Jednostki polskie z ziem I rozbioru

  • 5 kwietnia 2012 z 20:17 #10368
    Oparman
    Participant

    Witam!

    Na ziemiach, które zostały w 1771 roku zajęte przez zaborców, musiały stacjonować istnieć jakieś polskie oddziały. Czy wiadomo, które to były? I co się z nimi stało po rozbiorze? Zostały przeniesiona na ziemie nadal polskie czy rozwiązane? Szczerze mówiąc, w żadnej z książek/artykułów które czytałem tak kwestia nie była poruszona. U Gembarzewskiego można przeczytać, że np. 4 Regiment Pieszy Koronny stacjonował w 1771 roku w Lwowie, ale to fragmentaryczne informacje.

    Pozdrawiam i z góry dziękuję za pomoc 😉

    5 kwietnia 2012 z 21:47 #10369
    Prusak
    Participant

    W Gdańsku, ale to po drugim rozbiorze, oddziały gdańskie wcielono do regimentów pruksich które potem w miescie stacjonowały( von Tresckow i von Kaufberg) Ale to oddziały gdańskie nie koronne.

    5 kwietnia 2012 z 23:23 #10370
    Krzysztof63
    Participant

    Nie spotkałem się z informacją, żeby jakieś całe jdnostki polskie zostały wcielone do armii pruskiej po pierwszym rozbiorze. Armia polska była wtedy jeszcze nieliczna i wycofanie oddziałów nie nastręczało jakichkolwiek trudności. Sformowano natomiast w latach 1773 – 74 siedem nowych regimentów pruskich (o numerach od 50 do 56), wykorzystując częściowo rekrutów z nowo zajętych terenów.

    7 kwietnia 2012 z 12:40 #10372
    Oparman
    Participant

    Dziękuję za odpowiedzi.
    Wzmianki z Gembarzewskiego zdają się potwierdzać, że piechotę wycofano. A co z kawalerią? Nie wiem czy dobrze kojarzę, ale chorągwie były formowane z lokalnej szlachty i na swoje utrzymanie ściągały pieniądze z okolic. Znalazłem w internecie informację – niesprawdzona – że kiedy w 1767 podzielono jazdę koronną na partie, jedną z nich była partia pokucko-podolska. Nazwa sugeruje, że stacjonowała na terenach późniejszego zaboru austriackiego. Czy jazdę też przeniesiono?

    10 kwietnia 2012 z 13:02 #10375
    Krzysztof63
    Participant

    Zapewne wszystkie wartościowe jednostki zostały wycofane, a jeśli gdzieś działało coś na kształt milicji, zostało pewnie rozwiązane. Z punktu widzenia armii pruskiej czy austriackiej, oddziały polskie, organizowane na wzór autoramentu narowodowego, nie były wojskiem, tylko bezwartościową hołotą, więc jeśli wcielano je do armii, to nie jako zorganizowane oddziały, tylko jako po prostu rekrutów. Informacje na ten temat mogą być bardz otrudne do zidentyfikowania.

    Rzecz jasna trochę zgaduję, bo nie znam zagadnienia, widzianego od strony polskiej. Jak dotychczas nie spotkałem się z informacją o wcieleniu jakichś regularnych oddziałów polskich do armii pruskiej po pierwszym rozbiorze.

    11 kwietnia 2012 z 13:02 #10386
    Koroniarz
    Keymaster

    Polecam artykuł o Polskich formacjach wojskowych, w armii austriackiej po pierwszym rozbiorze. Spis polskich jednostek, które przeszły na służbę carską po drugim rozbiorze wraz z ich nowymi nazwami znajdziesz w wątku Podobieństwa w broni. Pewne odniesienia znajdziesz w wątku: Wojna w obronie Konstytucji 3 Maja. Na forum jest też osobny wątek poświęcony późniejszemu okresowi i Polskim formacjom w armii carskiej 1794-1831 oraz wątek Wymuszona przyjaźń. W sumie niemało, choć rozproszone.

    Co się tyczy narodowego autoramentu, to mam wrażenie, że to twierdzenie nie do końca prawdziwe, skoro Prusacy sformowali pułk Towaryscz. Z prac prof. Czubatego, który jako jeden z nielicznych przyglądał się „drugiej stronie medalu” wynika, że niski odsetek Polaków pośród pruskiego korpusu oficerskiego był zamierzeniem celowym, które nie wynikało jednak z jakości Polaków jako oficerów, lecz z pruskich uprzedzeń. By nie być gołosłownym zestawiał to z podobnymi danymi z armii austriackiej i rosyjskiej.

    Pozdrawiam!

    11 kwietnia 2012 z 19:43 #10387
    Krzysztof63
    Participant

    Pytanie jest o oddziały polskie, przejęte po pierwszym rozbiorze. Nie wiem, jak było w innych państwach, ale do armii pruskiej nie trafił wtedy ani jeden zwarty oddział, przejęty z armii polskiej.

    Regiment Towarczys został utworzony z przekształcenia regimentu „Bośniaków” pod sam koniec XVIII, nie był więc „polską” jednostką, tylko normalną, pruską kawalerią na etacie regimentu huzarów, z racji umiejscowienia kantonu poborowego o dużej liczebności Polaków w szeregach. W kampanii 1806 – 07 dzielnie bronił króla pruskiego.

    11 kwietnia 2012 z 20:07 #10388
    Koroniarz
    Keymaster

    Pytanie jest o oddziały polskie, przejęte po pierwszym rozbiorze. Nie wiem, jak było w innych państwach, ale do armii pruskiej nie trafił wtedy ani jeden zwarty oddział, przejęty z armii polskiej.

    Owszem. Dlatego podałem różne odnośniki. To co piszesz było wszakże pochodną antypolskiej polityki Fryderyka Wielkiego, a nie jakością polskiego wojska, którego reformie zresztą stanowczo się sprzeciwiał. To właśnie Fryderyk II nakłaniał Katarzynę II do rozbioru Polski, czego wyrazem był m.in. plan Lynara.

    Regiment Towarczys został utworzony z przekształcenia regimentu „Bośniaków” pod sam koniec XVIII, nie był więc „polską” jednostką, tylko normalną, pruską kawalerią na etacie regimentu huzarów, z racji umiejscowienia kantonu poborowego o dużej liczebności Polaków w szeregach. W kampanii 1806 – 07 dzielnie bronił króla pruskiego.

    Mówiąc o kantonie poborowym masz na myśli ziemie zaboru pruskiego i pułk sformowany z drobnej szlachty polskiej. Zdecydowana ich część przechodziła w czasie kampanii 1807 na stronę wojsk powstańczych i współtworzyła kadry formowanego przez Dominika Dziewanowskiego 6 pułku ułanów Księstwa Warszawskiego. Nazwa regimentu nawiązywała zaś wprost do zaciągu towarzyskiego, czyli wynalazku typowego dla autoramentu narodowego. Zasługi, o których piszesz odnosiły się do walk z Francuzami.

    Co się zaś tyczy samych Bośniaków, to nazwa ta odnosiła się nie tyle do składu etnicznego jednostki, co do lekkiej kawalerii uzbrojonej w lance i w niektórych armiach była używana wymiennie z nazwą „ułani”. To lanca odróżniała ich od huzarów. O ile pamiętam, pierwszym oddziałem „Bośniaków” w pruskiej kawalerii był polsko-saski regiment ułanów, który walczył po stronie Królestwa Saksonii przeciwko Prusom w wojnie o sukcesję austriacką, po czym ze względu na kiepski żołd przeszedł na stronę pruską.

    Jacek Jaworski, w wydanej niedawno książce pt. Regina Armorum Rzecz o Lancy (wydawnictwo NapoleonV, Oświęcim 2011, str. 138 i nast.), pisze, że:

    Lanca w Prusach od samego początku wiązała się z polsko-tatarskimi ułanami. Myśl robienia zaciągów do pruskiej kawalerii na ziemiach Rzeczpospolitej zrodziła się po raz pierwszy w czasie I wojny śląskiej, kiedy dał się dotkliwie odczuć brak dobrej lekkiej kawalerii w armii Fryderyka Wielkiego. Zimą 1740/41 roku do Polski udał się ppłk Georg Hristoph von Natzmer, werbując w krótkim czasie na terenie Korony i Litwy sześć szwadronów ułanów. Nazwa to pojawiła się wówczas po raz pierwszy w armii pruskiej. Ochotników uzbrojono w szable i lance. Jednak w pierwszym poważniejszym starciu z austriackim huzarami pułk został rozbity, poczym król uznał, że „ułani nie są warci chleba, który jedzą”. Odebrał im lance i przemianował na pułk huzarów.
    Według ustaleń rosyjskiego badacza historii europejskiej kawalerii, za Fryderyka Wielkiego lance miały również dwa pułki pruskich huzarów.
    Panująca w XVIII wieku moda na różnego rodzaju lekkie nieregularne oddziały kawalerii obcego zaciągu wiąże się także z głośnym w tym czasie pruskim pułkiem – tzw. „Korpusem Bośniaków”. Jako pierwsi „Bośniacy” pojawili się w armii saskiej; niejaki Stephen Serkis, dowódca sformowanego na Ukrainie i w Polsce oddziału zwanego właśnie „Bośniakami” na rozkaz saskiego ministra Briihla został wysłany przez tegoż w granice Prus celem ich pustoszenia. Do akcji tej faktycznie nie doszło, a zdemobilizowany oddział poddał się władzy Fryderyka Wielkiego,
    który przydzielił jego oddział do pułku czarnych huzarów – tzw. Totenkopf. Początkowo odnoszono się do nich z niedowierzaniem, jednakże brawura jeźdźców, świetna umiejętność jazdy konnej oraz władania lancą, tak przychylnie usposobiła do nich wojowniczego króla, że ten w 1745 roku zatrzymał ich na stałe. Tak zaczął się długotrwały pochód lancy w pruskiej armii.
    Oddział „Bośniaków” (pochodzenie tej nazwy nie jest jasne) składał się z 23 (według innych źródeł 70) kozaków, Polaków, Tatarów i przedstawicieli innych narodowości. Włączony jako XI szwadron do czarnych huzarów był protoplastą późniejszych pruskich ułanów. Wiele źródeł, w tym niemieckich, podaje najwidoczniej mylnie, że „Bośniacy” składali się z Kroatów, Węgrów czy Serbów, nie wspominając nawet o ich polskiej proweniencji. Jednak spotkać można i takie znamienne stwierdzenia, iż do 1800 roku pułk ten składał się z polskich „towarzyszy” i nosił utrzymane w polskim stylu mundury.
    W końcowej fazie II wojny śląskiej, a następnie w czasie wojny siedmioletniej, po najrozmaitszych, bohaterskich wyczynach i walkach z Rosjanami i Austriakami, w roku 1761, postanowiono rozszerzyć oddziały „Bośniaków” przez ponowny werbunek w Polsce. W 1762 roku, korpus ten powiększony został aż do tysiąca ludzi w 10-ciu szwadronach, którymi dowodził mjr Grabowski, a następnie płk von Lossow. W ostatnim roku wojny odznaczyli się oni szczególnie pod Ditmanusdorf i Reichenbach. Po zawarciu pokoju zostali zredukowani do dwóch szwadronów W 1770 roku nastąpiło zwiększenie ich liczebności do pięciu szwadronów, a rok później ponownie do 10-ciu o ogólnym stanie 1400 jeźdźców. W czasie wojny bawarskiej w 1779 r., „Bośniacy” tworzyli brygadę z czarnymi huzarami pod dowództwem gen. von Lossowa.
    Polski charakter Korpusu (od 1770 roku zwanego już pułkiem) manifestował się w sposób wyrazisty. W skład korpusu oficerskiego wchodzili liczni Polacy i polscy Tatarzy. Po pierwszym rozbiorze Rzeczypospolitej ilość Polaków służących w pułku znacznie wzrosła. W 1778 roku na 63 oficerów 13 nosiło polskie nazwiska. W Działdowie rozpoczęto nawet organizowanie batalionu o 5 szwadronach, złożonego z polskich Tatarów. Zawarty w 1779 roku pokój przerwał werbunek, tym nie mniej 50 Tatarów wstąpiło do pułku „Bośniaków”. Z polskiej tradycji wojskowej przejęli mistrzowski styl walki lancą, a rtm. Moczydłowski planował żołnierzy zwerbowanych w Polsce ubrać w polskie mundury, na co król nie wyraził jednak zgody. W czasie Insurekcji Kościuszkowskiej przyszło im walczyć przeciw Polakom, m.in. pod Piątnicą, Kolnem, Dymnikami, Obydzynem, Czarnoczynem i Magnuszewem.
    Jeszcze jeden, mało znany aspekt pojawienia się lancy w pruskiej kawalerii wiążę się ze służbą Tatarów i Polaków u króla Prus, Fryderyka Wielkiego. Rzecz dotyczy krótkich dziejów tzw. Freikorpsu płk. lejtnanta hr. Friedricha von Kleista. W trakcie wojny siedmioletniej przeciw Austrii, Saksonii, Rosji i Szwecji, von Kleist utworzył złożony z jazdy, piechoty i artylerii korpus wojskowy, w skład którego w 1759 roku weszło 10 szwadronów (prawdopodobnie chodziło o chorągwie) ułanów (ulanen). W całej armii pruskiej ten typ kawalerii był wówczas całkowicie nieznany (nie licząc krótkich dziejów ułanów von Natzmera). Ślad polsko-tatarskiej kawalerii w służbie Prus należałoby prawdopodobnie upatrywać w osobie polskiego oficera, płk. Błędowskiego, który już ok. 10 lat wcześniej, w okresie I wojny śląskiej służył wraz ze swą chorągwią po stronie Prus. To jego kawalerzyści właśnie współtworzyli jazdę Freikorpsu gen. Kleista. Wygląd tych ułanów i ich charakterystyczne uzbrojenie odtworzył znany niemiecki badacz wojskowości Richard Knötel, lecz ikonograficzne praźródło znajduje się na saskiej porcelanie z epoki. Na lancach powiewały zielono-czerwone proporczyki z czarnymi monogramami królewskimi FR (Friedrich Rex).

    W 1796 roku król Fryderyk Wilhelm III rozkazał, aby szlachta w nowo okupowanych polskich prowincjach, tzw. „Nowych Prusach Wschodnich” służyła w tworzonych szwadronach huzarskich w pierwszym szeregu, pod nazwą „Towarzyszy”. Werbunek był dobrowolny, nie miał jednakże większego powodzenia, dopóki rozporządzeniem królewskim z 1799 roku pułk „Bośniaków” nie został przemianowany na szlachecki, polski „pułk Towarzyszów”, złożony z 15 szwadronów, ażeby „zapewnić byt drobnej szlachcie i zarazem uczynić ich we właściwy sposób pożytecznymi dla kraju”.
    Pruskie władze wojskowe nie były pewne rzeczywistych sentymentów drobnej szlachty polskiej do państwa pruskiego. Chodziło więc o wzięcie w ryzy, a zarazem pozyskanie sobie krnąbrnego i burzliwego żywiołu, jaki w zabranych prowincjach stanowiła szlachta zagrodowa, dla której z chwilą upadku polskiej państwowości znikła jedyna szansa podniesienia się w hierarchii społecznej, którą dawała służba wojskowa stanowiąca poza tym drogę naturalnego odpływu nadmiaru synów z karłowatych gospodarstw Stąd tak mile brzmiąca dla braci szlacheckiej nazwa pułku, którą Prusacy zniekształcali niemiłosiernie na „towarczy” „towarcys” lub „towarczider”. Stąd też mundur zbliżony do mundurów byłej kawalerii narodowej, oraz pewne narodowe tradycje w pułku.
    Początkiem formacji „Towarzyszy” było przemianowanie w 1800 roku „Bośniaków” na „pułk Towarzyszów”. Przyłączono doń pułk Tatarów polsko-litewskich w służbie pruskiej jako „batalion Tatarów”. W październiku 1800 roku praca organizacyjna była ukończona. Nowa jednostka uzyskała formalną nazwę Korpusu Towarzyszy nr 9 i składała się z trzech batalionów liczących po 5 szwadronów każdy. Dawało to razem silny pułk, złożony z 15 szwadronów po 120 ludzi. 10 szwadronów stanowili „Towarzysze” a 5 niedługo istniejący batalion Tatarów. Na miejsce stacjonowania pułkowi wyznaczono Ostrołękę, Łomżę i okolice. Dowódcą pułku mianowano gen. lejtnanta von de l’Estocq.
    W wojnie z Napoleonem w 1806 roku nie zrealizowano zamiaru podzielenia „Towarzyszy” między pruskie pułki. Wystąpili oni jako jednolity, samodzielny oddział, złożony w przeważającej mierze z polskiego żywiołu. Najwidoczniej władze pruskie uznały, że „Towarzyszom” można już zaufać. Wydarzenia wojenne pokazały, że miały rację, ale zarazem myliły się. „Towarzysze” spisywali się doskonale. Wyróżnili się podjazdem na Wierzuń (23 XII 1806). Odegrali ważną rolę pod Mławą i Działdowem. W bitwie pod Iławą Pruską 8 II 1807 roku, ponieśli bardzo znaczne straty lecz spędzili kawalerię francuską ustawioną za wsią Kussitten, pod klasztorem Sausgarten, a następnie szarżowali na nieprzyjacielską piechotę 51. pułku, na którym zdobyli sztandar i orły. 10 VI1807 roku w bitwie pod Lidzbarkiem Warmińskim w 1807 roku „Towarzysze”, po mistrzowsku posługując się lancą, rozgromili pułk francuskich kirasjerów. A jednak tego samego roku przy pierwszym spotkaniu z rodakami z Wojska Polskiego masowo przeszli na ich stronę dostarczając wielu doświadczonych żołnierzy i instruktorów.

    Wychodzi więc na to, że Prusacy nader chętnie korzystali z polskiego wojska.
    Pozdrawiam!
    :crazy:

    14 kwietnia 2012 z 20:28 #10392
    MG
    Participant

    Witam,

    Zapewne wszystkie wartościowe jednostki zostały wycofane (…) Jak dotychczas nie spotkałem się z informacją o wcieleniu jakichś regularnych oddziałów polskich do armii pruskiej po pierwszym rozbiorze.

    Takiej sytuacji (tzn. wcielania) w latach 1768-1772 nie było, gdyż jednostki były raczej skoncentrowane, niż wycofane w rejonie Warszawy, Kamieńca i pod komendą oboźnego Stempkowskiego na Ukrainie. Co więcej oddziały, które przyłączały się do konfederatów, a później w wyniku przegranych walk trafiały do rosyjskiej niewoli, na prośby władz polskich, były z niej uwalniane całymi oddziałami. Inaczej się miała sytuacja z uzbrojeniem, ale to OT.

    U Gembarzewskiego można przeczytać, że np. 4 Regiment Pieszy Koronny stacjonował w 1771 roku w Lwowie, ale to fragmentaryczne informacje.

    „4” jeszcze nie było – poprostu regiment buławy wielkiej koronnej 😉 . Garnizon Lwowa po zwycięskich bitwach z konfederatami (26.V i 01.VI.1769) został wycofany do Kamieńca.

    Pozdrawiam

    15 kwietnia 2012 z 09:49 #10393
    Krzysztof63
    Participant

    … Wychodzi więc na to, że Prusacy nader chętnie korzystali z polskiego wojska…

    Tak nie było. Za Fryderyka II armia pruska korzystała „chętnie” z wszystkich nacji, o ile tylko osobnik nadawał się do noszenia broni. Fryderyk dostrzegał słaby potencjał ludnościowy państwa prusko – brandenburskiego i żądał od szefów regimentów, aby obcokrajowcy stanowili conajmniej 50% stanów osobowych, w niektórych okresach sięgał nawet 70%. Polacy nie stanowili tutaj jakiejś specjalnie faworyzowanej nacji, wręcz przeciwnie, ich udział był niewielki, w stosunku do potencjału ludnościowego Polski. Jednak polscy oficerowie trafiali się w piechocie jeszcze przed wojną siedmioletnią (np. w moim regimencie było dwóch).

    Okres wojny siedmioletniej pod tym względem jest w ogóle niemiarodajny. Armia pruska ponosiła ogromne straty (średnio przez regimenty piechoty przewinęło się 4 – 5 tys. żołnierzy przy stanie etatowym 1500 ludzi), które uzupełniane były najczęściej poprzez przymusowe wcielanie jeńców, głównie z armii cesarskiej. Zaciągano również dezerterów ze stron przeciwnych, zwykłych bandytów, a nawet porywano mężczyzn, poddanych polskich (szczególnie ten proceder nasilił się pod koniec wojny w Wielkopolsce, gdzie toczyły się walki z armią rosyjską, operującą głównie właśnie z Wielkopolski). A najbardziej niemiarodajne pod względem etnicznym są właśnie Freikorpsy, tworzone – wbrew nazwie niekoniecznie w zaciągu ochotniczym – głównie spośród jeńców i dezerterów. Fryderyk tolerował je tylko dlatego, że wykonywały zadania lekkiej piechoty, której nie posiadał, jednak gardził nimi i nazywał „obrzydliwą hołotą”. Po wojnie wszystkie Freikorpsy zostały rozwiązane, a ich żołnierze wcieleni do regularnej armii.

    Wyciąganie wniosku o nadzwyczajnej sprawności żołnierzy pochodzenia polskiego w służbie pruskiej na podstawie przytoczonych wyżej jednostek, jest nieuprawnione. Już ułani Natzmera wykazali się niezdyscyplinowaniem, niskimi umiejętnościami bojowymi i tchórzostwem, za co regiment został przekształcony w regularnych huzarów, a ich szef trafił do pudła. Również próżno szukać o nadzwyczajnych sukcesach bojowych huzarów von Kleista czy Bośniaków. Natomiast cytat Jacka Jaworskiego jest doskonałą ilustracją pewnej manipulacji – mianowicie napisał on, jak Towarzysze dzielnie stawali po stronie pruskiej w 1807 r., natomiast „przeoczył” fakt, daczego przeszli na stronę polską – otóż tego samego roku, miesiąc po Lidzbarku, zawarto pokój w Tylży, a armia pruska została rozwiązana. Tym samym przestała obowiązywać ich przysięga wobec króla pruskiego. Nie znam szczegółów, bo niespecjalnie interesuje mnie ten okres oraz rodzaj broni, ale warto by sprawdzić datę, kiedy to Towarzysze „spotkali” rodaków z Księstwa i „przeszli na ich stronę”.

    Co do lanc pruskich huzarów w czasie wojny siedmioletniej – nigdzie nie spotkałem się z taką informacją. Nie sądzę, żeby informacja „rosyjskiego badacza” była warygodna. Armia pruska jest znakomicie opracowana na podstawie źródeł, zachowanych w Niemczech. W latach siedemdziesątych zainicjowano ogromny program badawczy, którego efektem był szereg monografii, poświęconym wszystkim aspektom funcjonowania pruskiej armii w okresie fryderycjańskim. O lancach huzarów nic tam nie ma. Ponadto szereg błędów, znajdujących się w tak krótkim cytacie Jaworskiego świadczy, że autor dość swobodnie podchodzi do faktów, co dodatkowo obniża wiarygodność powoływania się na bliżej nieokreślone „rosyjskie badania”.

    P.S. poniedziałek – posprawdzałem sobie ten cytat Jaworskiego i ogólnie rzecz biorąc prawie nic się nie zgadza z tym, co mam w opracowaniach niemieckich. Część informacji to nadinterpretacje, a cześć to zwykłe bajki z mchu i paproci. Jeśli cała ta książka jest taka, to podziwiam odwagę autora.

    16 kwietnia 2012 z 14:38 #10399
    Koroniarz
    Keymaster

    Z punktu widzenia armii pruskiej czy austriackiej, oddziały polskie, organizowane na wzór autoramentu narowodowego, nie były wojskiem, tylko bezwartościową hołotą

    (…)

    Freikorpsy, tworzone – wbrew nazwie niekoniecznie w zaciągu ochotniczym – głównie spośród jeńców i dezerterów. Fryderyk tolerował je tylko dlatego, że wykonywały zadania lekkiej piechoty, której nie posiadał, jednak gardził nimi i nazywał „obrzydliwą hołotą”.

    Stary Fryc lubił odmieniać słowo „hołota” przez przypadki, tyle że wszystko co piszesz nie zmienia faktu, że korzystał z jednostek złożonych z Polaków. Jest to oczywistą pochodną faktu, że przez znaczną część swojej historii Prusy były lennem korony, a ich ziemie w niemałej części zamieszkane przez Polaków, których odsetek do trzeciego rozbioru stale się zwiększał. Służba w obcym wojsku do czasów wojny o konstytucję i insurekcji nie była zresztą postrzegana nagannie. Dopiero w okresie 1792-1794 zaczęto formalnie definiować odstępstwo i pojęcie zdrady, zachowując zresztą w przypadku sądów powstańczych duży umiar w ferowaniu wyroków. Tu odsyłam do prof. Czubatego, który opisał to szerzej (m.in.) w „Zasadzie dwu sumień”. Warto dodać, że również wspomniany wcześniej Dominik Dziewanowski oficerskie szlify zdobywał w armii pruskiej po I rozbiorze. Jak pisał w jego biografii („ŻYCIORYSY ZASŁUŻONYCH POLAKÓW XVIII i XIX WIEKU”, POZNAŃ 1933) Janusz Staszewski „Dziewanowski niedługo pozostawał w służbie króla pruskiego. Po dwóch latach obcy mundur zbrzydł mu do cna i rzuciwszy służbę w stopniu chorążego otrzymał zwolnienie. Teraz dopiero wstąpił do ojczystych szeregów. Zaliczony jako porucznik ułanów królewskich, przez trzy lata pełni obowiązki adjutanta przy boku królewskiego synowca, ks. Stanisława Poniatowskiego, podskarbiego W. ks. litewskiego, a szefa gwardji pieszej koronnej. (…) Zrzuciwszy mundur osiadł Dominik na roli i gospodarzył w Płonnem i Łubkach, które to majątki przypadły mu w udziale w 1792 r. przy regulacji mienia spadkowego po kasztelanie (…). Z tego domowego zacisza wyrwała Dziewanowskiego insurekcja kościuszkowska. Wspólnie ze swym bratem Janem, oraz dwoma braćmi Podoskimi przygotowuje Dominik powstanie ziemi dobrzyńskiej. Na czele zebranych powstańców uderzają oni w lipcu na Rypin i wypędzają stamtąd garnizon pruski. Rychło jednak sami muszą ustąpić wobec nadciągających w przeważającej liczbie sił pruskich. Wtedy wraz ze swym oddziałem rusza Dziewanowski na Kujawy i tu łączy się z działającemi oddziałami polskiemi. Jako dawny wojskowy otrzymuje szybko stopnie rotmistrza i majora, a skoro Kujawiacy złączyli się z korpusem gen. Dąbrowskiego, wysłanym do zaboru pruskiego w celach dywersji, Dziewanowski zostaje przydzielony do sztabu i przy boku Dąbrowskiego pełni służbę adjutanta. Na tem stanowisku odznacza się podczas marszu na Bydgoszcz 30 września 1794 r., kiedy pod Łabiszynem, wspólnie z synem przyszłego wodza legjonów, Michałem Dąbrowskim, ratuje z opresji nocnej utarczki swego dowódcę. Losy korpusu i powstania kujawskiego, do którego się zaliczał dzielił do ostatka Dziewanowski, a kiedy nad ziemią polską obca przemoc zapanowała, powrócił znów na rolę do ojczystego majątku.”

    cytat Jacka Jaworskiego jest doskonałą ilustracją pewnej manipulacji – mianowicie napisał on, jak Towarzysze dzielnie stawali po stronie pruskiej w 1807 r., natomiast „przeoczył” fakt, daczego przeszli na stronę polską – otóż tego samego roku, miesiąc po Lidzbarku, zawarto pokój w Tylży, a armia pruska została rozwiązana. Tym samym przestała obowiązywać ich przysięga wobec króla pruskiego. Nie znam szczegółów, bo niespecjalnie interesuje mnie ten okres oraz rodzaj broni, ale warto by sprawdzić datę, kiedy to Towarzysze „spotkali” rodaków z Księstwa i „przeszli na ich stronę”.

    Nie ma tu manipulacji, tylko powszechnie znane fakty: dezercje na stronę polską zaczęły się w 1806-tym i trwały do końca wojny. Pozwól, że zilustruję to innym cytatem, tym razem z książki Adama Paczuskiego „Wojsko Księstwa Warszawskiego. Ułani, gwardie honorowe, pospolite ruszenie, żandarmeria konna” (Wydawnictwo Karabela Danuta Chojnacka, Warszawa 2009, t. 1, str 26-27):

    Oddział Dziewanowskiego określany był w 1806/1807 r. różnymi nazwami: jako „pułk towarzyszów”, „1. regiment kawalerii lekkiej”, „pułk 2. jazdy”, „5. regiment kawalerii narodowej”, a nawet „regiment strzelców konnych Dziewanowskiego”. (…) Dwie uformowane już i uzbrojone kompanie „towarzyszów”, wedle słów Weyssenhoffa „połączone z postępującym wojskiem, stały się postrachem jazdy nieprzyjacielskiej. Męstwo nieustraszone, zręczność w walce, znajomość służby garnizonowej i polowej, ożywione zapałem serc szlachetnych, odznaczały tych bohaterów. Przez jakąś wzniosłą zuchwałość ci pruscy niegdyś »towarzysze« nie chcieli zdjąć swoich przeszłych mundurów, lubo wiedzieli, jaki każdego z nich los czeka, gdyby był ujęty – a to dlatego, aby nieprzyjaciel wiedział, z kim walczy. Do dawnych swoich szako dodali tylko końskie ogony, dla ustrojenia kasków. Na czele tych kompanii stanęli niezrównani oficerowie: kapitan Łojewski i porucznik Radoszkowski, obydwaj z tegoż dawnego pułku”. Pierwszą akcją „towarzyszy” była wyprawa na pruski oddział mjr. Stutterheima. „Wnieść możesz co to jest dzisiaj żołnierz pruski, kiedy się dowiesz, że w 100 koni towarzyszów, noszących jeszcze mundur pruski i około 80 pospolitego ruszenia Komierowskiego, wypędziłem Studterheima mającego piechotę, artylerię i kawalerię, aż za rzekę Peplę (Pelplin). Prusacy tak rączo uciekali, że dogonić ich było rzeczą niepodobną” – chwalił się 15 stycznia 1807 r. Kosiński gen. Józefowi Niemojewskiemu. Swoją postawą „towarzysze” zyskali także uznanie gen. Dąbrowskiego, który wyróżniał ich przed ks. Poniatowskim: „Regiment kawalerji poznańskiego departamentu pod komendą płk. Dziewanowskiego, zawsze będący w awangardzie, nieustannie dystynguje się. Pod Nowem popadł na oddział mocny czerwonych huzarów, ubiwszy kilkunastu, wpędził ich do miasta pod zasłoną piechoty i armat i pod samym miastem wziął 12 huzarów w niewolę; pod Munsterwalde (Opaleniem Tczewskim) oddziały tego regimentu znalazłszy patrol dragonów, kilku z piechoty, nie tylko przymusił do ucieczki, ale ubił kilkunastu i wziął do niewoli 16 dragonów i 8 ludzi piechoty”.
    „Towarzysze” Dziewanowskiego pełnili także rolę wywiadowczą. Uzyskane dzięki nim raporty, np. na temat nastrojów w twierdzy gdańskiej, Dziewanowski wysyłał do sztabu. (…) Podstawową zaletą „towarzyszy” Dziewanowskiego było ich wyszkolenie i swoiste esprit de corps (poczucie więzi). Żołnierze ci „są w swoim exercerowaniu z Lancami sławni w całey Pruskiey armii, lecz do tego zaszczyceni i dobrym zachowaniem się y prowadzeniem ślachetnym”. Dezerterzy, którzy stale napływali ze strony pruskiej, chcieli służyć tylko wśród swych kolegów, „którzy wraz jedną znaiąc musztrę więcey użytecznemi staną się jak gdyby do innych Regimentów mieli bydź wcielonymi” – argumentował podoficer Andruszkiewicz, który wraz z siedmioma „towarzyszami” zgłosił się do polskich władz w Poznaniu. Dlatego w tym pułku panowała atmosfera swoistego braterstwa i odpowiedzialności za honor oddziału. Przykładem może być wypadek z lutego 1807 r., o którym donosił Dziewanowski Dąbrowskiemu: „Melduję JW. Generałowi, że dnia wczorajszego, mój jeden to-warzysz w nieporządku, przed infanterji ogniem uciekać zaczął. Cała komenda skargę przeciw niemu doniosła. Dziś przed frontem miał być odpędzonym, na wielkie prośby i zaręczenia kolegów, że w najpierwszej okazji nagrodzi swego honoru, zostawić go w regimencie pozwoliłem”. Walki, które niebawem czekały kawalerzystów Dziewanowskiego, dały niejedną sposobność do takiej rehabilitacji.

    Ponieważ autor niekiedy na to forum zagląda, być może sam zechce ten temat rozwinąć. Od siebie dodam, że bez udziału pułku towarzyszów w walkach po stronie polskiej, reszta pułku, która została w służbie pruskiej do pokoju w Tylży, nie zostałaby włączona do jednostki Dziewanowskiego (6PUXW), tylko została tak jak szereg innych pruskich jednostek całkowicie rozwiązana.

    Jeśli opracowania niemieckie tak odbiegają od rzeczywistości, jak to opisujesz, to niestety nie można ich uznać za wiarygodne.

    Pozdrawiam!
    :ulan:
    P.S.
    Ułan 6-ego pułku, lecz w mundurze z 1810 r. zdobi też okładkę w/w książki:

    16 kwietnia 2012 z 22:43 #10401
    Krzysztof63
    Participant

    Stary Fryc nie korzystał z jednostek, złożonych z Polaków. Jeśli masz na myśli regiment Towarczys, to w chwili jego utworzenia Fryc nie żył już 14 lat. Natomiast w czasie jego panowania nie było w armii ani jednej jednostki, o której można by powiedzieć, że była jednostką polską. Freiregiment ułanów von Kleista (powstał zresztą tuż przed końcem wojny i nawet nie jest pewne, czy wziął udział w bitwie pod Freibergiem 26.10.1762r.) został zwerbowany na terenie Saksonii, jak cały korpus von Kleista. I poza Saksonię w w czasie wojny się nie ruszył.

    System rekrutacji armii pruskiej do 1807 r. był tak skonstruowany, że tworzenie jednostek o wyraźnym charakterze etnicznym było trudne. To właśnie obowiązek rekrutacji znacznego odsetka cudzoziemców powodował, że do jednego regimentu trafiali ludzie z całej Europy (a zdarzali się nawet Murzyni). Jednak pod pojęciem „cudzoziemców” rozumiano także poddanych bawarskich, wirtemberskich, hanowerskich, austriackich, szwajcarskich – którzy również posługiwali się na codzień jakąś odmianą języka niemieckiego.

    Na ziemiach, znajdujących się w do 1773 r. w granicach państwa brandenbursko – pruskiego nie było obszarów o przewadze ludności polskojęzycznej, więc jednostki takie powstawać po prostu nie mogły. Fryc zresztą Polaków nienawidził i za jego życia w całej armii pruskiej żaden Polak nie doszedł do stopnia generalskiego, tolerował ich tylko w niższych rangach oficerskich (z nielicznymi wyjątkami, ale w końcu lubił też i nawet utrzymywał biskupa Ignacego Krasickiego). Według bardzo niepewnych szacunków, w niektórych regimentach dolnośląskich ok. 1/4 żołnierzy mogła być polskojęzyczna, ale to też nie jest oczywiste – dialekt śląski z okolic środkowej Odry jeszcze na początku XX w. nazywano „Wasserpolnisch”, a z językiem polskim miał niewiele wspólnego. A najbardziej katolicki regiment piechoty, nr 33, w całości z Hrabstwa Kłodzkiego, był w całości niemieckojęzyczny.

    Co do dezercji Towarzyszy nie będę się upierał. Jak już wspomniałem, ani ten okres, ani formacje kawalerii na tyle mnie nie interesują, żebym pamiętał jakieś ekstra fakty. Ale samo sformułowanie „A jednak tego samego roku przy pierwszym spotkaniu z rodakami z Wojska Polskiego masowo przeszli na ich stronę” sugeruje, że trwała wojna i w jej trakcie doszło do jakiegoś masowego buntu i przejścia regimentu na drugą stronę. Tymczasem w bitwie pod Lidzbarkiem (10.06.1807) regiment ten wystąpił w składzie 10 szwadronów – czyli nominalnym, przewidzianym regulaminem dla regimentów huzarów, na etacie którego był sformowany. A 9 dni po bitwie działania wojenne ustały – zawarto rozejm, a niecały miesiąc później pokój w Tylży. Wygląda więc, że wcale nie tak wiele było tych dezercji w czasie wojny. Zresztą nie wszyscy dali nogę na polską stronę, bo z pozostałych Towarzyszy już 26 lipca 1806 r. rozpoczęto formowanie 1. Westpreussische Ulanen Regiment w składzie ośmiu szwadronów.

    Tak poza tym, nie bardzo rozumiem, dlaczego z uporem, skoro pytanie dotyczyło jednostek polskich zagarnietych po pierwszym rozbiorze, przytaczasz jakieś informacje z czasów dwadzieścia lat późniejszych. Są one nie na temat.

    PS. Znalazłem jeszcze tekst na temat Towarzyszy autorstwa Wojtka Olszewskiego :

    …chciałbym się zając mityczną dezercją 600 Towarzyszy pod Fordonem, którzy mieli stanowić zalążek 6 pułku ułanów XW. Taką informację podaje Gembarzewski [Wojsko Polskie. Księstwo Warszawskie 1807-1815], powołując się na relację Chłapowskiego. Tę samą rewelację powtarza również Leśniewski [Jena- Auersteadt 1806], powołując się a jakże na Chłapowskiego. O epizodzie pod Fordonem w kontekście dezercji (nie wdając się jednakże w szczegóły) wzmiankuje również Skowronek [Guttstadt i Heilsberg]. Tymczasem sam Gembarzewski oprócz relacji Chłapowskiego podaje również relację Wayssenhofa , wedle którego Dziewanowski miał w styczniu 1807 jedynie dwie kompanie i to niepełne. Termin styczniowy jest tu istotny, gdyż Towarzysze stacjonowali nad Wisłą w tym w rejonie Ostrowitego (vis a vis Fordonu) do początku grudnia i tylko w tym czasie mieli szansę zdezerterować zwartą grupą. Próżno szukać w opracowaniach niemieckich informacji o tak masowej dezercji. Nie ma jej u Hoepfnera ani Vorbeck-Lettowa. Nie ma również śladu w źródłach francuskich, a dezercja połowy regimentu musiał by zostać wykorzystana przez napoleońską propagandę i znaleźć się w Biuletynie WA, podobnie w gazetach warszawskich czy poznańskich z tego okresu.

    W Źródłach wojskowych do dziejów Pomorza w czasach Księstwa Warszawskiego. Część 1. Zajęcie Pomorza [FONTES XXVI, Toruń 1933] opracowanych przez J. Staszewskiego znajdują się raporty gen. Kosińskiego, który do czasu powołania Dziewanowskiego na szefa pułku ułanów, tworzył Wojsko Polskie w departamencie bydgoskim. W raporcie z 20 grudnia pisze „z towarzyszów pruskich blisko już szwadron zebrałem” Jednak już parę dni później 28 grudnia: „do tej siły dołączyłem moich 26 towarzyszów w mundurach pruskich, ale w czapkach i z sercem polskim”. W jaki sposób ze szwadron stopniał do 26 sztuk ? Otóż Towarzysze w czasie gdy Kosiński przebywał w Toruniu podnieśli bunt, tak że generał zmuszony był 2 wsadzić do ciupy a 11 odesłać do piechoty do Gniezna, reszta pewnie się rozbiegła lub wróciła na żołd pruski. W tym samym dniu Kosiński informuje że Dziewanowski przybył z Torunia z 55 towarzyszami a następnych 40 tam (do Torunia) przybyło. Pokrywają się te ilości z relacją Waysenhoffa. Ilu z tych Towarzyszy było dezerterami a ilu jeńcami trudno rozstrzygnąć, ale rewelacje o masowym przechodzeniu Polaków z korpusu Towarczys na stronę napoleońską można włożyć między bajki.

    Jak już wspomniano regiment i batalion Towarzyszy sformowano w roku jubileuszowym 1800. W listopadzie tegoż roku Fryderyk Wilhelm z zadowoleniem mógł stwierdzić, że : drobna szlachta pod naszym panowaniem do służby chętnie wstępuje, a część ochotniczo angażuje się jako Towarzysze.

    Jakkolwiek oddział formowany był z Polaków, to jednak kadra była w większości niemiecka. Szefem (w roku 1800) był generał lejtnant Henrich baron von Guenter pochodzący z Brandenburgii, a pułkownikiem i komendantem Georg von Kall, pochodzący z Pfalzu. W czasie wojny siedmioletniej walczył on w szeregach francuskich, a dostawszy się do niewoli pod Rossbach wstąpił do służby Fryderyka II. Wśród wyższych oficerów polskie korzenie miał major Marcin Konarski ( lat 46 w tym 30 służby !) pochodzący z Mazowsza, oraz rotmistrz Aleksander Kurnatowski ( lat 43, w tym 27 służby) pochodzący z Wielkopolski. Nie lepiej sytuacja wyglądała wśród młodszych oficerów. Przewaga żywiołu polskiego dotyczy dopiero Fahnen-Junkrów, czyli takich stażystów – kandydatów na oficerów – pochodzących z Mazowsza. Ciekawy jest przykład (chociaż nie odosobniony) Jakuba Zielińskiego – podporucznika w batalionie – który w odróżnieniu od swoich kolegów, jako kraj rodzinny (Vaterland) podał Polska. Warto podkreślić, że żaden z nich nie zdezerterował, a wszyscy co chcieli dostali abszyt po 1807 roku. Nieco inaczej sytuacja wyglądała w szwadronie tatarskim. Tam kadrę oficerską zdominowały dwa klany rodzinne Murza Baranowskich i Ułanów. Zastanawiające jest jak wyglądała posługa duszpasterska w takim regimencie, gdzie część była zagorzałymi papistami, część słuchała nauk Lutra a część chwaliła Mahometa, w każdym razie na etacie był tylko kapelan protestancki – August Brettschneider pochodzący ze Śląska.

    Korpus miał specjalne regulaminy dotyczące służby, które wynikały specjalnego charakteru jednostki, stąd też zapewne stworzono specjalną Inspekcję Towarzyszy zamiast podporządkować oddział Wschodniopruskiej lub Warszawskiej Inspekcji Kawalerii. Jak już wspomniano cały korpus był na etacie pułku huzarów, ale szkolenie było jak w … pułkach dragońskich – z musztrą pieszą. W instrukcji z 1 września 1801 roku, dotyczącej szkolenia rekrutów czytamy: „Brak znajomości mowy niemieckiej sprawia, że szkolenie Towarzyszy jest bardzo trudne. Większa część z nich, nie posiada żadnego szkolnego wykształcenia, ani nie wykazuje chęci samodzielnego myślenia, a wręcz ma dużą awersję do służby wojskowej . (…) ich szkolenie wymaga więcej czasu, trudu i zaangażowania niż większości niemieckich rekrutów”.

    17 kwietnia 2012 z 18:44 #10403
    apacz
    Participant

    Witam,
    Na początek muszę się usprawiedliwić, że na razie nie podejmę niestety szczególowej dyskusji, z odwołaniami do konkretnych dokumentów, bo obowiązki wobec przygotowywanej właśnie „Piechoty” skutecznie zabierają mi każdą wolną chwilę. Możecie Panowie liczyć na moj udział dopiero od jesieni.
    „Wywołany do tablicy” pozwolę sobie jednak napisać kilka zdań na ten arcyciekawy temat, które proszę potraktować jako moją osobistą, subiektywną opinię. Moim zdaniem opowieści o dezercji 600 towarzyszy pod Fordonem to raczej mit niż rzeczywistość. Nie trafiłem NIGDZIE na ślad podobnego wydarzenia, ktore powinno odbić się w raportach z tego okresu. Faktem jest, że pojedyńczo i w niewielkich grupach (często konno i z bronią) towarzysze przechodzili na stronę polską na przełomie 1806 i 1807 r. Świadczą o tym raporty Kosińskiego. A ten pierwszy 100-osobowy „zbuntowany” oddział został podkupiony przez werbowników z brygady kawalerii narodowej Łochockiego. Nota bene brygada ta została prawdopodobnie wchłonięta później przez 6. puł XW, czyli i tak wrócili oni pod komendę Dziewanowskiego. Ale wracając do właściwego pułku Dziewanowskiego (który na początku nie był wcale szefem-dowódcą, ale organizatorem tej jednostki, ale to materiał na zupełnie odrębne rozważanie) to służącą w nim liczbę dezerterów z regimentu „Towarczys” szacowałbym na około 200 ludzi. Są to jednak tylko moje ogólne szacunki – aby sprawę rozwikłać w oparciu o dokumenty, trzeba by poszukać w archiwaliach – i to tych mniej znanych (w tekach Dąbrowskiego w AGAD, BUW, Bibliotece Czartoryskich i kilku innych miejscach odpowiedzi nie znalazlem). Podejrzewam, że coś mogłoby być w archiwach rodzinnych, ale to tylko „gdybanie”. Temat jest rzeczywiście arcyciekawy i wart zgłębienia. Być może kolejnych nowych faktów dostarczy spodziewana publikacja p. Andrzeja Ziółkowskiego o trzech pierwszych pułkach ułanskich XW.
    pozdrawiam
    Adam Paczuski

    18 kwietnia 2012 z 15:55 #10407
    Koroniarz
    Keymaster

    Stary Fryc nie korzystał z jednostek, złożonych z Polaków. Jeśli masz na myśli regiment Towarczys, to w chwili jego utworzenia Fryc nie żył już 14 lat.

    Potwierdziłeś też, że Fryc Polaków nie lubił, o czym pisałem na wstępie. Rozumiem więc, że nie jest to przedmiotem sporu. Konsekwencje tego dla formowanych jednostek są oczywiste. Podobnie jak udział Fryca w I rozbiorze. W żaden sposób nie zmienia to jednak faktu formowania przezeń jednostek wyżej opisanych. W kawalerii był to jeden regiment bośniaków i drugi huzarów, oraz wzmiankowane wcześniej jednostki freikorpsu. Regiment towarzyszów, nie był nową jednostką, tylko starą jednostką o nowej nazwie, co zresztą wcześniej przyznałeś.*

    Co się tyczy ram czasowych to miej na uwadze, że nie ma żadnych jednostek, których byt można by zamknąć w sztywnych ramach 1772-1793, lub tylko do ziem pierwszego rozbioru. Przy takim ujęciu wszystkie wypowiedzi są nie na temat. Jeśli jednak nie chcemy zamknąć dyskusji na tej prostej konstatacji, to należy zauważyć, że skład jednostek zawsze był mieszany, oraz że istniały w tym czasie polskie jednostki w służbie zaborców. Zaborcy zawsze umieszczali w tych jednostkach własnych oficerów lub podoficerów. W armii pruskiej służyli Polacy z ziem I rozbioru, ale i z ziem jeszcze nie zagarniętych (nieprzypadkowo przywołałem przykład Dominika Dziewanowskiego). Potem z ziem kolejno zagarnianych. Były jednostki polskie, które utworzone zostały wcześniej, z których późniejszy pułk towarzyszów przetrwał do 1807-ego roku. Wydaje mi się więc, że należałoby przyjąć cezurę roku 1815-ego, która przewija się w opracowaniach (patrz np.: „Zasada dwóch sumień”). Przynajmniej jeśli chodzi o Rosję i Austrię. W przypadku Prus, ze względu na postanowienia przyjęte w Tylży można przyjąć również rok 1807, choć rok 1815-ty ma uzasadnienie o tyle, że w pruskim opisie bitwy pod Waterloo polskie nazwiska przewijają się stale.

    Wypowiedź Wojciecha Olszewskiego jest bardzo ciekawa. Zgadzam się jednak z Apaczem, że żadne (znane mi) źródła nie mówią o dezercji 600 osób pod Fordonem. Faktem pozostaje natomiast, że zalążek pułku po stronie polskiej stanowiło 31 dezerterów z tej właśnie jednostki, których z czasem przybywało.

    Pozdrawiam!
    :ulan:


    *Nasza rozmowa skłoniła mnie do odkurzenia przedwojennego artykułu o pruskiej kawalerii, który postaram się niebawem ku pożytkowi zainteresowanych zamieścić na stronie Arsenału.

    19 kwietnia 2012 z 14:00 #10410
    Krzysztof63
    Participant

    Stary Fryc nie korzystał z jednostek, złożonych z Polaków. Jeśli masz na myśli regiment Towarczys, to w chwili jego utworzenia Fryc nie żył już 14 lat.

    Potwierdziłeś też, że Fryc Polaków nie lubił, o czym pisałem na wstępie. Rozumiem więc, że nie jest to przedmiotem sporu…[/quote]
    Przedmiotem sporu miało być to, czy jakieś polskie jednostki wojskowe zostały wcielone do armii zaborczych w wyniku 1 rozbioru. Odpowiedziałem, że nie jest mi znany taki przypadek dotyczacy armii pruskiej. Powoływanie się w tym kontekście na jednostki powstałe w Prusach w czasie wojny siedmioletniej, czy w czasach już wojen napoleońskich jest kompletnie nie na temat. A pytanie założyciela tematu jest bardzo konkretne i dotyczy skutków I rozbioru.

    Jeżeli już jednak mamy dyskutowac w szerszych ramach czasowych o jednostkach „polskich” w armii pruskiej, to muszę powiedzieć, że z wieloma stwierdzeniami, powszechnymi w literaturze polskiej po prostu się nie zgadzam. Wiele z nich wynika z licznych uproszczeń, z patriotycznego zadęcia, czy wreszcie z wymogów propagandy (najlepszy przykład – to dominująca w polskiej literaturze ocena tzw. bitwy pod Strugą, 15 maja 1807 r.). Jest to rzecz jasna temat na bardzo obszerną dyskusję, która powinna odbywać się nie w tym temacie, a w innym, a w której należałoby osobno rozpatrywać, okres fryderycjański i napoleoński, przy czym ten drugi zapewne w rozbiciu na trzy etapy: do 1807 r., od 1807 do 1813 r., i od 1813 do 1815 r.

    Moje zainteresowania dotycza głównie okresu fryderycjańskiego, i to raczej wczesnego (do 1763 r.) i o tym okresie mogę dyskutować, nawet „w temacie” kawalerii. Okres napoleoński interesuje mnie znacznie mniej, więc nie czuję się na siłach spierać sie z teoriami na temat masowej dezercji Polaków z armii zaborczych. Z zasobu informacji, które posiadam, wynika coś dokładnie przeciwnego. Najlepszy przykład to tworzenie Legii Nadwiślańskiej na Śląsku – zaciąg był tak marny, że aby sformować dwa pułki piesze, trzeba było wysłać około 5000 poborowych z Warszawy.

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.