Wiek: 52 Dołączyła: 12 Maj 2006 Posty: 221 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-01-17, 13:10
Biały ser w gomółkach [obsypany kminkiem i popiołem - o czym już wspominałam] można bardzo długo przechowywać. Uschnie na kość. Przypuszcalnie Brandt takowy jadał.
Czy kozi - przypuszczalnie tak, ale to prędzej przyjechało w Francji, bądź ze Śląska, no a jeśli ów zapis pochodzi z walk na terenie Hiszpanii to zupełnie normalne [wówczas kiełbasa to było owo snobistyczne "...coś..." co się obecnie nazywa "...chorizo..." - czy raczej nazwa zależy od zdolności leksykalnych dostawcy do danego sklepu, w we nazywa sie to Francji "...le petit saucisse..." która to nazwa obejmuje suszone kiełbaski ale również suszone kozie serki. I jedno i drugie bardzo smaczne - ciekawam bardzo czy Brandt cos dodaje o tym jaki bywał czasem głodny, bo mój historyczny przewodnik po epoce [czyli J. D. Larrey] w liście do żony z Królewca - grudzień 1812 rok - pisze, że wywar ze słomy jaki pił ostatnio był taki smaczny... - bon appetit
szwoleżer bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Czołem!
Wydaje "mnie się", ze dostepność sera koziego była o wiele większa niż krowiego.
Koza jest dużo "łatwiejsza w utrzymaniu" niż krowa, nawet przez samą markietantkę.
Teść ma kozę to może udałoby się na jakąś batalię ser z kiminkiem i popiołem przyrządzić, poproszę tylko szczegóły tego przepisu..
pozdrawiam
_________________ Vivat Cesarz! Vivat Woysko Polskie!
Nie masz pana nad ułana!
We wspomnieniach pewnego więźnia stanu osadzonego w twierdzy srebrnogórskiej wyczytałem że nabył on w drodze kupna "ser biały twardy jak kamień i kawałek masła owinięty w liść łopianu". Ser biały, chociaż w tym wypadku chyba krowi bo " wielkie ilości krów wprowadzano na noc w mury twierdzy z powodów niebezpieczeństwa". Zastanawia mnie to owijanie łopianem, czy to tylko wynik braku papieru czy ma też łopian jakieś właściwości konserwujące ?
Wiek: 52 Dołączyła: 12 Maj 2006 Posty: 221 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-01-18, 17:46
Łopian, pomijam rzeczywiście działanie bakteriobójcze, podobnie jak przyliście [czyli te białe twarde z "...nerwem..." pierwsze liście kapusty] oraz liście podbiału - bezdyskusyjnie wchodził w skład mieszanek "...płucnych..." czyli na kaszel i przeziębienie - bardzo długo zachowują temperaturę zawiniętego w nie produktu i jeśli masełko było wyjęte z lodowni [gdzie jak pisał Wincenty Pol - "...i lód cały rok przeleży..."] czy nawet ze studni [a Srebrna Góra to przecież góry - choćby w nazwie i moc źródeł bardzo zimnych (tu wspominam rozkosznie lodowatą - naprawdę - wodę w Kłodzku w dość ciepłe sierpniowe dni)] to spokojnie mogło wytrzymać kilkanaście nawet godzin
harry napisał/a:
"ser biały twardy jak kamień
A to były przypuszczalnie suszone gomółki sporządzane późną wiosną i latem - z tzw: mleka majowego, które schły sobie w "...serniku..." [ów domek - bo to był domek na jednej nodze "...coby kotów nie naszło..." - przewraca na jegrów Płatowa jeden z bohaterów "Pana Tadeusza"]. Myślę sobie czy; prócz oczywiście leczenia skutków niedojadania, bądź złej strawy medyk wojskowy "...z epoki..." miałby wiele do powiedzenia w tym naprawdę ciekawym temacie.
Polecam najnowszy numer "Do broni" gdzie jest tekst o postrzeganiu rekonstrukcji gdzie Autor wymienia na równi z batalistyczną właśnie rekonstrukcję życia codziennego.
Bardzo trudna - doświadczam tego aż nazbyt często.
Pozdrowienia.
były przypuszczalnie suszone gomółki sporządzane późną wiosną i latem - z tzw: mleka majowego
No faktycznie wspomniany zakup nastąpił w końcu maja
Dziękuję bardzo za informacje o łopianie, nigdy bym na to nie wpadł, a wydaje mi się, że w ten ogólnie dostępny sposób można rozwiązać kilka problemów związanych z przechowywaniem produktów w warunkach obozowych z zachowaniem realiów epoki.
Wiek: 52 Dołączyła: 12 Maj 2006 Posty: 221 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-01-19, 17:54
Ależ oczywiście, liść łopianu - młody i umyty - to świetna polowa lodówka, zaś podbiału - we Włoszech, południowej Francji, a ściślej w całym Lewancie był uważany za (i to nie paradoks) środek chłodzący i rozgrzewający zarazem. Chłodzi strona wierzchnia zielona, rozgrzewa, ale i trochę drapie strona spodnia pokryta białym nalotem. Na stłuczenia i inne marszowe przygody polecam babkę - są tego dwie wersje okrągłolistna tamująca nawet niewielkie krwawienie i lancetowata lecząca tzw. purchle czyli bąble. Wyciąg z babki okrągłolistnej wchodził w skład Nalewki Thoeddena dość powszechnie używanej w hołubionej przez nas epoce do tamowania krwawień.
Nasiona - niestety - czasem służyły za pożywienie (tu oblężenie Hamburga).
A swoją drogą: "...pichcenie..." w stylu epoki jest niezwykle przyjemne.
harry napisał/a:
można rozwiązać kilka problemów związanych z przechowywaniem produktów w warunkach obozowych z zachowaniem realiów epoki.
Jeszcze uwag parę, polecam chrzan. Nie tylko jego liście ale i korzeń, którym okładano mięso, dalej używanie drewnianych, wyciętych z pnia brzozy lub sosny naczyń. Spróbowałam w ubiegłoroczne upalne lato i w sosnowym pojemniczku właśnie do Kłodzka na batalię "...podróżowało..." coś tak delikatnego i psującego się szybko jak smażona ryba. Była pyszna i pachnąca. Takie właśnie "...coś..." a la puszka widziałam na wystawie w muzeum Sztuki Użytkowej w Paryżu z wiele mówiącym podpisem - szczególnie dla miłych Prusaków - a mianowicie "...żołnierska menażka z Prus 1815...".
Postaram się zrobić fotografię "...cyfrówką..."
Pozdrowienia.
Dołączył: 20 Maj 2006 Posty: 135 Skąd: majątek Grabów
Wysłany: 2007-01-22, 09:30
Sosny (i w ogóle drewna drzew iglastych) na naczynia bym niepolecał. Pod wpływem gorąca może żywicować a nie jest to specjalnie zdrowe i przyjemne. No, chyba że ktoś lubi potrawy o zapachu terpentyny...
Najlepiej używać naczyń lipowych - zdrowe i lekkie!
A z jadalnych chwastów polecam pokrzywę: na sałatki i zupę. Zresztą będącą wynalazkiem czasów głodu.
_________________ Kto miał zaszczyt służyć Napoleonowi, temu wolno służyć tylko Panu Bogu przy Mszy świętej.
-gen. J.Kossakowski
Wiek: 52 Dołączyła: 12 Maj 2006 Posty: 221 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-01-22, 10:28
Brykiet napisał/a:
Sosny (i w ogóle drewna drzew iglastych) na naczynia bym
niepolecał. Pod wpływem gorąca może żywicować
Tak - to prawda, lecz, a tą informację zdobyłam zupełnie przypadkowo w okolicach Łap nad Narwią na odpuście gdzie między "...chińszczyzną..." był stragan z wyrobami z drewna, na naczynia używano sosen "...wypłakanych..." czyli tych z których pozyskano uprzydnio żywicę. Drewno jest prawie zupełnie białe, bez zapachu, ścisłe i bardzo twarde. Używam na codzień czerpak i mimo zanurzania we wrzątku nie pachnie żywicą. Podobnie postępowano - ale to Kurpie - z korzeniami młodych sosenek, z których wyplatano naczynia w tym nawet do przenoszenia wody. Z drewna żywicznych sosen wycinano talerze i dzieżki, sporadycznie deski do krojenia. I te rzeczywiście pięknie pachną.
A o pokrzywie - majowej czyli "...samo zdrowie..." wspominałam. J. D. Larrey jadał taką na Lobau
A teraz przepis na zupkę: Rok 1808 podręcznik dla Szkoły Piechoty [francuski]
"...do garnka włożyć funt wołowego mięsa,cebulę, groch i fasolę wsypać soli, nalać wody i warzyć przez dwie godziny, po czym rozdać wywar..."
Na biwaku - no i co powtarzam jak było komu...
Generalnie były ogromne kłopoty z solą, używano często prochu, zaś na zatrucia - no i skutki odwodnienia - narzekali wszyscy lekarze. Stąd ustawowo - sól musiała byc w ambulansach.
Pozdrowienia - co "...pichcić..." pod Iławę, gwoli ścisłości historycznej brakowało nawet chleba, może poszukać jakiegoś zdychającego konia
Koroniarz bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Dołączył: 17 Gru 2005 Posty: 889
Wysłany: 2007-01-23, 10:53
Ten wątek jest co prawda o posiłkach, a nie o napitkach, ale zastanawiam się czy nie warto go o nie poszerzyć. Pito wówczas gorzałkę, piwo, wino, oraz oczywiście wodę. Zupełnie umyka całe mnóstwo innych, znanych przed Coca-colą, wszelkiego rodzaju kwasy chlebowe, soki brzozowe etc. Jako, że od lat paru zaczęły sie nieśmiało na powrót w obrocie pojawiać, może warto i te po części przynajmniej wymienić. Ciekawostka: zanim znalazłem kwas chlebowy u nas, piłem go na grodzieńszczyźnie i w Wilnie, gdzie najwyraźniej ich produkcja była równie naturalna, co u nas piwa czy oranżady.
_________________ "Naprzód psiekrwie! Cesarz patrzy!" Kozietulski pod Somosierrą
Dołączył: 20 Maj 2006 Posty: 135 Skąd: majątek Grabów
Wysłany: 2007-01-23, 11:45
O sposobie "wyprawiania" naczyń sosnowych nie wiedziałem, przyznaję.
W pamiętniku Białkowskiego można znaleźć skład racji żołnierskiej z okresu 1807-08:
pół funta mięsa (tj. ok. 22 dkg)
pół kwaterki kaszy (ok. 0,23 l) lub pół kwarty grochu (ok. 0,47 l) albo kwarta kartofli (0,94 l)
funt chleba (ok. 43 dkg)
trochę słoniny
kieliszek wódki
Oficerowie dostawali 1,5 racji a wyżsi 2.
_________________ Kto miał zaszczyt służyć Napoleonowi, temu wolno służyć tylko Panu Bogu przy Mszy świętej.
-gen. J.Kossakowski
szwoleżer bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Czołem!
A tzw. orszada, czy aby nie był to napój chłodzący na bazie cytrusów?
Co do kwasu chlebowego to piłem takowy we Lwowie w 1991 roku,
najlepiej orzeźwiający środek jaki kiedykolwiek piłem!!!!!
Pozdrawiam
_________________ Vivat Cesarz! Vivat Woysko Polskie!
Nie masz pana nad ułana!
Wiek: 52 Dołączyła: 12 Maj 2006 Posty: 221 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-01-24, 09:36
Czyżbyśmy zaczęli powoli zmierzać w stronę rekonstrukcji półmiskowo - talerzowej z małym naddatkiem tej wojenno - bitewnej.
Orszada - jedno z najtrudniejszych chyba słów do wyjaśnienia we współczesnej polszczyźnie [tu opinie semiotyków tej miary co Prof. Pelc i Prof. Jadacki] gdyż właściwie nie wiadomo co oznaczało gdyż:
1. orszada to napój z cytryn - korsykańskich najczęściej mięsistych i gorzkich, których skórkę "...otarto..." o cukier z głowy [sposób konfekcjonowania praktykowany do końca XIX wieku, w komplecie do cukru była taca, talerzyk, toporek i szcypczyki do nakładania odłupanych kawałków] z wodą i dodatkiem białego wina.
2.orszada to sok z cytryn gotowany, przywożony przez "...Turków..." czyli głównie Greków z Lewantu dodawany do wody jak dzisiejsze koncentraty
3.orszada - albo orgeat (haczyk dla translatorów) to napój z mleczka z utartych migdałów najczęściej słodkich, rozcieńczany wodą.
4. orszada - też zwana orgeat (to o tym wspomina jeden z pamiętnikarzy piszących o ostatnich dniach cesarza Napoleona na Św. Helenie) z gorzkich migdałów (wiadomo kwas pruski czyli "...smacznego...") często używana ze względu na działanie z lekka odurzające jako lekarstwo - to można znaleźć w starych farmakopeach do końca lat 80 - tych XIX wieku.
Na którą tedy mamy ochotę - polecam tą pierwszą.
Co do kwasu chlebowego. Też popijam ilekroć jestem na Białostocczyźnie - albo o paradoksie w Warszawskim "Sezamie" gdzie jest z Krynek, naprawdę pyszny.
Były soki - w tym i brzozowy pozyskiwany z młodych, naciętych wczesną wiosną drzew. Też smaczne.
A teraz co do zaprowiantowania armii -
Brykiet napisał/a:
Oficerowie dostawali 1,5 racji a wyżsi 2.
Dobrze wiedzieć, bo medycy poza kwaterą, jako urzędnicy wojskowi często nie dostawali nic i żywność musieli zdobywać sobie sami albo się wpraszali do panów oficerów - z tym bywało różnie.
Pozdrowienia.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum