Poprzedni temat «» Następny temat
Autor Wiadomość
Rekonstrukcja: Pierwiastek niematerialny
niepij
bywalec
Początkujący



Dołączył: 13 Lip 2006
Posty: 145
Skąd: KompaniaWoltyżerów
Wysłany: 2006-07-14, 22:06   

Oto przykład dlaczego żołnierze szanują oficera.
Nikt nie zmusza nas do zabrania głosu. Pewnie sami opisywani nigdy się o sprawie nie dowiedzą ale występujemy w obronie jego dobrego imienia bo :
ma wiedzę
nie wacha sie jej użyć
szarpie się w błocie z armatą mimo że mógłby śmigać karetą
śpi z nami w starym forcie nad morzem mimo że 5 kilometrów obok ma 3 piętrowy wiktoriański dom
kiedy pytamy o jakikolwiek szczegół z epoki on to wie, ale nie tak że on nam powie - o nie - on nam poda 5 tytułów źródłowych książek które pomogą nam w naszych wątpliwościach
on nie urodził się oficerem tylko wypracował sobie szacunek
To nasza strona księżyca.
Po drugiej chodzą ludzie którzy chcą salutować bo trzeba salutować przy czym przeważnie zaczynają od poziomu podoficera bo szeregowemu nikt nie salutuje.
Ale jest miejsce dla NAS wszystkich na biwakach, choć oczywiście jeśli spojrzeć na to z idealistycznego punktu widzenia należałoby selekcjonować oficerów tak żeby nikt nie miał wątpliwości za co ich szanować.

Pozdrawiam
niepij
 
     
szwoleżer 
bywalec
I Régiment de chevau-légers (Polonais)



Wiek: 34
Dołączył: 21 Gru 2005
Posty: 249
Skąd: Sanok
Wysłany: 2006-07-17, 06:23   

Czołem Kolegom!
Chciałbym na wstępie przeprosić wszystkich, jeśli uraziłem kogolwiek swoim postem!!! :oops:
To co opisałem, wydarzyło sie 3-4 lata temu i miało( w mojej intencji) ukazać chwilowe uderzenie "wody sodowej" do głowy, a to może zdarzyć się każdemu.
W żadnym zdaniu mojego postu nie umniejszałem fachowości owego oficera, sam miałem przyjemność obbsługiwać te armaty drodzy Koledzy podczas jednego ze spotkań w 2002 i do dzis na koszuli mam plamy po prochu!
Kajam się i przepraszam za nieroztropność ale moja intencją nie było atakowanie nikogo ani podrywanie czyjegokolwiek autorytetu tylko to co napisałem powyżej.
Pozdrawiam serdecznie
Szwoleżer :oops:
_________________
Vivat Cesarz! Vivat Woysko Polskie!
Nie masz pana nad ułana!
 
     
niepij
bywalec
Początkujący



Dołączył: 13 Lip 2006
Posty: 145
Skąd: KompaniaWoltyżerów
Wysłany: 2006-07-17, 07:39   

Ja przyjmuję przeprosiny. Choć wcale nie są potrzebne. Cała moja wypowiedź miała służyć pokazaniu że "niestety" albo " na szczęście" nasz szacunek wobec rekonstrukcyjnych przełożonych "jeździ na bardzo pstrym koniu", a do tego "pozory mylą".
Ja też wielokrotnie uchylam się od "honorowania" ludzi których niedoceniam, nieznam lub nie lubię. To zupełnie normalna rzecz.
Ale właśnie dlatego sądzę że jakimś substytutem wszystkich tych "salutów" powinno być "wojskowe zachowanie i wygląd". Można sie starannie ubrać nawet w koszule, spodnie i halsztuk. Pamiętać o furażerce podczas trwania imprezy. Pamiętać że płomień furażerki gdy się szwendamy bez celu ma być wyjęty a gdy jesteśmy na służbie ma być za otokiem. Jeśli się jest w kompaniach wyborczych to powinno się nosić tasak nawet do lejbika.

i już trochę współcześniej...
zadbać o nieplastikowe naczynia, nie rozrzucać współczesnych śmieci( te epokowe to też jakoś w jednym miejscu gromadzić), nie dzwonić i nie fotografować ostentacyjnie, starać się zminimalizować kontakt ze współczesnością na biwakach, można przecież przebrać się i przepakować samochód na parkingu, nie nosić smyczy z telefonem na szyi, jeśli już chcemy mieć zegarek to może na łańcuszku a nie "a la James Bond".

Ludzie którzy tak postępują oddają mi najwyższe honory bez machania ręką koło daszka czy stawania na baczność.

Pozdrawiam
niepij

p.s. doskonale wiem że są różne dni, czasem nie mamy siły nawet otworzyc oczu mimo pobudki i nie chce się nam giąć pod ciężarem plecaka... - dobrze - ale niech staranie będzie stałą tendencją, procesem który kontynuujemy zawsze gdy mamy odrobinę sił, który uczyni naszą rekonstrukcję wartościową.
 
     
Pawel3
początkujący


Dołączył: 04 Kwi 2006
Posty: 8
Wysłany: 2006-07-17, 21:12   

Przeprosiny również jak najbardziej przyjęte i tak jak u przedmówcy stwierdzam, że niepotrzebne bo wszak my wszyscy jak liście na wietrze, gdzie Cesarz skinie tam i my jedziemy tudzież idziemy. Nie czuję się w żaden sposób obrażony, ale i tak bardzo miło, że ktoś jednak jest zdolny do ludzkich odruchów u nas w środowisku.
Za granicą w najlepszych grupach (każdy bardziej doświadczony wie o kogo chodzi) Oficer jest synonimem nie "szefa" tylko raczej "inspiratora", który wskazuje dobry kierunek, jest w stanie swoją postawą i wiedzą pokazać, że właśnie ten kierunek jest prawidłowy. Również stoi na straży pewnych zasad i czasami musi komuś powiedzieć: "szanujemy Ciebie, ale w tej piaskownicy bawimy się troszkę inaczej". Zazwyczaj robi to dla dobra grupy, ponieważ źle rozumiana tolerancja w końcu wywoła wszelkiego rodzaju tarcia i kwasy i grupa się rozpadnie. Myślę, że bycie oficerem to po prostu kwestia posiadanej wiedzy i przede wszystkim kultury osobistej oraz wyczucia. No i tak jak zawsze to również sprawa tego nieszczęsnego patrzenia w lustro, dzięki któremu jeśli posiadamy cechę pt. samokrytycyzm zobaczymy się samemu i sami przed sobą ocenimy czy nadajemy się na oficera, czy też epolety zbyt piękne nie są nam przeznaczone. Wtedy pozostaje nam wrócić do nauki. A jeśli ktoś nie posiada samokrytycyzmu to raczej nie wiele mu pomoże, a tym bardziej my mu nie przeszkodzimy ponieważ w swoim mniemaniu nie tylko buławę marszałkowską ma w plecaku, ale nawet samego Cesarze. A medycyna zna takie przypadki niestety ze szkodą dla naszego środowiska.
 
     
Brykiet 
bywalec
Sierżant


Dołączył: 20 Maj 2006
Posty: 135
Skąd: majątek Grabów
Wysłany: 2006-07-17, 22:10   

No i dochodzimy myśle do sedna: oficerów można podzielić na a) malowanych - czyli takich co sobie uszyli mundur dla fasonu i meldują się Cesarzowi "Panie Napoleon..." oraz b) Autentycznych którym i zupy w czapce nosić i ran całować niegodniśmy.
A poważnie wreszcie trzeba rozróżnić oficerów robionych dla "dekoracji" i autentycznie znających się na swojej robocie!
 
     
Koroniarz 
bywalec
I Régiment de chevau-légers (Polonais)



Dołączył: 17 Gru 2005
Posty: 889
Wysłany: 2006-07-18, 06:42   

Brykiet napisał/a:
sobie uszyli mundur dla fasonu i meldują się Cesarzowi "Panie Napoleon..."

Pułtusk. Podobno to dlatego cesarz nie chce już tam zimą przyjeżdżać.
Brykiet napisał/a:
A poważnie wreszcie trzeba rozróżnić oficerów robionych dla "dekoracji" i autentycznie znających się na swojej robocie!

Podzielam ten pogląd. Uważam, że kryteria awansu winny być jasno określone. Dobrym pomysłem była szkoła, o której kiedyś wspominałeś, innym może być np. wskazanie przesłanek minimum, takich jak:
Cytat:
Fortragowany na oficera powinien mieć:
- Dostatecznie długi staż w grupach RH min. 3 lata z tego conajmniej 1 rok jako podoficer.
- Powinien mieć zaliczony udział w min.15 Bataliach/Biwakach/Paradach
- Powinien znać służbę i potrafić komenderować (regulamin musztry)
- Powinien znać historię wojskowosci, a szczególnie okresu i jednostki którą odtwarza.
- Powinien cechować się wysoką kulturą osobistą, odpowiedzialnością i szacunkiem u kolegów
- Powinien być wzorem dla innych rekonstruktorów w dbałosci o odtwarzanie szczegółów wyglądu i wyposażenia wojskowego
- Powinien być bez nałogów.
- Oficer powinien być człowiekiem honoru, dlatego nie może zostać oficerem fałszerz, osoba wobec ktorej postawiono zarzuty wyłudzenia, malwersacji, udowodniono kłamstwo i oczywiście ten kto został skazany prawomocnym wyrokiem.

Ich katalog można oczywiście rozszerzać, a w każdym przypadku brać pod uwagę opinię danej osoby w środowisku. Oparcie o "łaskę pańską" nieodmiennie prowadzić będzie do podziałów. Jakich by jednak kryteriów nie przyjąć oficerowie, jak ludzie zawsze się będą różnić. Temat awansów jest zresztą tylko jednym z wielu, które warto omówić i nie chciałbym aby nasza rozmowa się do niego ograniczała.. Ważniejszym jeszcze jest określenie czym rekonstrukcja ma być. Ponieważ mam teraz ograniczony dostęp do sieci, postaram się mój pogląd przedstawić osobno pod dyskusję.
 
     
Maria J. Turos 
bywalec
Medyk



Wiek: 52
Dołączyła: 12 Maj 2006
Posty: 222
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2006-07-21, 13:29   

Cytat:
Fortragowany na oficera powinien mieć:
- Dostatecznie długi staż w grupach RH min. 3 lata z tego conajmniej 1 rok jako podoficer.
- Powinien mieć zaliczony udział w min.15 Bataliach/Biwakach/Paradach
- Powinien znać służbę i potrafić komenderować (regulamin musztry)
- Powinien znać historię wojskowosci, a szczególnie okresu i jednostki którą odtwarza.
- Powinien cechować się wysoką kulturą osobistą, odpowiedzialnością i szacunkiem u kolegów
- Powinien być wzorem dla innych rekonstruktorów w dbałosci o odtwarzanie szczegółów wyglądu i wyposażenia wojskowego
- Powinien być bez nałogów.
- Oficer powinien być człowiekiem honoru, dlatego nie może zostać oficerem fałszerz, osoba wobec ktorej postawiono zarzuty wyłudzenia, malwersacji, udowodniono kłamstwo i oczywiście ten kto został skazany prawomocnym wyrokiem.

Bardzo ciekawy temat mi się trafił, choć nie medyczna "działeczka". Właściwe zachowanie jest rzeczą bardzo ważną, czego doświadczyłam nie jeden raz. Ale z drugiej strony - to reminiscencje po 3 - Maja - było parę zdziwień, iż ja "potrafię się " tak zachowywać.
Medyk stawał do przeglądu tu i tu - dobrze spróbowałam [jakaś "cma" rzeczywiście policzyła, ze było jedenaście kroków za oddziałami], obchodziłam to również przed każdym oficerem we właściwej postawie. podobnie było w Raszynie, gdy "na szybko" zapytano mnie o coś ja zaś odpowiedziałam w stylu z epoki i wyprostowana, podobnie było z obchodzeniem obozu o świcie. Ale takie właśnie zachowanie to swego rodzaju smaczek - smaczków rekonstrukcji. I tu czcigodny Panie Koroniarzu ma Pan moją pełną aprobatę.
Ja to tylko medyk i wiem, że można i "...podłogę wytrzeć..." jak pan oficer ma "...muchy w nosie...". A,że czasem może być odwrotnie vide przygoda spod Iławy o której pisałam... no cóż. Pozdrowienia - i co słychać z ewentualnym biwakiem.
 
     
Krzysztof Polak 
bywalec
Pułk 3-ci Piechoty



Wiek: 24
Dołączył: 21 Kwi 2006
Posty: 169
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2006-07-21, 22:19   

Cóż, kryc nie będę, żem na Pułtusku chyba w karności osłabł, ale może to z gorąca?
Niemniej staję z całym przekonaniem za odtwarzaniem także i tej części zołnierskiego życia.
MAm jakieś takie podejrzenie, patrząc na to, że jest to zarazem część, o dziwo, trudna do odtworzenia, z racji, które już żeśmy w tym temacie wyłuszczali. Niemniej, jeśli chcemy jak najdokładniej odtwarzać realia epoki, niezbędna.
A swoją drogą - cały czas mam przed oczami twarze dwu rosyjskich oficerów, którym zasalutowałem wracając z rosyjskiego obozu do siebie... myślałem że im oczy z orbit wyjdą :mrgreen: Widocznie nie tylko u ans sprawa "dyscypliny" pozabitewnej kuleje.
_________________
Honor to bóg wojska!
Kiedy nie masz honoru, nie masz wojska!
 
 
     
Gość

Wysłany: 2006-07-22, 22:44   

Czołem WMPanom i Paniom,
Wg. mnie rekonstrukcja jest bardziej widowiskiem niż prawdziwą batalią,
ale w ramach samodokształcenia można zorganizować imprezę zamkniętą i
wtedy bez widzów będą to raczej manewry niz bitwa ale zawsze przez parę godzin
można być bliżej 1800 niż 2006
W 2002 byłem pod Lodi gdzie impreza podzielona została na dzień
wewnętrzny tylko dla GRH i dzień dla publiczności.
W pierwszym dniu "walczyliśmy" na polach gdzie odbyła się bitwa
i gdy zabrakło amunicji czekaliśmy w niemiłosiernym skwarze ponad godzinę aż
bitwa ruszy od nowa.Dowodził Stefan Roda, było gorąco, brakowało wody, jednak nikt na nas nie wrzeszczał, rozkazy przychodziły proste, wymówione nie wywrzeszczane,
a po paru godzinach regimenty piechoty walczące od początku oddzielnie pozwoliły się połączyć .Na rozkaz Stefana utworzyły jeden wspólny oddział tak na 200 chłopa, trochę z własnej potrzeby zobaczenia jak to jest ruszyć do dalszej walki jednym "szerokim" frontem.
Do Mediolanu wróciliśmy wykończeni ale wystarczyło sił na wieczorny spacer po mieście. Następnego dnia odbyła się bitwa pod zamkiem
i parada przez główną ulicę Mediolanu, dla turystów i mieszkańców.
Pod ochroną włoskiej policji która ma wprawę i wie co robić w takich przypadkach gdyż
dla nich czy idą GRH pochód, komunistów czy emerytów nie ma znaczenia, ma być bezpiecznie i wiedzą jak o do tego doprowadzić.
Oczywiście do Marsylianki francuzi wyrwali sie pierwsi, po nich śpiewana była jeszcze raz przez resztę Europy ,bardzo poważnie i z uniesieniem choć z akcentm.
Podsumowując uważam że GRH nie mogą istnieć bez uzewnętrznienia swoich osiągnięć,
ale zdecydowanie uważam że przetrwają grupy oparte na przyjaźni i równości w których
dowodzenie jest obowiązkiem wobec kolegów, nie tylko z własnej grupy, a nie pustym tytułem podpartym epoletami.
W epokę należy wczuwać się z wyczuciem.
Pozdrawiam wszystkich.
KT
 
     
Koroniarz 
bywalec
I Régiment de chevau-légers (Polonais)



Dołączył: 17 Gru 2005
Posty: 889
Wysłany: 2006-07-25, 14:37   

Maria J. Turos napisał/a:
Pozdrowienia - i co słychać z ewentualnym biwakiem.

Najpierw chciałbym gorąco podziękować za kolejny artykuł, zamieszczę go na początku przyszłego tygodnia. Co sie tyczy biwaku, to jest parę osób chętnych (choć jesznie nie 10 ) , problem jest głównie z terminem: w sierpniu pokazy i rekonstrukcje w kraju i za miedzą są co tydzień. Sądzę więc, że pierwszym terminem dogodnym dla większości zainteresowanych byłby termin w drugiej połowie września (po Modlinie / lub Możajsku, zależy gdzie sie kto "bić" będzie). Niestety z jednym ważnym zgłoszeniem minąłem się na koń wsiadając :-) ufam jednak, że koledzy będą chętni do wymarszu również i pod koniec lata.

Co się tyczy sprawy stopni i kwestii samoorganizowania się:
niepij napisał/a:
Są też ludzie którym możemy salutować zawsze za ich doskonałość, charyzmę lub wieloletnią służbę. Są tez tacy, którzy są nielubiani a jednak ich poświęcenie i zaangażowanie w sytuację skłaniają do odwzajemnienia "aktorskich" pozdrowień. Obawiam się jednak że nie rozwiążemy tej sprawy odgórnie, mimo że jak słusznie zauważa Sierżant Brykiet uczyniłoby to naszą zabawę bardziej malowniczą i realistyczną. (...) Radośnie odwróciliśmy zależności panujące w epoce. Bo wtedy rekrut nie musiał umieć nic. (...) Teraz mamy tak że żołnierz i kapral muszą wiedzieć wszystko i zbudować cały szkielet naszej zabawy a oficer właściwie domaga się tylko honorów. Myslę że jakimś rozwiązaniem jest sposób podpatrzony w najlepszych grupach zachodnich gdzie komendantów wybierają żołnierze co rok. Wtedy salutują tak naprawdę rozsądkowi i powadze swojej grupy...

Pozwoliłem sobie zacytować wspólnie fragmenty dwu wypowiedzi niepija, co ufam, że nie zostanie poczytane mi za wyrwanie ich z kontekstu. Moje odczucie jest takie: "wszędzie dobrze gdzie nas nie ma". Wiele z grup zachodnich przechodziło przez choroby wieku dziecięcego przed nami i z czasem niektóre z nich zaczęły dochodzić do rozwiązań, o których pisze niepij. Z tego co wiem od kolegów z zagranicy i tam zdarzają się skoki po parę stopni, a "mała polityka" bywa równie gorąca jak u nas. Sam czuję znużenie słuchając niekończących się swarów, które kierują energię uczestników na rzeczy zupelnie nieistotne. Chyba, że ktoś chce rekonstruować intrygi między "Blachą", a "miastem", czy między Zajączkiem, Dąbrowskim a Poniatowskim. Podobnie odczuwam też opór przeciwko odgórnemu narzucaniu rozwiązań. Mam jednak wrażenie, że nieco inaczej ową odgórność rozumiemy i nieco inaczej postrzegamy możliwości zachowania tradycji, lub też tych jej elementów, które staramy się rekonstruować. Chciałbym pokrótce wyjaśnić mój punkt widzenia. Po pierwsze wraz z rozwojem rekonstrukcji idzie jej organizacja. Nie jest to nawet kwestia upodobań co prawa i z tego względu jest poniekąd nieuchronne. O ile małe biwaki jakie pamiętamy sprzed lat paru można było traktować w kategoriach turystyki pieszej (i za wyjątkiem kolorów nie odbiegałoby to np. od realiów wędrówek pieszych z wojskowym tornistrem w latach 70-tych, czy połowy 80-tych), o tyle coraz większa część rekonstrukcji czy pokazów mieści się w definicji imprezy masowej i w związku z tym obejmuje ją szereg rygorów na ktore wcześniej uwagi nie zwracano. Wiem, że to brzmi źle, ale taki są fakty. Ta masowość wiąże sie już nie tylko z liczbą publiczności, która przybywa coraz tłumniej. Niewątpliwie przedsięwzięcia realizowane z rozmachem cieszą się większym zainteresowaniem grup, od tych kameralnych. Jak słusznie zauważyłeś dopiero działając w większych jednostkach mogą starać się pewne manewry inaczej niedostępne przećwiczyć. Szkoda, że niekoniecznie w zgodzie z regulaminem, gdyż tych umiejętności pirotechnika nie zastąpi (acz kolorytu dodaje, więc bym z niej nie rezygnował :-) ). Owe rygory obejmują cały szereg kwestii szczegółowych. Dam trzy przykłady z Pułtuska:
- dnia pierwszego na wyraźne żądanie lekarza przerwane zostały manewry. Lekarz zalecił przerwę w godzinach od 12-tej do 15-tej, oraz zaopatrzenie uczestników w wodę (o którą wcześniej trudno się było doprosić) pod rygorem zamknięcia imprezy masowej;
- dnia drugiego, podczas parady w Warszawie policja zareagowała dość nerwowo na widok takiej ilości ludzi pod bronią i wyjaśniała sprawę zezwoleń (co akurat było osobliwe, gdyż na broń z okresu zezwolenia nie są wymagane, o czym policja wiedzieć powinna);
- podczas biwaku straż pożarna interweniowała celem wymuszenia zakazu palenia ognisk.
Każde większe przedsięwzięcie jest też wynikiem współpracy rekonstruktorów z władzami. To przekłada się na wzajemne zainteresowanie, które znajduje nie tylko wyraz w pojedynczych incydentach, o których wspomniałem, ale i w kwestiach szerszych. W MON już jakiś czas temu zostały przyjęte wytyczne co do współpracy z organizacjami pozarządowymi. Podobnie w MSWiA, a rekonstrukcja jest tam bacznie obserwowana. W konsekwencji pojawia się coraz więcej pytań, o to jak rekonstrukcja winna być zorganizowana, jakich norm się trzymać i jak je interpretować, kto naszą rekonstrukcję ma prawo reprezentować. Może wyda się, że nasze historyczne uniesienia postrzegam dość przyziemnie i gubię ten pierwiastek niematerialny, który nas do rekonstrukcji przyciągnął, ale uważam, że pytanie o organizację nie jest pytaniem czczym. Jest bowiem prosta reguła, że jeśli ktoś nie potrafi zorganizować się sam, zrobi to za niego inny. Jeśli osoby, dla których historia jest ważna nie będą potrafiły zorganizować się same, zostaną zorganizowane przez innych, może nawet takich, dla których historia ma znaczenie wtórne względem możliwości pokazania się na tle rekonstruowanych wojsk dla zgoła niehistoryczych względów. Wtedy wiele ze spraw i wydarzeń, które staramy się ukazać tak dla zaspokojenia własnych jak i potrzeb innych będzie się trywializować. Próby w tym kierunku już widać przy publikacjach brukowej prasy, gdy używa ona rekonstrukcji jako wygodnej podstawy ataku na osoby z rekonstrukcją mniej lub bardziej luźno związane, a przy niej się pokazujące. Innych przykładów też nie trzeba daleko szukać, a myśl, że żywą historią mogli by się zacząć zajmować urzędnicy jest niepokojąca (choć to się już dzieje, niestety, z pomysłami by mundurować straż miejską i tę wystawiać do rekonstrukcji przez urzędników zamawianych).
Samoorganizować można się oczywiście na różne sposoby. Może być tak, że parę osób stwierdzi, że ich wiedza i doświadczenie są na tyle duże, że mogą innym wskazać co mają robić. Wówczas będą organizować całość odgórnie. Może nawet dobrze i z pożytkiem. Można też przyjąć inną koncepcję, w której osoby zainteresowane ustalają między sobą reguły wspólnego działania i opierają się w nim na pewnej mądrości zbiorowej. Jeśli się umówią i przyjmą w umówiony sposób pewne reguły działania, wówczas reguły te nie będą narzucane odgórnie, lecz będą przez te osoby przyjmowane z własnej inicjatywy. To zresztą dzieje się również w formacjach, o których piszesz, gdzie oficerowie są wybierani, a ich członkowie ustalą jakie znaczenie ma dla nich ta funkcja (celowo nie piszę "stopień") i jak chcą ją i związana z nią tradycję uhonorować.
Po wtóre w każdym wojsku są podoficerowie jak i oficerowie. Podobnie w rekonstruowanym. W czasie kampanii wojennych awanse były zresztą przyspieszane przez zasługi i ubytki w szeregach, tak więc w wieku XIX szereg zatwardziałych szeregowców, dawno by już awansowało. Z tego względu problem stopni wydaje mi się wtórny. Przyznam zresztą, że dość długo go nie dostrzegałem. Myślę, że rzeczywistym problemem jest sytuacja gdy kto traci dystans do samego siebie, a próbuje przez stopień budować go w stosunku do innych, lub co gorsza narzucać swój pogląd. Dlatego zgadzam się, że funkcja winna iść za autorytetem, którego zadekretować się nie da i za zasługami, które ocenić może łatwiej (chyba, że się grzęźnie w sporach, o których na początku). Określenie kryteriów ma też tę zaletę, że pozwala określić co jest cenne, a tym samym wskazuje wzorce do doskonalenia. Co do realiów epoki: nie całkiem zgadzam się z oceną, choć zgadzam się z konkluzją. W epoce było szereg oficerów, którzy swe stopnie nabyli za pośrednictwem wpływu czy w inny sposob. Niektórzy dostawali pułkownikowstwo za wystawienie pułku lub dwóch. Znane były stopnie ziemiańskie (zwlaszcza w bliskim nam rocznicowo okresie 1806-1807), wywodzące się swą tradycją jeszcze z pierwszej Rzeczpospolitej. Często niewiele umieli i bez oficerów niższego stopnia, w tym legionowych, przepadli by z kretesem. lub co gorsza powiedli jednostkę na zatracenie. Nihil novi. Zgadzam się natomiast, że obecnie wygląda to groteskowo. Moja znajoma miała takie żartobliwe powiedzenie, że coś jest dla "arystokracji i apirujących...", które myślę że z grubsza problem oddaje.
Inne jeszcze zapętlenie jest przy alkoholu, o którym w jednej ze swoich wypowiedzi piszesz. Mimo iż sam raczej jestem na przeciwnym krańcu bieguna, to czytając pamiętniki z epoki mam wrażenie, że bliżsi realiom są ci z kolegów, którzy piwo jednak piją. O ile pamiętam był to napitek wręcz regulaminowy. Przeciwnie teraz: jest bezwzględnie zakazany, choć mało kto o tym pamięta. I tu zgadzam się jednak, że łatwo o karykaturę.

Co się tyczy tego co niematerialne i próby sięgnięcia po to: możemy za pomysłem wskazanym przez Brykieta pomyśleć o zimowym Pułtusku, możemy spotkać się na biwaku bez udziału publiczności, możemy pomyśleć o balu dla wszystkich miłośników epoki, a tych co nie umieją nauczyć tańczyć. Możemy wrezcie pomysleć jak uhonorwać 200 lat od utworzenia Księstwa Warszawskiego, czy 210 od skomponowania mazurka Dąbrowskiego. Możemy wiele rzeczy i tak naprawdę ograniczenia w gruncie rzeczy ustalamy sami i czas jaki możemy żywej historii poświęcić. To nie jest tak, że zorganizowanie odbiera marzenia. Przeciwnie: jego brak nie pozwala ich chronić. Przynajmniej tak to postrzegam.
 
     
Maria J. Turos 
bywalec
Medyk



Wiek: 52
Dołączyła: 12 Maj 2006
Posty: 222
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2006-07-26, 15:39   

Serdecznie dziękuję za miłe wieści - wrzesień to jest mój ulubiony miesiąc urlopowy [teraz zresztą mogę brać kiedy chcę] i już czekam na dobre wieści. Ja osobiście "biję się" i chciałabym zrobić pokaz w twierdzy modlińskiej - Acan ponoć mdlejesz na widok piłki więc nie wiem czy zaprosić czy nie, ale zobaczymy.
No i może aura będzie odrobinę łaskawsza.
Czy coś jeszcze napisać, czy raczej jakiś skrót do czasopisma - zawsze zapominam tytułu, kto mnie tam "namierzył" w Raszynie - cały Śląsk "chichrał się" - czyli śmiał.
Pozdrowienia.

[ Dodano: 2006-07-26, 16:46 ]
dodatek mój - myślę o Pułtusku, gdzie z przyczyn zawodowych być nie mogłam czego żałuję, są zeskanowane XIX wieczne [bodajże rok 1810 lub 1811] wytyczne odnośnie manewrów. W upały zawsze przerywano to "...na skwar bacząc..." - czym się zakończyło takie przyspieszanie w czasie marszu na Moskwę lepiej nie mówić, ale może powinnam coś napisać. Podobnie było, choć to czerwiec, przed Frydlandem [udary z gorąca to rzecz stara jak świat].
W dalszym ciągu optuję za Pułtuskiem w zimowej scenerii, za balem też - choć medycy na czymś takim, poza oficjalną prezentacją, na ogół nie bywali.
Raz jeszcze pozdrowienia
 
     
niepij
bywalec
Początkujący



Dołączył: 13 Lip 2006
Posty: 145
Skąd: KompaniaWoltyżerów
Wysłany: 2006-07-26, 19:28   

O zapętleniu w "alkoholu"
Koroniarzu. Czyż równie regulaminowym jak piwo, a raczej wino i wódka, które wydawano obligatoryjnie (notabene tuż przed bitwą często...) nie był ocet, a jego nikt nie uzywa.
Możemy sobie trywializować i wysmiewać chęć do moralizowania. Ale rzecz w tym że wyjątki zawsze będą i zawsze ktoś złamie zakazy więc lepiej stworzyć wrażenie że zakazy są bardzo rygorystyczne i mieć nadzieję że odstraszą część "niedzielnych" alkoholików.
Niestety widziałem już kilka wypadków na bitwach i wszystkie poważniejsze spowodowane były piwkiem przed bitwą. Na moich oczach jeden człowiek zginął, jeden wystrzelił się !osobiście! z armaty, kilku pocharatało sobie ręce, wybiło zęby i poparzyło się. Wszyscy byli napici...
Jeśli można z czegoś regulaminowego i historycznego rezygnować to błagam żebyśmy zaczeli od alkoholu.

O historii korupcji, nepotyzmu i kupowania urzędów
Z zaciśniętymi z niepokoju zębami czekałem oby nikt nie przypomniał historycznego faktu zakupów epoletowych. Bo jak z tym dyskutować...?
Oczywiście że tak było. Większość dowódców i wyższych urzędników to byli bogaci potomkowie bogatych przodków i ojcowie bogatych dzieci. Nie umieli, nie walczyli, nie musieli.
I co z tego? Czy z faktu że Kain z Ablem się zabijali, wynika że my też mamy się zabijać.
Historycznym faktem jest że żołdactwo zawsze miało wszy i syfilis - czy mamy to rekonstruować. Jaki byłby sens rekonstrukcji całości zjawisk związanych z daną epoką?
Wydaje mi się że staramy się wyciągnąć z niej to co najpiękniejsze, kunszt manewrów, piękno munduru, rycerskość bohaterów...

O oddziałach z zagranicy
Polska stanowi jakiś niewielki ułamek Europy i na swej stosunkowo niewielkiej powierzchni zgromadziła już kilkanaście różnych oddziałów neonapoleńskich. Sam kilku nie widziałem na oczy.
W Europie jest ich kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset razy tyle. Każdy jest inny. Choć paradoksalnie procentowo mają zbliżony odsetek oddziałów w moim mniemaniu lepszych i "gromad rekonstruktorów". Ci lepsi stanowią zawsze mniejszość bo bycie dobrym żołnierzem wymaga wysiłku, którego nie każdy życzy sobie podejmować, nie mówiąc już o predyspozycjach intelektualnych czy osobniczej wrazliwości.
Ja staram się o stworzenie idei !dobrego! oddziału. Nie muszę walczyć o jakiekolwiek, bo one powstaną samoczynnie i bez mojego starania nakryją "lepszych" czapkami.

O zjawisku rekonstrukcji w świtle administracyjno-sanitarno-widowiskowym
Nie mam żadnych wątpliwości że te aspekty naszej zabawy już w tej chwili stały się najważniejsze. Trzeba sobie z nimi poradzić. Ale:
- to są przede wszystkim problemy organizatorów, my mamy być tylko zdyscyplinowani i stosować się do zaleceń
- trzeba sie liczyć z tym że z czasem wydelegujemy lub opłacimy kilku "menadżerów", którzy nie będąc żołnierzami znajdą czas na załatwianie spraw urzędowych, organizacyjnych, legislacyjnych
- ja piszę o !moim ideale! rekonstrukcji, i wydawało mi się że ten temat raczej o tym... a nie o przykrej niezgodności odtwarzanego świata ze światem obecnym, wiem że te problemy są ważne ale z uwagi na wrodzoną niechęć do biurokracji, władzy i firm organizujących widowiska piszę moje wypowiedzi w oderwaniu od tych zjawisk.
Zapewniam jednak że doceniam wagę problemu i czekam na jednoznaczne ale i uczciwe, a także sensowne uregulowanie naszej zabawy.

O organizacji
Absolutnie się zgadzam. I podkreślam - jesli nie zorganizujemy się sami to będą nam narzucać "władców" - hihihihi, trochę po czasie to zauważamy bo to już tak jest niestety. Ale mamy jeszcze szanse o ile będzie nas dużo, w miarę jednomyślnych.
Na własnej i swojego oddziału skórze się przekonałem że władza nie znosi próżni. Jeśli nie władamy własnym oddziałem to błyskawicznie przyjdą rekruci gotowi do przejęcia podwórka. To normalne zjawisko, któremu jednak trzeba nauczyc się zapobiegać... Niestety tu pojawia się problem zastosowania technik zarządzania grupą. Łącznie z odwiecznym zagadnieniem - czy demokracja jest ustrojem sprawiedliwym? Ewentualnie - czy uprawnienia w demokracji powinny być stopniowane?( tylko czy to jeszcze demokracja?)
buehehehehe - wbrew pozorom ja się nie wygłupiam. Kiedy grupa przekroczy stan 5cio osobowy zaczyna się lawinowy przyrost problemów które trzeba rozwiązywać w sposób najzupełniej ponadczasowy. Trzeba zmagać się z ambicjami, domagać się szacunku, pertraktować z organizatorami, dzielić kasę... to cały zamek biurokracji od której pozornie uciekamy w XIX wiek...

O zimowym Pułtusku
Od początku staramy się tą zabawę tak traktować.Razem z Sierżantem Brykietem jeździliśmy do Pułtuska parę zim temu tracąc własne z trudem zarobione pieniądze na PKS i obiad w knajpie.
Sami teraz maszerujemy wygniatając sobie bąble na podeszwach po kilkadziesiąt kilometrów, dochodząc na podwarszawskie bitwy. Sami płacimy za swoje mundury i częściowo sami je produkujemy. Robimy to wszystko bo szukamy czegoś co jest nie nazywalne i niekupowalne.
Nigdy nie zapomnę stukotu menażki o tasak na 60 km od Warszawy, koło jakichś Szyszek czy innego miasteczka, kiedy zachodziło słońce a ja wiedziałem że nie mam gdzie spać i jak nie dojdziemy do jakiejś w miarę epokowej stodoły to będę spał w zaroślach przy drodze. Wtedy bardziej czułem się żołnierzem Xięstwa niż kiedy spadały na mnie kilogramy ziemi pod Pułtuskiem, mimo że te wybuchy też były fajne.

Pozdrawiam
niepij
 
     
Koroniarz 
bywalec
I Régiment de chevau-légers (Polonais)



Dołączył: 17 Gru 2005
Posty: 889
Wysłany: 2006-07-26, 20:21   

niepij napisał/a:
Ale rzecz w tym że wyjątki zawsze będą i zawsze ktoś złamie zakazy więc lepiej stworzyć wrażenie że zakazy są bardzo rygorystyczne i mieć nadzieję że odstraszą część "niedzielnych" alkoholików.

Ha! Nie pierwszy raz widzę, że polemizujemy ze sobą tak naprawdę w kwestiach zasadniczych nie różniąc sie zbytnio. Wiele przykładów, które przytaczasz, w tym chyba nawet wątku wskazywałem innymi słowy. Tak więc zgoda i cieszę się, że i Ty o niej piszesz. Co do zakazu: zapętlenie polega na tym, że jest zakaz bezwzględny spożywania alkoholu na rekonstrukcji, pod sankcją aresztu lub grzywny. Organizatorzy jednak cały czas radośnie alkohol wydają, a przypuszczam, że większość znanych nam osób nawet o tym zakazie nie słyszała (i nieznanych też nie). Moja uwaga o wierności realiom to pewna przekora. Co do spostrzeżenia, że chyba nie o tym rozmawiamy, to nie do końca wiem jak Ci odpowiedzieć. To o czym piszesz nie odbiega wiele od mojego poglądu na sprawę i rzeczywiście ten wątek dotyczy czegoś więcej niźli proza codziennego życia. Mam jednak wrażenie, że trudno mówić o celach, pomijając sposoby dojścia do nich. Dlatego między innymi by gdzie się po drodze nie pogubić. Tak więc to nie z samą koncepcją dyskutuję, lecz poglądem, że mamy wykonywać co nam organizator powie, bo się z nim nie do końca zgadzam. Uważam bowiem, że wiele rzecz możemy zdecydować sami i sami możemy niemało zorganizować. Mówię o tym z uporem, bo mam wrażenie, że coś nam umyka i trzeba zapewnić mechanizm, który pozwoliłby temu czemuś przywrócić należną rangę. Cała reszta to komentarz i narzędzia. Czy przedstawiane po czasie? Bynajmniej. Rzecz w tym, że wcześniej wielu nie postrzegało sprawy jako realnej, czy ważnej. Tak nadal jest zresztą. Jak dotąd (jeśli nie masz mi za złe żartu) co do ideału, to różnię się z Tobą głównie w poglądzie na temat butów. Z jednej strony chciałoby się mieć epokowe, z drugiej jak wspomnę szufladki, które zdarzało mi się nosić, to wolę współczesne. No, ale to też proza, nie liryka. Pewno przyjdzie mi się zmoderować.
Nie zgadzam się natomiast z pewnym idealistycznym postrzeganiem wieku XIX. Tam było wiele rzeczy, które chciałoby się przywrócić. Było też wiele innych, które wypchnęliśmy jakoś ze zbiorowej pamięci i te wspominam, gdyż uważam, że mimo, że odtwarzać ich nie warto, nie należy, nie można, to trzeba o nich pamiętać, bo to właśnie na ich tle widać jak trudnych wyborów trzeba było wówczas dokonywać i dlaczego wiele rzeczy, również niematerialnych, które staramy się przypomnieć ma taką wartość. Co do zakupu epoletów, to przyznam, że miałem zamiar sięgnąć po cytat z p. dr Czubatego, lubo też innej pozycji, ale jako że mam remont, do biblioteki swojej nie prędko się będę mógł dostać, więc aż tak to chyba tym razem nie podpadnę ;-)

Na koniec: pierwszy mundur miałem prawdziwy z drugiego korpusu od 85/86-ego (chyba), lecz ze względu na czasy mało się z nim afiszowałem. Drugi, ten na zdjęciu, zrobiłem sobie na ślub, zanim się dowiedziałem, że są inni, którzy jak Ty z sierżantem Brykietem uszyli mundury z tego okresu nawet wcześniej. Szlakami historii włóczyłem się zaś odkąd pamiętam. Najmilej wspominam wędrówki szlakami konfederatów barskich. Ale to już dawne dzieje... Co do zimowego Pułtuska, to sprawy powoli naprzód postępują, ale o tym osobno. W odrębnym wątku.

Maria J. Turos napisał/a:
Acan ponoć mdlejesz na widok piłki więc nie wiem czy zaprosić czy nie, ale zobaczymy.

Mdleję? Jeszcze się nie zdarzyło (grzecznie jeno o kołek w zęby prosiłem), ale pewno bym spod noża uciekał gdzie pieprz rośnie. :lol: W tym przypadku, aż pod Możajsk, bo tam być może z sierżantem Brykietem pociągniemy. Czekam, aż wróci z urlopu, byśmy mogli wspólnie o wizy wystąpić. Czy coś napisać? Pisać, pisać koniecznie, bo to temat zajmujący wielce, a ja jedynie nie wiem czy przystoi prosić bez końca.
 
     
Maria J. Turos 
bywalec
Medyk



Wiek: 52
Dołączyła: 12 Maj 2006
Posty: 222
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2006-07-27, 12:43   

Dziękuję za zgodę na pisanie - bo po prostu to lubię - a co do reszty, zobaczymy w Modlinie. Kołka w zęby - to była moda Royal Navy - raczej nie wtykam, no i co może tym razem o rzeczy, która zupełnie umknęła uwadze czyli - czy w dobie wojen napoleońskich rżnięto tylko "...na żywca..." czy też nie. O ile "na Jazdowie" się nie "urlopują" tekst będzie za jakiś tydzień.
A nóż, noćóż, chyba go dziś od nowa "...wywecuję...".
Pozdrowienia.
 
     
niepij
bywalec
Początkujący



Dołączył: 13 Lip 2006
Posty: 145
Skąd: KompaniaWoltyżerów
Wysłany: 2006-07-28, 13:22   

O samodecydowaniu, samoorganizacji i dążeniach
Przyznaję że sceptycznie patrzę na próby oddolnej (czyli naszej regulacji zjawisk rekonstrukcji). Dotychczasowy bieg zdarzeń nauczył mnie że decydują ci których stać albo ci którzy mają dojścia do gmin, zarządów, rad itd, czyli po prostu do władz.
Choć mam również świadomość że pierwsze pokolenie "rekonstruktorów polskich" niewiele zrobiło by takie dojścia wypracować. Unieśliśmy się na skrzydłach marzeń które z czasem okazały się konstrukcją Dedala.
Kolejne grupy miały bardziej merkantylny stosunek do tej zabawy i od początku rozwijały się pamiętając o "public relations". I dobrze na tym wyszły.
Po cichu jednak mam nadzieję że znajdą się wśród tych mniej komercyjnych grup ludzie którzy będą władni uczciwie i zgodnie dojść do ustaleń które pozwolą osiągnąć przynajmniej część tego co osiągają grupy komercyjne w dziedzinie funduszy, kontaktów z władzami i wpływu na regulacje prawno-administracyjne.
Je z pewnością tego nie umiem zrobić. Stąd mój sceptycyzm.

O prawdzie historycznej, ideałach i koszmarach "które budzą się gdy rozum śpi"
Wiedza o epoce, która w zasadzie powinna być ustawicznie przez nas poszerzana - to jedna sprawa. Dziedziny rekonstrukcji i żonglowanie wiedzą dla uzasadniania potrzeb to coś zupełnie innego. Myślę że powinniśmy na początku jasno określić "Konstytucję" naszej zabawy. Określić do czego dążymy i jakimi środkami, a później możemy sobie pisać o epokowym piciu, gwałtach, kupnych stanowiskach, rabunkach, bezprawnych rekwizycjach, pracownikach administracji wojskowej kradnących chleb i morzu innych jeszcze czarnych plam, których nie pokazał Suchodolski lub Kossak na swoich lukrowanych obrazach.
W przeciwnym razie możemy nieświadomie tworzyć pozór wiedzy i precedensy dla ludzi, którzy szukają uzasadnienia dla swojego lenistwa czy nałogów.
Nie dajmy im okazji do przenoszenia zwyczajów z Ośrodka Wczasów Pracowniczych na teren naszych biwaków.
Wiem że to brzmi jak jakieś wrzaski Savanaroli ale ja się już napatrzyłem na pijących dziadków w kostiumach z teatru i to naprawdę nie ma nic wspólnego z rekonstrukcją, choć jest perfekcyjnie zgodne z historią ;-) widziałem też rzesze kosynierów w adidasach i z tekturowymi kosami( o sprawiedliwości! - opłacanych tak jak reszta żołnierzy która własnym kosztem dopracowała się swoich mundurów). Wszyscy oni z przejęciem śpiewają wieczorami (tak jak żołnierze Xięstwa), tyle że nasi "rekonstruktorzy" śpiewają: hej hej hej sokoły albo Pierwszą Brygadę, nie stroniąc też od repertuaru Kaczmarskiego. To piękne piosenki są ale o ile piękniej umaiłyby wieczór z grilem po całodniowym spływie kajakowym na biebrzańskich trasach niż smętny biwak neonapolenidów.
Możemy tak się bawić. Tylko że w takim razie to żeczywiście by było lepiej żeby jakaś solidna firma wycieczkowa zapewniła "catering" "kanioning" "dancing", wzięła opłatę za trzy dni profesjonalnej obsługi hostes i na koniec wystawiła nam rachunek za spotkanie integracyjne. Bo za wczasy to się powinno zapłacić ( jak stwierdzili naukowcy - wypoczynek który nic nie kosztuje nie stwarza w mózgu poczucia wypoczynku).
I tu nie ma sensu już pisać o pierwiastku niematerialnym ;-)

Jeśli mój list brzmi złośliwie to nie wierzcie temu. Ja chcę zwrócic uwagę na istniejące uwarunkowania. Chcę żebyście je zauważyli, a ocena tego wszystkiego to zupełnie prywatna sprawa każdego z nas.
Pozdrawiam
niepij
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
 
   






Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Support forum phpbb by phpBB Assistant
Template created by Qbs.
Template theme based on Unofficial modifications.
Strona wygenerowana w 0,42 sekundy. Zapytań do SQL: 14