Mazurowski kto kogo bitwa pod mozajskiem piorem chlapowskiego

Bitwa pod Możajskiem piórem Chłapowskiego

Arsenał 1795-1815 Skomentuj

„Kto kogo?” Mal. Wiktor Mazurowski

Przytoczyliśmy już opis bitwy pod Możajskiem pióra Załuskiego. Teraz skromniejszy nieco, lecz nader ciekawy opis innego szwoleżera: Dezyderego Chłapowskiego. Udanej lektury. W miarę możliwości kolejne opisy już wkrótce.

 


 

Dezydery Chłapowski

PAMIĘTNIKI. Rok 1812.

(…) Kraj cały od Smoleńska dotąd pusty i smutny i krzakami, nie lasami sosnowemi przeplatany. Wielka różnica od Litwy. Tam wioski schludne i porządne rolnictwo, wszędzie widać ślady pługa i rąk ludzkich — tu od wsi do wsi dwie mile. Moskale cofając się, najczęściej wsie palili, a wszystkich mie­szkańców przymuszali siadać na kibitki z rzeczami, których bardzo mało mają, z wołami i całym dobytkiem transporto­wali ich za Moskwę. Gdzie niegdzie chłop powracał. Aż do Mozajska byli tacy, co trochę z ruska, ale po polsku umieli. Kraj taki sam, pusty, rozciąga się aż do Wiazmy. Wokoło tego miasta lepsza trochę ziemia i przed miastem .cokolwiek drzewek w ogródkach takich, jak przy naszych najlichszych miasteczkach. Na rynku Wiazmy i przy ulicach kilkanaście murowanych domów o piętrze, to samo w Graczu.

5-go września przybyliśmy nareszcie naprzeciw pozycyi, którą Moskale okopami wzmocnili, a więc widocznem było, że tu bitwę przyjmą. 5-go zaraz korpus piąty, to jest polski, wziął szturmem dużą redutę, która przed frontem całej pozycyi była zbudowaną, jakby wielka placówka. Piechota polska bar­dzo się przy tym szturmie wsławiła, ale i wiele straciła ludzi.

Namioty cesarskie rozstawiono przy tej reducie. Na lewo jej stanęła obozem w parowie jazda gwardyi, piechota zaś i artylerya za namiotami cesarskiemi, Już ciemniało, gdy żoł­nierze wbijali kołki do wiązania koni. Od Smoleńska paśli­śmy już tylko żytem świeżo koszonem. Na Litwie i Białej Rusi jeszcześmy owies znajdowali i chętnie po wsiach dawali nam go chłopi. Ale od Smoleńska nie tylko że Moskale wszystko zabierali i mieszkańców przymuszali do uciekania, ale i kraj przez się pusty, dopiero na kilka mil od Moskwy się zmienia. Nie rozumiem, zkąd mogli niektórzy pisarze twierdzić, jakoby stara Moskwa była krajem zaludnionym i lud miał się tam dobrze. To jest nieprawdą. Chłop moskiewski chodzi w koszuli grubej, brudnej, przepasanej słomą lub po­stronkiem, czasem ma kapelusz słomiany, czasem chodzi z gołą głową, bo dużo włosów i brodę nosi, a wszyscy boso i bez spodni, widać od razu, że to lud nędzny. Mówię to z prze­konania osobistego, gdyż robiliśmy kilka razy rekonesanse w bok o mil kilka i po wsiach zastawaliśmy mieszkańców, bo tylko z drogi głównej i około dwóch mil szerokości obok niej Moskale ludność wypędzali przed nami.

Stanąwszy już w nocy obozem, położyliśmy się z Kozietulskim na dwóch czaprakach, płaszczami się przykrywając i zasnęliśmy. W nocy zaczął deszczyk padać, a ponieważ le­żeliśmy pod górką, przebudził nas strumyk, który znalazł so­bie drogę pomiędzy nami i przemoczył mnie od lewego boku, co bardzo nieprzyjemne uczucie, kiedy człowiek potrzebuje spo­czynku. Trzeba było wstać i jużeśmy do rana nie spali, tylkośmy się grzali przy ogniu, który nasi ludzie zapalili i przy nim sobie gotowali.

Staliśmy tam cały dzień 6-go. Cesarz siadł na konia i przejechał całą linią wedet, rekognoskując położenie nieprzy­jaciela.

Przededniem 7-go zaczęły od prawego skrzydła muzyki piechoty grać na pobudkę, jeden regiment po drugim. Wy­bierano najpiękniejsze kawałki. Wiele się przyczynia muzyka do dobrego usposobienia do bitwy. Że przyjdzie do walki, już teraz nikt nie wątpił.

 

Skoro rozedniało, przeczytano każdemu batalionowi krótką proklamacyą cesarza i zaraz działa zaczęły grzmieć na na- szem lewem skrzydle. Był to atak księcia Eugeniusza Beauharnais.

Batalii tej, którą my nazywamy Moskwą, dla tego, że nad tą rzeczką się odbyła, a Moskale Borodino, nie będę szcze­gółowo opisywał, naprzód, że tak dobrze była tyle razy od­daną, przez Segura troszkę romansowo, przez Chambraya bar­dziej wojskowo, przez Buturlina doić sprawiedliwie, jak na oficera przegrywającej strony, — powtóre, że sam nie mogłem całej linii widzieć tak dobrze, jak w innych bitwach, gdy by­łem przy cesarzu, który zawsze stal na miejscu, zkąd naj­lepszy był widok. Myśmy tu stali cały czas w nizinie i tylko dym na całej linii od ognia działowego widzieliśmy. Raz tylko przez jednę godzinę posunęliśmy się na wzgórze, a to wtedy, gdy kiryssyerzy nasi przypuszczali Szarżę na piechotę, bro­niącą środkowej moskiewskiej reduty. Cesarz kazał naszemu pułkowi pomknąć się naprzód i puścić zaraz szarżę, jeźli kiryssyerom się nie powiedzie i zostaną odparci. Rozkaz ten do­wodzi, że miał do nas zaufanie. Reduta przez kule już tak była poryta, że cesarz dobrze osądził, iż jazda ją odebrać może. Patrzeliśmy tedy na piękny obraz ataku kiryssyerów, który wykonały cztery regimenta francuzkie, polski jedyny regiment ki­ryssyerów Małachowskiego i saski Leizera. Kiryssyerzy wpadli do reduty i rąbiąc piechotę, jeszcze dalej polecieli. Małacho­wski i Leizer kilka razy ranni, spadli z koni. Po zdobyciu reduty cofnęliśmy się na nasze dawne położenie, gdzie kule nie dochodziły. Tylko przez tę godzinę, w czasie której sta­liśmy wysunięci ku reducie, kilka kul nad głowami naszemi zawarczało. Cesarza widzieliśmy cały czas przechadzającego się przed swym namiotem na wzgórku z perspektywą w ręku, ale z tej górki nie mógł pewnie całej linii widzieć, bo prawe skrzydło (Daroust i ks. Poniatowski) było w lesie i za lasem na starej drodze do Moskwy, a znów lewe pod ks. Eugeniu­szem za pagórkami, mógł tylko widzieć korpus Neya i jazdę prawie całą pod dowództwem króla Murata.

Co chwila do cesarza przybywali jenerałowie z linii bo­jowej i jak nam powiadano, zaklinali go, żeby część gwardyi wysłał dla zdecydowania bitwy i odniesienia z niej korzyści, ale cesarz wciąż odmawiał i prócz 60 dział artyleryi, nic z gwardyi nie było w ogniu. Zapewnie cesarz, będąc o 400 mil od Francyi, chciał zachować gwardyę nietkniętą, a ponie­waż głównym jego celem było nastraszyć Aleksandra i pokój z nim zawrzeć, pragnął więc, iżby tenże wiedział, że bitwę wygrał, a gwardyi nie naruszył, i w istocie umieścił też po bitwie w buletynie, że gwardya nie była czynną.

Około 4-tej z południa przybył oficer ordonansu z ra­portem, że Moskale się rejterują. Cofnęli się oni w najlepszym porządku za Możajsk i miasto to całą noc jeszcze utrzymali w swem ręku. Przeciw swemu zwyczajowi cesarz nie kazał ich ścigać. Po ruchach cesarza, na któregośmy zdaleka pa­trzeli, widać było, że był cierpiącym. Raz się przechodził, to znów siadał na połowem krzesełku. Na konia cały dzień nie siadł.

Nazajutrz po bitwie nasz pułk i pułk Holendrów gwardyi pod dowództwem jen. Colberta (Edwarda) wymaszerował w prawo drogi do Moskwy z rozkazem przecięcia drogi z Mo­skwy do Kaługi. Uszedłszy milę od obozu, poczęliśmy napo­tykać ludzi po wsiach. W naszym regimencie było wielu żołnierzy i kilku oficerów rodem z Podola, Wołynia i Ukrainy. Ci wszyscy umieli dobrze po moskiewsku, a przynajmniej po rusku. Nasza przednia straż zawsze miała jednego z takich oficerów i kilku z takich żołnierzy przy sobie, więc gdy ludzi napotykali, przemawiali do nich po moskiewsku, a ci z razu nas za jazdę moskiewską brali. Niektórzy wiedzieli, że w ich armii są ułani z zabranych prowincyi, łatwo więc nas za nich poczytywali. W miasteczkach, pod któremi staliśmy, byli ró­żni mieszkańcy, byli i trochę światlejsi, jak chłopi. Na po­czątku, jak wspomniałem, brali nas za wojsko moskiewskie, ale później, gdy usłyszeli nas mówiących pomiędzy sobą nie tylko po polsku, ale z Holendrami po francuzku, domyślali się i my też im nie przeczyliśmy, jakimi żołnierzami byliśmy, a że tam wszystkiego było podostatkiein, więc żołnierze w naj­większym porządku byli utrzymani i mieszkańcy nie tylko nie uciekali, ale przychylnie nam się okazywali. Wielu z nich nawet na swój rząd wyrzekało. Donosili nam także, kiedy się Kozacy pokazali w pobliżu. (…)