozycji, bądź rozmowy jakie koncepcje.

    20 czerwca 2006 z 17:21 #2872
    Koroniarz
    Keymaster

    Po powrocie oczekuję propozycji, bądź rozmowy jakie koncepcje.

    Doskonale więc. Tym bardziej wygladamy Pani powrotu. Tymczasem mam pytanie, które nasunęło mi się przy okazji lektury „BANKNOTY POLSKIE – Niezwykła historia kraju i pieniądza”. W cz. 3 „Królestwo Polskie po kongresie wiedeńskim” na stronie ostatniej jest zamieszczone takie oto ogłoszenie z epoki:

    Rozmaitości 3 lipca 1829 r.
    W tych dniach przybył do Warszawy osobliwy kaleka. Wieśniak z okolic miasta Końskie maiący lat około 40, przed 10 laty cierpiał niezmierny ból głowy, oczy mu zaczęły puchnąć, poczem zupełnie wypłynęły, nos odpadł, usta się zrosły, i teraz między zwykłem mieyscem ust i nosa, ma otwór którym wkłada pokarm, a reszta twarzy przedstawia okropny widok.

    O czym tu może być wogóle mowa, nawet jeśli przyjmiemy część objawów za licentia poetica, ówczesnego dziennikarza? Nie jest to zresztą jedyne ogłoszenie „medyczne”:

    Podpisany obiąwszy Aptekę dotychczas exystuiącą przy Ulicy Grodzkiey w Krakowie pod znakiem ZŁOTEJ GŁOWY, i zaopatrzywszy w przyzwoitą ilość naynowszych Prepratów; poleca swe usługi Szanownej Publiczności, oraz zawiadamia: iż nadszedł do niego transport Wód Mineralnych Lekarskich, które po cenie umiarkowaney pozbywać przyrzeka.

    W cz. 1., poświęconej okresowi insurekcji koościuszkowskiej znajdziemy ogłoszenie następujące:

    Hieronim Hentz Nożownik i Chirurgicznych insstrumentów Mayster fdaie sławy godney Publiczności osobliwie medycznym Chirurgom do wiadomości, iż u niego każdego czasu, dobremi elastycznemi piórami opatrzone rupturowe passy z mieyscowemi kołami i bez nich, do każdego gatunku ruptury podług żądania, dostac mozno, i tak choroba tego wyciaga, a których osób nie mógł by sam widzieć, niech raczą mu opisanie ciała urazy zgrubością iego przyssać i podług tego iuż będzie wiedział, każdemu za pomierną cenę się przysłużyć.

    oraz

    U JPana Nahke w tutejszym Saskim Porcellanowym Magazynie, nadeszły wcale świeże następujące prawdziwe Mineralne Wody, jak to:
    Seydrzycka gorzka – Butelka po: Złł: 6.
    Selcerska – Butelka po Złł:: 5.
    Pyrmontska – Butelka po Złł: 8.
    Jeszcze można dostać tamże Seydrzyckiey gorzkiey Soli w zapieczętowanych Pakiecikach dwa łóty trzymaiących pod groszy 10. Saskiego pachnącego Mydła z Migdałów zrobionego, w flaszce po złł: 3.

    W cz. 2, poświęconej okresowi Księstwa Warszawskiego,

    Obwieszczenie, listopad 1807″
    Za zezwoleniem Naywyższey Dyrekcyi Lekarskiey Xiestwa Warszawskiego Mam honor donieść, iż w mieście tuteyszym iako lekarz praktyczny i okulista zostawać będę. Nayusilniey starać się zawsze będę zasłużenia sobie na zaufanie którym mnie kto obdarzyć zechce. Dla ubogich na oczy chorujących, którzy by chcieli pomocy i rady moiey użyć, przed południem od godziny 9 do 10, a po południu od 2 do 3. i wszystjow co prawdziwego lekarza należy i co kunszt i umieiętność dozwala czynić będę. Mieszkam w Rynku Nowego Miasta pod Nrem 343, na drugi piętrze.
    D. Ernst Gottfr. Kriekow. Lekarz Praktyczny i Okulista z Lipska

    21 czerwca 2006 z 17:44 #2880
    Maria J. Turos
    Participant

    Odpowiadam na pierwsze – to efekt głodu, a raczej jedzenia nieoczyszczonego i nieprzewianego ziarna w którym znajdował sie sporysz. Doprowadzał do marwicy tkanek obwodowych połaczonych ze straszliwymi bólami. Na Pomorzu panował jeszcze wówczas trąd – opisany i przebadany prze Hansena nie w Afryce ale w Norwegii. No i na zakończenie – powszechne choroby weneryczne – kiła wrodzona, która dawała nos siodełkowaty i inne tego typu „…kwiatki…”. Widzę, że po powrocie do kraju będę musiał „…uskutecznić…” ostrą prasówkę – bo jestem daleko w tyle.
    Wracam w sobotę, z prawie gotowym – tylko przegrać – tekstem komentarzem do obrazu Grossa i nie tylko. Cieszę się, że mogę się na coś przydać.
    Pozdrawiam
    Maria J. Turos

    21 czerwca 2006 z 18:00 #2881
    Krzysztof Polak
    Participant

    Nareszcie miałem czas dokładnie przestudiowac artykuł Pani Doktor i jestem pod ogromnym wrażeniem! Znakomity merytorycznie (i metodologicznie :mrgreen: ) a przy tym lekki i kwiecisty! Tak sie powinno pisać historię 😀

    22 czerwca 2006 z 11:35 #2889
    Maria J. Turos
    Participant

    Dziękuję za komentarz imć Pana Hrabiego – czy to oznacza, że może być tak dalej. Teraz zacznę ostrzej i z trochę większą ilością szczegółów. A te nie zawsze są przyjemne. Pozdrawiam

    24 czerwca 2006 z 21:58 #2913
    Brykiet
    Participant

    Moje trzy grosze: Podobno trąd zniknął z Europy w XVII wieku – wtedy zlikwidowano m.in. na Pomorzu (Frombork!) przytułki dla chorych. Czy te przypadki to endemity czy ogniska choroby przywleczonej?

    26 czerwca 2006 z 14:58 #2918
    Maria J. Turos
    Participant

    Trąd dość długo występował endemicznie wokół wybrzeży Bałtyku. Najpóźniej zniknął z południowej Norwegii i z Finlandii – np. przytułek dla trędowatych był jeszcze w pocz. XX wieku przy monasterze prawosławnym w Waałamie

    28 czerwca 2006 z 09:59 #2943
    DarekDarek
    Participant

    Witam!
    Pozwolę sobie dorzucić swoje pytanko.
    Przeglądając raporty składane na ręce dowódcy dyw. wołyńskiej w roku 1791/92,
    natrafiłem w nich na informacje o występowaniu „choroby węgierskiej” 😯 ,
    czy udałoby się Pani znaleźć trochę danych na jej temat?
    Pozdrawiam – D.

    28 czerwca 2006 z 12:14 #2944
    Maria J. Turos
    Participant

    Odpowiem jak tylko „namierzę Szumowskiego, bo gdzieś tą książkę położyłam, a sąsiedzi „wykąpali” mi mieszkanie.
    Pozdrawiam

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.