Koroniarz bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Dołączył: 17 Gru 2005 Posty: 924
Wysłany: 2007-01-25, 09:42
Dla mnie Jena pod wieloma względami była punktem zwrotnym. Przez ostatni rok coraz częściej czułem, że przestaję robić to co lubię, a zaczynam zajmować się ową obsługą widowisk historycznych. Lubię historię. Uważam ja za ważną i wartą przekazania. Dla wielu względów. Coraz mniej ją widzę w barwnych, przyznaję, korowodach. Mam też pewien dyskomfort wynikający z pewnej sprzeczności. Z jednej strony festynowa forma moim zdaniem od historii nas bardziej oddala, niż do niej przybliża, z drugiej szanuję ciężka i często bezinteresowną pracę włożoną przez szereg osób, by kolejne wydarzenie mogło się odbyć. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że jest to praca źle ukierunkowana. Uważam też, dyskusja o kryteriach jakim rekonstrukcja bitew miała odpowiadać, by była rekonstrukcją właśnie a nie widowiskiem winna się toczyć. To oczywiście idzie w parze z określeniem kryteriów oddziału rekonstrukcyjnego i naszych własnych postaw. O ile rekonstrukcja w sensie ścisłym, takim jak postuluje niepij, nie wydaje mi się możliwa, gdyż narzucałaby konieczność takiego doboru działań oddziału, który ograniczałby się do jego historycznego szlaku bojowego, w historyczne rocznice zdarzeń. O tyle sądzę, że pewien kompromis ograniczający jednostki do danej epoki jest już akceptowalny (przykładem dwusetne Austerlitz, gdzie jako historyczna pomyłka polskie oddziały rekonstrukcyjne znalazły się poza jednym wyjątkiem w szeregach francuskich, a nie rosyjsko-austriackich, czy ostatnie, gdzie już w całości "biły się" w szeregach francuskich), choć daleki od ideału.
Pytanie czy można przeskakiwać między formacjami jest jak najbardziej na miejscu. Sam je sobie zadaję. Niewątpliwie jak się chce coś robić dobrze, trzeba by się temu poświęcić. Z drugiej strony dla wielu zainteresowania nie ograniczają się do jednego okresu. Nie mówię tu o przebierańcach, ale o ludziach autentycznie się historią pasjonujących. Czy przez fakt, że część z nich odtwarza formacje wojen napoleońskich i wiek XVII dyskwalifikuje ich jako rekonstruktorów? Sądzę, że nie. Oczywiście, stanem idealnym byłoby, gdybyśmy wzorem Stanów Zjednoczonych mogli rekonstruować nie tylko szlak bojowy poszczególnych jednostek, ale i konkretne osoby. Tam jednak zachowana została ciągłość, której u nas zabrakło. Bitwy wojny secesyjnej odtwarzane są na skalę w Europie nie znaną. U nas tereny historycznych zmagań, pocięte są na nowo granicami (pół biedy jak unijnymi). Mało która rodzina sięga pamięcią dalej niż rok 39-ty (no, może 20-ty). Pamiętniki poginęły, a historyczna tkanka przestała istnieć. Dlatego trudno znaleźć coś na wzór Bedollo. Dochodzą do tego też "obiektywne trudności terenowe", które ograniczają rekonstrukcje do wydzielonego przez organizatora obszaru (bo muszą by uzyskać wszelkie wymagane zgody), czy rodzaju broni (bo kawaleria nie jest przedsięwzięciem tanim, choćby ze względu na koszt szkoleń, bo brak ostrzelanych koni, bo odtwarzanie artylerii, przy założeniu jej historycznego wagomiaru jest tak drogie, że właściwie przy obecnych zasobach nie ma racji bytu). Nie od rzeczy jest też zauważyć, że niektóre osoby odtwarzają Księstwo Warszawskie dłużej niż ono rzeczywiście istniało. W owym wojsku zaś jedni służyli cały czas w tym samym oddziale, czy formacji, inni przydział ten po wielekroć zmieniali. W 1792-gim służyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W 1794-tym część z nich wzięła udział w buncie, który rozpoczął ciąg powstań narodowych. Z tych niemało po upadku powstania była wcielana w obce szeregi, lub jak legiony tułała się w obcej służbie. Przechodzili z artylerii do piechoty, z piechoty do kawalerii etc. Nie inaczej było w XW, a wielu z nich trafiło jeszcze do armii królestwa zwanego kongresowym. Ci którzy zaczynali swą wojaczkę w księstwie, niekiedy kończyli pod szablami kozaków w powstaniu styczniowym...
Granice czasowe, czy granice kompromisu każdy musi sobie określić sam. Mnie np. przez długi okres korciło by przypomnieć podziemie 1944-1948. Dla szeregu przyczyn, z których jedną była poruszona przez niepija, inną okoliczność, że historia była na tyle splątana, że by ją w sposób rzeczywisty przypomnieć potrzebowałbym po drugiej stronie oddziały SS, NKWD czy KBW, których rekonstrukcji nie akceptuję, myśli tej nigdy nie zacząłem realizować. Dla swoich potrzeb przyjąłem cezurę jednego pokolenia. Pokolenia okresu przełomu 1792-1815. Jako kompromis, ale już nie rekonstrukcję dopuściłem też udział w przedsięwzięciach upamiętniających powstanie listopadowe (Noc listopadowa, Iganie) czy styczniowe. Granice kompromisu muszę też ustalać każdorazowo względem "swojego" okresu: co zrobić z bitwą w parku, czy zimową latem? O poczuciu schizofrenii na letnim Pułtusku już pisałem. Co z tego, skoro na tamten rekonstruowane oddziały waliły przysłowiowymi drzwiami i oknami, a w dwusetną rocznicę na polu zmagań pojawiła się nas garstka? Można tak bez końca... Żal jednak, że przy coraz to nowych zawirowaniach jedyna rekonstrukcja dwusetnej rocznicy bitwy w jej historycznej dacie odbędzie się w Pruskiej Iławie, a potem być może we Frydlandzie. Nie u nas. Czy mądrze robię służąc w piechocie i zabierając się za kawalerie? Czas pokaże. Dwójka ostro ćwiczy. Przy pracy nad organizacją 2-ego szwadronu spotkałem ludzi, którzy życie spędzili w armii (jak niektórzy członkowie 1-ego szwadronu), czy w siodle (tak tam jak i u nas). Może nie będę takim stuprocentowym rekonstruktorem, ale czegoś się jednak nauczę.
_________________ "Czyń coś powinien, a będzie co może" Andrzej Niegolewski
Nie jestem wcale zwolennikiem włąściwych bitew we właściwym czasie i miejscu.
Jestem zwolennikiem bitew przeprowadzonych właściwie. Przez właściwych dowódców i właściwie wyszkolone oddziały w warunka zbliżonych do panujących ówcześcnie.
Jaki walor miałoby zmaganie się w kolorowych mundurkach wokół przystanku tramwajowo autobusowego przy fabryce w dzień bitwy dokładnie tam gdzie ona była? Po co mam sobie robić zdjęcie na tle linii wysokiego napięcia i gigantycznej garbarni?
Dla mnie rekonstrukcja dotyczy też otoczenia. Skoro nie mogę na nie wpłynąć, bo przecież nie mogę, to chociaż wolę wybrać takie miejsca, które najmniej rażą moje poczucie historyczności.
Bywam jak wszyscy na bitwach niewłaściwie zlokalizowanych i w złym czasie, ale traktuję je jako okazję do ćwiczenia i gdyby podszedł do mnie dzieciak lub reporter to starałbym się wyjaśnić że to tylko przedstawienie i do tego ze złymi kostiumami, ale napewno nie roztaczałbym świetlanej legendy o polskiej rekonstrukcji. Co innego wtedy kiedy wiem że wszystko jest tak jak powinno. Wtedy mogę mówić - Jestę rekonstruktorę!
Nie jestem pewien czy powołanie się na wielość krajów i armi w jakich służył Polak przełomu XVIII i XIX wieku jest sensowna z punktu widzenia rekonstrukcji.
To oczywiście prawda że musiał wędrować, buntować się i wracać.
Tyle że on nie rekonstruował.
To było ich życie , ich czasy. Każdy przedmiot był taki jaki powinien być i nikt nad tym się nie zastanawiał.
A my powinniśmy rekonstruując - przypomnę że słowo rekonstrukcja oznacza odtworzenie istniejącego wcześniej lecz minionego już bytu na podstawie dostępnych źródeł - poznać te czasy, zgromadzić te przedmioty, wprowadzić się w stan wiedzy, który będzie porównywalny z ówczesnym.
W przeciwnym razie nie rekonstruujemy a jedynie symbolizujemy, gramy postacie z tamtych czasów, co z powodzeniem można robić w teatrze amatorskim czy bawiąc się z dzieckiem i co ma oczywiście swoją wielką wartość i różne ważne wymiary ale, podkreślam chodzi mi o sens słowa, nie można tu mówić o rekonstrukcji.
W tym kontekście nieco mnie śmieszą nasze oczekiwania wobec rozmaitych ministerstw i instytucji, nasze święte oburzenia gdy ktoś nie chce nam dopłacić do naszej "rekonstrukcji".
Szczerze powiedziawszy gdybyśmy otrzymali dotacje do przebierania się z funduszu badawczego to miałbym poważne wątpliwości czy w komisji przyznającej taki grant siedzą poważni ludzie. Co innego fundusz rozwoju kultury fizycznej czy wspierania amatorskiej twórczości, ale badaniami historycznymi to my się nie zajmujemy.
Niemniej jednak żeby uniknąć posądzeń o to, że spotkałem boga rekonstrukcji chcę zaznaczyć że nikt nie musi się czuć zobligowany do akceptowania moich opini, a nawet nie musi ich czytać. To rozważania czysto teoretyczne i czasem wręcz tylko językoznawcze.
Pozdrawiam
nipi
Koroniarz bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Dołączył: 17 Gru 2005 Posty: 924
Wysłany: 2007-01-25, 14:20
niepij napisał/a:
To było ich życie , ich czasy. Każdy przedmiot był taki jaki powinien być i nikt nad tym się nie zastanawiał.
Czy nie to jednak staramy się ukazać?
_________________ "Czyń coś powinien, a będzie co może" Andrzej Niegolewski
szwoleżer bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Wiek: 52 Dołączyła: 12 Maj 2006 Posty: 239 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-01-25, 16:25
niepij napisał/a:
Dla mnie rekonstrukcja dotyczy też otoczenia. Skoro nie mogę na nie wpłynąć, bo przecież nie mogę, to chociaż wolę wybrać takie miejsca, które najmniej rażą moje poczucie historyczności.
Zacny Panie Niepiju.
Jak by tu rzec - lubię Waćpana coraz bardziej. Jako kraj mamy ogromne walory właśnie krajobrazowe. Jak wygląda dziś - a spory idą bardzo ostre i nie wiadomo czy w ogóle zostanie tam miejsca na rekonstrukcję - otoczenie Waterloo czy mojego ulubionego Corps. Jestem "...świeżo..." po podróży pociągiem z Warszawy do Łodzi i z powrotem w towarzystwie kilku "...starych wyjadaczy..." rekonstruktorów z Francji. Ich odezwania się na widok okolic Rawki [...ale by tu było Verdun - to jeden, zakochany w I Wojnie Światowej...ależ nie to doskonałe Lobau - drugi ten dla odmiany nie wyściubia nosa poza okres wojen napoleońskich] podobne ochy i achy w samym mieście na widok jakiejś zrujnowanej fabryczki a la twierdza.
Raszyn do dziś ma swój urok przez zachowane bagienka i stawy - blisko Warszawy czy naprawdę nie można tam zainscenizować bitwy w pierwszy weekend kwietnia po 19.IV.
Właśnie bitwy, a nie dodatków typu hmmm - to moja mina .
W, że tak powiem przyrodniczym anturażu, wiele faktów równiez nabiera właściwego wymiaru.
Wiem już - choć mróz nas nie zaskoczył - jak namięka sukno na zimowym deszczu pod Gołyminem, jak jest zimno...wiadomo będzie gorąca herbata, ale czy [to bardzo subiektywne] umiem sobie zadać pytanie - a mogłabym sie bez niej "...obejść...".
niepij napisał/a:
Co innego wtedy kiedy wiem że wszystko jest tak jak powinno. Wtedy mogę mówić - Jestę rekonstruktorę!
.
Po raz drugi Wacpana cytuję, ale jak to się mówi - to są również i moje słowa. Szczególnie gdy - co spotkało mnie w czasie ubiegłorocznego lata i o czym może już wspominałam tu na forum - patrol straży leśnej w Puszczy Kampinoskiej widząc jak [a dzień był naprawdę skwarny] przebieram sie przy wejściu do lasu, zakładam sukienny surdut,buty z cholewami biorę do ręki [trudno obnosić się z bronią] drewniany drążek długości XIX wiecznego karabinu bez słowa pozwala mi wejść na zamknięty teren leśny
[no może niezupełnie bez słowa, bo rozmawialiśmy właśnie o sensie rekonstrukcji historycznej]. Nie wszyscy obserwatorzy naszych działań to zupełni laicy. O tym też tgrzeba pamiętać - to podnosi prestiż. No i wiadomo "...noblesse oblige..."
Pozdrowienia.
3. Uczestnicy zobowiązani są do wykonywania poleceń osób dowodzących w trakcie rekonstrukcji, wszelkie objawy niesubordynacji spowodują wykluczenie z rekonstrukcji, co jest równoznaczne z nie wypłaceniem żołdu.
To regulamin inscenizacji mającej się dopiero odbyć.
1. Nie wiadomo kim będą ci dowodzący (doświadczenie może podpowiadać np. Strudzika )
2. najgorszą karą jest niewypłacenie żołdu
Z tymi "regulaminami" do podpisania przed bitwą to bywa rozmaicie.
Bo w zasadzie powinny być przesłane do akceptacji równocześnie z zaproszeniem.
Przecież jeśli ktoś przejedzie pół Europy żeby się okazało że ma wykonywać polecenia niedowidzącego dziadka do orzechów, bo jak nie to nie dostanie zwrotu kosztów podróży i nakładów na mundur, to po prostu zwykły rabunek.
Niemniej jednak te umowy podpisujemy. Niestety potrzeba zabawy jest przeważnie silniejsza niż szacunek do siebie jako równoprawnej części widowiska, a czasem po prostu potrzebujemy 50 zł żeby se cukierki kupić...
Wydaje mi się że cywilizowane metody organizacji bitwy nakazywałyby:
1. Przesłać regulamin równocześnie z zaproszeniem.
2. Zdać sobie sprawę że wypłata dla nas to nie prezent ani jałmużna tylko zwrot naszych kosztów, które ponieśliśmy zbrojąc się i przyjeżdżając.
3. Wybrać takich dowódców, którzy są akceptowani przez grupy, a nie tych którzy bardzo chcą dowodzić (temu powinno służyć ogólnopolskie ustalenie - co dowódca musi umieć, żeby grupy go akceptowały)
4. Dobrze byłoby gdyby organizatorzy nie wikłali nas w swoje rozgrywki polityczne i koleżeńskie wykorzystując nas do żenujących hołdów przyd lokalnymi politykami i dziedzicami.
Albo niech poproszą do tych zadań ochotników i zapłacą im dodatkowo za "manifestacje na cześć". Przecież w pewnym sensie jesteśmy najemnikami, więc mogą nam płacić...
Poza tym "regulamin" przedbitewny zawiera zazwyczaj klauzulę, w której odpowiedzialność za wszystko co się stanie bierzemy na siebie...
Co jest dowodem na niewirygodną wręcz oszczędność organizatorów, którzy zrezygnowali prawdopodobnie z ubezpieczenia imprezy, a także na ich dobrą wolę, bo przecież mogliby wcale nie dać nam żadnej umowy a w razie czego powiedzieć że oni nie wiedzieli że my tu przyjeżdżamy...
Druga strona medalu.
Konieczne jest ustalenie pewnej hierarchi podczas imprezy tego typu.
Głównodowodzący jest niezbędny żeby wogóle widowisko miało sens.
Ale można to rozwiązać chociażby dając dowódcom grup określone wytyczne przed bitwą, uprzednio oczywiście przemyślawszy je w gronie specjalistów. W czasie bitwy teatralny "sztab" może sobie lawirować między ludźmi którzy wiedzą co robić z przedstawionych im wytycznych.
Uniknelibyśmy wtedy despotycznych i głupich zachowań pseudogenerałów.
Już raz mi wyjaśniono, że "przemyśliwa się" niewypłacanie pieniędzy grupom hardkorowym, skoro są takie hardkorowe. Oczywiście jest to kolejny dowód na zaradność i oszczędność naszych włodarzy. Oczywiście najłatwiej zaoszczędzić na ludziach z ideami.
Nie wiem na ile ważne są dla nas pieniądze. Każdy ma swoje potrzeby ale chyba w przypadkach kiedy czujemy się wykorzystywani powinniśmy ostentacyjnie rezygnować ze współpracy, nie upodlając się żebraniem o te 50 złotych, które nie stanowią nawet zazwyczaj zwrotu kosztów biletu i jednego posiłku w drodze.
Ogólnie żyjemy w Bantustanie i możemy to tak zostawić. Możemy też dyskutować i zaproponować organizatorom bardziej respektujące nasze potrzeby sposoby organizacji.
Nie muszą się zgodzić. Ale też mogą na część naszych oczekiwań przystać, a wtedy zwycięzcami będą i oni i my.
Już raz mi wyjaśniono, że "przemyśliwa się" niewypłacanie pieniędzy grupom hardkorowym, skoro są takie hardkorowe.
Organizatorzy mogą organizować, jak im sie podoba (np. jak wyżej), ale kto do nich wówczas przyjedzie ? Żołdy są zaledwie uprzejmym gestem wobec wszystkich, na który nie musi się zdobywać zapraszający, jeśli na ma środków lub nie uważa za stosowne. Jednak różnicowanie, o jakim mówimy uważam za co najmniej ryzykowne i mało zręczne (chyba, że organizatorzy nie lubią nawet oglądać jakiegoś hardkoru).
Ale to z kolei nie nasz problem, bo wynikałoby, że nas tam bardzo nie oczekują. Na szczęście rzecz nawet teoretycznie nie dotyczy ważnych imprez i nie ma co się napinać.
Koroniarz bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Dołączył: 17 Gru 2005 Posty: 924
Wysłany: 2007-01-27, 11:03
Sebastian napisał/a:
To regulamin inscenizacji mającej się dopiero odbyć.
Pójdę trochę pod prąd ogólnej zgodzie i zauważę, że problemem regulaminu ostrołęckiego, jest niewłaściwa kolejność. Na początku powinny być dyspozycje, potem sankcje. Jeśli przeczytać ten zapis wraz z następującymi po nim rzecz wygląda nieco inaczej:
Cytat:
4. Obowiązuje bezwzględny zakaz uczestnictwa w stanie nietrzeźwym bądź pod wpływem środków odurzających. Osoby nie przestrzegające zakazu zostaną wykluczone
z uczestnictwa w trybie natychmiastowym.
5. Uczestnicy zobowiązani są do przestrzegania zasad bezpieczeństwa wynikających z odpowiednich przepisów, zaleceń dowódców i organizatorów, zwłaszcza do stosowania szczególnych środków ostrożności przy postępowaniu z bronią.
6. Wszelkie sceny walk należy przeprowadzać z uwzględnieniem dbałości o bezpieczeństwo życia i zdrowia uczestników, publiczności, a także biorących udział w rekonstrukcji zwierząt.
Akurat chyba wszyscy zgadzamy się, że alkohol i broń nie idą w parze. Do zasad bezpieczeństwa przy postępowaniu z bronią też nie trzeba przekonywać. Utrata żołdu przy takich przedsięwzięciach jest sankcją bodaj najmniej dotkliwą (choć widzę, że od czasu letniego Pułtuska w ubiegłym roku zyskała spora popularność ) .
Myślę natomiast, że konieczna jest samoregulacja i przedstawianie organizatorom rozwiązań wzorcowych, które godziłyby to o czym piszemy, z tym do czego i tak musimy się dla celów bezpieczeństwa dostosować. Była o tym po wielekroć mowa, ale dyskusja przegrywała z tematami, które przynoszą więcej chwały ... w końcu każdy woli być wiarusem, aniżeli gryzipiórkiem. To o czym piszemy, jest tak naprawdę na pograniczu regulaminu bezpieczeństwa (ustawa o imprezach masowych: niewiele da się negocjować) i umowy z organizatorem (Kodeks cywilny: jak w Kodeksie Napoleona: umowa stanowi prawo między stronami / czyli pole do negocjacji jest). Głównym problemem jest to, że w stosunku do organizatora większość występuje tak naprawdę indywidualnie i organizator (dowolny) nie widzi żadnej potrzeby układania się z każdym z osobna. Własne dowodzenie itp. można by sobie zagwarantować jedynie występując wspólnie. Rzeczywiście nonsensem jest natomiast podsuwanie w trakcie rekonstrukcji wielostronicowych dokumentów, których wtedy nie bardzo jest jak czytać i nie zawsze da się zrozumieć (np. w Nysie były 3 regulaminy o podobnych nazwach, z których wynikało ni mniej ni więcej, że wnoszenie na teren rekonstrukcji broni i ostrych narzędzi będzie ścigane). Rzeczywiście trzeba domagać się, aby wszelkie dokumenty były przedstawiane do daty zgłoszenia. Tak aby każdy wiedział w co się pakuje i czy ma na to ochotę. Odmienna kolejność podważa zresztą skuteczność podpisywanych cyrografów.
Ostrołęce do zarzucenia mam w tej chwili głównie termin. Dla mnie osobiście, to co robimy ma służyć upamiętnieniu historii. Powinno więc pozostawać w zgodzie z faktami podstawowymi (miejsce, pora roku, strony wojujące etc.). Uważam, że nieliczenie się z historią ma przy rekonstrukcji takie samo znaczenie jak ignorowanie muzyki w czasie tańca.
Paweł Grabowski napisał/a:
Na szczęście rzecz nawet teoretycznie nie dotyczy ważnych imprez i nie ma co się napinać.
Dotyczy (w prezentowanych tu i ówdzie zamierzeniach krajowych przynajmniej).
_________________ "Czyń coś powinien, a będzie co może" Andrzej Niegolewski
Ja przyznam że dyskusja o terminowości bitew, dla mnie, jest trochę obojętna.
Bo czyż Pułtusk2006 był porażką? Była to ogromna bitwa, w miarę porządnie przygotowana, pozwalająca przynajmniej przećwiczyć wiele manewrów i dała nam do tego kilka dni fajnych wakacji.
Rozumiem że niektórzy potrzebują poczuć smak historii dogłębnie i przespać się w dole na kartofle pod śniegiem ( ja zresztą też czasem potrzebuję takich doznań) ale możemy rozgraniczyć pojęcie bitwy rocznicowej i bitwy w ogóle.
Po co mi bitwa w dzień rocznicy jeśli będzie na niej 6 osób... a wiadomo że do Polski zimą przeciętny Europejczyk boi się przyjechać. Latem przyjadą.
Poza tym organizacja imprezy zimowej pociąga za sobą gigantyczne koszta: zakwaterowania, transportu, wyżywienia, bo przecież zimą jesteśmy głodniejsi...
Latem te koszta maleją, a my mamy okazję do spotkania.
Śmieszy mnie tylko nazywanie bitew ich historycznymi rocznicami, skoro nie są w terminie. To jest głupie. Ja z równą chęcią pojadę na bitwę rocznicową jak i na "po prostu" bitwę według reguł epoki napoleońskiej.
Zakładam, że rekonstrukcja nie ogranicza się tylko do miejsc i pór roku, lecz także pozwala nam stoczyć zupełnie nową bitwę na terenach, które były teatrem działań ówczesnych i w terminie, który sobie wybierzemy.
Szczytne założenie, że wracając do miejsc bitew w określonym terminie, odprawiamy swoiste misterium, apel poległych ma wiele uroku i dużą wartość historyczną. Dla realistow jednak, którzy potrzebują na tym nie stracić materialnie to są wysiłki zbędne.
Ja akceptuję obie formy bitew. Kryterium dla mnie jest głównie zgodność z realiami epoki którą odtwarzam.
Mam wrażenie że dopóki polskie bitwy nie będą robione tak jak widzimy to na ważnych bitwach na zachodzie, to Paweł Grabowski ma jednak rację, nie musimy się spierać o ich kształt bo i tak wypadną jak wypadną, a skoro nam i tak mają jeszcze nie zapłacić bo nas nie lubią/szanują/chcą to po co mamy przeżywać.
Dla nas ważne bitwy są tam gdzie się nas oczekuje/docenia/szanuje (mimo że przeważnie te najlepsze bitwy są bez dotacji bo ze środków kilku oddziałów i łaskawego sołtysa, który da kurę na rosół... )
nipi
Koroniarz bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Dołączył: 17 Gru 2005 Posty: 924
Wysłany: 2007-01-27, 13:26
niepij napisał/a:
Szczytne założenie, że wracając do miejsc bitew w określonym terminie, odprawiamy swoiste misterium, apel poległych ma wiele uroku i dużą wartość historyczną. Dla realistow jednak, którzy potrzebują na tym nie stracić materialnie to są wysiłki zbędne.
Ja akceptuję obie formy bitew. Kryterium dla mnie jest głównie zgodność z realiami epoki którą odtwarzam.
Przypuszczam, że po części nasza dyskusja ma wymiar "teologiczny" (tj. ma znaczenie wyłącznie dla pasjonatów). Ponownie: każdy oznacza swoje potrzeby i granice kompromisu. Sam w żaden sposób nie neguję prawa do różnego realizowania się. Na tych zasadach zależnie od upodobań mniej lub bardziej istotne może być miejsce, czas, mundur czy regulamin. Skoro pora roku nie decyduje o zgodności z historią, to dlaczego miałyby być decydować inne sprawy: czy idziemy w mundurze z epoki, czy stroju centralnego zespołu artystycznego, czy uczymy się szkoły żołnierza, czy czterech pancernych (rezerwuję sobie rolę Szarika, a gdyby była zajęta: T 34), czy mamy karabin czarnoprochowy, czy Mausera (jak np. w Raszynie)? Na realizm składa się przecież coś więcej niż teren niezabudowany. Czy letni Pułtusk był zły? A czy złe było zimowe Austerlitz, bo cudzoziemców tam raczej nie brakowało? Oczywiście nawet pod Jeną pojawili się "ortalionowi huzarzy" i przypuszczam, że bawili się dobrze, a na ogólnie wysoki poziom przedsięwzięcia nijak nie wpłynęli. Tylko, czy mamy iść ich tropem, czy też tropem tych, których praca złożyła się na rzeczywiste przeżywanie historii? Co do kwestii materialnej: za pojedynczymi wyjątkami "tracimy" (w kategoriach materialnych) wszyscy, a mało kto na rekonstrukcji zarabia. W tym sensie jest to zajęcie równie realistyczne co jazda na nartach.
Pozdrawiam!
P.S.
Ponieważ dyskusja na forum nie zastąpi rozmowy z żywym człowiekiem, proszę powstawiaj gdzie trzeba odpowiednie "disklajmery"
_________________ "Czyń coś powinien, a będzie co może" Andrzej Niegolewski
Żeby było jasne.
Bitwy w historycznym terminie, jak juz zresztą napisałem uważam za cenne.
Uważam jednak, że jeśli nasza rekonstrukcja jest czymś więcej niż grupami miłośników historii i "kultywatorów" narodowych tradycji, to możemy wysilić swą wyobraźnię i założyć że przerzuceni Einsteinowskim wehikułem w tamte czasy, mając właściwe wyszkolenie odbylibyśmy każdą bitwę... nie tylko Marengo, Pułtusk i Borodino ale i te których nigdy nie było a mogłyby być, gdyby tylko Napoleon zanocował w innym dworku albo popręg Murata poluzował się o godzinę później.
W mojej wizji rekonstrukcji bardziej liczy się zrozumienie ich trybu życia i odtworzenie ich umiejętności, niż bycie z wieńcem w odpowiednim miejscu i czasie. Takie mistyczne hołdy mają w sobie pewną ponurość i ograniczoność, a całkowite ograniczenie się do nich sprawiłoby że czułbym się jak załoga karawanu, która bieli co wieczór kołnierzyki i smoli wąsy by nastepnego dnia odpowiednio uczcić zmarłego.
Nie chciałbym by nasza zabawa była tylko świadectwem martyrologii Narodu Polskiego, choć to też istotny element. Nie chcę odprawiać barokowego tańca śmierci, któremu z taką pasją oddawali się nasi przodkowie.
Chciałbym kultywować ich pamięć starając się umieć to co oni, wiedzieć to co oni...
i popadnę w "okołotematyczność" kurczę teraz...:
Jest wśród rekonstruktorów ogromna rzesza wszelkiej maści gwardzistów, odtwarzających elitę elit, najdłuższe wąsy i marsowy wzrok. Już w dniu gdy przywdziali pierwszy szkic munduru do przymiarki czują że opromienia ich sława ludzi, którzy zwyciężyli tu, pogromili tu, w 18xx dostali złote czapki... czy to rekonstrukcja oddziału czy splendorów jakie oddział otrzymał, bo niestety z doświadczenia wiem, że te "gwardie" nie potrafią nawet poprawnie "prezentuj broń" zrobić.
Te "gwardie" za punkt honoru przyjmyją pojechanie do każdego miejsca, które Napoleon raczył im wyhaftować na sztandarze dokładnie w okrągłe roczniece bitew.
Załóżmy, że są tam tego dnia o tej godzinie.
Załamuje się czasoprzestrzeń!
I co.
Oprócz dnia i miejsca zgadza się już nawet rok!
A oni co?
...
...
...
Stoją.
Napoleon wzywa ich do szarży!
Oni stoją.
Każe im prezentować broń!
Oni nie pamiętają jak to się robi...
Ale mają wąsy i wydali kupe forsy na guziki ze złota. Ale po to tylko, żeby po tej klęsce Napoleon oberwał im te guziki, epolety i rozformował ich pułk.
I znowu.
Zaburzenie czasoprzestrzeni.
Ludzie bez guzików i epoletów wracają do naszych czasów.
Trzeba przedrukowywać miliony podręczników we wszystkich europejskich językach bo Smerdylierzy Gwardii okazali się tchórzami i nieukami, a walczyła 113 półbrygada.
Dla mnie ważniejsze jest to bym będąc w takiej sytuacji nie rozczarował Xięcia i Cesarza, a przede wszystkim siebie, bo wolę być dobrym Woltyżerem, a nie woltyżerem w okrągłą rocznicę.
Dla zbytnio przejętych przypominam:
Przedstawione zdażenia i osoby są tylko fikcyjne i nie miały wzorców w rzeczywistości.
Niemniej powtarzam aspekt historycznej "punktualności" też uważam za ważny i w miarę możliwości się do niego stosuję.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum