Wiek: 52 Dołączyła: 12 Maj 2006 Posty: 222 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2006-10-14, 14:47
Jestem właśnie w Paryżu. W sieni Val - de - Grace jest tablica, a na niej nazwiska czterech medyków, którzy spod tego Pułtuska, Gołymina i Czarnowa do Francji nie wrócili. Śpią snem wiecznym w naszej ziemi. Ja już wiem za kogo będę się modlić na tej mszy.
I czuć na sobie zimny polski wiatr.
W zeszłym roku, w drugim dniu trwania XIII wiecznego turnieju rycerskiego na zamku w Ciechanowie, uczestniczyłam we mszy odprawianej po łacinie. Ksiądz był Niemcem, a w czasie podniesienia wyjrzały mu spod sutanny średniowieczne ciżmy.
Stojąc tak w zamkowej krypcie, wśród ubranych w kolczugi rycerzy, w skupieniu modlących się przed bitwą, doznałam mistycznego wręcz uczucia. Jakby czas cofnął się o kilka wieków. No i jeszcze te słowa wymawiane po łacinie....
Ponieważ wskrzeszamy w jakiś sposób historię, powinniśmy to robić tak, aby każde kreowane przez nas najdrobniejsze wydarzenie było dla nas i innych niesamowitym przeżyciem. Tak własnie myślę.
_________________ Bo serce ułana, gdy położysz je na dłoń
Na pierwszym miejscu panna, przed panną tylko...koń.
Wiek: 52 Dołączyła: 12 Maj 2006 Posty: 222 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-01-31, 16:47
Myślałam, że to tylko ja miewam takie "...duszne..." przygody. Naprawdę, po każdej naszej batalii - albo i przed - brak mi jest chwili zadumy i skupienia nad tymi ludźmi, których stroje przywdziewamy. W wielu miejscowościach - np. Raszyn są kapliczki w miejscu batalii. Iść tam, postać na warcie, niedługo, ot chwilę, ale...
Latem w Gołyminie - choć ja w "...skórze..." zlaicyzowanego do szpiku kości francuskiego medyka, gdy weszłam do kościoła, to miałam "...oczy w mokrym miejscu..." - poryczałam się po prostu.
Podobnie - nich "...kapelan dobrodziej..." ruszy pamięcią - było w czasie Olszynki Grochowskiej gdy medyk na kolana [trafiłam w kałużę i za chwilę spodnie przymarzły mi do butów] i prosi o rozgrzeszenie. To zostawia ślad - cieszę się, że czujemy i myślimy podobnie. Mam problemy z przesyłaniem załączników,gdyż chciałam pokazać fotografię z ubiegłego roku z Corps, gdzie w namiocie ambulansowym mieliśmy drewniany krzyż. Bo to czasami - a zdaje mi się,że bardzo często - tak bywało.
Pozdrowienia
Cieszy mnie bardzo, że podobnie jak ja, myśli nasz Szacowny Medyk.
Prawda jest taka. Jesteśmy kobietami, choć w męskich mundurach i tak jak kobiety w sposób powiedziałabym bardziej wysublimowany niż panowie, przeżywamy różne sytuacje na polach bitwy czy w obozie. Z moich obserwacji wynika, że panowie do sprawy "odtwórstwa" podchodzą (w 80%)w sposób techniczny, my zaś bardziej emocjonalnie, z sercem powiedziałabym. I chwała nam za to. Bo czasem jak nam "się oczy pocą", to tylko dobrze o nas świadczy.
_________________ Bo serce ułana, gdy położysz je na dłoń
Na pierwszym miejscu panna, przed panną tylko...koń.
Wiek: 52 Dołączyła: 12 Maj 2006 Posty: 222 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-02-01, 17:02
Był kiedyś taki wierszyk z zakończniem "...a Napoleon zrobił gest - w stylu Napoleona, no i pomślał...coś w tym jest. I cos jest - niech aj skonam...".
To nie jest tylko kwestia wysublimowania - sama nie wierzyłam puki się za pewne listy nie wzięłam i nie poczytałam. Panowie też bywają wrażliwi.
Ale rzecz tez w tym, że po fascynacji rekonstrukcją typu mundur 1000% - już nie 100% - autentyk, strzelający karabin czy inne atrybuty "...bycia..." w wybranej epoce albo przychodzi chęć dotarcia gdzieś głębiej, albo zostaje ó 1000% naskórek.
W mojej sytuacji - a siedzę w tym już dość długo [Francja od 1999 roku - pierwszy raz w St. Raphael gdzie mnie wykąpano w morzu w pełnym mundurze] czuję, że zaczynam dojrzewać do odpowiedzi na pytanie "...jak było..." w troche pogłębionej formie. A tu jednak - sfera duchowości jest bardzo ważna.
Inaczej postrzega się ludzi naprawdę wielkiego formatu, gdy po fascynacji tą właśnie wielkością odkrywa sie nie tylko ich przywary - bo to najłatwiej - ale ich życie osobiste.
Listy Gen. Dąbrowskiego do żony Basieńki - i prośba o "...ogóreczki i szarlotkę...", nie tak dawno "...wyniuchane...", iz nasz raszyński bohater Cyprian Godebski uwielbiał herbatę i zwyczajne drożdżowe ciasto, zaś J. D. Larrey - gorzką czekoladę i bezy tudzież permanentnie spał [wiadomo czemu] na uroczystościach. Spod Iławy - a dokładnie z Plegel - w lutym 1807 roku pisał do żony "...oby wojna skończyła się tak szybko bym mógł wrócić do domu na Wielkanoc..." [list w kolekcji Wellcome Library w Londynie]. Czyli - a z tego bardzo się cieszę - do rekonstrukcji ładnego maszerowania i strzelania "...doszlusuje..." równiez stół, kościół i rodzina.
Pozdrowienia.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum