Bitwa nad berezyna

Bitwa nad Berezyną

Arsenał Batalie i pokazy Skomentuj

Bitwa nad berezyna

[Poniższy materiał zamieściliśmy w roku 2011 z nadzieją, że uda się w dwusetną rocznicę wystawić oddział kawalerii. Niestety działania organizatora to skutecznie uniemożliwiły, czego osobiście bardzo żałuję. Na miejsce wybrała się jedynie grupa naszych kolegów z SAD i P4P XW. Niestety nieuzbrojona. Cieszę się, że przynajmniej Was tam nie zabrakło. M.P.]

Pogodna jesień, ale też i uroczystości dni minionych sprawiają, że w sposób zupełnie niezauważony przechodzi 199 rocznica ostatniej wielkiej bitwy kampanii moskiewskiej Napoleona, bitwy nad Berezyną, gdzie od 25 do 29 listopada 1812 roku bój toczyła Wielka Armia Napoleona, otoczona z trzech stron przez armie Kutuzowa, Wittgensteina i Cziczagowa:

„Napoleon postanowił przeprawić się przez Berezynę pod Borysowem, gdzie znajdował się most. Jednak 21 listopada Rosjanie zdobyli Borysów i most, broniony przez 17. Dywizję gen. Jana Henryka Dąbrowskiego który został zdobyty, a wobec kontrataku zniszczony. Napoleon postanowił przeprawić się w Studziance, o kilkanaście kilometrów na północ od Borysowa, gdzie saperzy francuscy gen. Eblé (zmarł z wyziębienia pod Berezyną) przy współudziale polskich znaleźli dogodny bród i zbudowali 26 listopada dwa mosty. Prace utrudniała nagła odwilż, która spowodowała załamanie się kry lodowej i wylanie rzeki. Napoleon nie przewidział odwilży i w Orszy kazał zniszczyć jadące z armią pontony, a konie dać artylerii. Przez to budowa zamiast trwać pół dnia trwała 48 godzin.

28 listopada rozegrała się zacięta bitwa o utrzymanie przeprawy na obu brzegach Berezyny. Na lewym brzegu armia Wittgensteina szturmowała Studziankę, bronioną przez korpus Victora, po prawej admirał Cziczagow, który zorientował się, gdzie Francuzi zbudowali mosty, zaatakował pod Stachowem. Tutaj bitwa toczyła się cały dzień w wysokim sosnowym lesie, gdzie 9 tys. polskich żołnierzy pod dowództwem generałów Zajączka, Dąbrowskiego i Kniaziewicza utrzymało swoje stanowiska i przy stratach 3 tys. poległych odparło ataki Rosjan. Po zbudowanych mostach udało się przeprawić na drugi brzeg korpusowi Oudinota, Eugeniusza, Davouta, resztkom 5 korpusu polskiego i Neya.

 

"Bitwa nad Berezyną", mal. Peter von Hess

„Bitwa nad Berezyną”, mal. Peter von Hess

 

29 listopada 1812 roku około godziny 9 rano na rozkaz Cesarza Napoleona podpalono mosty, po których nocą zdążył przejść marszałek Victor z resztką swojego korpusu. W ręce Rosjan wpadło około 10 tys. maruderów i rannych oraz olbrzymie łupy zrabowane w Moskwie. Widmo zagłady Wielkiej Armii zostało zażegnane dzięki talentowi Napoleona, lecz sama sytuacja w jakiej znaleźli się Francuzi była tragiczna. Zdolnych do noszenia broni było zaledwie kilka tysięcy żołnierzy, głównie grenadierów Starej Gwardii, oraz około 50 tys. maruderów, którzy podążali na Wilno. Bitwa pod Berezyną wykazała niezwykłe męstwo i poświęcenie żołnierza francuskiego i polskiego. Mimo przewagi liczebnej Rosjanom nie udało się rozbić wycieńczonej i osłabionej odwrotem armii francuskiej.”[1]

Wydarzenia te znalazły swe dramatyczne odbicie w relacjach uczestników zdarzeń. Malarskie u Januarego Suchodolskiego, czy pamiętnikarskie dość obszernie przytoczone przez Roberta Bieleckiego i Andrzej T. Tyszka w „Dał nam przykład Bonaparte”. Wspomnienia i relacje żołnierzy polskich 1796-1815″. Do mniej znanych należą zaś wznawiane parę lat temu wspomnienia Wincentego Płaczkowskiego[2], młodszego oficera szwoleżerów gwardii, który wspominał po latach, o tym jak:

 

Przejście wojsk Napoleona przez Berezynę. Mal. January Suchodolski 1866.

Przejście wojsk Napoleona przez Berezynę. Mal. January Suchodolski 1866.

 

„Przymaszerowaliśmy do Borysowa; już niezastaliśmy generała Dąbrowskiego, ruszył naprzeciw Czyczagowa, Tormansowa i Czaplica. W tem mie­ście zastaliśmy wielki zapas soli, że nawet po ulicach rozsypana leżała; tam zatrzymaliśmy się cały dzień dopóki armija nie nadciągnęła za nami. Napoleon po widzeniu się i naradzie z generałem Dąbrowskim, ruszył, aby w pewnym punkcie przeprawić się przez Berezynę. Ta rzeka nie jest z wielkich; koryto wo­dy płynącej nie było szersze nad łokci kilkanaście; ale brzegi jej dwa razy szersze, bagniste i zgniłe, mające wiele oparzelisk i źródeł, a te w największe mrozy miejscami wcale niezamarzały.

Napoleon wychodząc z miasta w prawą stronę rozkazał zaraz wyrąbać las aż do punktu zamierzo­nego na przeprawę; sam z gwardyą wyruszył na przód, a cała armija za nami. Nieprzyjaciel zaś ni­gdy niespodziewał się, abyśmy w tym punkcie prze­prawić się mieli i niemógł tego dostrzedz, bo gene­rał Dąbrowski ciągle z nim się ucierał. Gdyśmy już przymaszerowali nad sam brzeg tej rzeki, zasta­liśmy tam awangardę przed sobą, a to na prawym brzegu, który był płaski, i blizko stojącym, gęstym a ciemnym lasem zasłoniony; był też tam pagórek dość wysoki, z którego oba brzegi dość daleko wi­dzieć można było. Na tym wzgórku rozkazał Na­poleon natychmiast wysypać baterye i mocną, artyleryę osadzić, a to dla okrycia mostów, które zaraz zaczęli stawiać i dla bezpieczeństwa w przeprawie. Jak tylko pierwszy most był skończony, zaraz Na­poleon tegoż samego dnia wysłał naprzód awangar­dę i sam z gwardyą mszył, a tak ustanowionym porządkiem cała armija przez dni dwa i jedną noc spiesznie się przeprawiała; działo się to około 29 listopada 1812 roku.

 

Berezyna, mal. Wojciech Kossak

Berezyna, mal. Wojciech Kossak

 

Już z Napoleonem byliśmy za rzeką na pierw­szej stacyi o mil kilka w Brylowie; tam stanęliśmy na polu śniegiem okrytem, a mrozy swoim, porząd­kiem coraz to silniejsze się wzmagały. Dnia trze­ciego z rana doszła wiadomość bardzo smutna, że dywizya wojska Księztwa Berg i Kliwiji, która w tym czasie na wyż rzeczonym wzgórku mosty okrywała, zupełnie przez nieprzyjaciela była zniesioną i tenże wzgórek zająwszy, gęstym z armat ogniem na mo­sty i na resztę w tyle znajdujących się z armiji na­szej miota. Już prawie cała armija nasza przez mo­sty przeszła była, oprócz korpusu Neya, który był w ariergardzie, a z nim pozostały ekwipaże, furgo­ny i inne powozy; chorzy, ranni i pewna liczba ich eskortującego wojska. Był bowiem dany taki rozkaz, aby nikogo innego niepuszczać przez mosty, tylko najprzód same potrzebne uzbrojone wojsko, armaty i wozy amunicyjne, zaś ekwipaże i inne podobne pociągi winne były przeprawiać się na ostatku.

 

Korpus Neya stanowiący ariergardę zostawał w tyle i powstrzymywał nieprzyjaciela, który z wszyst­kich stron spiesznie i nagle nacierał; zaś Vice-Król Włoski Eugenijusz, Miurat, Davoust i Rapp mar­szałkowie, już przeprawili się byli przez mosty; Bertier był przy Napoleonie razem z nami, a Ksią­żę Józef Poniatowski przed nami w awangardzie. W tak nieszczęśliwem, okropnem i rozpaczliwem po­łożeniu, nieprzyjaciel napadł na resztę naszych za rzeką w tyle pozostałych, uniesiony za zdobyczą nielitościwie zabijał, mordował i zabierał. Naciśnię­ci, uciekając bez żadnego porządku, w panicznym strachu pieszo i jezdnie jeden drugiego tłoczyli i tak się tłumnie wcisnęli na mosty, że jeden drugiego w wodę spychał, a tu nieprzyjaciel rzęsistym ogniem armatnim ich raził i tyle koni i ludzi już ubitych było, że nikt więcej ani wjechać, ani zjechać z mo­stu niezdołał; toż samo i pieszych spotykało; wresz­cie most jeden niesłychanym ciężarem naciśnięty, w samym środku się załamał, pogrążając w otchłań tysiące ludzi!…

 

Gdy już tak przyszło, że reszta zostających je­szcze na brzegu niemogli się w żaden sposób do mostów dobić, puszczają się jak obłąkani około tychże i brną w połamane lody, wodę i błota pie­chotą i giną w tych otchłaniach. Drudzy powozami i konno nieuważając i niewidząc tego jak poprzed­ni załamują się i toną, tłoczą się obok nich nawałem, na cały stojący jeszcze miejscami lód, tam się zała­mują i bez ratunku giną; okropności tego widoku żadne pióro określić niezdoła!… Tu w tej rzece wszystkie ekwipaże jakie tylko przy armiji z zapa­sami i zdobyczą naładowane były potonęły z końmi i ludźmi, których kule oszczędziły; wszystko to tam wieczny grób znalazło!

 

Przejście Berezyny, mal. Julian Fałat

Przejście Berezyny, mal. Julian Fałat

 

Generał Zajączek powstrzymywał i bił się z Czyczagowem po nad samą rzeką; ten ostatni przebywszy Berezynę, chciał zastąpić most, aby ni­kogo z niego niewypuścić. Po odebraniu tej dotkli­wej wiadomości, Napoleon dał rozkaz, aby wyko- menderowano z gwardyi z każdego pułku piechoty i kawaleryi po jednej kompaniji i jedną całą bate- ryę artyleryi konnej w pomoc Zajączkowi, aby mógł zretyrować; kompanije te były złożone z samych starych i doświadczonych żołnierzy. W tych kom- panijach i ja byłem z plutonem moim i wnet po maszerowaliśmy po nad tę rzekę. Przybywszy na plac boju widzieliśmy, że Zajączek z trzech stron mocno był attakowany; to jest z za mostów od Bo- rysowa przez rzekę i od traktu z Mińska, przez lasy idącego do Borysowa. Na tym placu, już mało co śniegu widać było, tylko sam piasek od kul arma­tnich przewrócony leżał, jak gdyby go kto rydlami poorał. W pomoc Zajączkowi front sformowaliśmy; w oczach naszych ubito pod nim konia i sam ran­ny w nogę upadł na ziemię. Oficerowie skoczyli i przyprowadzili sanki z czterma końmi, podnieśli go z ziemi, w sanki włożyli i wynieśli, a tym sposobem uratowany został. Widząc nas już sformowanych, dywizya rannego zaczęła porządkiem i zwolna rety- rować, a myśmy awansowali.

 

 

Kazano nam, lekkiej kawaleryi attakować i zdobyć armaty, które nieprzyjaciel postawił w młodym i rzadkim, sosnowym lasku na trakcie Mińskim; przy­puszczaliśmy attak raz, drugi i trzeci szwadronami, lecz nic zrobić niemogliśmy, bo piechota w tej mło­dej sosninie spomiędzy błotami i oparzeliskami ukry­ta była i wziąść nam armat niedopuściła. Dywizya Zajączka już była dosyć daleko zretyrowała i już nieprzyjaciel więcej jej szkodzić nie mógł; rozkazano nam w drugim punkcie na armaty attakować, tą razą udał się nam attak, bośmy armaty znieśli i ar- tylerzystów pobili, z których mało co uciekło. Że zaś był krótki dzień, bo to działo się w pierwszą środę adwentu, to już i nasza dywizya gotowała się do retyrady. Powracając od attaku gdy już zmierz­chać dobrze zaczęło, pośrodku gęstych krzaków i bagien, około stogów siana było cztery armat ko­zackich ukrytych i w niewielkiej odległości, te dały do nas ognia kartaczami i z mego plutonu który był na skrzydle padło koni 14 i siedmiu ludzi, a mój koń ranny został w kolano prawej zadniej no­gi kartaczem. Pluton mój naprzód mnie puścił się galopem, koń mój potknął silnie na zranioną nogę raz i drugi, myślałem, że podkowa śniegiem się na­biła, dałem koniowi ostrogę i mocnom pałaszem uderzył, ten skoczył całą siłą w górę i padł ze mną na placu a szwadron zretyrował.

 

"Berezyna" mal. Wojciech Kossak

„Przejście wojsk Napoleona przez Berezynę”, mal. Wojciech Kossak 1895

 

To było szczęściem dla mnie, że koń padł na samym brzegu rzeki Berezyny, który był wysoki może na łokci sześć i nawiej a śnieżna wysoka ró­wno z tym brzegiem. Koń gdy upadł ze mną zsu­nął się z brzegu w tę nawieję aż na lód rzeki i tak leżałem w śniegu pod koniem na spodzie i żadnym sposobem ztamtąd dobyć się nie mogłem, słysząc jeszcze ciągle kanonadę naszych, lecz coraz dalej ode mnie. W tem smutnem położeniu już tylko Panu Bogu się oddałem!… Słyszałem, że prawie bez przestanku nieprzyjaciel małemi oddziałami przez ten plac awansuje; postrzegłem i Kozaków jeżdżących po nad brzegiem, z tych jeden postrzegł mnie w do­le na śniegu leżącego, mszył więc ku mnie, i koń jego wpadł przedniemi nogami w tę nawieję, że aż głowę schował, Kozak zeskoczył z konia i zaledwie go wyciągnąć zdołał. Wnet przywołał drugich do siebie, lecz aż do mnie dostać się nie mogli; dalej przyjechał ich oficer, pomówił z nimi, zsiadł z ko­nia, kazał sobie podać pikę, zrzucił płaszcz, obrócił pikę tym końcem, gdzie grot żelazny i rozkazał dwom Kozakom mocno rękoma trzymać, a drudzy Kozacy tych za suknie z tyłu trzymali, sam zaś ofi­cer uchwyciwszy się za drzewce piki, spuszczał się po tej nawiei i doszedł aż do mnie. Spytał mnie wnet kto jestem?… Odpowiedziałem, że oficer polski; wziął tedy obiema rękoma za grzywę konia i zwalił ze mnie, potem wyciągnął mnie ze śniegu i z pod konia. Tu począł mnie łajać o spalenie Moskwy, zaraz zdjął ze mnie czapkę, poodrywał z niej srebro, a czapkę rzucił pod nogi i w śnieg zadeptał. Potem zdjął ze mnie płaszcz i tułubek z siwych baranków, wymawiał mi, że to był wzięty w Moskwie, poza­bierał ze mnie szlify, akselbanty, ładownicę i pen­dent z pałaszem, nareszcie pieniądze i zegarek, zo­stałem tylko w mundurze i z gołą głową. W tem spuścił się do mnie i drugi oficer, zaraz obydwa wzięli się do konia, mantelzak odpięli i siodło zdjęli ze wszystkiem; przy siodle tem znaleźli w torbeczkach z skóry uszytych, dwa krążki stopionego sre­bra i złota, które ważyły więcej jak 20 funtów, za­częli się tedy z sobą spierać, nareszcie podzielili się zdobyczą, mnie tak porzucili, a sami odejść chcieli. Przemówiłem do nich: Czego mnie tak zostawiacie?… Albo mnie weźcie z sobą albo zabijcie!… Wieczór już był późny, mróz wielki i śnieg bardzo drobny i suchy zaczął padać, a tu widząc na brzegu tyłu nieprzyjaciół, pomstą ku mnie tchnących, pewny by­łem, że ostatnia godzina moja nadeszła!…

 

 

Przecież ci oficerowie zgodzili się mnie wziąść z sobą i tym sposobem nas po jednemu za pomocą piki na brzeg powyciągano. Obydwa ci oficerowie szli piechotą a mnie między sobą w środku prowa­dzili; czterech Kozaków konno jechali za nami i pro­wadzili konie swoich oficerów. Szedłem z gołą gło­wą, od trudu włosy na głowie potniały, a potem w sąple zmarzały. Mróz był okropny, noc zapadła, księżyc nieco przyświecał, a suchy i drobny śnieg unoszący się w powietrzu migał w oku jakby dya- menty. Spotykaliśmy małe oddziały nieprzyjacielskie­go wojska, które ciągnęły jakby rezerwowo za mo- jemi; sam widziałem, jak żołnierze, nieszczęśliwych rannych, czołgających się po śniegu, kłuli pikami, różne na nich miotali obelgi wołając: „Wy to Mo­skwę spalili i zrabowali!…” Przeraźliwe głosy, płacz i jęczenie wszędzie słychać było, postrzegając mnie prowadzonego, niejeden unosił się mściwą zapalczywością i pytał: „Kogo to prowadzicie?…” Moi dozor­cę odpowiadali, że pułkownika francuzkiego; na te słowa, pytający się rzuca się ze szpadą do mnie, chcąc przebić, lecz oficerowie prowadzący mnie nie- dopuścili; podobnie kilkokrotnie byłem napastowany. Nakoniec jeden podjechał do mnie konno w zacię­tej złości; na szyi wisiały mu, na rzemiennej taśmie dwa pistolety tureckie, uchwycił ręką za jeden przyłożył do czoło mego i ściągnął, lecz ten ognia niedał; w tem jeden z oficerów co mnie prowadzili, podniósł rękę w górę i odtrącił ten pistolet, poczęli się tedy z sobą kłócić, lecz ten pochwycił jeszcze pistolet za lufkę, przykładem silnie mnie w głowę uderzył i popędził w największym galopie.

 

 

Prowadzony byłem tak blizko pół mili, po nad samym brzegiem Berezyny, a przybyliśmy do jakie­goś małego, z drzewa postawionego kościółka, a to wśród lasu; obok kościółka były dwa domy; wpro­wadzony byłem do jednego z nich, który miał korytarz, a zawieszona lampa nieco miejscowość oświecała. W tym korytarzu spotkaliśmy się z ofi­cerem; moi tedy zatrzymali się i poczęli z nim roz­mawiać, ja zaś poszedłem dalej. Niedaleko przedemną drzwi się otworzyły, z nich wystąpił ksiądz Dominikan i trzymał jeszcze drzwi otwarte; prze­mówiłem do niego: Księże! czy niemógłbyś mnie tu gdzie ukryć?… Ten mi na to nic nieodpowiedział, tylko wzruszył ramionami i odeszedł. Oficerowie wkrótce za mną nadeszli i wprowadzili mnie do celi, bo to był klasztorek Ks. Dominikanów; ta cela miała dwie stancye, w pierwszej widziałem kilkuna­stu oficerów z różnych pułków rossyjskich, ci stali rozmawiając, a obok nich był wielki samowar na stole i wielkie szklanne kufle z uchami, nalane peł­ne herbatą; ten zapach posilnego wywaru gdy mnie zaleciał, mdłość uderzyła mi do głowy, tak byłem wygłodzony Wprowadzono mnie do drugiej stancyi, gdzie jakiś generał przy stoliku siedział i kilku z wyższych rang oficerów obok niego stało. Moi oficerowie przedstawili mnie jako pułkownika wzię­tego do niewoli. Ten zaraz zapytał mnie, z które­go pułku jestem?… i jakiej rangi?… Odpowiedziałem, że z pułku lekkiej kawaleryi gwardyi francuzkiej, porucznik. „Znam ten pułk—odpowiedział—pułko­wnikiem jego był Krasiński, w Szantilli pod Pary­żem wasze depo.” Odpowiedziałem, że tak jest. Da­lej zapytywał mnie, jak dawno jestem w służbie?… Odpowiedziałem, że od roku 1806. Potem dalej za­pytał mnie, czy byłem w kampaniji pruskiej, hisz­pańskiej i austryjackiej?… Odpowiedziałem, że tak. Obrócił się tedy do swoich oficerów i mówił do nich: „To jest stary żołnierz, zwiedził i doświadczył wiele.”

 

 

Potem posunął do mnie swój otwarty pula­res, który na stole leżał i mówił mi, abym swoje imię i nazwisko napisał, podał mi ołówek; jam napisał, on przysunął do siebie i przeczytał; potem kazał mi, abym to po rusku napisał, na to odpowiedzia­łem, że nieumiem. Zaczął srogo na mnie nalegać i zmuszać mnie, abym po rusku napisał i dał mi wzór. Jam mu odpowiedział, że te litery nakreślę, ale co one znaczą, niewiem; po niemiecku umiem cokolwiek; napisałem i podałem mu. W tem wystą­pił kozacki pułkownik, już w sędziwym wieku, z wielką białą brodą i do generała odezwał się: „Nie! on jest Mazur, poznałem go po mowie;” potem do mnie obrócił się i zapytał, czyli znałem tych a tych obywateli, których po nazwisku wzmiankował; potem mówił dalej, że był w Polsce jeszcze za czasów Kościuszki, a nawet na Pradze w czasie jej zdoby­cia. Później kazał generał nalać dla mnie pół kufla herbaty, którąm wypił i zaczął więcej rozmawiać ze mną w te słowa: „Jakieś oficer, pod słowem hono­ru powiedz mi prawdę, w którym korpusie masze­ruje sam Napoleon i z jaką ostrożnością?…” Odpo­wiedziałem mu na to z całą żołnierską ścisłością: Z miejsca tego gdzie nocujemy, nazajutrz rano ma­jąc dalej maszerować Napoleon, naprzód wysyła ciężką piechotę, trzy pułki, to jest 12 tysięcy ludzi, a to z ukrytą artyleryą w kolumnie. Później w go­dzinę rusza sam, naprzód wysyła konną gwardyę hollenderską, dalej postępują pułki nasz i Szaserów z ukrytą konną artyleryą. Obydwiema, stronami bokiem na lewo i na prawo w pewnej odległości podług położenia miejsca maszeruje ciężka kawa- lerya Gwardyi, Dragonów i Grenadyerów podobnie z konną artyleryą. Za nami może znowu w godzi­nę później piechota lekka Gwardyi, takoż z ukrytą artyleryą. Dalej następuje reszta armiji porządkiem swoim korpus za korpusem. Jak tylko pierwsza dywizya piechoty wysłana w awangardzie, postrzeże w marszu nieprzyjaciela, zaraz stawa i formuje kare-bataliony. Napoleon tedy nadchodząc, gdy zobaczy zdaleka te czworoboki, już pewny jest widzieć nie­przyjaciela, zatrzymuje więc wojsko w miejscu, a sam jak najprędzej rusza do awangardy i po rozpozna­niu nieprzyjacielskich sił i pozycyj, daje rozkaz woj­sku, w którą stronę i gdzie kto maszerować i sta­nowić się powinien.

 

 

Nie tylko sam generał, ale wszyscy oficerowie naokoło mnie stojący, z wielką pilnością mowy mo­jej słuchali; kilka chwil była cichość zupełna, zda­wali się być wszyscy zamyślonymi. Generał wstał z krzesła, przeszedł się po stancyi, potem obrócił się do oficerów i przemówił: „A co?… mówiliście że Napoleona schwytacie!…” Tu stary kozacki pułko­wnik występuje z pomiędzy innych, skłonił się ge­nerałowi i rzecze: „My Napoleona schwytamy, kie­dyśmy Kościuszkę dostali, to i tego dostaniemy, on nieujdzie rąk naszych!” Na to generał krzyknął gniewliwym głosem na niego: „Tyś głupi! i wy wszyscy co to mówić śmiecie. Inaczej było z Ko­ściuszką a inaczej jest z Napoleonem. Słyszeliście opowiadanie tego porucznika, w żaden sposób go niedostaniecie, ani myśleć o tem!”

 

 

Po skończonej tej rozmowie przyszedł adjutant i zameldował, że przeszło 200 niewolnika przypro­wadzili, a to z różnych narodów; już była godzina 9 wieczorna, generał rozkazał, aby ich zaprowadzono pod szopę dranicami nakrytą, w której tylko trzy ściany były, tam składano drwa, wozy i inne go­spodarskie narzędzia. Później generał rozkazał spi­sać szczegółowy rejestr wziętych w niewolę z jakich są pułków i narodów; adjutant na to odpowiedział, że niepotrafi z nimi się rozmówić; tu generał wska­zał ręką na mnie i rzekł: „Oto jest porucznik, ten pójdzie i wam pomoże.” Poszliśmy tedy razem; adju­tant rozkazał niewolnikom stanąć w szereg i tych spisaliśmy: Byli Francuzi, Niemcy, Hiszpanie różnych rang oficerowie, podoficerowie i żołnierze; obmarzli, ogołoceni z odzieży, poranieni i głodni. Powrócili­śmy i generałowi ten spis podali. Tu zapytałem, gdzie mi generał teraz rozkaże odejść, on mnie do kompaniji niewolników odprowadzić kazał. Przysze­dłem między nich, i ci krzyknęli razem wszyscy na mnie: „Czemu niemówiłeś generałowi o żywność i napój dla nas!” Rzucili się na mnie, jakby zabić chcieli; ja biegnę nazad do generała i powiadam, że niewolnicy domagają się żywności i napoju, bo są bardzo głodni i spragnieni. Natychmiast generał przywołał Księdza Przeora i polecił, aby dał chleba i gorzałki; ten odpowiada, że już niema nic więcej, bo co tylko było, wojska zjadły, wypiły, a resztę zabrały. Krzyknął generał na niego surowo i roz­kazał dać koniecznie, a przytem posłał adjutanta i kilku Kozaków ze mną, abyśmy szukali i przynieśli. Znaleźliśmy przecie kilka bochenków chleba i ba­ryłkę wódki i to się niewolnikom oddało, a adjutant doniósł o tem generałowi; on powtórnie zawołał Przeora i rozkazał dać mięsa, Przeor tłumaczył się, że niema i że tylko jedna para wołów została do wożenia drew i wody, te rozkazał generał zabić i nam oddać. Rozpaliliśmy ognie pod szopą dla ogrzania się, woły zabite obrzynaliśmy nożami kozackiemi; kilka niewielkich naczyń w klasztorze dosta­liśmy; jedni gotowali, a drudzy piekli na kijach bez soli i tak jedli; całą noc na silnym mrozie prze­byliśmy.

 

 

Rano drugiego dnia, poprowadzono nas dalej w kraj, przez cały dzień ledwieśmy milę jedną ujść mogli. Gdyśmy do jednej wsi przybyli wszyscy mieszkańcy krzyczeli na nas i wołali najnieprzyjemniejszemi wyrazami, a domy wszystkie przed nami zamykali. Wprowadzono nas do stodół, w których mało co zmierzwionej słomy się znajdywało i w tę prawie zgnojoną słomę zarywaliśmy się dla ogrzania, a Kozacy pod wrotami ognie porozkładali i pilnie nas strzegli; tak całą noc przecierpieliśmy. Podo­bnie i coraz dalej byliśmy prowadzeni, nieznając kwater innych jak stodoły lub stajnie. Na żywność podawano nam jednego dnia krupnik jęczmienny, a drugiego ruski kapuśniak, do tego chleb czarny z ościami i plewą, że nim buty chędożyćby można było; żadnej litości i współczucia nigdzieśmy nie spotkali, bo naród mocno przeciwko nam był obu­rzony. Raz we wsi stanęliśmy na spoczynek na uli­cy pomiędzy chatami, a był mróz srogi; do żadnego domu puścić nas niechcieli, uciekali przed nami, rzucali na nas kijami i kamieniami, łając nas i gro­żąc zabiciem. Ja wszedłem do stajni gdzie woły były pomieszczone i wcisnąłem się pomiędzy te, aby się nieco ogrzać; przyszedł tam gospodarz stary z długą brodą, porwał mnie za rękę, uderzył trzy razy kułakiem i wypchnął na dwór.”

 


[1] Bitwa nad Berezyną (1812) http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_nad_Berezyn%C4%85_(1812)

[2] „Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardii cesarsko-francuzkiej spisane w roku 1845”, Wincenty Płaczkowski, Żytomerze, Nakładem Księgarni J. Hussarowskiego 1861.