Antoine-Charles-Louis de Lasalle w Wagram

Antoine-Charles-Louis de Lasalle

Koroniarz 1795-1815 0 Komentarzy

 

Miłośnikom historii kawalerii słowa „Koniec żartów, panowie, zaczynają się schody.” odruchowo kojarzą się z Wieniawą-Długoszewskim. Sęk w tym, że jako pierwszy wyrzekł je Antoine-Charles-Louis de La Salle. W słowach Wieniawy krył się więc żart podwójny: związany z sytuacją (wjazd na koniu do warszawskiej Adrii), oraz jej odniesieniem do ojca francuskiej lekkiej kawalerii. Człowieka z krwi i kości, która łączył w sobie bitność Kmicica z przebiegłością pana Zagłoby. Odważnego po granice szaleństwa, który żył wedle maksymy:  Tout hussard qui n’est pas mort à trente ans est un Jean-Foutre! („huzar, który dożyje trzydziestki to ciota!”) i zgodnie z nią zginął. Wielkiego przyjaciela Polaków. Warto o nim przypomnieć.

Urodzony 10 maja 1775 w alzackim Metz, syn królewskiego koniuszego, oficera armii królewskiej i kawaleru orderu św. Ludwika, Pierre Nicolas’a de Lasalle d’Augny oraz Suzanne Dupuy de la Gaule od dzieciństwa przejawiał smykałkę do wojaczki. Bez przesady rzec można, że wyssał ją z mlekiem matki. Ta wielkiej urody kobieta znana była z temperamentu, który pozwalał nie tylko domniemywać, że rzeczywistym ojcem młodego Lasalle’a był markiz de Conflans, lecz zaprowadził ją do klasztoru, w którym zamknął ją mąż na wieść, że wyzwała inną niewiastę na pojedynek o wspólnego kochanka!

Z racji urodzenia, już w wieku lat 11-tu Lasalle, wstąpił 19 czerwca 1786 roku do 2 régiment d’infanterie d’Alsace. 25 maja 1791 roku, w wieku lat 16-tu był już podporucznikem 24 pułku kawalerii francuskiej. Na krótko karierę tę przerwał rewolucyjny dekret z roku 1792-ego, który odsuwał arystokrację od dowodzenia. Lasalle, który w tym czasie przeniósł się wraz z rodziną do Paryża wstąpił w 1793 roku w szeregi des Piques, rewolucyjnego odłamu Gwardii Narodowej, a w 1794 roku zaciągnął się w szeregi 23-ego pułku strzelców konnych (chasseurs a cheval) w stopniu szeregowego. Już po dwu miesiącach brać żołnierska wybrała go na swojego wachmistrza (pamiętajmy: to okres rewolucji). Bije się w Armii Renu pod dowództwem Pichegru. Jego dokonania docenia nawet „anioł śmierci”, San-Juist, który chce go zrobić oficerem. Lasalle może i jest szalony, ale nie głupi. Wie że trudniej zginąć w walce z wrogiem niż na gilotynie, która czeka oficerów arystokratycznego pochodzenia. Odmawia więc. Przewrót 9 thermidora (27 lipca 1794 r. wg. kalendarza rewolucyjnego, we Francji: obalenie jakobinów, w Polsce Prusacy zajmują tego dnia bronioną przez gen. Józefa Zajączka Wolę), oraz przyjaźń z synem generała Stefana Kellermana, otwierają jednak przed nim nowe możliwości awansu. Adiutancka służba na froncie południowym Lasalla daje mu wiedzę i umiejętności wojskowe konieczne dla dalszej kariery. Gdy gen. Kellerman obejmuje dowództwo sztabu dywizji kawalerii Armii Włoch, Lasalle podąża za nim jak cień. Ma lat 20 gdy awansuje do stopnia porucznika. Już wtedy ciągnie się za nim sława uwodziciela i zabijaki, a od spotkania z Napoleonem zaczyna się legenda: wysłany z misją do Brescii, widzi austriackie kolumny Kasdanowicza zmierzające na Mantuę. Broniona przez 500 osobowy garnizon Brescia pada, a Lasalle wraz z innymi dostaje się do niewoli. Przesłuchujący go gen. Wurmser pyta „W jakim wieku jest Twój naczelny dowódca?”  (młody wówczas gen. Bonaparte), na co nie tracący nigdy rezonu Lasalle odpowiada: „W tym samym, w którym Scypion pokonał Hannibala!” (miłośnicy filmu Gladiator wspomną bitwę pod Zamą). Odpowiedzią tą zyskuje uznanie wroga, który każe zwrócić mu szpadę, a po bitwie pod Castiglione wymieniony za austriackiego majora trafia do swoich. Służy w sztabie Masseny, gdzie dostrzega go Thiebault „W sztabie spotkałem generała Kellermana, …oraz jego adiutanta Lassalle’a, znakomitego oficera, wspaniałego człowieka, bystrego i pełnego energii, utalentowanego i grzecznego nawet względem tych, którzy nawet tego nie dostrzegali, osobę pełną zalet, z która nikt z obecnych nie mógł się równać”. Nic więc dziwnego, że już 16 listopada 1796-tego roku (…i w wieku lat 21) Lasalle awansuje do stopnia kapitana.

Wiąże się z tym dość ciekawa anegdota: nawiązany wówczas w Vicenzie płomienny romans z markizą di Sali przerywają Austriacy zajmując i to miasto. Kochankowie kontaktować się mogą ze sobą za pośrednictwem sekretnych liścików. To jednak dla Lasalla za mało. Postanawia połączyć przyjemne z pożytecznym gdy 16 grudnia (a więc miesiąc po awansie) na czele 20 kawalerzystów z elitarnego 1 pułku rusza na rekonesans do okupowanej Vicenzy. Oddział zdejmuje kokardy, by w szarych płaszczach upodobnić się do kawalerii austriackiej. Alzatczyk Lasalle mówi po niemiecku lepiej od rodowitych Austriaków, wykorzystuje tę umiejętność wraz ze znajomością terenu i bocznych drużek by przeniknąć na tyły wroga. Gdy o północy oddział dociera pod dom di Sali w Vicenzie, Lasalle udaje się niezwłocznie na spotkanie na szczycie. Widać wiadomości jakie przekazuje mu markiza w swojej alkowie są najwyższej wagi, gdyż pozostaje w niej aż do samego świtu, kiedy to zaalarmowany strzałem dowiaduje się, że Austriacy zamykają bramy do miasta. Lasalle chwyta przygotowany przez piękną markizę zestaw informacji o przeciwniku i zapominając części munduru, wskakuje w siodło by galopem przemknąć przez bramę. Czas nagli, gdyż Austriacy zaczynają zamykać śmiałków w pętli okrążenia, a uszykowany do walki pluton huzarów z regimentu Józefa, odcina most przez Bachiglione zabiegając Francuzom drogę do Padwy. 20 przeciw 100? Austriacy z szokiem odkrywają, że liczba nie daje im przewagi, gdy kawalerzyści Lasalla wyrąbują szablami krwawą ścieżkę na drugi brzeg. Austriacy z większą jeszcze furią starają się oddzielić Lasalla od reszty oddziału. Ten rani czterech z nich i salwuje się skokiem z mostu. Przepływa rzekę, wskakuje na podsuniętego mu przez towarzyszy zdobycznego konia. Uciekać? Nigdy. Szarżuje ponownie, bierze trzech huzarów do niewoli i dopiero wówczas wycofuje się, umykając pogoni na sobie tylko znanych ścieżkach. Bilans: dwunastu Austriaków zabitych, trudna do policzenia liczba rannych, oraz trzech austriackich jeńców, z którymi przekrada się na francuską stronę przy stratach własnych czterech kawalerzystów w austriackiej niewoli. Gdy 17 grudnia przed murami Werony Napoleon dokonuje przeglądu oddziałów z dywizji Masseny i Augereau, ich galowe mundury kontrastują niekompletnym mundurem Lasalla i noszącymi ślady walki mundurami jego podkomendnych, którzy wracają w tym czasie z podjazdu. Pamiętacie Państwo opis Thiebault’a? Takim Lasalla pamiętał Napoleon, który nie wierząc własnym oczom, widząc go na koniu z austriackim rzędem pyta:

„Czyj to koń?”

„Zdobyty na wrogu”

„Gdzie?”

„W Vicenzy”

„Czyś Pan oszalał?!”

„Właśnie wróciłem z podjazdu z informacjami dla Pana, które mogą mieć pierwszorzędną wagę”.

Napoleon bierze wówczas Lasalla na kwadrans na bok. To czego się dowiaduje z oficerami z dokumentów markizy di Sali nie tylko chroni śmiałka przed sądem i zdawałoby się pewną degradacją, lecz wręcz zapewnia mu tymczasowy awans na szefa szwadronu 7-ego pułku huzarów. To jednak dopiero początek: 14 stycznia 1797 roku, dokonuje cudów męstwa pod Rivoli, gdzie jego ostatnia szarża ostatecznie przeważa losy bitwy. Bonaparte docenia młodego śmiałka i tym razem, wskazując padającemu ze zmęczenia Lasallowi stos zdobytych tego dnia sztandarów wroga ze słowami: „Spocznij na nich, zasługujesz na odpoczynek.”

Docenia i Dyrektoriat, który 27 kwietnia potwierdza ten awans, czyniąc go ostatecznym. Od tej pory fortuna Lasalle’a nieodwracalnie splotła się z fortuną obecnego generała, przyszłego konsula i cesarza Francuzów. Za Bonapartem Lasalle podąża do Egiptu. W 7-ym pułku huzarów służy w Egipcie grupa Polaków z kapitanem Józefem Szumlańskim na czele (autor arcyciekawych pamiętników z tej kampanii). We francuskiej służbie jest również wspomniany już Józef Zajączek, szef batalionu Józef Grabiński, oraz poległy podczas powstania kairskiego Józef Sułkowski i wielu innych…

21 lipca 1798 roku Lasalle wsławia się w bitwie pod piramidami, gdzie przyczynia się do ostatecznego rozgromienia mameluków. Dostaje awans na pułkownika – szefa brygady i dowództwo 22-ego pułku strzelców konnych. Odznacza się w walkach pod Al-Salahija, gdzie z opresji w które popada w walce z Ibrahimem Bejem ratuje go odsiecz Leclerca. Dalej są Suaki, Redemah, Teby i Gehemmi. 31 stycznia 1799 roku jako jeden z pierwszych dociera do Asuanu. Widzi pomniki chwały dawnego Egiptu. Dociera tam gdzie wcześniej granicę imperium wyznaczały rzymskie legiony. Zwycięstwo się wciąż wymyka. Mamelucy szarpią rozciągnięte na ogromnej przestrzeni siły francuskie. 11 lutego, pod Radameh w pułapkę wroga wpada sam Davout. Zwiedziony widokiem słabo strzeżonej karawany uderza, by samemu zostać  ogarniętym przez ukrytych w pobliskiej wsi 200 mameluków. Ratuje go Lasalle, który jednym cięciem szabli pozbawia obu rąk mameluka zamierzającego się na Davout’a, łamie szablę o głowę Osmana-Beja, wystrzeliwuje oba pistolety, by chwytając kolejną szablę ruszyć z nią do dalszej walki. Davout uchodzi cało, jednak straty tego dnia są ciężkie: 15 pułk dragonów traci 242 ludzi, wraz z szefem szwadronu, do tego dochodzi 31 rannych. Diabeł widać lubi swoich, bo strzelcy konni Lasalla mają mniejsze straty: 13 zabitych i 13 rannych. Kolejne bitwy niosą dalsze straty, a Lasalle pisze spod katarakt na Nilu pełny goryczy list do swego protektora, gen. Dugua na temat dowodzenia Davouta. Chciałby już opuścić tę przeklętą ziemię i przejść pod jego komendę.

Jakkolwiek z wyjazdem Napoleona do Francji nadchodzą chwile grozy, to na mocy porozumienia z El-Arisch, jako jeden z pierwszych wraca do Francji. Tu parę miesięcy bez przydziału, w których smutek po śmierci matki miesza ze zgryzotę płynącą z bezczynności, będącej dla człowieka jego talentów i temperamentu najgorszą katorgą. Bonaparte jednak o nim nie zapomina i to jego wniosek po wyprawie egipskiej (1798-1799), Lasalle dowodzi 10 pułkiem huzarów podczas II kampanii włoskiej (1800), a jego czyny pod Civitella przynoszą mu pochwałę w ostatnim rozkazie dziennym armii. W sierpniu 1800 roku, w uznaniu swych zasług w kampanii egipskiej dostaje wyróżnienie honorowe w postaci szabli i pary pistoletów z warsztatów wersalskich. Po zawarciu pokoju, uczestniczy w szeregach korpusu posiłkowego Saint-Cyra w wyprawie z sojuszniczą wówczas Hiszpanią przeciwko Portugalii (1801). Ta kampania to dla naszego bohatera walka, wino, kobiety i śpiew. W Salamance zaleca się do pięknej Hiszpanki, w domu której stacjonuje jednak gen. Victor. Lasalle mobilizuje orkiestrę pułkową na czele której maszeruje pod okna wybranki pod którymi zarządza koncert. Hiszpanka podchodzi do okna. Generał Victor przekonany zaś, że koncert jest na jego cześć wychodzi na balkon, z którego pozdrawia żołnierzy. Lasalle powoduje koniem by ten skłonił głowę i odpowiada: „Wasza miłość, serenada nie jest dla Pana, lecz dla damy…”

Po powrocie z kampanii hiszpańskiej do Francji, zmienia garnizony, gdzie mówiąc wprost: nudzi się jak pies. Gdy prefekt w Agen koło Bajonny (tej od „bajońskich sum”) nie widzi potrzeby zaproszenia młodego bohatera, ani oficerów jego pułku na bal, Lasalle wraz ze swoimi huzarami zaprasza się sam. Po wejściu na sale balowe kawalerzyści 10-ego pułku w zupełnym milczeniu wyrzucają przez okna całą zastawę, posiłki, słodycze i butelki z winem. Bal raczej nie okazuje się sukcesem towarzyskim, a wzburzony prefekt śle protest do Paryża. Ten jednak nie spotyka się z wielkim zrozumieniem Napoleona, który lakonicznie odpiera, że „do powołania prefekta wystarczy podpis, a więcej niż dwadzieścia lat trzeba by pojawił się Lasalle”. Lasalle dostaje 30-to dniowy areszt domowy, a prefekt przeniesiony zostaje w inne miejsce. Nie trzeba dodawać, że nikt już nie ryzykował pominięcia huzarów w zaproszeniu na bal. Mnie złośliwa imaginacja przypomina słowa lwowskiej piosenki: „W towarzystwie weteranów” w której pobrzmiewa duch podobnej, batiarskiej przechery. Ponownie dochodzi ona do głosu w roku 1802 kiedy to opuściwszy garnizon w Cahors, Lasalle podąża do powstającego właśnie obozu w Boulogne (bliżej na jego temat w moim artykule w nr 3/2011 Szabla i Koń) , gdzie ma wejść w skład dywizji gen. Francois Treillarda wchodzącej w skład V korpusu Jean Lannesa. Po drodze zbacza do Niort gdzie stacjonuje 22 pułk strzelców konnych, pierwsza jednostka, którą dowodził. W dniu przybycia miejscowy teatr wystawia sztukę osadzoną w realiach starożytnego Rzymu. Na scenie Lasalle dostrzega swych dawnych podkomendnych, w charakterze ubranych w togi i chitony statystów. Uderzony niedorzecznością sytuacji porywa się z miejsca i znanym im z niejednej potrzeby głosem woła: „Strzelcy konni do mnie!” Scena momentalnie pustoszeje, gdy ubrani w togi i chitony szaserzy przedzierają się przez oszołomionych widzów do swego dawnego dowódcy. Skandalu nie ma. Przedstawienia również. Jest za to pełne radości spotkanie dawnych towarzyszy broni. W roku 1803 Lasalle postanawia zadziwić ich raz jeszcze żeniąc się ze swoją ukochaną Józefiną d’Auguillon, byłą żoną gen. Leopolda Berthier (brata marszałka Louis-Alexandre Berthier) i odbierając nadzieję niejednej niewieście we Francji, Włoszech i Hiszpanii. Byłą, bo przyczyną rozwodu był właśnie Lasalle.

20 września 1803, dzięki prerogatywom jakie dawało mu wyróżnienie bronią honorową staje się członkiem Legii Honorowej. Po proklamowaniu Cesarstwa, 14 lipca 1804 roku zostaje kawalerem Legii Honorowej, a w niecały rok później (1805) otrzymuje stopień generała brygady. W roku 1805 obejmuje komendę składającej się z 4-ego i 14-ego pułków dragonów, 2-giej brygady z dywizji dragonów generała Kleina. Dywizja wchodzi w skład rezerwy kawalerii dowodzonej przez Joachima Murata. Mimo, że idzie w szpicy pościgu za Kutuzowem, brak indywidualnej swobody nie daje mu podczas tej kampanii zabłysnąć. Odbija to sobie z nawiązką podczas kolejnej. W roku 1806 obejmuje brygadę jazdy składającą się z 5-tego i 7-ego pułku huzarów, zwanej później „piekielną brygadą”. 11 października 1806 roku zdobywa pruskie tabory i bierze licznych jeńców, dzieląc się zdobytą na Prusakach kasą pułkową. Jakkolwiek nie bierze udziału w bitwach pod Jeną i Auerstadt (14 października), to odgrywa znacząca rolę w pościgu za rozbitą armią pruską. Zaczyna niefortunnie. 16 października daje się oszwabić Blucherowi, który unika okrążenia pod Weissensee zaręczając Lasallowi i Kleinowi słowem honoru pruskiego oficera, że zostały podpisane preliminaria pokojowe, co pozwala mu na bezpieczne wyprowadzenie pruskich jednostek z kleszczy Francuzów. Zależnie od inklinacji można powiedzieć coś na temat pruskiego honoru, albo, że na wojnie i w miłości wszystkie chwyty dozwolone. Napoleon nie kryje gniewu pytając „Od kiedy to Jego Cesarska Mość przekazuje swe rozkazy za pośrednictwem wrogiego generała?”

Lasalle odbija sobie tę zniewagę 25 października w bitwie pod Zehednick gdzie ze zwykłą sobie brawurą rozbija pruskich czarnych huzarów. W skierowanym do Napoleona raporcie pisze:

„Na poziomie Falkenthal, czołówka weszła w kontakt z wrogiem, który przekroczył most na rzece Havel; dowódca straży przedniej, szef szwadronu 9 pułku huzarów Meda, wysłał w pościg 75 kawalerzystów i wyparł wroga na Zehdenick, gdzie starł się dziesięcioma szwadronami wrogich dragonów i huzarów, którzy odrzucili go za most. Podporucznik Kister z 5 huzarów wyróżnił się odwagą, kiedy w kontrszarżach stracił pod sobą dwa konie; oficer ten był synem generała Kister.

Kiedy nadciągnęła reszta kolumny, rozkazałem wyprzeć wroga z miasta i utrzymać przyczółek mostowy. Kapitan 7 pułku, Pan Reimbartz wykonał zadanie z wielką odwagą i inteligencją. Wspierany przez dwa szwadrony piątego, dowodzonego przez pułkownika Schwartza natarł przez równinę w kierunku drogi na Templin, którą wycofywały się kolumny wroga.

Generał [Lasalle] wysłał za nimi 7-y huzarów, a widząc po trzech godzinach nadchodzącą dywizję Grouchy’ego, zaatakował wroga, który zasłonił się czternastoma szwadronami. Kiedy wraz z 300 huzarami dotarłem na kilka metrów od przeciwnika, zauważyłem, że wykonuje manewr, który pozwoli mu zaatakować moją lewą flankę; wykorzystałem ten moment i rozkazałem natychmiastową szarżę. Oba skrzydła wroga zaczęły się chwiać, a całość pospiesznie cofała się w kierunku przesmyku, na który spychałem ją szarżami przez około 2 kilometry. Pułkownik Dragonów Królowej, major huzarów Schimmelpenning, prawie wszyscy oficerowie i 500 żołnierzy padło od naszych szabel, lub zostało wziętych do niewoli. Moi huzarzy zdobyli sztandar Pułku Królowej. Zdobył go huzar Studer, z 7. Pułku przy współudziale M. de Wilmuth oraz podporucznika Dam z 5-tego.

Dragoni z dywizji Grouchy w końcu dotarli wychodząc z lasu przed którym wróg porządkował szeregi. Zrobili to tak spokojnie, jakby nie widzieli rozproszenia moich huzarów. Straty brygady sięgały około sześćdziesięciu rannych, ale tylko nielicznych zabitych. Śmiertelną ranę odniósł kawaler Legii Honorowej, waleczny porucznik Epinger, którego przedstawiono do awansu na kapitana.

Z największą przyjemnością składam raport Waszej Wysokości o wspaniałej postawie pułkowników Schwartza i Marksa, którzy prowadzili i zachęcali do boju swoje jednostki. Adiutanci Waszej wysokości, Panowie Brunet i Petion, przez cały czas pozostawali u mojego boku.”

Z raportu przebija pewna gorycz względem Grouchy’ego który w wysłanym jeszcze wcześniej raporcie własnym próbował przypisać dokonania tego dnia własnym dragonom. Osiągnięcia Lasalla były jednak niezaprzeczalne. Skoordynowanymi, nagłymi i stale ponawianymi szarżami nie dawał wojskom ks. Hohenlohe chwili wypoczynku zmuszając je ostatecznie do zmiany kierunku odwrotu ze wschodniego na północny. Zmusza tym Prusaków do nocnego marszu oraz spycha ich na nadciągającą kawalerię Murata i straż przednią korpusu Lannesa. W efekcie 28 października 1806 roku pod Prenzlau, ks. Hohenlohe kapituluje wraz z 6 tysiącami ludzi z 64 działami. Kolejnych 6 tysięcy Prusaków kapituluje dwa dni później pod Pasewalkiem. Jak pisze Cezary Domalski „Piekielna brygada” Lasalle’a (…) w pościgu za niedobitkami oddziałów ks. Hohenlohe dociera do Löcknitz (26 km od Szczecina). Tam bierze kolejnych jeńców i przedzierając się przez kompleksy leśne (obecnie przejście graniczne w Lubieszynie), dociera do przedmieść Szczecina, a sam Lasalle zakłada swoją kwaterę główną we wsi Mierzyn…”

W Szczecinie Lasalle odpłaca Prusakom z nawiązką za fortel Bluchera. Szczecin, z którego pochodziła zmarła dziesięć lat wcześniej w Petersburgu księżniczka Sophie Friederike Auguste zu Anhalt-Zerbst, znana nam bliżej jako caryca Katarzyna II, był w 1806 roku jednym z największych pruskich garnizonów. Obsadzony stałą sześcio i pół tysięczną załogą, wzmocnioną wówczas do 10.000 żołnierzy, strzeżony przez 120 do 200 dział (źródła pozostają tu sprzeczne), miał zapewnić bezpieczny odwrót Bluchera przez Odrę. W porcie szczecińskim stacjonowała również Royal Navy, która mogła zapewnić wsparcie wojsk pruskich. Lasalle miał nieco powyżej 500 kawalerzystów. Dowodzący obroną Szczecina gen. von Romberg o tym jednak nie wie. Wykorzystuje to Lasalle, który roztasowuje swoich podkomendnych na przestrzeni odpowiadającej zajmowanej przez korpus. Rozpala tam liczne ogniska, a ciągły ruch patroli i chałas jednego jedynego jaszczyka amunicyjnego pozoruje obecność ogromnych sił. Wspomniany w raporcie spod Zehdenick dowódca 5 pułku huzarów, płk Francois-Xavier de Schwartz przybywa jako parlamentariusz do Szczecina składając w imieniu marszałka Murata, ks. Bergu dowodzącemu obroną gen. von Rombergowi propozycję honorowej kapitulacji. Ten odmawia. Zmienia jednak zdanie, gdy Schwartz wraca po godzinie z odpowiedzią, że o świcie artyleria francuska rozpocznie ostrzał miasta, a 50-cio tysięczny francuski korpus weźmie je szturmem. Po zdobyciu miasto zostanie wydane na dwa dni na łaskę zwycięzców. Pod naciskiem cywilnych władz miasta von Romberg kapituluje, poddając pod murami miasta ubrane w mundury paradne wojska. Gdy Prusacy orientują się, że skapitulowali przed dwudziestokrotnie słabszym przeciwnikiem próbują odzyskać broń. Za późno. Pod Szczecin dociera właśnie piechota z dywizji Claparede’a, która nie musi już zdobywać miasta, lecz zająć się strzeżeniem jeńców Lasalla. Von Romberg stara się zachować zimną krew i na pamiątkę wyczynu podarowuje Lasallowi swoją porcelanową fajkę. Blucher nie przejdzie przez Odrę, a 8 listopada kapitulują pozostałe wojska pruskie. Napoleon w liście do Murata pisze „Jeśli nasza lekka kawaleria zdobywa twierdze, będę musiał zwolnić saperów i kazać przetopić swe działa.”

19 listopada, Napoleon przyjmuje w Berlinie delegację szlachty z Wielkopolski, a 27 listopada Francuzi wkraczają do Warszawy. „Sire, muszę powiedzieć […] o euforii, która wybuchła dzisiaj w Warszawie z powodu nadejścia wojsk Waszej Cesarskiej Mości. Nie potrafię wręcz opisać, gdyż jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak silnie wyrażanego ducha narodowego.” raportuje Murat. Wydawałoby się, że pogrom armii pruskiej zakończy kampanię, gdy włączają się do niej Rosjanie. Są dużo trudniejszym przeciwnikiem od Prusaków a wojna o Polskę będzie jedną z najtrudniejszych kampanii Napoleona. Rozciągnięte na ogromnych obszarach wojska  napoleońskie mają kłopoty z zaopatrzeniem. Sytuacji nie ułatwia też nadchodząca zima, w której roztopy mieszają się z siarczystymi mrozami. Pod koniec grudnia w najtrudniejszych warunkach pogodowych toczą się bitwy pod Gołyminem i Pułtuskiem, w których chwile zwątpienia przeżywa nawet piekielna brygada Lasalla. By zrozumieć jak to możliwe, warto sięgnąć do słów Georges Lechartier („Manewr na Pułtusk”): „W nieustannych strugach deszczu Polska zmieniała się w prawdziwe mokradła, w których konie i ludzie poruszali się z największą trudnością. Błoto spod Pułtuska obrosło później wśród starszych żołnierzy cesarskich niemal taką legendą, jak śniegi spod Smoleńska, czy lód spod Berezyny. Larrey, który ze względu na pełnioną przez siebie funkcję chirurga Gwardii nie może być posądzany o przesadny pesymizm, tak pisze w wydanych w 1812 roku Pamiętnikach: „Deszcz padał na nas nieprzerwanie. Maszerowaliśmy po pas w błocie. Konie zapadały się w nim po same brzuchy. Wszędzie błoto, w którym grzęzła artyleria, w którym zapadło się wiele wozów z wyposażeniem. Nigdy jeszcze armia nie musiała maszerować w tak trudnych i uciążliwych warunkach”. Według naocznych świadków w kamaszach zrywała się podpinka i piechurzy gubili w błocie buty. Co sprytniejsi przywiązywali trzewiki sznurkiem do stóp. Karabiny nosili przepasane przez ramię, aby mieć wolne ręce, którymi wyciągali z błota pozostałą z tyłu nogę i przenosili naprzód, następnie to samo robili i drugą. I tak bez przerwy, ta sama czynność musiała być powtarzana przez całą drogę. Konie często grzęzły aż po piersi, „armaty i wozy pływały w morzu błota”. Co gorsza nieraz zdarzało się, że konie nie były w stanie się wydostać, woły ginęły zanurzone po brzuch w błocie. We wszystkich oddziałach żołnierze popełniali samobójstwa, nawet w Gwardii, w której zakazane były wszelkie skargi. W IV Korpusie ludzie wzywali śmierć z całych sił. Woleli to, niż żyć jeszcze ponad dwa dni w takich warunkach. Jakby mało było problemów spowodowanych ukształtowaniem terenu i pogodą, na domiar złego zaczynało brakować pożywienia. Wysłane przez Daru wozy z chlebem w większej części ugrzęzły jeszcze zanim przekroczyły Narew.”

Pierwsze starcie miało miejsce 26-ego grudnia pod Gołyminem, a w szpicy francuskiej szły właśnie lekkie brygady Lasalla i Milhaud’a pod dowództwem Murata, które w czasie tej bitwy starły się m.in. z wspieranymi przez baterię rosyjskiej artylerii kirasjerami z pułku Orderu Wojskowego i pskowskimi dragonami. Kiedy w krytycznym momencie bitwy Lasalle rzucił do szarży piekielną brygadę ta uległa panice! Ponieważ wykruszenie się jednostki mogło spowodować ogólne załamanie, konieczna była żelazna dyscyplina.  Lasalle przegrupował brygadę i ustawił przed frontem rosyjskiej artylerii, gdzie stała aż do zmierzchu ponosząc duże straty w ludziach i w koniach. Lasalle na 20 kroków przed frontem. Stracił wówczas dwa konie. Huzarzy widząc jego przykład tym razem nie ustąpili. Od tej pory poszliby za nim do piekła i z powrotem. Dzięki temu zwyciężyli. Gdyby podobnego hartu ducha nie zabrakło gwardii niecałą dekadę później pod Waterloo, być może i tej bitwy by Francuzi nie przegrali.

 

 

W uznaniu odwagi, przytomności umysłu i hartu ducha 30 grudnia Lasalle zostaje awansowany na dowódcę dywizji lekkiej kawalerii. Dowodzi teraz 13 pułkami huzarów i strzelców konnych. Pełno go wszędzie przez całą resztę kampanii. 4 lutego 1807 roku widzimy go pod Jonkowem. Jak pisze ówczesna „Gazeta Poznańska” „Powietrze pod ten czas jest nader łagodne, piękne; śnieg leży na trzy stopy wysoki. Zimno dochodzi od 2 do 3 gradusów. Świtkiem dnia 4 lutego rekognoskował na równinie generał lekkiej jazdy Lasalle ze swoimi huzarami obroty nieprzyjaciela; za jedną razą ukazawszy się, linia kozaków i jazda nieprzyjaciela wystąpiły na przeciw niemu. Wielki książę Berg uformował jazdę swoją liniami i postępował dla uważania nieprzyjaciela. Zaczęła się kanonada, lecz już dowiedziano się z pewnością, iż nieprzyjaciel użył nocy ku swojej rejteradzie, nie zostawiwszy jak tylko tylną straż. Uderzono na nią lewem, prawem skrzydłami i centrum. Jazda nieprzyjacielska została po kilka razy porażona; z tym wszystkim trudność górzystej okolicy przeszkodziła działaniu jazdy.” W krwawej bitwie pod Pruską Iławą 7-8 lutego zwycięstwo jest niepewne a broń i siarczysty mróz idą w śmiercionośne zawody. „Szarża Murata potargała zwycięskie wojska rosyjskie, poszczególne pułki nawskroś przebiły linie wroga. Przyłączył się od lewego skrzydła do tej rozstrzygającej szarży generał Lasalle, który w dniu tym miał w swej dywizji 500 kawalerzystów polskich z pospolitego ruszenia. Lecz impet słabnął i jazda rosyjska z rosyjsko-polskimi ułanami Szergulina na czele runęła do ataku. Bój pozostał nierozstrzygniętym.” (Kukiel) Przeważyć go na stronę rosyjską miał marsz 4000 grenadierów, których od Napoleona dzielił tylko batalion gwardii. Gdy sam cesarz jest zagrożony spada na nich Lasalle na czele 13 i 24 pułku strzelców konnych znosząc ich całkowicie. Bitwa zostaje wygrana! Obie strony są skrajnie wyczerpane i walki ustają na parę miesięcy. 7-ego maja w Elblągu Napoleon dokonuje  przeglądu dywizji Lasalle’a, Sahuc’a, Beckera I Nasouty. Dla Lasalla to moment zasłużonego uznania. Jego pułki wypoczęły na łożach zimowych i wróciły do dawnego stanu. 6000 znakomicie wyekwipowanych kawalerzystów w mundurach wielkich. Napoleon awansuje tych, którzy się wyróżnili w tej kampanii. Kiedy Lasalle pyta cesarza kiedy dostanie dowództwo kawalerii gwardii, Napoleon odpowiada ze śmiechem „Kiedy przestaniesz pić, palić i przeklinać.” Lasalle odpowiada, że jeśli to przeszkadza w dowodzeniu kawalerią, to żeby dać mu dowództwo fregaty. Stać go na takie żarty. Postrzegany jest już jako naturalny następca Murata.

Po wznowieniu walk, 10 czerwca,pod Lidzbarkiem Lasalle ściera się kawalerią Bagrationa i bijącym się w jej szeregach pułkiem konnopolskim Łanskoja złożonym z samych prawie Polaków. Z trudnej sytuacji ratuje go tu szarża Murata. Kiedy w dlaszej części bitwy kula armatnia zabija konia Murata ten przygniata jeźdźca. Brigadier Henry Parquins z 20 Pułku Strzelców Konnych oddaje mu swego konia, a ks. Bergu szarżuje na nim na przeciwnika, który go wkrótce ogarnia. Tym razem ratuje go Lasalle. Chronią jeden drugiego. W kolejnych tygodnia Lasalle spycha na Królewiec korpus Lestoqa. Potem wraca, by wziąć udział w bitwie pod Frydlandem. Po zawarciu pokoju w Tylży Lasalle wchodzi w skład korpusu obserwacyjnego Davouta, który pilnuje wykonanie przez Prusaków warunków pokoju. Lata później Napoleon na wyspie św. Heleny nie może odżałować, że zachował wówczas Prusy i nie przywrócił królestwa polskiego. Polacy również. Mają jednak jego namiastkę w postaci Księstwa Warszawskiego i swoją reprezentację przy Napoleonie, w postaci I Régiment de cheveau-légers (Polonais) de la Garde Impériale – I (Polskiego) Pułku Lekkokonnych Gwardii Cesarskiej, jedynej jednostki tego okresu nosząca Polskę w nazwie.

W roku 1808-ym Lasalle trafił ponownie do Hiszpanii gdzie formuje rezerwę kawalerii. Formalnie wchodzi do kraju jako sojusznik. Jednak sytuacja jest już inna niż z czasów „Towarzystwa spragnionych” i miłosnych podbojów w Salamance. Decyzja Napoleona by na tronie w Madrycie obsadzić swojego brata, ostatecznie obraca zaś Hiszpanów przeciw Francuzom. W ogień nowego konfliktu zmierzają z Warszawy szwoleżerowie, co barwnie opisywał we swych wspomnieniach Józef Załuski:

„Przebywszy Guadarramę, miasteczko i górę, szwadrony nasze kierowały swój pochód przez Villacastin, Arevalo, Medina del Campo, Tordesillas. Ciąg­nąc przez równiny, widywaliśmy tylko z daleka podjazdy hiszpańskie, które, postrzegając z łatwością kolumnę naszą w blasku słońca lipcowego, unikały spotkania się i z tumanem kurzawy uchodziły.

Tak przybywszy do Rioseco zastaliśmy w bliskości tego miasta marszałka Bessieres z korpusem jego zwycięskim. Widoczne jeszcze były ślady boju świeżego i zniszczenia, dymiące pogorzeliska, znaczna ilość jeńców hiszpań­skich i różna zdobycz artylerii i pociągów, ale boju już nie było, nie mo­gliśmy więc brać udziału w zasłudze naszego szwadronu dowództwa kapi­tana Radzimińskiego, który pierwszy miał szczęście walczenia za Napoleona, a razem za sławę narodu polskiego. Złączył się więc cały tak zwany nasz 1. regiment składający się z kompletnych kompanii 1. i 5., 2. i 6., stanowiąc cztery szwadrony bojowe, czyli przeszło czterysta koni pod dowództwem swego pułkownika Wincentego Krasińskiego. Grosmajor pierwszy, pułkownik Delaitre, który był z kolei dowódcą tego pierwszego regimentu, jeszcze bawił we Francji, gdzie się trudnił administracją całego pułku, a miejsce jego za­stępował pod pułkownikiem Krasińskim najstarszy szef szwadronu Tomasz Łubieński. Marszałek Bessieres, który przy sobie nie miał żadnego oddziału konnej gwardii tak licznego, a razem chciał nam dać naukę doświadczenia pod wodzą znakomitego jenerała jazdy i w towarzystwie wsławionych puł­ków lekkiej konnicy, poruczył nas jenerałowi dywizji Lasalle, dawnemu i sławnemu towarzyszowi Bonapartego pod Rivoli, w Egipcie i w każdej wyprawie, który przy chlubnym mianie najśmielszego między śmiałymi po­siadał wysokie wykształcenie wojskowe, a nawet literackie.

Jenerał Lasalle już w Egipcie był sławny z dzielności w prowadzeniu jazdy, z talentów oraz dowcipu swego. (…) Tenże jenerał miał już pod swoją komendą oddział Radzimińskiego i słyszał był marsz mój śpiewany chorem, co mu się podobało. Gdy nasze oddziały madryckie złączyły się z tamtym, przedstawiono mnie jenerałowi jako autora owej żołnierskiej śpiewki. Mile mnie przywitał i gdy jeszcze zna­lazł, że ja jestem biegły w niemieckim języku i zaśpiewałem mu z akcentem właściwym sławną piosenkę Es reiten drei lustige Uhlanen uber den Rhein, schnaps auf! [Trzej weseli ułani jadą poprzez Ren — dawaj wódkę!], on z swojej strony zaśpiewał mi i nauczył równie sławnej śpiewki: Was lieben die Husaren? Juha! hopsasa! — Są to drobnostki — powie czytelnik — ale te drobnostki przestają być takimi, gdy są w ustach wyższych talentów męża, co był w stanie dowodzić tysiącami jazdy, co jed­nym słowem uchodził za pierwszego jenerała kawalerii u Francuzów, co gdy­by nie kula pod Wagram, byłby marszałkiem. Był literatem, politykiem w ka­binecie, a huzarem na koniu. Jenerał Lasalle prócz darów umysłowych obda­rzony postacią wzniosłą, rycerską, nosił się zawsze po huzarsku. Z kapelu­szem jeneralskim, to jest z piórami czyli plumażem, szarawary do tego bardzo obszerne, karmazynowe lub pąsowe, obszyte do kolan skórą paloną, w nich dwie głębokie kieszenie, ze strony lewej, to jest od szabli — potężna w kie­szeni fajka, ze strony prawej — butelka rumu. Gdy dywizja jego stanęła gdzie na wypoczynek, zsiadał z konia i naokoło największego drzewa kazał rozesłać swój płaszcz, siadał na nim i zakładał swoją główną kwaterę. Zresztą było to zwyczajem jenerałów francuskich. Czasem czynili to w najtęższym ogniu i częstowali oficerów kordiałem, niektórzy kazali przynosić wykwintne śniadanie assaisonné des balles des fusils  [przyprawione kulami karabinowymi]— wrócimy do tego przedmiotu niżej w swoim miejscu. Tak więc jenerał Lasalle, popularyzując się z fajką i butelką w ręku, odejmował każdemu i cień jakiej chętki do niesubordy­nacji i czynił prawie niepodobnym odmówienie najzuchwalszych przedsięwzięć wojennych. Ten to sekret, że kawaleria francuska, gorzej jeżdżąc na koniu od innych, złe mając częstokroć konie, nie tylko że rozbijała wszystkie obce jazdy, ale że nawet obca jazda prawie nigdy nic znakomitego przeciwko Francuzom nie wykazała. (…)

Nazajutrz po poznaniu się moim z jenerałem Lasalle, gdy kolumna ru­szyła w marsz, każe mnie jenerał do siebie prosić i powiada: — Ponieważ waszmość pan zrobiłeś śpiewkę dla żołnierzy polską, więc ja postarałem się o francuską — i zaśpiewał nam przed frontem kolumny, na nutę: „Kiedy moją fajkę palę”.

Les Français étaient en Pologne,

l’Espagne voit des Polonais!

l’Europe verra sans vergogne

régner Français et Polonais.

 

Quelle nation est assez forte,

pour résister a leur effort?

Polonais, Français font en sorte

de mettre tout le monde à mort.

Francuzi byli w Polsce,

Hiszpania widzi Polaków.

Europa bez wstydu ujrzy

Panowanie Francuzów i Polaków.

 

Któryż naród jest dość silny,

by wytrzymać ich napór?

Polacy, Francuzi jak się zawezmą,

To wszystkich pouśmiercają.

(…) Można sobie wystawić, jakie tam było nasze współubieganie i nasza nauka w takiej szkole dzienno-nocnego doświadczenia, będąc zawsze w przedniej straży od bitwy pod Rioseco, która się odbyła 14 lipca, aż po bitwie pod Burgos, którą, można mówić, wygrał jenerał Lasalle dnia 10 listopada 1808.

Jeżeli więc nauczyliśmy się karności, porządku, manewrów, owo zgoła służby od starej gwardii konnej, wykształciliśmy się wojennie między naj­dzielniejszą jazdą lekką i pod najpierwszym jenerałem tej broni przez całe pięć miesięcy. Długą i drogą pamięć zachowaliśmy dla jenerała Lasalla, któ­ry umiał w sobie łączyć przymioty wodza wyższego rzędu i zalety towarzyskie znakomitego wychowania. Jakoż pułk cały śpiewał z zapałem piosnkę, którą on dla całego narodu polskiego, ma się rozumieć w francuskim języku, ułożył.”

Ten związek szwoleżerów z Lasallem utrwalił się w pamięci polskiej i francuskiej. Francuzi wspominali niekiedy szwoleżerów jako dzieci Lasalla, czego zewnętrznym wyrazem jest chociażby współczesny obraz Patrice Courcelle ukazujący generała i jego huzarów w otoczeniu polskich lekkokonnych podczas postoju w hiszpańskiej wsi. W czasie wspomnianej bitwy pod Medina de Rio Seco bierność marszałka Bessiersa mogła kosztować Francuzów zwycięstwo. Gdy gwardia hiszpańska wycinała francuskich woltyżerów Lasalle rzekł do Bessiersa „Musimy szarżować” i nie czekając na odpowiedź na czele szwadronu dragonów, obecnych na miejscu szwoleżerów i 50 żandarmów gwardii runął na przeciwnika. Wkrótce hiszpańska gwardia i karabinierzy zostali odepchnięci. Potem szarżował jeszcze na czele 10 pułku strzelców konnych na prawe skrzydło la Cuesty, a po zajęciu miasta starał się kontynuować pościg, który jednak ustał ze względu na brak wody i skrajne wyczerpanie ludzi i koni.

Lasalle wyróżnia się wszędzie gdzie dotrze. Zajmuje Torquemadę, Palencję i Valladolid. W czasie tej ostatniej bitwy jago lekka kawaleria zaściela pole bitwy tysiącem martwych Hiszpanów przy stracie 50 kawalerzystów. Tajemnica zasadza się na tym, że Lasalle trzyma podkomendnych w zwartych szykach i porusza się kłusem, podczas gdy Hiszpanie rujnują konie na galopady i tracą w nich szyk. 7 listopada pod Burgos rozprawia się gwardią hiszpańską i walońską. Parę dni później pod Villa Viejo zdobywa siedem armat i cztery sztandary. Po bitwie pod Tudelą,w której odznaczają się nadwiślańczycy pod dowództwem Kąsinowskiego, francuski marszałek raportuje „Wszyscy wogóle Polacy sprawili się bardzo dobrze”. Lannes z VI korpusem ściag rejterującego Castaniosa. W awangardzie lansjerzy Konopki wiedzenie przez Lasalla ciągłymi szarżami nmie dają pierzchającemu wrogowi chwili wytchnienia. Lasalle dociera pod Somosierrę i jako pierwszy rozpoznaje pozycje wroga. Gdy 30 listopada 1808 roku widzi szarżę szwoleżerów poznaje swoich i daje im to poznać.

15 marca 1809 roku wyróżnia się w bitwie pod Medellin, gdzie dowodzi francuskim lewym skrzydłem przeciwko dwukrotnie liczniejszym wojskom hiszpańskim. Mimo niekorzystnej pozycji (za plecami ma rzekę Guadiana) daje odpór przeciwnikowi, przyczynia się do zwycięstwa i niemal całkowitego zniesienia wycofującej się armii gen. Cuesty. Hiszpanie tracą tego dnia 8000 zabitych i rannych. Lasalle bierze dwa tysiące jeńców i 19 armat. Hiszpanie pamiętać go będą jako „Picaro” co można luźno przetłumaczyć jako „watażkę”. Napoleon wzywa go wówczas na nadchodzącą kampanię z Austrią. Kiedy w drodze powrotnej, w Burgos, spotyka Roedera i Thiebaulta zapytany czy będzie podróżować przez Paryż odpowiada „To najkrótsza droga. Przyjadę o 5 nad ranem. Zamówię parę butów. Zrobię żonie dziecko i pojadę” dalej do korpusu Masseny w Niemczech. Objął tam dowództwo Dywizji Lekkiej Kawalerii IV korpusu.

Gnral Antoine Charles Louis Comte de Lasalle

W roku 1809-tym bił się w Austrii pod Essling, Raab i wreszcie pod Wagram. 13 maja przechodzi po moście pontonowym przez Dunaj na wyspę Lobau, a gdy udaje się pociągnąć most również przez Stadlau, przechodzi z kawalerią na drugi brzeg. Wypiera Austriaków z Marchfeld. Kolejnego dnia uczestniczy w walkach pod Aspern i Essling szarżując po wielekroć. W trudnej sytuacji zatrzymuje natarcie kolumny wroga, kupując piechocie cenny czas. Kiedy drugiego dnia bitwy dochodzi kolejnego kryzysu Napoleon rozkazuje dywizjom Lasalla (lekka kawaleria) i Espagne (ciężka kawaleria) osłaniać IV korpus, co czynią niezwykle skutecznie korzystając z pozycji obronnych między dwoma miejscowościami, co nie ma na celu pokonania wroga, lecz uniemożliwienie mu skutecznego natarcia. Taktyka ta przynosi najlepsze efekty pozwalając gen. Boudet uzsykać pełną kontrolę nad Essling. Kolejne szarże osłaniają odwrót sił głównych. 14 czerwca Lasalle bije się pod komendą Eugène de Beauharnais, przyczyniając się pod Raab do zwycięstwa sił francusko-włoskich nad Austriakami. 5 lipca Dywizja Lekkiej Kawalerii IV korpusu Masseny składająca się z 8 pułku huzarów, 13, 16 i 24 pułku strzelców konnych trafia pod Wagram. Nadchodzi jego ostatnia bitwa. Lasalle, który od lat śmieje się śmierci w twarz mówi do swego adiutanta „Nie przeżyję tego dnia… jeśli zostanę zabity, wręczysz testament cesarzowi.” Pisze do żony “Mon coeur est à toi, mon sang à l’Empereur, ma vie à l’honneur” (moje serce należy do Ciebie, krew do cesarza, życie oddam za honor”). Bitwa jest ciężka, a od jej rozstrzygnięcia zależeć mogą losy wojny. W bitwie bije się też polski pułk lekkokonny gwardii. Zrazu pod komendą Bessieres’a, a gdy go kula armatnia usunęła ciężko rannego z placu boju, nad konnicą gwardii komendę objął Lasalle. Kawaleria gwardii i dywizja Lasalle’a szarżowały po wielekroć. Szwoleżerowie zwarli się z ułanami Schwarzenberga. Swój się bił ze swoim. Nad polem bitwy słuchać było najbardziej obelżywe słowa w mowie ojczystej. Z pomocą ułanom galicyjskim przyszedł austriacki pułk dragonów. Szwoleżerom ich najwierniejsi pośród gwardii przyjaciele: strzelcy konni. Jeden z nich wspominał po latach, o tym jak „Tam Polacy i mój regiment dokonaliśmy wspaniałej szarży. Zmietliśmy regiment ułanów […]. Przyjemnością było patrzeć na naszych dzielnych Polaków, którzy nie byli wówczas uzbrojeni w lance, wyrywających broń austriackim lansjerom i używającym jej przeciwko poprzednim właścicielom.” Lasalle osłania przegrupowanie oddziałów francuskich przed atakiem korpusu Kolowratha. Wspólnymi siłami stopniowo przeważała się szala zwycięstwa. Dywizja Lasalla, wyczerpana, ponownie uderzyła na wycofujących się w dobrym porządku Austriaków. Mimo, że ci sformowali stanowiące standardową ochronę przed atakami kawalerii czworoboki zostali rozbici i rozproszeni. Widząc batalion austriacki wycofujący się za Leopoldau, Lasalle pożyczył mniej zmęczonych walką kirasjerów 1-ego pułku z dywizji Saint Sulpice by na ich czele ruszyć do ostatniej szarży. Lasalle dowodzi jak zawsze z przodu. W jego dłoni nieodłączna porcelanowa fajka, którą dostał od von Rombega po zdobyciu Szczecina. „En avant! Au galope! Marche! Vive l’Emperor!” Ginie trafiony w czoło pociskiem austriackiego grenadiera. Wierny własnym słowom, przeżywając raptem o cztery lata wytyczoną przez siebie granicę, przeszedł do legendy.

Taki był (by ponownie sięgnąć do słów Wieniawy) „niezrównany, natchniony, ulubieniec cesarza, całej armii i kobiet, pierwszy kawalerzysta świata – Lasalle.”

 

Huzarzy