Alojzy szarlowski wspomnienia z powstania styczniowego na litwie

Alojzy Szarłowski: Wspomnienia z powstania styczniowego na Litwie

Arsenał Varia Skomentuj

 

Część II

Zaznajomiłem zatem czytelników mych Wspomnień z postaciami mych najbliższych współtowarzyszy obozowych. Skreślę teraz pokrótce akcję oddziału Wisłoucha w czasie mej krótkiej kampanii od l do 19 maja st. stylu. Pobyt nasz w lasach żosielskich stawał się-po prostu nieznośnym. Ta gnuśność, bezczynność, siedzenie wśród gąszczy leśnej i błot, picie niezdrowej wody, zabijała po prostu tych, co szli walczyć dla idei, z miłości ku ojczyźnie, w przekonaniu, że jej służą, jak mogą i umieją. Ukrywanie się przed ludźmi, przed światem, unikanie tych, z którymi miało się walczyć, dobrym i odpowiednim byłoby może dla bandy hultajów, próżniaków lub opryszków, lecz nie dla oswobodzicieli ojczyzny, bojowników za wolność. Nieczynność w r. 1863 oddziałów powstańczych, uważaliśmy już wówczas w naszych poufnych pogadankach za jeden z największych błędów tego, zresztą w ogóle nieszczęsnego dla nas, powstania.
Skoro raz już byliśmy pod bronią, należało krwi nie skąpić, wieść powstańców od walki do walki, wśród której może by się wytworzyła siła zbrojna, może by się okazały jakieś talenta wojskowe, uwydatniające się zwykle wśród huku dział i szczęku oręża. A gdyby nawet i nie te względy i pobudki, to z czynów i walk naszych zrodziłyby się może jakieś piękne wspomnienia, jednostkowe i zbiorowe, powstałyby może „długie nocne rodaków rozmowy”, a z nich w końcu wykwitłaby pieśń, która by następne pokolenia pobudziła ,do nowych piękniejszych czynów . . .
Nie wiadomo, co skłoniło naszego naczelnika do zmiany naszego miejsca, do opuszczenia w końcu bezpiecznych lasów żosielskich. Ruszyliśmy zatem, przeważnie porą nocną, przez powiat trocki, w stronę powiatu lidzkiego. W drodze połączyły się z nami dwa inne oddziały powstańców: Lubicza i Czudowskiego (blisko 100 koni kawalerii). Siła zbrojna całego powiatu wynosić mogła około 700 ludzi. Spotęgowana siła dodała nam nowej otuchy, nie tylko gorąco pragnęliśmy walki, aleśmy przyszli do przekonania, że F. Wisłouch, który nad nią objął naczelne dowództwo, szukać będzie walki, aby okazać czynem, czego potrafi dokonać. W całym obozie życzono sobie ataku na powiatowe miasto Troki, gdzie załoga rosyjska była stosunkowo niewielka, a zajęcie powiatowego miasta zrobiłoby w kraju pewne wrażenie. Mówiono w obozie, że piechoty moskiewskiej były tam tylko dwie roty, a więc zdobycie miasta nie wydawało się zbyt trudnym. Podobno, że i w najbliższym otoczeniu naczelnika powiatu rozważano projekt zaatakowania Trok, lecz w końcu od niego odstąpiono.
„Hromada — cziłowik” — powiada Rusin. Otóż większa ilość powstańców, nagromadzonych w jednym obozie i pod jednym dowództwem, ośmieliła nas do wychylenia się z lasów. W jednym miejscu, na krawędzi lasu, odbywaliśmy trzydniówkę i wychylaliśmy się stamtąd nieustannie, aby popatrzyć się na świat Boży i ludzi, na pole i łąki. Właściciel wsi wraz ze swą rodziną często zaglądał do obozu.
Doczekaliśmy się wielkiej nareszcie niespodzianki: po całonocnym, uciążliwym marszu zawitał prześliczny poranek, a w blasku słońca majowego ujrzeliśmy przed sobą miasteczko, gdzie nam zapowiedziano wypoczynek po całonocnych trudach. Radość nasza granic nie znała — po długiej leśnej tułaczce i nocnych marszach mieliśmy wypoczywać wśród dnia białego! Miasteczkiem tym były Olkieniki, położone nad rzeką Mereczanka. Wiadomym nam było, że w Olkienikach są koszary, w których zwykle stało parę kompanii piechoty. Zapewniono naszego naczelnika, że żołnierzy obecnie nie ma, lecz w każdym razie należało użyć środków ostrożności, albowiem z powodu bliskości kolei żelaznej petersbursko-warszawskiej każdej chwili oni tam mogli się znaleźć. Okoliczność ta skłoniła Wisłoucha i obu jego podkomendnych (Lubicza i Czudowskiego) do poczynienia zarządzeń wojskowej natury, na widok których pierś nam mężnie się podnosiła. Kawaleria nasza, podzielona na dwa oddziały, popędziła lotem strzały, aby z dwóch stron otoczyć miasteczko i nikogo zeń nie wypuścić; następnie ruszyła piechota nasza kolumnami, a poza nią kosynierzy. Przez czas pewien zapanowała cisza niezwykła oczekiwaliśmy strzałów i walki. Zdawało się się rzeczą niezgodną z naszym honorem wojskowym, aby bez bitwy przyjść do posiadania miasteczka i koszar. Tymczasem strzał nie padł a myśmy zbliżyli się do koszar, przerobionych — o ile sobie przypominam — z byłego klasztoru OO. Franciszkanów. Nigdy nie zapomnę w życiu tego uroczystego nastroju, z jakim wchodziliśmy na podwórze koszarowe. Zamiast dwóch kompanii piechoty, znaleźliśmy w koszarach czterech inwalidów, którzy z całym respektem przedstawili się naczelnikowi, pootwierali wszystkie lokale i oddali nam do rozporządzenia, a potem oświadczyli gotowość do wszelkich usług. Po osiemnastu dniach przybycia do obozu mogłem się rozebrać i wygodnie (jak mi się wówczas zdawało) rozciągnąć na tak zwanych noszach żołnierskich. Jedzenie z kotłów żołnierskich.
Niezwykły ruch zapanował od rana w miasteczku. Jedyny przedstawiciel władzy administracyjno-policyjnej, zwany na Litwie „Klucz-wojtem”, stawił się dobrowolnie przed naczelnikiem i oddał się do jego dyspozycji, a na wszystkie pytania, zadawane przez naczelnika, odpowiadał szczerze. Wobec takiego zachowania się przedstawicieli władzy cywilnej wielkiej monarchii militarnej, rzeczą było całkiem naturalną, iż nikomu — Bogu dzięki! — włos z głowy nie spadł. Nie potrzebuję dodawać, iż ludność katolicka miasteczka przyjęła nas z zapałem i na każdym kroku okazywała swą życzliwość. Lecz i zachowanie się Żydów nie pozostawiało nic do życzenia. Był to dzień sobotni, więc handlu żadnego, a tym samym nie można było zaspokoić najróżnorodniejszych potrzeb. Otóż przełożony żydowskiego domu modlitwy oświadczył gotowość wydania polecenia, nakazującego otworzyć wszystkie sklepiki. Sprzedawano więc i kupowano w sobotę, jakby to było miasteczko całkiem katolickie. I wyznać należy otwarcie, nie wchodząc wcale w pobudki, iż zachowanie się-ludności żydowskiej było pod każdym względem uprzejme, a ceny towarów i wiktuałów zwyczajne. Nadeszła godzina wyjścia naszego oddziału z Olkienik.
Wychodziliśmy parami, z rozwiniętymi sztandarami przy akompaniamencie pieśni patriotycznych. Patrzącym na nas mieszkańcom wydawało się, iż nas więcej niż było w istocie. Postępując parami, tworzyliśmy długi łańcuch, który zdawał się nie mieć końca. Wieczór był prześliczny, a słońce połyskiwało krwawo na kosach i oblewało obficie promieniami nasze chorągwie z Orłem Białym i Pogonią. Sztab, otaczający naczelnika, prezentował się bardzo dobrze na swych doborowych koniach. Trudno było mieć za złe starszyźnie, iż w tej chwili pozowała dla oczu małomieszczan i małomieszczanek którzy wylegli się tłumnie na ulicę i wszelkimi sposoby, wzrokiem, głosem, ruchem rąk, powiewaniem chustkami żegnali nas i okazywali nam życzliwość. Była to niewątpliwie ostatnia szczęśliwa chwila w historii powstania trockiego.
Po opuszczeniu Olkienik szliśmy nadzwyczaj szybko; szliśmy przez noc całą z małym tylko wypoczynkiem. Pośpiech był nakazany. Łatwo było domyśleć się, że Moskale nie przebaczą nam tego aktu odwagi, polegającego na wysunięciu się z lasów i zajęciu miasteczka przez dzień jeden. Sam Wisłouch polecił kluczwojtowi, aby w parę; godzin po naszym wyjściu z Olkienik dał znać wyższej władzy cywilnej i wojskowej. Na drogi dzień z rana już wojsko rosyjskie przybyło do Olkienik w znacznej stosunkowo ilości i ruszyło śladem za nami. Myśmy postępowali w kierunku miasteczka Budnik, a około południa byliśmy w głębi puszczy olkienickiej, gdzieśmy postanowili dłużej wypocząć, bo po całonocnym marszu upadaliśmy ze zmęczenia.
Było to, dzień 19 maja st. stylu, w niedzielę, w pierwszy dzień Zielonych Świątek. Zaczęliśmy zakładać obóz, bośmy nie przypuszczali aby Moskale, dowiedziawszy się w Olkienikach o naszej sile. chcieli z takim pośpiechem iść bez wypoczynku, trop w trop za nami, kucharze nasi rozłożyli ognisko i zaczęli czynić przygotowania do gotowania obiadu. Ja osobiście byłem tak zmęczony, że nie czekając na tę osłonioną zupę, zdjąłem z siebie torbę podróżną, położyłem ją pod drzewo i ułożywszy na niej głowę, gotowałem się do dłuższego wypoczynku, zadowolony, że mię ominęło stanie na straży. Zaledwie oczy mrużyć się zaczęły, kiedy naraz rozległ się strzał karabinowy i tak zwykłe wołanie: „do broni! do broni!”. Byłem najpewniejszy, iż to zwykły alarm, częstokroć umyślnie wywoływany, aby nas utrzymywać w ciągłej czujności. Przyznam się, iż okropnie tym razem byłem z niego niezadowolony. Tak byłem pewny, iż to tylko fałszywy alarm, że zostawiłem, tam gdziem drzemał pod drzewem, moją torbę skórzaną wraz z szarpiami, bandażami, drobną monetą, zapasami żywności, a nawet listami od ojca i książką do nabożeństwa. Nie chciało mi się tego ze sobą zabierać, wdziewać i później znów zdejmować, skoro za chwilę miałem wrócić na swoje miejsce. Tymczasem rzeczy tych mogących mię później skompromitować, nigdy już nie ujrzałem. Myślałem później, kiedy byłem w więzieniu, że się z nimi spotkam, że będą świadczyć przeciwko mnie i ojcu memu, jako corpus delicti. Nigdy jednak nie zdradziły mego udziału w kampanii powstańczej. Tłumaczyłem to sobie w ten sposób, iż żołnierz, znalazłszy dobrą torbę skórzaną i w niej nieco łupu, zniszczył papiery i listy w niej się znajdujące z obawy, aby mu wraz z nimi nie odebrano torby i tego, co w niej było.
Wkrótce przyszliśmy do przekonania, że nie był to alarm fałszywy, lecz że wróg zbliżał się do naszego obozu. Na nasze zapytanie, skierowane ku cofającym się w pośpiechu strażom, słyszeliśmy odpowiedzi, iż Moskale idą w istocie. Tak od dawna pragnęliśmy tego spotkania (przynajmniej niektórzy), tak gorąco oczekiwaliśmy walki, iż wierzyć się po prostu nie chciało, że za chwilę ich ujrzymy, że walka stała się czymś pewnym, nieuniknionym. Każda chwila, każdy najdrobniejszy fakt stoi mi do dziś dnia w żywej pamięci. Na twarzy Wisłoucha i starszyzny naszej malowała się niezwykła powaga. A więc to nie żarty. Stanęliśmy w ordynku bojowym. Za naszym III plutonem, pod komendą Pomarnackiego, stanął Wisłouch wraz ze swym sztabem, z czego byliśmy bardzo dumni; był to dowód, iż do trzeciego plutonu strzelców ma najwięcej zaufania. Jeszcze raz powtórzono nam znany i powtórzony niejednokrotnie rozkaz, aby pierwszy szereg bojowy strzelał do postępującej naprzód piechoty moskiewskiej, a potem cofał się za drugi szereg, zostawiał temu ostatniemu sposobność do strzelania, a sam tymczasem broń nabijał. To samo miał robić szereg drugi: strzelać i cofać się i tak miało dziać in infinitum, aż do jakiegoś wyniku.
Wkrótce na całej linii bojowej zapanowała cisza; ja stałem w drugiej linii bojowej, za szerokim drzewem. Mieliśmy zmierzyć się lada chwila z wrogiem w tych samych lasach rudnickich, gdzie niegdyś królowie nasi (Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary i Zygmunt August) polowali na grubego zwierza. W tej ostatniej chwili odwołałem się do Matki Boskiej Ostrobramskiej i odmówiłem gorącą modlitwę: „Pod Twoją obronę uciekamy się . . .” Zdawało mi się, iż nigdy w życiu nie modliłem się i nie będę modlił tak gorąco . . . chyba może w godzinę śmierci. Potem pożegnałem w myśli ojca, matkę, siostry i braci. Jeszcze raz obejrzałem siebie i pożałowałem mej torby skórzanej . . . Serce mi biło mocno, lecz nie z bojaźni bynajmniej, tylko ze wzruszenia; wśród tej ciszy grobowej zdawało się, iż słyszę bicia serc innych moich współtowarzyszy. Jeszcze raz spojrzałem przed siebie i ujrzałem w pierwszym rzędzie Pomarnackiego: stał zimny i spokojny jak głaz, a tylko rumieniec na twarzy stał się jeszcze jaskrawszym; już po sformowaniu swego plutonu zajrzał do flaszki i użył trochę gorzałki — krzepicielki. Oczy wszystkich zwrócone były w stronę, skąd oczekiwaliśmy nieprzyjaciela, a słuch był niezwykle natężony. Naraz dał się słyszeć szelest liści i gałęzi, a potem stąpania. Wytężyłem wzrok i ujrzałem jak Moskale, z wolna i ostrożnie, posuwali się od jednego drzewa za drugie, szybko przebiegając przestrzeń odsłoniętą. Rozległ się po ich stronie strzał jeden i drugi, a potem zaczęły się sypać strzały coraz gęściej, na które zaczęto odpowiadać i z naszej strony. Walka się zatem zaczęła . . .
Łatwiej było wydać rozkaz cofania się pierwszemu szeregowi poza drugi i odsłonienie tego ostatniego. Kule zaczęły syczeć i gwizdać, rozcinać gałęzie, uderzać o pnie drzew, przelatywać koło uszu, jak natrętne muchy lub bąki. Czekam niecierpliwie, aby powstańcy z pierwszego rzędu usunęli się, abym nareszcie mógł wymierzyć strzał do wroga. Widząc, że czekam daremnie, postanawiani strzelać bez względu na stojących przede mną towarzyszy broni. Wymierzam, czekam i daję strzał do wysuwającego się zza drzewa Moskala. Wyniku nie wiem, albowiem dym z lekka zasłania na dalszą metę widok przede mną. Tylko mój dawny znajomy i kolega szkolny, Józef Kolenda, odwraca się ku mnie z wyrzutem i woła na mnie z pierwszego rzędu, abym był ostrożny, bo kula przeleciała mu mimo ucha. Po raz ostatni już w życiu widziałem twarz jego; odtąd ani nie widziałem go, ani nic o nim nie słyszałem. Skonfundowany nieco tym wyrzutem, czekam jeszcze chwil kilka, azali pierwszy rząd nie ustąpi nam miejsca; lecz czekam daremnie. Po wystrzeleniu nabojów, stojący przed nami nabijają i znów strzelają. Zniecierpliwiony oczekiwaniem, postanawiam sam radzić o sobie. Patrzę przed siebie i widzę oficera posuwającego się naprzód, w szarym paltocie i szerokiej białej czapce, i wydającego jakieś rozkazy żołnierzom; ci ostatni zaś z wielką ostrożnością idą wciąż naprzód, zza drzewa ku drzewu, przebiegając szybko miejsca odsłonięte. Wówczas zdobywam się na krok stanowczy, wychodzę zza szerokiego pnia drzewnego wybornie mię osłaniającego, mierzę do oficera, strzelam i cofam się znowu na dawne, osłonięte miejsce. Czym zabił tego, do kogo mierzyłem? Nie wiem. Lekki obłok dymu znowu zasłonił widok przede mną. Zacząłem nabijać mój karabin, bo patronaż miałem na sobie, kiedym zerwał się na podniesiony alarm.
W tej chwili robi mi się ciepło w lewej nodze, na co na razie nie zwracam wcale uwagi, nie mając czasu do stracenia. Lecz czuję, że mam mokrą nogę; zmuszony spojrzeć na nią, widzę iż już całe moje spodnie z lewej strony w krwi, która płynie coraz obficiej. Jestem zatem raniony. Jakieś dziwne uczucie mię ogarnia; po części niepokoju, po części zadowolenia. I miałem to szczęście przelać krew za ojczyznę; przecież cała patriotyczna duma Polaka tego wymagała, wszystkie przykazania miłości ojczyzny głosiły potrzebę nieszczędzenia krwi i życia dla niej. Zdawało mi się, że teraz będę mógł spokojnie wracać do swoich, do ogniska domowego, skoro nikt mi nie będzie mógł zarzucić tchórzostwa lub niespełnienia najświętszego z obowiązków. Czy w tym nie tkwiło zbyt powierzchowne pojmowanie patriotyzmu? We wszystkich ówczesnych broszurach treści patriotycznej zawsze się wiele mówiło o walce dla miłości ojczyzny, ale nie o pracy dla niej. Stąd też i widok tej krwi płynącej z rany sprawiał mi tyle zadowolenia wewnętrznego … W istocie rzeczy mogłem się nazwać szczęśliwym, chociaż nie miałem ani szarpi, ani bandaży do opatrzenia mej rany. Kula uderzyła z lekka o kość, nie miała dosyć siły, aby ją przełamać lub nadwerężyć i wyszła sobie. Gdyby kość przełamała lub ją nadwerężyła, zostałbym zapewne kaleką, bo pomoc lekarską mógłbym otrzymać dopiero drugiego dnia wieczorem; gdyby uderzenie kuli było słabszym, kula pozostałaby w nodze, nosiłbym ją przeszło półtorej doby, bo nie byłoby komu wyjąć; więc zarówno silniejsze, jak słabsze uderzenie kuli byłoby dla mnie zgubnem; pierwsze spowodowałoby przełamanie kości, a drugie — pozostawiłoby kulę w ranie. I jeszcze jedna pomyślna okoliczność: gdyby kula uderzyła choć odrobinkę, wyżej, dostałaby się w samo schylenie, a wówczas ześliznąć się koło kości nie mogłaby, pozostałaby w ranie i nie pozwoliłaby mi później na pośpieszne maszerowanie po lesie za innymi towarzyszami broni, do czego wnet byłem zmuszony. I dziś jeszcze mam dwa wyraźne znaki na nodze wielkości 1-o hależówki. Patrząc na nie, widzę w sposobie otrzymania tej rany szczególniejszy objaw miłosierdzia i opatrzności Bożej nade mną.
Kiedy tak rozmyślam nad moją raną, nie wiedząc, co mam z nią począć, Wisłouch stojący ze swym sztabem za naszym trzecim plutonem wydał rozkaz do cofnięcia się. Słyszałem następnie z ust jego, iż nakazał naczelnikom plutonów, aby po daniu kilku strzałów cofali się na całej linii. Tymczasem wśród huku strzałów albo o tym rozkazie zapomniano, albo w upojeniu walki nie chciano jej przerywać, zwłaszcza, że Moskale niezbyt śpieszyli do walki na bagnety. Nasz pluton i trochę bliżej stojących z innych plutonów w istocie wnet się cofnęło stosownie do hasła danego przez naczelnika. Znalazło się w otoczeniu F. Wisłoucha i jego sztabu około 50 ludzi. Myśmy byli już głęboko W lesie, a jeszcze przez godzin parę słyszeliśmy za sobą strzelanie Moskali i coraz słabsze odstrzeliwanie się powstańców. W końcu wszystko w lesie ucichło.
Garstka wraz z naczelnikiem, błąkała się przez wieczór i dzień następny (a więc dnia 19 i 20 maja st. stylu), bez żywności i amunicji, bez pomocy lekarskiej. Wprawdzie lekarz obozowy był z nami, lecz pomocy nie mógł mi żadnej udzielić, bo nikt z nas nie miał ani szarpi, ani bandaży. Zawiązałem więc ranę chusteczką do nosa i brudny od krwi, jak kameleon, włóczyłem się za rozbitkami oddziału do niedawna tak licznego. Na drugi dzień rana zaczęła mi mocno dolegać i tylko z wielkim trudem, utykając na lewą nogę, mogłem zdążyć za towarzyszami broni, którzy pędzili coraz szybciej z obawy przed pościgiem wojsk rosyjskich. Drugiego dnia wieczorem doszliśmy do jakiegoś dworu, położonego wśród lasów, gdzieśmy się zatrzymali na wypoczynek. Tam postanowiono mię zostawić pod opieką właścicieli, dwóch, zacnych staruszków, których nazwiska, niestety, nie zapamiętałem. F. Wisłouch pożegnał mię serdecznie, tak samo uczynili inni współtowarzysze, a lekarz opatrzył moją ranę l dał polecenie, jak się z raną obchodzić. Po czym zapanowała cisza we dworze, a tylko słyszałem przez chwilę głuche stąpania oddziału powstańczego. Były to w uszach moich ostatnie kroki zbrojnych przedstawicieli wolnej (przynajmniej w poczuciu własnym) Polski. Z Wisłouchem spotkać się miałem raz jeszcze, ale wśród bardzo smutnych okoliczności; bojowników zaś o niepodległość ojczyzny widziałem już tylko w więzieniach i na wygnaniu, pędzonych przez ulice Moskwy lub w strojach aresztanckich w szpitalu moskiewskim dla przesiedleńców.
Pobyt mój we wsi, której nazwy nie pamiętam, i u właścicieli, których nazwiska również nie mogę sobie przypomnieć, był istnym eldorado po tych trudach, niewygodach, najgorszym żywieniu się, sypianiu w ubraniu, na ziemi nieraz błotnistej i wilgotnej. Spędzonych tam przeszło dni dziesięć mógłbym zaliczyć do najspokojniejszych mego życia, gdyby nie dokuczała rana, opatrywana rękami niewprawnymi i nieumiejętnymi, i nie obawa przed rozjazdami, rewizjami domów obywatelskich, przetrząsaniem sąsiednich lasów przez kozaków i wojska regularne, o których wieści mię dochodziły jakby z poza świata, bo ja żyłem w całkowitym odosobnieniu. Oprócz samych właścicieli, wiedział o mym pobycie w domu jeszcze ekonom i pokojówka. Ukryć jednakże pobytu we dworze wiejskim jednej, obcej osoby na długo było niepodobne: służba dworska dostrzegała to najpierw a od niej wieść doszła i do wsi.
Zdarzało się, iż parobcy wiejscy, zajęci koło gospodarstwa w zabudowaniach dworskich, podchodzili pod moje okna i starali się przez pewien gatunek storów, zasłaniających mię przed nimi, lecz nie ich przede mną, dostrzec tego ptaszka, co tam siedział w ukryciu, w głębi pokoju. Usiłowania te, powtórzone codziennie, wprawiały mię zwykle w bardzo dobry humor. Razu pewnego zakomunikowała mi pani domu, iż wieści o przybyciu dnia następnego do dworu kozaków nabierają wielkiego prawdopodobieństwa, więc dla mego bezpieczeństwa dobrze byłoby spędzić dzień cały w lesie, w bezpiecznej kryjówce, wśród mało dostępnej gąszczy leśnej, dokąd odprowadzi mię ekonom, w ciągu dnia przyniesie mi obiad, a późno wieczorem odprowadzi do domu. Naturalnie, iż na to jak najchętniej się zgodziłem i używałem przez dzień jeden pewnego rodzaju przymusowej majówki. Miałem wśród tych dni nudnych, jednostajnych, urozmaiconych czytaniem powieści, których mi dostarczała pani domu, dzień jeden w istocie przyjemny. Oświadczyła mi pani domu, (sam właściciel przychodził bardzo rzadko), iż przyjechał z Wilna członek Rządu Narodowego i chce się ze mną widzieć. W istocie wszedł do pokoju człek młody, przystojny, średniego wzrostu, o ruchach pełnych dystynkcji, rozmawiał ze mną dosyć długo o położeniu Kraju, a zwłaszcza o świeżo zaszłej zmianie jenerał-gubernatora wileńskiego! Ustąpił Nazimow, człek niewątpliwie dobry i dosyć przychylny dla kraju, a miejsce jego zajmował hr. M. Murawjew, osławiony już w roku 1831 jako gubernator grodzieński. Dowiedziawszy się, iż wkrótce mam zamiar wracać do domu ojcowskiego, aby tam dokończyć kuracji i zastanowić się nad kwestią, co mam dalej robić, ów nieznany mi z nazwiska przedstawiciel tajnej władzy narodowej wyjął z portmonetki kartkę z pieczęcią Rządu Narodowego i nad-pisał na niej polecenie do wszystkich przedstawicieli organizacji narodowej oraz do osób wszelkiego stanu, aby czyniono mi w powrocie do powiatu trockiego wszelkie ułatwienia, a więc dostarczano koni, przewodników i żywności. Nadto chociaż go o to nie prosiłem, mając jeszcze nieco własnego grosza — doręczył mi sześć rubli na koszta powrotu. Na tem kończyła się moja służba zbrojna ojczyźnie: ów świstek cienkiego papieru z pieczątką Rządu Narodowego był jej zamknięciem, a sześć rubli były jakby nagrodą za moją ranę. Kto był ten młody człowiek? Przez delikatność nie pytałem o to mojej gospodyni. Na podstawie opisu jego powierzchowności, jeden z wtajemniczonych w organizację wileńską, nazwał go Kalinowskim. Chociaż ten ostatni był później tak blisko pod Krakowem, jako przełożony OO. Karmelitów w Czernej, zawsze jednak okoliczności tak się składały, iż dotąd nie mogłem z nim się widzieć i sprawdzić moje przypuszczenia.
Chociaż postępowano ze mną w tym domu gościnnie i uprzejmie, jednakże czułem, że obecność moja jest dla nich powodem ciągłych udręczeń i niepokojów o przyszłość, albowiem z Wilna raz po raz dochodziły wieści o coraz surowszych edyktach i zarządzeniach nowego jenerał-gubernatora. Oświadczyłem — skoro jako tako rana moja zabliźniać się zaczęła, iż tęsknię za domem rodzicielskim i mam zamiar co rychlej odjechać; proszę ich zatem o wyszukanie jakiegoś włościanina, co by podjął się mię zawieść przynajmniej do miasteczka Jewje, w powiecie trockim, skąd już dobrze znałem drogę do domu. Oświadczenie moje przyjęto z wyraźnym zadowoleniem, a życzenie wykonano z pośpiechem. Na drugi dzień raniutko, o brzasku dnia, pożegnawszy się z niemi gościnnemi gospodarzami, którym podziękowałem jak mogłem najuprzejmiej za przytułek i opiekę, puściłem się w drogę. Gospodarzy moich w życiu więcej nie widziałem i los ich nie jest mi napewno znanym. W roku 1867, jadąc z Wilna do Moskwy ze starą panną Rogalską, siostrą znanego dobrze na bruku warszawskim literata i tłumacza kilku prac historycznych, Leona Rogalskiego, zacząłem jej opowiadać moje przygody po potyczce olkienickiej i pobyt w pewnym domu obywatelskim w powiecie lidzkim. Z mego opowiadania wysnuła wówczas wniosek, iż ci państwo, u których leczyłem się z rany, są jej dobrze znani, że nazywają się tak i tak (nazwisko wypadło mi z pamięci), że zostali następnie przez Murawjewa wysłani, za współdziałanie i pomoc powstańcom, skazani na Syberię, gdzie i życie oboje zakończyli. Jeżeli i mój pobyt do tego się przyczynił, to niejednokrotnie w życiu myślałem o nich i ubolewałem nad moją bez-własnowolną współwiną w losie tych dwojga ludzi…