Monsieur Briquet.
...zaczęło się już dużo wcześniej, o czym trochę nadmieniłam w moim "...gniocie..." np. słynęli z nożyków do katarakty warszawscy nożownicy (cech bynajmniej nie pod rangą "...metalowego..." ani nawet nie płatnerzy, lecz pod patronatem zacnego Św.Eligiusza któren "...pieczą był darzył..." m.in. nożowników,sztycharzy, grawerów, optyków (uwaga - nie szkła do okularów ale do latarni i do lunet) miedziorytników i sztychujących nuty. Po owym bractwie zachowała się - co prawda dość późna, ale w kościele Ojców Augustianów spotykali się już w czasach "...sławetnego..." Zakrzewskiego czyli schyłek XVIII wieku - tablica w kościele Św.Marcina (dawniej Augustianów) na ulicy Piwnej. "...pyszne instrumenta..." robił też Gerlach a początki owej "...kuźnicy..." na ulicy - dzisiejszej - Żelaznej (to ta "...zawalidroga..." gdzie mieści się Muzeum Przemysłu) sięgają roku 1809 (do 1939 roku na czworograniastym kominie była wykuta data i krzyż, ślad po owym kominie jest do dziś, widać z ulicy, a jeszcze lepiej jak się podejdzie ścieżką wzdłuż torów tramwajowych na ulicy Prostej) później Neuffeldt (ten miał fabrykę zrazu na "...rogatkach wolskich..." a później na Pradze na ulicy Krowiej, dom - choć spalony - zachował się do dziś, był to Saksończyk z pochodzenia i On to najprawdopodobniej zaczął szkolić polskich ślusarzy za radą: ano naszego Sowińskiego, który przypuszczalnie dobrze pamiętał na "...własnej skórze..." co to znaczy dla biegłego operatora mieć dobre narzędzia chirurgiczne.
Ot i tak - później czerpiąc metal z "...kuźnicy..." w Rudzie Malenieckiej (ale tu już za blisko wchodzę w sprawy rodzinne) w Warszawie otworzył fabryczkę Dobrowolski i ona przez pokolenia dotrwała aż do nacjonalizacji po II Wojnie Światowej.
...a tak a propos - czy Muzeum Wojska "...się urlopuje..." usiłuję się tam dodzwonić już od dwóch tygodni z efektem żadnym, a mam wielką ochotę na wizytę w archiwum i długie "...sam na sam..." tym razem przed gablotami z Września 1939 roku.
Pozdrowienia
Dołączył: 20 Maj 2006 Posty: 185 Skąd: majątek Grabów
Wysłany: 2009-09-28, 11:11
Może kogo zainteresuje wyjątek z pamiętników J.Jaszowskiego:
"...żołnierzowi, któremu kartacz niżej kolana nogę przestrzelił, chirurgowie pułkowi zaraz nogę pod ogniem nieprzyjacielskim za frontem odjęli, a ten nieszczęśliwy z konia nawet nie zsiadywał, bo mu powiedzieli, że tak będzie sporzej; po czym dwaj jego koledzy, trzymając go za barki, omdlałego, konno do ambulansów odprowadzili."
Rzecz się działa pod Małojarosłąwcem 24.10.1812 roku, a dotyczy karabinierów francuskich.
_________________ Kto miał zaszczyt służyć Napoleonowi, temu wolno służyć tylko Panu Bogu przy Mszy świętej.
-gen. J.Kossakowski
Monsieur Briquet.
tekst ów "...od Jaszowskiego..." gdzieś tu już skomentowałam, ale z "...ale...". Dziś jest już bez, owego rannego "...kartaczem..." co w rzeczywistości było jakimś perfidnym "...hacelem..." lub gwoździem, do tego opakowanym w drewnianą puszkę (ci "...chirurgowie pułkowi..." nie bardzo wiedzieli co robić mając raptem rannych i to ciężko od drzazg twardego drewna: przypuszczalnie namoczonego dębu) operował J. D. Larrey. Nauczony smutnym doświadczeniem spod Borodino wsadzał nos - i lancet, niekoniecznie piłkę - w każdą "...podejrzaną..." dziurę, więc i w takie też.
Szybka amputacja, to równiez Jego koncepcja - bynajmniej nie na zasadzie rekordomanii, ale właśnie ratunku przed gangreną, która w wilgoci rozwijała się jeszcze szybciej (pisał na ten temat cały traktat). Również Jego sugestia dotyczyła by rannych po amputacjach szczególnie kończyn dolnych nie zsadzać z koni, bo raz położeni - zginą z głodu i z zimna.
Również wspominałam chyba o tym Jego pacjencie spod Walutynowej Góry, któremu dokonał bardzo wysokiej amputacji (wyłuszczenia w stawie) konczyny górnej i który "...z konia nie zsiadając, aż ten padł..." dotarł do Wilna i wrócił do Francji jeszcze przed gehenną odwrotu...
...no cóż
Pozdrowienia
Możliwe że kogoś może to zainteresować.
Otóż, poniżej przedstawiam szkic Larreygo, przedstawiający ranę zadaną przez kozacką lancę.
[w:] Arnold J.R., Reinertsen R. R., Crisis in the Snows. Russia Confronts Napoleon. The Eylau Campaign 1806-1807, Napoleon Books, 2007, s.355.
Natomiast na stronicach 167-169, w memuarze Percyego (Percy P. F., Journal des Campagnes du Baron Precy, Libraire Plon, Paris, 1904.) można przeczytać niezwykłą relację tegoż chirurga(z dn. 9 lutego 1807 r., czyli zrazu po bitwie pod Pruską Iławą), mającą miejsce najprawdopodobniej w godzinach porannych (około 6 z rana).
Otóż przybył do niego Cesarz, wypytywał się o rannych, ilu ich jest i w jakim są stanie. Percy odpowiedział, że do tego czasu personel medyczny obsłużył około 4000 rannych i że trzecia część z nich umrze. Jak zauważył, lwią część ran stanowią, cięcia szablą, bagnetem czy lancą.
Przy końcu konwersacji Cesarz spytał się o rannych jenerałów. Percy wskazał z miejsca herosa „jazdy piekieł” jen. Dahlmanna, który przed szarżą błagał Cesarza, aby pozwolił mu wrócić do swojego dawnego regimentu gwardii Chasseurs a Cheval, celem poprowadzenia szarży.
Otrzymał jedenaście pchnięć lancą.
Otóż Cesarz spytał się Percyego, czy przeżyje?
-No, Sire. Jego mocz jest czerwony od krwi, ciągle wymiotuje..
Otóż, poniżej przedstawiam szkic Larreygo, przedstawiający ranę zadaną przez kozacką lancę
Nie wiem jak napisać. Otóż rycina ta w oryginale zamieszczona w "Recueil de memoires de chirurgie" skrypcie - typu podręcznika dla studentów opublikowanym w 1821 roku, a powstała wcześniej mniej więcej na przełomie zimy i wiosny 1813 roku (gdzieś na Dolnym Ślasku może w Lowenbergu - czytaj Lwówku Śląskim - a może w Gorlitz) dotyczy zabiegu, nie urazu.
Technika "...desartculation..." czyli wyłuszczenia w stawie tak ramieniowym jak i biodrowym była dość powszechnie stosowana przez J. D. Larreya [zachowane notatki "Histoire d'un dragon" w cyklu wykładów Boyer'a dotyczy podobnej sytuacji: rana zadana "...lancą..." lub "...spisą..." (pomagał przy zabiegu chirurg Polak, zaś operację przeprowadzono w ambulansie na warszawskiej Pradze) w czasie bitwy pod Gołyminem czyli w grudniu 1806 roku, w moim poprzednim wpisie mamy coś podobnego dotyczącego bitwy pod Walutynową Górą, ten rysunek świetnie pasuje do opisanego tam zdarzenia ] w przypadku rozkawałkowania lub pęknięcia wzdłuż kości ramieniowej. To jest szkic operacyjny zaś owa "...lanca..." na rysunku to sposób ułożenia noża - czy to przypadkiem nie jest temat za bardzo brrrr... jak na forum - przy pierwszym cięciu, daleko od dużych naczyń. Ranę zbliżano szwami i właśnie plastrem: a już mnie ktoś tu o "...lipki plaster..." na forum nagabywał, jak był skuteczny i antyseptyczny niech zaświadczy przypadek pułkownika d'Abboville ("...pardonnez - moi..." jeśli zrobiłam błąd w nazwisku) który został ranny w czasie bitwy pod Wagram [jest lipiec, upał, nieprzytomnego znaleziono wśród szczątków dział po dwóch dniach od zranienia, chirurdzy "...położyli kreskę..." Larrey spróbował, usunął martwe tkanki, właśnie wyłuszczeniem, pokrył ubytki skóry i oparzenie plastrem, no i ranny przeżył].
Szkoda, iż autorzy tak dobrej pracy nie zadali sobie trudu sprawdzenia w oryginałach, nie zaś w nienajlepszym jakościowo przekładzie angielskim "Memoires" Larrey'a pochodzącym z połowy XIX wieku.
Nie wiadomo dokładnie co tam Percy przeżywał ze swoimi medykami pod Iławą, dość, że wyjątkowo w tym koszmarnym miejscu miał ambulans "...o milę od pola bitwy..." dość, że gros pracy spadło na Larrey'a - był zresztą na konsultacji przy konającym Gen. Dahlmannie, a później dość brutalnie acz szczerze powiedział pułkownikowi sztabu cesarskiego by mu nie zawracali głowy kiedy cesarz kazał Mu zabalsamować zwłoki nieszczęsnego generała.
To wówczas padły te słowa: "...nie zostawię rannych w ambulansie żeby jednemu zmarłemu zapewnić drogę do pośmiertnej chwały...".
Byc może Iława Pruska stała się punktem zwrotnym i przyczyną swego rodzaju zantagonizowania P.Fr. Percy'ego i J. D. Larrey'a gdyż poróżnił Ich i przypadek Gen. d'Hautpoul i miejsce rozmieszczenia ambulansów i sposób ewakuacji rannych.
No cóż...
Pozdrowienia jak zawsze.
Będąc w Karskolonie natchnąłem się na ekwipunek lekarza z wojny północnej , i wiecie co bylem pod wrażeniem wykonania narzędzi chirurgicznych .Parę fotek dla pani doktor
_________________ Obojętnie co jest wypisane na sztandarach, kiedy się biją, zawsze chodzi o pieniądze.
Danke Herr Rotgiesser.
Przy okazji jakiegoś naukowego "...spędu..." byłam w tym muzeum, ale wiadomo bez aparatu fotograficznego. Rzeczywiście zestaw śliczny - doskonale zachowane igły i ta infuzorka (cynowe naczynie z drewnianą rączką rodem z Elbing czyli z Elbląga datowane lata 20- te XIX wieku.
Pozdrowienia
A może by tak "...jeszcze mocniej..." - co!
Tu właśnie skończył "...obrabiać..." owego "Bayarda" armii czyli marszałka Lannes i wyciera ręce (do prawdy to się ma - hm. ). Scenka z Lobau.
Niżej rycinka dydaktyczna, ale ładna.
Pozdrowienia
Cny Koroniarzu
...a któż tam wtrąca swoje "...trzy grosze...". Ciekawy jest ten rysunek Andre Jouineau na którym medyk ma szare spodnie (nakładane na normalne mundurowe) żeby się tak totalnie nie "...wyświnić...". I tak nie jest to wersja z Emperi bo tam zachowały się sznurowane na bokach.
Pozdrowienia
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum